Jerzy Szacki “Utopie”

IMAG0432

„Gdzie tylko istnieją – a istnieją zawsze i wszędzie – nędza, krzywda i boleść, tam musi zjawić się rozważanie sposobów usunięcia przyczyn złego. W olbrzymiej skali, która rozciąga się przez całą historię kultury od rojeń dzikiego koczownika do rozmyślań nowoczesnego filozofa, mieści się niezliczona ilość odmian utopii”.

 Aleksander Świętochowski „Utopie w rozwoju historycznym”

Czasem przeczytam sobie coś  mądrzejszego. To znaczy książkę, którą można określić mianem naukowej lub popularno naukowej. Niestety nie robię tego zbyt często co odbija się na kondycji moich dwóch szarych komórek. Wspominałem już kiedyś, że nazywam je Pinky i Mózg. Jednak kiedy mam dobre dni staram się poszerzać moje horyzonty. Stąd też książka Jerzego Szackiego „Utopie”.

Jerzy Szacki to bardzo znany polski naukowiec, socjolog i historyk myśli socjologicznej. Do mojej czytelni wciąż przychodzą studenci i proszą o książki Szackiego do przejrzenia na miejscu, gdyż reszta jest wypożyczona. Także Szacki znanym socjologiem jest. I jego książka „Utopie” ukazała się w takiej serii „Co to jest?” wydawanej przez Wydawnictwo „Iskry”. To takie niewielkie objętościowo książki, w których poruszane są różnego rodzaju zagadnienia z pogranicza socjologii, filozofii, religii i kultury. Ideą wydawnictwa było przybliżenie czytelnikom pojęć takich jak ateizm, socjologia, humanizm, laicyzacja. Władza ludowa w latach sześćdziesiątych starała się oświecić masy pracujące.

Książka Szackiego w konkretny i dość prosty sposób przedstawia czytelnikowi „pewne problemy” i zagadnienia związane z pojęciem utopii. Szacki dokonuje klasyfikacji różnych rodzajów utopijnej literatury. Robi to w sposób bardzo wyważony oraz uzasadniony logicznie. Porusza tematykę  związaną nie tylko z literaturą utopijną, ale z różnego rodzaju ruchami społecznymi.

W książce napisanej w sześćdziesiątych latach, nie mogło nie być analizy komunizmu jako spełniającej się na oczach autora utopijnej wizji rzeczywistości. I choć jest całkiem sporo bezpośrednich nawiązań da Marksa, Engelsa, Lenina to nie są one, aż tak bardzo nachalne i prostackie. Minęło prawie pięćdziesiąt lat od ukazania się książki Szackiego, wszyscy doskonale wiemy jak ten wielki, utopijny eksperyment się skończył. Dlatego, gdy odsiejemy te komunistyczne wtrącenia dostaniemy książkę, która ładnie i ciekawie systematyzuje stan wiedzy o utopii.

Utopia, jej rozumienie, terminologia dotyczące tego zjawiska w swych założeniach nie zmieniła się. I choć przez te prawie pięćdziesiąt lat powstało mnóstwo nowych książek, które często wnosiły do tego zagadnienia nowe, świeże spojrzenie to podstawy wciąż są takie same. Analiza korzeni utopii w świetle społecznym nie zmieniła się nic i książka Szackiego jest wciąż aktualna.

Ja sam dowiedziałem się mnóstwo ciekawych rzeczy o książkach z literatury światowej, o których wcześniej nigdy nie słyszałem. Moja lista lektur wydłużyła się niemiłosiernie.

Szacki porusza również temat utopii negatywnej, co ciekawe dziś nikt raczej tego terminu raczej nie stosuje. Używa się słowa antyutopia. Szacki użył też terminu kontrutopia. Pisząc o utopii negatywnej autor książki posługuje się frazesem (do czego się zresztą przyznaje):

[…]: ideały ludzkie są nadzwyczaj niejednolite. To, co jednym wydaje się zbawienne, dla drugich będzie zapowiedzią zguby. To, co pociąga jednych, drugich może odpychać. Jak zauważa Margaret Mead, „marzenia jednego człowieka są koszmarem innego”.

Stwierdzenie banalne, ale jakże często o tym zapominamy. Sam pisząc o „Utopii” Morusa zwróciłem uwagę jak wiele było aspektów owej wyspy szczęśliwej, które napełniały mnie grozą i przerażeniem. Moja nauczycielka od biologii w szkole podstawowej powtarzała jedno zdanie, stawiając złe oceny z klasówek i słuchając protestów: „Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził”.

Książka jest bardzo wyważona, mimo owych wtrąceń o komunizmie. Wydaje mi się, że autor starał się jak najdelikatniej krążyć wokół tego tematu. W końcu pisanie o wizjach krain wiecznego szczęścia w ustroju, który owo szczęście miał zapewnić wymagało bardzo dyplomatycznego podejścia do tematu.

Nie będę tutaj przytaczał rodzajów utopii oraz podziału jaki zastosował Szacki wobec utopii. Książka przekazała mi sporo fachowej wiedzy, pozwoliła usystematyzować pewne sprawy i pozwoliła na bardziej naukowe spojrzenie na książki czytane przeze mnie, nawet jeśli jest to literatura czysto rozrywkowa. Nigdy nie byłem dobry w “fachowym” pisaniu o książkach. Poprzez słowo “fachowe” mam na myśli posługiwanie się językiem literaturoznawcy, krytyka i tym podobne. Ja często bardziej “czuję” książkę niż wiem co o niej napisać.

Pozostaniemy w zgodzie z etymologią: utopia to miejsce, którego nie ma. Pozostaniemy też w zgodzie częściowej ze wszystkimi wymienionymi wyżej koncepcjami: istnieje zawsze głęboki rozdźwięk między utopią a rzeczywistością. Utopista nie godzi się na świat zastany, nie zadowala się aktualnie istniejącymi możliwościami: marzy, antycypuje, projektuje, eksperymentuje. Właśnie akt takiej niezgody powołuje do życia utopię. Rodzi się ona wtedy, gdy w świadomości ludzkiej zjawia się rozdarcie między tym, co jest a tym, co być powinno; między światem, który jest, a światem, który jest do pomyślenia.

Karel Capek “Antek”

Dziś będzie fragment z książki Capka, którą aktualnie sobie podczytuję – “Bajki i przypowiastki”.

Antek

“Z tym Antkiem to było tak. Raz przyszła nasza ciotunia, czyli siostra mojej żony, niby po to, żebym jej w czymś poradził. Myślę, że to chodziło o konia. Chciała kupić do gospodarstwa konia, więc powiada, wy szwagier, jako kolejarz to znacie kupę ludzi, i tych handlarzy, co to jeżdżą na targi, to może byście się zapytali o jakiego porządnego konia. Zagaduję o gospodarstwie, ale widzę, że ciotka ma pełno w torbie. To będzie pewnie gąska. No, Franiu, myślę sobie, będziesz miał w niedzielę na obiad gęś. Dogadaliśmy się z ciotką, ale ja ciągle myślę o tej gęsi. Mogłaby, panie, ważyć z osiem funtów, to i jakiś smalec by się wyskwarzyło. Ach, ta ciotka to mądra kobita. A ona powiada: tum wam, szwagier, coś za tę pomoc przyniosła. I wyciąga to z torby. A to ci tak zaczęło kwiczeć, że aż podskoczyłem ze strachu jak oparzony. Patrzę, żywe prosię, a drze się jak zarzynane. Piękne prosiątko, co prawda, to prawda. Ta nasza ciotka to taka prosta baba, weźmy na przykład konduktora: taka prowincjonalna kobieta widzi w nim władzę. Konduktor może się na ludzi wydzierać i posyłać ich do wszystkich diabłów, aż im pójdzie w pięty, więc to władza. No to biedna ciotka pomyślała, że się musi nie wiadomo jak postawić. Szanuje mnie, to prawda, a nasze dzieci kocha jak własne, no i powiadam wam, takie prosię przyniosła. Tu macie, szwagier, tu od naszej maciory.

Wiecie, jak to zaczęło kwiczeć, to zaraz przybiegła żona i dzieci. Ale było radości! Chłopak je złapał za ogonek i nie mógł się nacieszyć, jak zaczęło kwiczeć. Andzia je wzięła na kolana i trzymała jak dziecko. Prosię umilkło, zaczęło z zadowoleniem chrząkać i zasnęło, a ta dziewucha to ci siedziała jak posąg, prosię owinęła w fartuch, a oczy to jej się zrobiły jakieś takie tajemnicze. Ja tego nie mogę pojąć, skąd się u takiej siksy bierze tyle macierzyństwa. No to powiadam, trudno, dzieci, musimy uprzątnąć drewutnię i zrobić z niej chlewik dla Antosia. Nie wiem, dlaczego nazwałem to prosię akurat Antoś, ale to imię już mu zostało, dopóki było u nas. Tylko, fakt, kiedy ważyło już ponad dziesięć kilo, zaczęliśmy go nazywać Tosiek, a potem to już był Antek. Nasz Antek. Człowiek by nawet nie uwierzył, jak szybko taki tucznik rośnie. Jak będzie miał swoich siedemdziesiąt kilo, kombinowałem, zrobimy świniobicie. Coś tam się zje, coś wytopi na smalec, a jakiś schab się uwędzi na zimę. Tak go karmiliśmy i hołubiliśmy i przez całe lato się cieszyliśmy na to świniobicie. A Antek to za nami chodził nawet do izby i drapać się pozwalał, no, sto pociech. Niech mi nikt nie opowiada, że świnia to głupie zwierzę.

 A raz koło Bożego Narodzenia powiadam: żono, mógłbym już przecież zawołać rzeźnika.

– Po co? – powiada żona.

– Toć żeby zabił Antka.

Żona tytko na mnie spojrzała ze zdziwieniem, a ja sam poczułem, że to zabrzmiało jakoś dziwnie. – Żeby zabił to prosię – dodałem szybko.

– Antka? – powiada żona i stale tak dziwnie patrzy.

– Przecie po to chowaliśmy, nie? – ja na to,

– To nie trzeba mu było dawać chrześcijańskiego imienia – jęknęła żona. – Ja bym tego nawet nie mogła wziąć do ust. Wyobraź sobie, kiszka z Antka. Albo zjeść ucho Antka. Tego ode mnie nie możesz wymagać. I od dzieci też nie. Człowiek by się czuł jak, z przeproszeniem, ludożerca.

Wiecie, głupia baba. To jej powiedziałem, nie pytajcie nawet, jak. Ale kiedy sam zacząłem rozmyślać, to mi się zrobiło tak jakoś dziwnie. Cholera, zabić Antka, ćwiartować Antka i wędzić Antka, to coś nie tak, sam bym tego nie chciał jeść. Człowiek nie jest przecież nieludzki, no nie? Jak nie ma imienia, to prosiak jest prosiakiem, ale jak to będzie jak raz Antek, to już ma człowiek do niego inny stosunek. Co ja wam będę opowiadał: sprzedałem Antka rzeźnikowi, ale i tak silę czułem jak handlarz żywym towarem. Ani mnie te pieniądze nie cieszyły.

I tak sobie myślę, że ludzie się mogą zabijać, dopóki ten drugi nie ma dla nich imienia. Gdyby wiedzieli, że ten, w którego celują z flinty, nazywa się Franciszek Nowak albo inaczej, powiedzmy Franz Huber albo jakiś Antek czy Wasyl, to myślę, że coś by im w duszy szepnęło: psiakość, nie strzelaj, przecież to Franciszek Nowak! Gdyby wszyscy ludzie na świecie mogli się nazwać swoim prawdziwym chrześcijańskim imieniem, to myślę, że by się miedzy nimi bardzo wiele zmieniło. Ale dzisiaj jakoś ludzie i narody nie mogą znaleźć sobie imienia. I to jest kłopot, panie.”

1937