James White “Szpital kosmiczny”

Taka tam wizualizacja (chyba z jakiejś gry). Źródło: http://www.wallsave.com/wallpapers/1366x768/video-games/198286/video-games-space-eve-online-science-fiction-pheonix-sci-fi-198286.jpg

Taka tam wizualizacja (chyba z jakiejś gry). Źródło: http://www.wallsave.com/wallpapers/1366×768/video-games/198286/video-games-space-eve-online-science-fiction-pheonix-sci-fi-198286.jpg

W końcu przywitałem się z panem Jamesem Whitem i jego „Szpitalem kosmicznym”. Było to bardzo miłe spotkanie, które przerodzi się prawdopodobnie w dłuższą znajomość.

Czytaj dalej->

Marek Baraniecki “Głowa Kasandry”

głowa

Chciałbym zacząć od krótkiej refleksji. Wielu ludziom wydaje się, że zagrożenie globalnym konfliktem jądrowym przeminęło razem z rozpadem ZSSR (Związkiem Sowieckich Socjalistycznych Republik). Wielu myślało i myśli, że groźba atomowego holokaustu już nam nie grozi. Moim skromnym zdaniem nic bardziej mylnego.

Cała zimna wojna opierała się na zasadzie równowagi między dwoma supermocarstwami, których przywódcy doskonale (mam taką nadzieję) zdawali sobie sprawę, że w przypadku konfliktu z użyciem broni jądrowej nie będzie żadnych zwycięzców.

Dziś arsenał atomowy może wpaść w różne ręce, ileż to się człowiek naczytał lub naoglądał o „brudnych” bombach, zaginionych rakietach balistycznych i materiałach do budowy bomb. Pal licho, że to w większości fikcja literacka lub filmowa była. Zagrożenie związane z użyciem atomowej broni jest znacznie poważniejsze niż kiedyś.

Obecnie jesteśmy świadkami wymachiwania szabelką przez niejakiego Kima, który musi po prostu pokazać swoim towarzyszom, że Zachodu się nie boi. Robi to by utrzymać władzę we własnym państwie (taka ma skromna opinia). Musiałby być szaleńcem ryzykując otwartą wojnę, ale z drugiej strony nigdy nie ma się pewności.

O szaleńcach i efektach ich postępowań napisał Baraniecki w połowie lat osiemdziesiątych w tytułowym opowiadaniu zbioru czyli w „Głowie Kasandry”. Wówczas nad ludzkością cały czas wisiała niczym miecz Demoklesa groźba globalnego konfliktu atomowego, o której już wspomniałem. Teraz też powinna istnieć taka obawa, ale ludzkość ma tyle spraw na głowie, że szkoda gadać. Co się będzie przejmować wojną atomową. Baraniecki w “Głowie Kasandry” opisał rzeczywistość po atomowym konflikcie. Zrobił to koncentrując się na opisach świata, w którym nastąpiło przebiegunowanie ziemi, zmiany stref klimatycznych, ogromne radioaktywne i chemiczne burze niszczące wielkie połacie naszej planety.

 Ludzkość jak to zwykle bywa (w przypadku globalnych konfliktów atomowych) przetrwała w niewielkich enklawach, które całkowicie porzuciły technologię, bo systemy naprowadzania rakiet i silosy rakietowe, te które ocalały, wciąż są zdolne do reagowania i wysyłania śmiercionośnej broni. Główny bohater to myśliwy, który nie poluje na zwierzynę, ale właśnie na pozostałości dawnych systemów rakietowych. Wykrywa aktywne silosy, zabiera się do pracy i likwiduje zagrożenie. Cały czas towarzyszy mu pragnienie odnalezienie mitycznej „broni ostatecznej” czyli owej Głowy Kasandry.

„Głowa Kasandry” to nowelka, która w bardzo ciekawy i interesujący sposób opowiada o końcu ludzkości, cyklu rozwoju cywilizacji i zadaje pytanie; Czy egoizm człowieka powinien stawać na drodze rozwoju innego inteligentnego życia? Skoro nie udało się Nam homo sapiens sapiens przetrwać, sami wykończyliśmy nie tylko własną cywilizację, ale również nasz dom czyli Ziemię, to czy w swej pysze powinniśmy mieć drugą szansę? Tematyka opowiadania zahacza o przeczytaną przez mnie niedawno „Kantyczkę dla Leibowitza” i wiele innych książek o tematyce postapokalitpycznej. Baraniecki zakończył opowiadanie bardzo efektownie i z nutką niepewności co do decyzji podjętych przez głównego bohatera.

Z pozostałych opowiadań ze zbioru jeszcze dwa są z lat osiemdziesiątych.

Karlgoro, godzina 18.00. Zupełnie mnie nie porwało. Statek kosmiczny, wypadek członka załogi i ludzie na Ziemi łączący swe jaźnie i siły psychiczne, by naprawić uszkodzenia ciała poszkodowanego setki milionów kilometrów dalej. Nie moje klimaty, w ogóle nie zaiskrzyło.

Wynajęty Człowiek.  Taka kryminalna historia z charakterystycznym motywem „zamkniętego pokoju”. Ale ów „zamknięty pokój” to statek kosmiczny, a członkowie załogi wplątani zostają w grę, która dzieje się w rzeczywistości. Pomysł bardzo interesujący, ale wykonanie znacznie już słabsze. Wydawało mi się takie chaotyczne i mało przekonywujące.

Ziarno Kirliana. To opowiadanie jest już dość świeże. Napisane do wydania książki z 2008 roku. Pomysł na opowieść oryginalny, bo mamy tutaj ogromny system, który wykorzystując odkrycie pól życiowej energii zarządza całą ludzką społecznością w taki sposób, aby wyeliminować wszelkie zło, konflikty i wojny. Znowuż nie moje klimaty, zbyt to ezoteryczne i takie metafizyczne.

Wesele dusz. To również nowe opowiadanie, ale to akurat sprawiło mi przyjemność. Mamy tutaj metafizykę, los, przeznaczenie, miłość zdolną zmienić świat. Może i naiwne, ale dla mnie krzepiące. Opowieść o dziesięciu sprawiedliwych, którzy mogą ocalić świat przed wojną taka pozytywna mi się wydała. Aha i pocieszenie może przynosić fakt, że istnieją w światowych rządach ludzie pragnący pokoju.

„Głowa Kasandry” zdobyła pierwszego „Zajdla”. Wcześniej to Zajdel zdobył „Zajdla” tylko wtedy nagroda nazywała się troszku inaczej, a dokładniej SFINKS się nazywała. Baraniecki słusznie „Zajdla” dostał. Tytułowe opowiadanie ze zbioru nie zestarzało się zupełnie. Być może dlatego, że porusza wątki wciąż aktualne w literaturze i popkulturze. Apokalipsa, zagłada ludzkości to strasznie „wdzięczny” temat. I oczywiście odbudowa ludzkiej cywilizacji po katastrofie. Baraniecki postawił świetne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Jedno z nich może brzmieć: Czy naprawdę jesteśmy warci całego tego zamieszania?

Pozostałe opowiadania w porównaniu do „Głowy Kasandry” wypadają dość blado. Przynajmniej dla mnie. Poruszanie się w tematyce ezoteryki, metafizyki, duchowości i tym podobne to nie moja działka.

Lois Lowry “Dawca”

Lois Lowry "Dawca"

Lois Lowry “Dawca”

Nie powinienem chyba czytać książek dla młodzieży, albo dla trochę starszych dzieci. Zwłaszcza książek, które mają przedstawiać dystopijną przyszłość. Spytacie się dlaczego nie powinienem czytać takich książek dla młodzieży. Otóż powodów jest kilka:

Pierwszy i najważniejszy. Młodzieżą już dawno przestałem być.  Ot i tyle i aż tyle. I choćbym zapierał się nogami i rękami to życia nie oszukam. Jak w „Chłopaki nie płaczą”, mamusię oszukam, tatusia oszukam, ale życia nie.

Drugi powód. W porównaniu z literaturą dla dorosłych o tematyce antyutopijnej książki z tego gatunku, które są przeznaczone dla młodzieży i dzieci wypadają słabo.

Trzeci powód. Patrz powód pierwszy.

Może gdybym to przeczytał lat naście temu to mógłbym się zachwycić. I raczej na pewno bym się zachwycił. A obecnie podczas czytania wytykałem nielogiczności i prostotę fabuły. Co jest zapewne błędem wziąwszy pod uwagę fakt, że „Dawca” to książka dla młodzieży i pod takim kątem należy na nią patrzeć. Tylko taki „zgredzik” jak ja, może się do niej przyczepić, bo mu coś nie pasuje.

Nie będę więc nad tą książką się znęcał. Z uwagi na audytorium czytelnicze można książce sporo wybaczyć.

W zamian za to dam Wam przepis na antyutopijny świat dla młodzieży:

Weź nieokreśloną przyszłość, nieokreślonych naukowców, którzy potrafią cuda, teraźniejszość uzasadnij bliżej niesprecyzowanymi wydarzeniami w  przeszłości. Ulep z tego małą ludzką społeczność, hermetyczną, zamkniętą, pod stałym nadzorem. Rozbij związki krwi, ale zostaw jednostkę rodziny. Pozbaw ludzi emocji i uczuć zostawiając im namiastkę wyżej wspomnianych.  Faszeruj chemią by przestali widzieć kolory oraz przestali odczuwać pożądanie. Wszystkie działania motywuj dobrem społeczności i mądrością Starszych. Zapewnij ludziom pożywienie, pracę i wykształcenie. Daj im życie bez bólu i bez smutku. Następnie dodaj młodego bohatera, który trochę różni się od reszty, ma pewien dar i pokaż mu prawdziwe oblicze rajskiego życia. A on zrobi coś. Nawet nie wiadomo dokładnie co i po co, ale coś zrobi.

Ogólnie wizja całkiem interesująca, ale autorka bardzo płytko zajmuje się funkcjonowaniem owej społeczności. I po cóż ten dar przechowywania emocji sprzed setek lat? I skąd właściwie? Jeśli o mnie chodzi to książka stara się być czymś więcej niż prostą historią i jej się to nie udaje.

Teoretycznie mamy całkiem przerażające społeczeństwo żyjące w kłamstwie, gdzie eutanazja starych ludzi i niepotrzebnych noworodków nazywana jest przejściem do Gdzieś tam. Młode kobiety jak rozpłodowe klacze rodzące kilka lat z rzędu, a później pracujące w fabryce otwieraczy do konserw.  Brak sztuki i muzyki, brak kolorów, brak miłości i nienawiści to wszystko ma za zadanie przestraszyć młodego czytelnika i pewnie się  to udaje. Mnie nie przestraszyło, bo wizja tego społeczeństwa była mocno niespójna i nielogiczna. Bardzo niespójna i często podczas czytania, aż zgrzytało mi pod czaszką, gdy natrafiałem na taki naciągany fragment.

Charlie jednak zdaje sobie sprawę, że młodzieży i dzieciom może się  podobać. Mnie się nie podobała. I takim to logicznym i mocnym argumentem zakończę moje pisanie o książce pani Lowry. A następnych tomów nie mam zamiaru czytać.

P. S. Nie podobają mi się hasła nazywające „Dawcę” „Rokiem 1984” dla młodzieży. Tani chwyt marketingowy, a ludzie jak papugi to powtarzają. Z czym do Proli i do Partii pani Lowry. Chociaż pewnie to hasło wymyślił wydawca, a nie autorka.

Ursula K. Le Guin “Wydziedziczeni”

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Dawno mnie tu  nie było, ale miałem taki szalony okres od początku czerwca, że szkoda gadać. Dużo się działo, dużo się piło. Powrót do szarej (dosłownie i w przenośni – bo w Krakowie pochmurno) rzeczywistości jest bolesny. Ale ja nie o tym, a o książce „Wydziedziczeni”.

Książka została wydana w 1974 roku. To czas gdy w USA powstawało mnóstwo hippisowskich albo religijnych komun, przeprowadzano różnego rodzaju eksperymenty społeczne, które obalały lub potwierdzały wiele mitów. W znacznie szerszym ujęciu na planecie Ziemia ścierały się dwie ideologie, doktryny polityczne i style życia (chociaż o komunizmie jako stylu życia to raczej ciężko pisać). Imperializm radziecki i imperializm amerykański walczyły o strefy wpływów. Wielu polityków, socjologów, naukowców próbowało stworzyć model idealnego społeczeństwa. Wielkie eksperymenty urbanistyczne we Francji, Anglii nawet w Polsce. Wszystko to stanowiło interesujący temat dla pisarki, pani Le Guin.

I pani Ursula napisała książkę, w której widać jej fascynację anarchistyczną filozofią (jest coś takiego?) szybki „look” na Wikipedię i okazuje się, że jest:)

Fabuła książki. „Wydziedziczeni” to historia tym razem z układu Tau Ceta, gdzie mamy planetę Urras oraz jej księżyc Anarres. Na obydwu ciałach niebieskich istnieją cywilizacje, z tymże Anarres zamieszkują uciekinierzy z Urras, dobrowolni emigranci, którzy wyznają odonizm, a ten z kolei jest pewną formą anarchizmu. Na Anarres nie ma prywatnej własności, nie ma centralnej władzy, nie ma elity, nie ma bogatych ani biednych, nie ma określonych słów takich jak „więzienie”, „religia”, „nienawiść”. Żyją oni sobie tam w takich jakby komunach, gdzie wszystkim zarządza komputer. I ciężko pracują, bo życie na Anarres to prawdziwa suka. I nikogo nie oszczędza, mimo tego wszyscy są zadowoleni bo mają się w co ubrać, mają coś do zjedzenia i mogą oddawać się rozrywkom kulturalnym w domach publicznych kultury (taki mój kiepski żarcik). Ogólnie społeczeństwo wydaje się  być naprawdę mądrze zaprojektowane i wydaje się funkcjonować dobrze. Wszyscy są zadowoleni, wolność jednostki jest definiowana poprzez potrzebę i chęć pracy dla społeczności. Kluczem jest słowo „wydaje się”.

Poznajemy Anarres dzięki Szevekowi, który jest trochę inny od swoich ziomków. Znaczy się taki trochę z niego indywidualista, a takich to na Anarres za bardzo nie lubią. Szevek jest fizykiem, geniuszem i ma kilka świetnych pomysłów. Na jego nieszczęście Anarres to  naukowe zadupie, gdzie problemy fizyki czasu i przestrzeni traktowane są po macoszemu, bo ważniejsze są zbiory drzew holum (taka ich roślina), bo coś trzeba jeść. Szevek jest dobrym obywatelem i pracuje tam gdzie go pośle komputer. Lecz chce i pragnie czegoś więcej. Dostaje swoją szansę i opuszcza Anarres, aby na Urras dokończyć swoją teorię.

I poznajemy teraz Urras – planetę z bogatą historią i różnymi ustrojami społecznymi i państwami. Poznajemy ją w momencie, gdy dowiedzieli się, że nie są sami we Wszechświecie, bowiem odwiedzili ich Hainowie i Ziemianie. Szevek trafia na uniwersytet, który żywcem przypomina ziemskie uniwersytety. Jest na Urras obcy, trafia do państwa, które do złudzenia przypomina zachodnie demokracje. Nie zna żadnych zwyczajów, nie zna prawideł jakie rządzą tym państwem. A trafił do kapitalistycznego A-Io. I tak sobie żyje omamiony bogactwem do czasu, aż zobaczy kontrast pomiędzy biednymi a bogatymi i stanie po stronie biednych.

To fabuła w tak bardzo telegraficznym skrócie. Książka nie jest chronologicznie napisana – opis pobytu na Urras, przerywany jest fragmentami z Anarres.

Ładnie i zgrabnie i mądrze opisane stosunki społeczne zarówno na Anarres jak i Urras. Czytając fragmenty z Anarres miałem wrażenie, że czytam o czasach gomułkowskiej propagandy, czynie społecznym i naszej małej stabilizacji. I choć na początku wydawało się, że czytając o Anarres mam do czynienia  z ustrojem niemalże idealnym to w miarę dalszej lektury mogłem zauważyć pęknięcia i rysy na fundamentach tego wzbudzającego sympatię społeczeństwa. A gdzie widać te pęknięcia i rysy? Niby nie ma władzy centralnej, ale spora klika osób od dłuższego czasu jest wybierana do Komitetu Centralnego. Niby, że wszystkim po równo, ale niektórzy dostają  lepsze żarcie, niby że masz wolność jednostki, ale nikt nigdy nie zmienił swojego przydziału pracy z obawy ostracyzmu społecznego. Niby system efektywny i w miarę sprawny, a wystarczyło trochę dni suszy, klęska głodu i już wszystko zaczyna się sypać, a ludzie zapominają o solidarności społecznej i dbają tylko o swoje brzuchy. Niby wolność słowa jest, ale niewygodne jednostki wysyłane są do „sanatoriów”. Dzieci wychowywane są przez ośrodki kształceniowe, a nie rodziców. I tak dalej i tak dalej. Coś co wszyscy dobrze znają z naszego własnego podwórka sprzed lat kilkudziesięciu. Wciąż jednak Anarres wydaje się sporo sympatyczniejszy niż nasze podwórko. Równość udało im się zaprowadzić w przypadku płci. Kobiety i mężczyźni postrzegani są tak samo, tyle samo się od nich wymaga. Emancypacja na sto procent. I jeszcze swoboda seksualna. Nikt nikomu nie zakazuje uprawiania stosunków hetero- i homoseksualnych a ludzie łączą się w pary na zasadzie obopólnego partnerstwa. Nie ma instytucji małżeństwa. Aha i jeszcze co było interesujące – imię nadaje komputer. Jest unikatowe dla każdego mieszkańca Anarres.

Urras to z kolei obraz Ziemi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mamy tam kapitalistyczne państwo A-Io oraz jego komunistycznego przeciwnika Thu. Ogromne różnice majątkowe, szowinistyczne społeczeństwo, gdzie kobiety nie są dopuszczane do udziału w życiu naukowym, społecznym i publicznym. Wojna, bieda i jednocześnie ogromne bogactwo wszystkiego. Szevek jest tam obcy i to bardzo. Nie rozumie wielu spraw, nie zna zwyczajów społecznych. Pierwszy raz pije alkohol, którego na Anarres nie ma. Urras nie przedstawia się dobrze w oczach mieszkańca pochodzącego z państwa niemalże realnego socjalizmu, ale jednocześnie jest dla niego pięknym miejscem, gdzie naukowcy nie muszą się martwić o to, że pojadą pielić pietruszkę, albo doglądać trzody chlewnej na jakimś wypizdowie.

Się rozpisałem, to może o wrażeniach. No cóż, jeśli mam być szczery to nie zachwyciła mnie aż tak bardzo. Za mało było science-fiction w tej książce z gatunku science-fiction. A za dużo ziemskich, swojskich klimatów. Czułem się jakbym czytał książkę o przygodach komsomolców i socjalisty z ZSRR, który nagle trafia na Zachód Europy. Książka jako trafna analiza społeczeństwa, różnego rodzaju rządów i tym podobne sprawdza się doskonale, ale jak dla mnie było tego za dużo.

Na końcu Szevek rozmawia z panią ambasador z Ziemi, która kreśli mu wizję naszej planety jako kompletnie zdewastowanej, zatrutej i zniszczonej. I gdyby nie Hainowie ludzkość zginęłaby marnie. Taka przestroga dla nas!

„Wydziedziczeni” to klasyk s-f, choć dla mnie tego s-f było jednak ciut za mało. Nie oznacza to, że książka jest zła. Czytało się ją fajnie, ale bez porywów serca. Poza tym było kilka nieścisłości, które dało się zauważyć. A może ja mam trochę już dość pani Le Guin? I należałoby na chwilę odstawić czytanie jej książek? Sam nie wiem.

 

 

Harry Harrison “Wojna z Robotami”

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Harry Harrison “Wojna z robotami”

Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.

Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

bender

Bender

Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.

BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!

Ray Bradbury “Kroniki marsjańskie”

Ray Bradbury "Kroniki marsjańskie"

Ray Bradbury “Kroniki marsjańskie”

Powrót do mojego ulubionego gatunku trwa. Tym razem będzie o klasyku nad klasykami po germańsku będzie to Klassiker der Klassiker (albo jakoś tak). Trochę historii bo tej książki raczej nie da się opisywać bez historycznego tła. Zacznijmy od tego, że została wydana w roku 1950! W tamtych czasach Mars mógł wydawać się planetą, która zostanie prędzej czy później odwiedzona przez rodzaj ludzki. Jak wiemy, Mars na razie został opanowany przez ziemskie łaziki, które dzielnie ślą zdjęcia z powierzchni Czerwonej Planety. Ale wtedy Bradbury napisał książkę, która okazała się ogromnym sukcesem i dziś jest właśnie takim “Klassikerem” science – fiction. Choć tak naprawdę z science – fiction. do którego przywykliśmy raczej niewiele ma wspólnego.A to dlatego, że nie ma tam za dużo naukowych dywagacji, opisów lotów kosmicznych, trudności z terraformowaniem nowej planety i tak dalej i tak dalej.

“Kroniki marsjańskie” to zbiór opowiadań, które opisują jak to ludzkość została przywitana przez Marsjan i jak im się odpłaciła. O naszej ignorancji, przeświadczeniu, że wszystko możemy robić na naszą modłę, a inne kultury czy nawet pozaziemskie cywilizacje mogą nas pocałować w dupę. Tak naprawdę “Kroniki…” mogłyby opisywać podbój Ameryki Południowej lub Północnej. Tam również lokalne cywilizacje zostały zniszczone przez żądnych konkwistadorów lub bogobojnych purytan. I żadnym usprawiedliwieniem nie jest fakt, że stało się to setki lat temu. Bradbury chciał w “Kronikach…” to właśnie przesłanie przekazać.

To książka, która mimo sześciu dych na karku broni się sama, bo jest uniwersalną opowieścią o naszej naturze, głupocie i charakterze gatunku. Niszczymy wszystko co nam nie pasuje, nawet jeśli robimy to przypadkiem to nie ma dla nas usprawiedliwienia. Nie potrafimy współżyć ze sobą na naszej planecie a co dopiero gdy spotykamy obcą kosmiczną rasę, która jest od nas starsza i mądrzejsza. Owszem zdarzają się w opowiadaniach pozytywni, dobrzy ludzie ale są oni właśnie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Książka pisana tuż po wojnie, kreśliła również ponurą wizję samozagłady ludzkości. Niektóre rzeczy i podejście do podróży międzyplanetarnych i tak dalej po tylu latach tchną naiwnością ale naprawdę nie przeszkadza to zupełnie.

Dla mnie czytanie tej książki było przyjemnością, opowiadania różniące się znacząco długością stworzyły coś na kształt impresji narracyjnej. Pamiętam, że czytałem tę książkę w latach młodości ale wtedy nie podobała mi się tak bardzo. No cóż byłem wówczas pod silnym wrażeniem tak zwanej hard s-f, więc wybaczę temu mojemu ja sprzed lat kilkunastu. Polecam gorąco, nie tylko miłośnikom s-f, choć ci powinni tę pozycję znać :)

 

P. S. A teraz videło nagrane przez wielbicielkę Raya, w którym prosi go ona o… zresztą zobaczcie sami :)

 

 

Prawda, że pozytywny kawałek :) Oczywiście, mam na myśli przesłanie dotyczące czytania książek a nie hmm…