Cory Doctorow “Homeland”

Dzisiejszy wpis zdominują zdjęcia vintage, głównie z rodzaju WTF?! Ale na początek macie piękną bibliotekę. Źródło: http://www.architecturendesign.net/50-of-the-most-majestic-libraries-in-the-world/

Dzisiejszy wpis zdominują zdjęcia vintage, głównie z rodzaju WTF?! Ale na początek macie piękną bibliotekę. Źródło: http://www.architecturendesign.net/50-of-the-most-majestic-libraries-in-the-world/

Kolejna książka Cory’ego Doctorowa za mną. Tym razem przeczytałem drugą część przygód Marcusa, który jest bohaterem “Małego brata”. Koniec mojego czytania zbiegł się z wydarzeniami z  Paryża i tym co sie działo potem. Dlaczego do tego nawiązuję? Sprawdźcie.

Continue reading

Stanisław Lem “Obłok Magellana”

IMAG0507 “Obłok Magellana” to mała znana książka Lema. Podobno nawet sam autor jakby trochę się jej wstydził i nie była wznawiana przez bardzo wiele lat. Ja czytałem wydanie pierwsze z 1955. Dlaczego Lem się jej trochę wstydził? No cóż, nie da się ukryć, że rys ideologiczny w powieści jest dość mocno nakreślony i wiele fragmentów książki to peany na cześć komunistów i ideologii komunistycznej, ale gdy odrzucić te naleciałości to “Obłok Magellana” jest świetną powieścią o lękach, zagrożeniach i przełamywaniu barier jeśli chodzi o podróże w przestrzeń kosmiczną.

Jest wiek trzydziesty. Ludzkość osiągnęła stan pokoju, dobrobytu, równowagi i ogromnego rozwoju technologicznego. Skolonizowaliśmy cały Układ Słoneczny, dzieci latają sobie na lekcje przyrodnicze z Ziemi na Marsa, nauka i kultura kwitnie, nie ma państw,  nie ma chorób, nikt nie cierpi, nie ma również religii, nikt nie wierzy w żadnego boga, bożka, makaronowego potwora. Jest tylko wiara w postęp. Jednym słowem utopia pełną gębą. Utopia podług ładu komunistycznego dodajmy. Ludzie nie patrzą w przeszłość, nasz wiek dwudziesty jest dla nich starożytnością, o której sobie opowiadają anegdotki w rodzaju:

– A wiesz, że w dwudziestym wieku ludzie chcieli mieć wsyzstko na właśność,

– A co to znaczy mieć coś na własność?

Ludzkości żyje się więc dostatnio. I owa ludzkość cały czas się rozwija, w końcu postanowiła polecieć poza Układ Słoneczny, do najbliższej gwiazdy czyli Proximy Centauri. Podróż do tej gwiazdy i leżącej stosunkowo niedaleko Alfy Centauri nawet w trzydziestym wieku to wyzwanie ogromne. I ludzie to wyzwanie podejmują. Budują ogromny statek Geę, która ma za zadanie przewieźć setki osób wraz z ewentualnymi dziećmi podróżników. Kosmiczna wyprawa w tę i z powrotem będzie trwała bowiem prawie dwadzieścia lat, choć Gea poruszać się będzie z prędkością stu dziewięćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę.

“Obłok Magellana” to opowieść o eksploracji, o stykaniu się z nieznanym i przezwyciężaniu własnego strachu. Już tutaj można zuważyć tematy, które Lem później będzie namiętnie poruszał: etyczne i praktyczne strony spotkania z obcą cywilizacją, trudności związane z podróżami międzygwiezdnymi, samotność człowieka i jego znikomość wobec ogromu wszechświata. Wirtualna rzeczywistość i pigułki, które pozwalają zmienić nastrój – Lem poruszył w “Obłoku…” prawdziwy ogrom zagadnień i pytań jakie stawiała i stawia sobie nauka po dziś dzień.

“Obłok…” to także książka o emocjach i uczuciach, głównie o miłości. Naprawdę, bardzo dużo jest  miłości nieszczęśliwej i pełnej cierpienia. Jest też dużo strachu, strachu przed niezmierzoną pustką, strachu przed nieznanym niebezpieczeństwem.

I o popełnianiu błędów też jest. Ludzie z trzydziestego wieku, choć znacznie mądrzejsi od nas to jednak pozostają wciąż ludźmi i błędy popełniają. Ze strachu, ze wstydu, z niewiedzy, ale oni potrafią z tych błędów wyciągnąć wnioski.

I byłbym zapomniał, że o poświęceniu i bohaterstwie też jest ta książka. Takim kolektywnym poświęceniu i indywidualnym dla dobra innych.

Krótko i zwięźle – pomijając nadmierne moralizatorstwo i ideologiczne wtręty „Obłok Magellana” niesłusznie jest pomijany i tylko czasem wstydliwie się o tej książce gdzieś tam napomknie. Lem pokazał w tej powieści zalążki swojego imponującego talentu, ogromnej wyobraźni oraz wiedzy, no może zabrakło zupełnie jego poczucia humoru, ale na szczęście w innych książkach rozkwitło ono w pełni.

Gdyby Amerykanie dorwali się do scenariusza, który ktoś utalentowany napisałby na podstawie „Obłoku…” wyszłaby z tego zajebista hollywoodzka super produkcja. Jest tutaj bowiem wszystko – samotny bohater poświęcający życie dla dobra reszty, miłość odwzajemniona i nieodwzajemniona oraz międzygalaktyczna podróż na ogromnym statku, który atmosferą przypomina wielkie transoceaniczne wycieczkowce z ociekającymi luksusem pokładami (serio).

P. S. Film nakręcili Czesi i Słowacy w roku 1963. “Ikaria XB 1” się nazywał, ale zapomnieli wspomnieć (pewnie przypadkiem), że pomysł na film “zaczerpnęli” z Lema.

P. S. 2 Ciekawy fragment tego filmu wrzuciłem na fejsa, ale mogę go tutaj przypomnieć:

 

A tu znajdziecie fragment z książki, który odzwierciedla jak wielkim wizjonerem był Lem. FRAGMENT.

Stanisław Lem “Obłok Magellana” – fragment

Podczytuję sobie teraz Lema “Obłok Magellana” i trafiłem na fragment, którym muszę, po prostu muszę się z Wami podzielić, bo nie tylko jest o bibliotekarzach, ale ten fragment poraża wizją przyszłości i trafności z jaką Lem opisuje NASZĄ teraźniejszość (no może bez tego komunizmu).

obłok

Mały Obłok Magellana

“Za jeszcze dziwniejszy uważam upór czy raczej konserwatyzm, z jakim przez długie wieki stosowano archaiczny sposób magazynowania wszelkiej wiedzy w sporządzonych z papieru książkach, jest to zdumiewający dowód bezwładności nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Stosując odziedziczone środki, ludzie często komplikują sobie przez to wiele problemów, które rozważone w oderwaniu od tradycji, dałyby się pokonać znacznie prościej i szybciej.

Dokumenty pisane istnieją (moja wiedza historyczna jest bardzo uboga), jak się zdaje, od wielu tysięcy lat; różne cywilizacje wytworzyły odmienne rodzaje pisma. Wynalazek druku przyniósł wielkie udogodnienia, sądzę jednak, że już w XX i XXI wieku takie magazynowanie informacji było utrudniającym życie anachronizmem. Jak wiadomo, istniały wówczas tak zwane biblioteki publiczne, nieustannie kompletujące zestawy istniejących druków; już z końcem XX wieku każdy wielki księgozbiór liczył kilkanaście do kilkudziesięciu milionów tomów i proces wzrostu ich liczby przyśpieszył się po zapanowaniu komunizmu i związanym z tym upowszechnieniem oświaty. Centralne biblioteki kontynentów posiadały w roku 2100 przeciętnie po 90 milionów książek, ich fundusz podstawowy podwajał się co dwanaście lat i już w pół wieku później największe, takie jak berlińska, londyńska, leningradzka czy pekińska miały po siedmiuset katalogujących bibliotekarzy. Obliczano wtedy, że za sto lat w każdej bibliotece będzie ich musiało pracować około trzech tysięcy, a po dalszych dwustu latach – około stu osiemdziesięciu tysięcy. Nieodparcie nasuwała się groteskowa wizja świata z roku 2600, pokrytego grubą warstwą książek i katalogów; cała ludzkość musiałaby się przemienić w bibliotekarzy czuwających nad bezustannie rosnącymi stosami dzieł, gdyż proces ich starzenia się i wycofywania z bibliotek był — w epoce coraz powszechniejszej twórczości umysłowej – wielokrotnie powolniejszy od tempa, w jakim pojawiały się nowe.

Wprowadzane w pierwszej połowie trzeciego tysiąclecia innowacje miały charakter zachowawczy. Tworzono biblioteki specjalne, działowe, wprowadzono masowe mikrofilmy, skonstruowanie zaś automatów katalogujących zlikwidowało karykaturalną wizję ludzkości przemienionej w jeden ogromny zespół strażników ksiąg, nadal jednak powstawały katalogi katalogów i bibliografie bibliografii i proces ten wikłał się coraz bardziej, tak że wreszcie koło roku 2400 uczony, potrzebujący jakiegoś starego dzieła, musiał na nie czekać czasem i tydzień, rzecz, która wydaje się nam nonsensem z uwagi na to, że ówcześni ludzie na dobrą sprawę mieli już do dyspozycji środki techniczne pozwalające odmienić radykalnie tak niekorzystny stan rzeczy. Mimo to sprzeczność między archaicznymi formami przechowywania wiedzy, a jej nową treścią narastała aż do połowy tysiąclecia; dopiero w roku 2531 światowa narada najwybitniejszych specjalistów ustaliła zupełnie nowy sposób utrwalania myśli ludzkiej.

 Posłużyły do tego dawno już odkryte, lecz stosowane tylko W technice triony – kryształki kwarcu, których strukturę cząsteczkową można trwale zmieniać działaniem drgań elektrycznych. Nie większy od ziarnka piasku kryształek mógł zawrzeć w sobie ilość informacji równoważną starożytnej encyklopedii. Reforma nie ograniczyła się tylko do zmiany sposobów zapisu; decydujące było wprowadzenie jakościowo nowego sposobu korzystania z trionów. Stworzona została jedyna dla całej kuli ziemskiej Biblioteka Trionowa, w której odtąd miały być magazynowane wszystkie bez wyjątku płody pracy umysłowej. Specjalnie wiele trudu pochłonęło przełożenie na język współczesny dzieł, odziedziczonych po kulturach starożytnych, dla umieszczenia ich w Bibliotece Trionowej. Ten gigantyczny zbiór tworów umysłowości ludzkiej posiada urządzenia umożliwiające każdemu mieszkańcowi Ziemi doraźne korzystanie z dowolnej, byle utrwalonej w jednym z miliardów kryształów informacji., a to dzięki prostemu urządzeniu radiotelewizyjnemu. Posługujemy się nim dziś, nie myśląc wcale o sprawności i potędze tej olbrzymiej, niewidzialnej sieci opasującej glob; czy w swej pracowni australijskiej, czy w obserwatorium księżycowym, czy w samolocie — ileż razy każdy z nas sięgał po kieszonkowy odbiornik wywoławszy centralę Biblioteki Trionów, wymieniał pożądane dzieło, by w ciągu sekundy mieć je już przed sobą na ekranie telewizora. Nikt nie zastanawia się nawet nad tym, że dzięki doskonałości urządzeń z każdego trionu może jednocześnie korzystać dowolnie wielka ilość odbiorców, nie przeszkadzając sobie wzajem w najmniejszej mierze.

W pierwszych wiekach po reformie istniały jeszcze księgozbiory stanowiące własność osobistą rozmaitych uczonych. Był to niewątpliwy dowód konserwatyzmu, który zdawał się podpowiadać, że z papierowego tomiska, stojącego na półce w pokoju, szybciej można skorzystać niż z trionu odległego nieraz o tysiące kilometrów. Nic bardziej fałszywego nad ten pogląd; aby skorzystać z książki, trzeba wstać, podejść do pólek, wybrać potrzebne dzieło – wszystko to zabiera kilkanaście sekund czasu, gdy tymczasem od wywołania trionowni i podania hasła do ujrzenia żądanego dzieła w telewizorze upływa tylko tyle czasu, ile go trzeba automatom’ nastawni katalogującej oraz falom radiowym na przebycie przestrzeni dzielącej trionownię od odbiorcy. Czas ten wyraża się zazwyczaj ułamkiem sekundy. Tylko odbiorcy przebywający na drugiej półkuli księżyca muszą czekać o półtorej sekundy dłużej. Trion może magazynować nie tylko obrazy świetlne, sprowadzone do zmian jego struktury krystalicznej, a więc podobizny stronic książkowych, nie tylko wszelkiego rodzaju fotografie, mapy, obrazy, wykresy czy tablice, jednym słowem wszystko, co można przedstawić w sposób dostępny odczytaniu wzrokiem. Trion może magazynować równie łatwo dźwięki, a więc głos ludzki, jak i muzykę, istnieje też metoda „zapisu woni” – krótko mówiąc, każda postrzegalna zmysłami rzecz może zostać utrwalona, przechowana i na żądanie przekazana odbiorcy. Wreszcie trion może zawierać zapis „recepty produkcyjnej”. Połączony Z nim drogą radiową automat wykonuje potrzebny odbiorcy przedmiot i w taki sposób mogą zostać zaspokojone nawet najwymyślniejsze zachcianki fantastów pragnących mieć meble w stylu starożytnym czy najniezwykiejsze odzienie, trudno bowiem rozsyłać we wszystkie części Ziemi niewyobrażalną różnorodność dóbr, jakich może ktoś z rzadka zapragnąć.

 Telewizja nasza, w przeciwieństwie do średniowiecznej, jest barwna i plastyczna, obrazy jej dają pełne złudzenie rzeczywistości i człowiek, ślęczący u telewizora nad powieścią czy pracą naukową, nawet nie pomyśli o tym, że czytane dzieło czy oglądany przedmiot nie istnieją „naprawdę” w takiej postaci, W jakiej jawią się przed nim, to jest jako ważki tom, barwna plansza czy odłamek minerału, ale że to są tylko obrazy przestrzenne, wytwarzane w polu elektrycznym, a powstawaniem ich rządzi z oddali wprawiony w ruch jego rozkazem trion.

Gdyby rola trionów ograniczyła się tylko do wyparcia niewygodnej, staroświeckiej formy magazynowania wiedzy, dalej do umożliwienia każdemu korzystania z dzieł współczesności i starożytności, z jej sztuk teatralnych, symfonii, utworów poetyckich, z całego skarbca kultury człowieczej, wreszcie do uproszczenia systemu rozprowadzania dóbr użytkowych, byłaby bardzo wielka, ale rola ta okazała się nieporównanie poważniejsza i zapoczątkowała przemiany psychiczne, o jakich pierwsi reformatorzy nawet nie marzyli.[…]”

Czy ja czegoś nie kojarzę, czy Lem na chwilkę przeniósł się do dwudziestego pierwszego wieku i zerknął na chwilkę co też u nas się wyrabia:

Wielka Sieć oplatająca cały świat, do której dostęp mamy z przenośnych urządzeń?

Automaty, które “tworzą” różne rzeczy dzięki “przepisom” z Sieci?

Obrazy, muzyka, filmy, literatura – zgromadzona na wyciągnięcie ręki w owej ogromnej Sieci?

Internet, drukowanie 3D, telewizja 3D to wszystko się dzieje. Może drukowanie 3D jest jeszcze w powijakach, ale rozwija się dynamicznie. Czy to oznacza, że wreszcie zapanuje komunizm i sprawiedliwy podział dóbr?

Nośnik i technologia inne, ale zasada taka sama.

Nie mamy jeszcze zapachów, które można poczuć z komputera, ale mamy próby sterowania komputerem myślami.

Wizja ludzkości jako bibliotekarzy katalogujących książki przeraża mnie:)

Chylę znów czoła przed Lemem. Geniusz, czysty geniusz.

Karel Capek “Anonim”

Dziś świetny tekst Capka z “Bajek i przypowiastek”. Wpisuje się idealnie w opis mentalności wielu ludzi korzystających z Sieci, którzy myślą, że są anonimowi. Tak działali hejterzy przed wynalezieniem Internetu:)

Anonim

“No więc proszę sobie wyobrazić, co mi się przydarzyło, powiedział pan Dionizy. Ja już od lat dostaję takie, hm, anonimy. Pochodzą, sądząc według charakteru pisma, papieru i tak dalej, od trzech lub czterech osób: dwóch pisze na maszynie, a dwóch ręcznie. Z tych dwóch jeden ma potworną ortografię i robi wrażenie piwnicznego dziecka, podczas gdy drugi wprost kaligrafuje starannym, wypieszczonym rękopisem — ale się musi przy tym narobić! Dlaczego ta czwórka wybrała właśnie mnie, nie umiem powiedzieć: do polityki się nie mieszam, piszę tylko do gazety artykuły o potrzebach naszego mleczarstwa i serowarstwa. Wie pan, jak człowiek jest w jakiejś dziedzinie bodaj odrobinę fachowcem, to mu to nie daje spokoju i musi nawet tą odrobiną podburzać nasz naród oraz informować nasze uświadomione społeczeństwo i tak dalej. Nigdy nie sądziłem, że propozycje usprawnienia naszych serowni mogłyby obrażać czyjeś uczucia. Ale co człowiek może wiedzieć. Jeden z moich stałych anonimów jest według wszelkich danych rzeźnikiem albo masarzem, walczącym o interesy swojej branży. Po każdym moim artykule przysyła mi pisany na maszynie list, w którym mi wytyka, że chcę moim serem zasmrodzić nasze uświadomione społeczeństwo i osłabić siły naszego narodu. Drugi anonim, piszący na starym remingtonie, oznajmia mi zwykle, że jestem, jak powszechnie wiadomo, opłacany za moje idiotyczne artykuły milionowymi honorariami przez niektórych zainteresowanych, że już za te judaszowe pieniądze kupiłem sobie trzy majątki ziemskie i chcę tylko bałamucić nasz naród, żeby za swoje krwawe grosze zalewał się moim odtłuszczonym i chrzczonym tyfusową wodą mlekiem. Jeśli chodzi o ręcznie pisane anonimy to ten piwniczny pisze takie wstrętne rzeczy o mojej żonie… no, nie będę powtarzać, ale… to straszne, ile w ludziach jest złości i goryczy. To pewnie jakaś lepsza paniusia, która nas zna i dyktuje te swoje listy służącej albo praczce. I wreszcie ten kaligraf! Zaczyna groźnie „Panie!” i domaga się kategorycznie, żebym już sobie dał spokój z tym mlekiem. Naród ma ponoć inne kłopoty i obejdzie się sprawiedliwie z każdym, kto umyślnie zwraca jego uwagę na materialne błoto i zabija jego idealizm. Pan będzie wisiał na latarni jako jeden z pierwszych, oznajmia mi mój kaligraf, kiedy nasz naród przejrzy tę sieć kłamstw i haniebnych spisków, w którą wplątują go zdrajcy i podobni do Pana zaprzańcy oraz ci z Panem związani, i tak dalej. No, to drobiazg, w końcu anonimowe listy są zawsze pisane na jedno kopyto, zupełnie jakby były przepisywane z jakiegoś specjalnego „Sekretnika miłości” albo „Wzorowego ko-respondenta”. Mnie interesowało raczej to, kto to pisze. Myślałem sobie, że pewnie jakiś „przyjaciel”, który w taki pracowity sposób wylewa swoje osobiste uczucia i chce się na mnie za coś zemścić — ale za co, na to nie mogłem wpaść. Prawdopodobnie będzie to ktoś, kogo znam, lub ktoś, z kim kiedyś byłem w kontakcie. Ja bardzo nie lubię pisać listów, dlatego sądzę, że normalny człowiek musi mieć jakiś bardzo silny bodziec, żeby usiąść nad papierem i napisać do kogoś.

To trwało całe lata. Szczególne, że w ostatnich niespokojnych czasach było ich coraz więcej i były coraz bardziej napastliwe. Ten bojowy rzeźnik, czy jak mu tam, zaczął mi tykać i napisał „ty świnio spasiona, mam już naostrzony na ciebie nóż” i takie tam rzeczy. Ten z remingtonem zaczął się podpisywać „Liga Oczyszczenia” i radził mi, żebym się pożegnał z moimi majątkami ziemskimi – no, jeśli chodzi o grunta, to ja mam tylko skrzynkę z pelargoniami za oknem— bo podobno lud pracujący już wydał wyrok na takich pasożytów jak ja. Te listy analfabety o mojej żonie były jeszcze bardziej ordynarne, a ten kaligraf zrobił mnie osobiście odpowiedzialnym za wszystko, co się stało, i kończył słowami: „Uciekaj za granicę, nikczemniku, dopóki nie jest za późno! Tym razem się podpisuję: Szał”. Tam oczywiście było napisane więcej, ale w takim właśnie energicznym stylu. Ja sądzę, że niespokojne czasy pobudzają ludzi do pisania i wyzwalają potrzebę wywnętrzania się. Dziwiło mnie tylko coraz bardziej to, jak może taki nudziarz jak ja tak namiętnie kogoś interesować. W tym musi być coś bardzo osobistego… może kogoś obraziłem, albo komuś zawadzam — dużo to człowiek może wiedzieć o swoich znajomych? Tylko, wie pan, jest to trochę kłopotliwe, bo potem patrzy ciut podejrzliwie na każdego, komu podaje rękę: Przyjacielu, czy to przypadkiem nie ty?

Onegdaj wieczorkiem wyszedłem powłóczyć się godzinkę po ulicach. Zapomniałem o wszystkim i tylko się przyglądałem, że ludzie żyją zupełnie jak kiedyś, w czasach, które nie były historycznymi. Nawet nie wiem, jak się ta ulica nazywa — taka cicha, gdzieś w pobliżu Grobovki. Przede mną kuśtykał niski człowiek w pelerynie — miał chyba sakramencki katar, bo stale kasłał, cherlał i coraz to sięgał do kieszeni po chustkę. Przy tym sięganiu wypadła mu z kieszeni koperta. Nie zauważył tego i szedł dalej. Podniosłem ją i zerknąłem, żeby wiedzieć, czy warto z jej powodu gonić człowieka. Był na niej mój adres. Napisany tym starannym kaligraficznym charakterem pisma mojego czwartego anonima. Przyspieszyłem więc kroku i zawołałem:

 — Halo, proszę pana, czy to pana list?

Człowiek w pelerynie zatrzymał się i zaczął szperać po kieszeniach. — Proszę pokazać — powiedział. — Tak, to mój list. Bardzo panu dziękuję. Dziękuję uprzejmie.

A ja stałem jak wmurowany. Wie pan, ja mam pamięć do twarzy, ale tego człowieka jak żyję nie widziałem. To był taki chudziak z potwornie brudnym kołnierzykiem, w wystrzępionych dołem portkach, zamiast krawata miał niezgrabny węzeł, słowem — nędza. Jabłko Adama mu drgało, oczy miał załzawione, na twarzy obrzęk i jeszcze do tego jedną nogę jakby chromą…

— Dziękuję uprzejmie, proszę pana — powiedział z wzruszającą grzecznością i po staroświecku uchylił kapelusza. — Bardzo zobowiązany panu jestem. —Jeszcze raz zdjął kapelusz i potoczył się dalej z jakimś szczególnym dostojeństwem.

Mówię panu, stałem jak wryty i patrzyłem za nim z rozdziawioną gębą. Więc to jest mój anonimowy korespondent! Ktoś, kogo nigdy w życiu nie spotkałem i komu nigdy nic nie zrobiłem. A ten człowiek do mnie pisze i jeszcze to posyła pocztą pneumatyczną! Na miłość boską, czym na to zasłużyłem — a czym on? Ja myślałem, że to Bóg wie jaki tajemniczy wróg, a tymczasem… Przecież to tego biedaka jeszcze kosztuje! Chciałem za nim pobiec i wygarnąć mu, kim jest, ale jakoś nie mogłem. Odwróciłem się na pięcie i powlokłem się z powrotem. Wie pan, zrobiło mi się go nagle strasznie żal. Pomyślałem sobie, że skoro go to cieszy… Ale żeby przynajmniej za znaczki ofiara nie płacił! Mogłem mu powiedzieć, człowieku, może mi to pan przysyłać bez opłaty. Tyle pracy przy kaligrafowaniu i jeszcze takie koszty…

Rano dostałem ten list pocztą pneumatyczną, jeszcze zabłocony od tego upadku na mokry chodnik. Były w nim straszne rzeczy: postawić mnie pod mur, powiesić na akacji i nie wiem, co jeszcze. Ale mnie się zrobiło tylko smutno. Wie pan, to taki nieborak, ten człowiek. Jak się biedak musi dręczyć, niech pan sobie wyobrazi, jakie to musi być złe i dziwne życie…”

(1938)

Libraries: We share shit…

Tytuł posta mocny. Zainspirowany tym oto zdjęciem:

Libraries. We share shit. Eli

Tłumaczenie na polski tych zdań nie ma sensu. Po angielsku brzmi to znacznie lepiej.

Nie piszę często o mej pracy w bibliotece na tym blogu. A przecież bibliotekarzem jestem i staram się, by nic co bibliotekarskie nie było mi obce. Dlatego w swoich RSS mam trochę bibliotekarskich serwisów z zagranicy i z Polski.

Fotka pochodzi z wpisu na stronie Kathryn Greenhill, która wykłada na Curtin University w Perth, to jest Zachodnia Australia. Wpis dotyczył jej doświadczeń po konferencji zorganizowanej przez organizację non-profit VALA, zajmującej się bibliotekarstwem, informacją naukową, technologią i wieloma innymi rzeczami.

A zdjęcie zrobiła podczas prezentacji Eliego Neilburgera zatytułowanej “Access, schmaccess: libraries in the Age of Information Ubiquity”. W moim wolnym tłumaczeniu “Dostęp, srostęp: biblioteki w dobie wszechobecności informacji”.

Nagranie wideło z całej prezentacji obejrzyjcie sobie TUTAJ!!!!

Polecam Wam gorąco. Niestety prezentacja po angielsku. A dotyczy zmian jakie nastąpiły w dostępie do informacji, wiedzy, dzieł sztuki, muzyki, filmów, książek, zdjęć ogólnie całego tego szajsu i wspaniałości, które jest w stanie stworzyć człowiek. Codziennie ilość informacji jaka jest umieszczana w sieci jest nie do ogarnięcia. Eli mówi o memach internetowych, mówi o prawach autorskich, mówi o dzieleniu się treścią i piractwie. Mówi również o roli jaka przypada w dwudziestym pierwszym wieku bibliotekom, które muszą zaoferować pokoleniu cyfrowemu coś zupełnie innego niż zwykłe udostępnianie zbiorów. W czasach gdy tak zwany “content” przestaje być materialny, czyli traci swój fizyczny nośnik, a istnieje w wirtualnej chmurze, która jest dostępna dla każdego, biblioteki muszą zapewnić swoim czytelnikom zupełnie nową jakość usług. Eli zwraca tutaj uwagę na unikatowość działań, nowe doświadczenia jakie mogą czytelnicy zyskać dzięki odwiedzaniu biblioteki. Eli mówi o mnóstwie interesujących rzeczy, które dzieją się na naszych oczach, na ekranach naszych “maszyn liczących” i w światłowodach sieci informatycznej. Warto sobie obejrzeć.

Polecam nie tylko bibliotekarzom.

Przyznam się, że ta prezentacja podsunęła mi pewien pomysł i zobaczymy co z tego wyjdzie.