Andrzej Pilipiuk “Srebrna łania z Visby”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjęcie przedstawiające pewnego pana Meyera, któren to karmił niedźwiadki. Źródło: flickr.com

Dalej podążam tropem Oka Jelenia kolejny tom już dawno za mną. I bez bicia się Wam przyznam, że nadrabiam wpisowe zaległości sprzed kilku miesięcy. Tak moi drodzy takie mam zaległości jeśli chodzi o internetowe poletko.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Carska manierka”

Niemiecki jeniec wojenny uczy się "kazaczoka". Sytuacja niezupełnie taka jak w opowiadaniu Pilipiuka, ale uważam, że całkiem fajna.

Niemiecki jeniec wojenny uczy się “kazaczoka”. Sytuacja niezupełnie taka jak w opowiadaniu Pilipiuka, ale uważam, że całkiem ciekawa fotografia to jest. 1915

Zaraz po przeczytaniu „Szewca…” zabrałem się za „Carską manierkę”. Dobry to był pomysł, bo na świeżo wciąż miałem bohaterów opowiadań z poprzedniego zbioru, a w „Carskiej…” okoliczności przyrody i osoby, które w tych okolicznościach (przyrody) występują są takie same.

Czytaj dalej->

Andrzej Pilipiuk “Szewc z Lichtenrade”

szewc

Zdjęcie pasuje klimatem do opowieści Pilipiuka. Źródło: Flickr The Commons

Padnie zaraz tutaj na mym blogu nieśmiertelne pytanie: Jak w Nowym Roku? Ja już toksyny z organizmu wydaliłem, odpocząłem i nadrabiam zaległości związane z opisaniem przeczytanych książek. Zaczynamy! Aha i wybaczcie brak życzeń – zwyczajnie od sieci byłem odcięty. Dlatego teraz Wam składam proste, ale szczere – Niech się Wam darzy!

Czytaj dalej->

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

Jacek Inglot “Quietus”

Jacek Inglot "Quietus"

Jacek Inglot "Quietus"

Historie alternatywne to jedna z moich lubionych gałęzi literatury fantastycznej. Uwielbiam dywagacje rodzaju; Co by było gdyby… Oczywiście, jeśli takie dywagacje są dobrze napisane, spójne i interesujące.

Kolejna książka z serii Narodowego Centrum Kultury „Zwrotnice czasu”. Ja przeczytałem do tej pory trzy pierwsze. Książka Jacka Inglota jest piątą w kolejności. Czwartą jest książka pana Wolskiego, ale jego sobie na razie daruję. „Quietus” to alternatywne dzieje Europy i świata. Autor pokusił się o stworzenie uniwersum, w którym Rzym nie upadł, nie ma chrześcijaństwa, a Imperium trwa i wydaje się, że trwać będzie wiecznie.

Bardzo interesujący punkt widzenia. Pamiętam, że dawno temu czytałem opowiadanie, które stało się kanwą opowieści o Quietusie, (który tak naprawdę długo w powieści nie zabawił). Dwóch jest głównych bohaterów, dwie drogi do poznania tego interesującego świata. Jeden z nich to Marcus Corejmus – retor i bibliotekarz (sic!) w głównym wenetyjskim mieście Calisia. Gość jest sceptykiem i cynikiem, nade wszystko ceni sobie kufel wenedyjskiego piva, które według niego nie jest już takie jak dawniej, straciło na  jakości. Sympatyczny, lecz to tylko pozory. Marcus by wyruszyć w podróż życia robi rzecz podłą i plugawą. Wyrusza jednak w tę podróż życia, można powiedzieć, że załapuje się na ofertę last minute. I podróżuje do państwa Nipu, czyli Japonii w poszukiwaniu resztek chrześcijan, bo trzeba Wam wiedzieć, że chrześcijaństwa w tym świecie nie ma. Rozprawił się z tą sektą cesarz Julian Apostata wyrzynając wszystkich w pień. Marcus dociera do Nipu znajduje to co chciał, a nawet więcej. Drugim bohaterem jest Sewer Flawiusz, namiestnik Wenedii potomek dawnych władców słowiańskich plemion. Polityk, Rzymianin pełną gębą, czasem zastanawia się nad swoją przynależnością etniczną i kulturalną. Sewer nie lubi Rzymu, ale wie, że bez Rzymu Wenedia byłaby niczym. Chyba, że znajdzie się jakaś idea, która pozwoli Wenedom zachować jedność i godność. Tą ideą według autora miałoby być chrześcijaństwo. W książce mamy dwa odłamy chrześcijan. Jedni niosą wiarę z mieczem w ręku, inni głoszą, że miłość zapanuje nad światem. Kto zwycięży? Tego się nie dowiemy…

Inglot bardzo zręczniee opisał nam Rzym, który zamiast upaść trwa i rozwija się dość dynamicznie. Świat w książce jest w miarę spójny, logiczny i interesujący. Bardzo zgrabnie przedstawiony. Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów. Wenedowie jakoś tak za bardzo swą mentalnością przypominają dzisiejszych Polaków, którzy są murem broniącym pogańskiego Rzymu przed innymi pogańskimi plemionami, ale ogólnie nie razi to bardzo.

Nie jestem żadnym purysta językowym (co zresztą po moim blogu widać:) Ale w tekście zwróciłem uwagę na nie pasujące do fabuły książki opisy. Na przykład jest mowa, o tym, że wspomnienia bohatera wyświetlają się mu jak obrazy na ekranie? (sic!), lub jak w kalejdoskopie. Niby nic, ale zwróciło to moją uwagę.

Książka Inglota jest książką dobrą, czytało mi się całkiem fajnie, ale bez szału. Może przez fakt, że trochę za dużo było tej metafizyki i wiary, jakoś tak mnie to odstręczało. Opowiadanie zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie. Dało się w nim wyczuć ogromny potencjał, trochę w książce zmarnowany.

„Zwrotnice czasu” stają się jedną z moich ulubionych serii.