Jacek Inglot “Polska 2.0”

Ha! I znów zaległości. Normalnie masakra jakaś. A wpis będzie dotyczył książki polskiego autora, którą również przeczytałem baaaardzo dawno temu. Jeszcze dawniej chyba niż „Obszar Marzyciela”, ale tę książkę postanowiłem sobie odświeżyć, bo pamiętałem, że lektura była dobra.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

Marek Baraniecki “Głowa Kasandry”

głowa

Chciałbym zacząć od krótkiej refleksji. Wielu ludziom wydaje się, że zagrożenie globalnym konfliktem jądrowym przeminęło razem z rozpadem ZSSR (Związkiem Sowieckich Socjalistycznych Republik). Wielu myślało i myśli, że groźba atomowego holokaustu już nam nie grozi. Moim skromnym zdaniem nic bardziej mylnego.

Cała zimna wojna opierała się na zasadzie równowagi między dwoma supermocarstwami, których przywódcy doskonale (mam taką nadzieję) zdawali sobie sprawę, że w przypadku konfliktu z użyciem broni jądrowej nie będzie żadnych zwycięzców.

Dziś arsenał atomowy może wpaść w różne ręce, ileż to się człowiek naczytał lub naoglądał o „brudnych” bombach, zaginionych rakietach balistycznych i materiałach do budowy bomb. Pal licho, że to w większości fikcja literacka lub filmowa była. Zagrożenie związane z użyciem atomowej broni jest znacznie poważniejsze niż kiedyś.

Obecnie jesteśmy świadkami wymachiwania szabelką przez niejakiego Kima, który musi po prostu pokazać swoim towarzyszom, że Zachodu się nie boi. Robi to by utrzymać władzę we własnym państwie (taka ma skromna opinia). Musiałby być szaleńcem ryzykując otwartą wojnę, ale z drugiej strony nigdy nie ma się pewności.

O szaleńcach i efektach ich postępowań napisał Baraniecki w połowie lat osiemdziesiątych w tytułowym opowiadaniu zbioru czyli w „Głowie Kasandry”. Wówczas nad ludzkością cały czas wisiała niczym miecz Demoklesa groźba globalnego konfliktu atomowego, o której już wspomniałem. Teraz też powinna istnieć taka obawa, ale ludzkość ma tyle spraw na głowie, że szkoda gadać. Co się będzie przejmować wojną atomową. Baraniecki w “Głowie Kasandry” opisał rzeczywistość po atomowym konflikcie. Zrobił to koncentrując się na opisach świata, w którym nastąpiło przebiegunowanie ziemi, zmiany stref klimatycznych, ogromne radioaktywne i chemiczne burze niszczące wielkie połacie naszej planety.

 Ludzkość jak to zwykle bywa (w przypadku globalnych konfliktów atomowych) przetrwała w niewielkich enklawach, które całkowicie porzuciły technologię, bo systemy naprowadzania rakiet i silosy rakietowe, te które ocalały, wciąż są zdolne do reagowania i wysyłania śmiercionośnej broni. Główny bohater to myśliwy, który nie poluje na zwierzynę, ale właśnie na pozostałości dawnych systemów rakietowych. Wykrywa aktywne silosy, zabiera się do pracy i likwiduje zagrożenie. Cały czas towarzyszy mu pragnienie odnalezienie mitycznej „broni ostatecznej” czyli owej Głowy Kasandry.

„Głowa Kasandry” to nowelka, która w bardzo ciekawy i interesujący sposób opowiada o końcu ludzkości, cyklu rozwoju cywilizacji i zadaje pytanie; Czy egoizm człowieka powinien stawać na drodze rozwoju innego inteligentnego życia? Skoro nie udało się Nam homo sapiens sapiens przetrwać, sami wykończyliśmy nie tylko własną cywilizację, ale również nasz dom czyli Ziemię, to czy w swej pysze powinniśmy mieć drugą szansę? Tematyka opowiadania zahacza o przeczytaną przez mnie niedawno „Kantyczkę dla Leibowitza” i wiele innych książek o tematyce postapokalitpycznej. Baraniecki zakończył opowiadanie bardzo efektownie i z nutką niepewności co do decyzji podjętych przez głównego bohatera.

Z pozostałych opowiadań ze zbioru jeszcze dwa są z lat osiemdziesiątych.

Karlgoro, godzina 18.00. Zupełnie mnie nie porwało. Statek kosmiczny, wypadek członka załogi i ludzie na Ziemi łączący swe jaźnie i siły psychiczne, by naprawić uszkodzenia ciała poszkodowanego setki milionów kilometrów dalej. Nie moje klimaty, w ogóle nie zaiskrzyło.

Wynajęty Człowiek.  Taka kryminalna historia z charakterystycznym motywem „zamkniętego pokoju”. Ale ów „zamknięty pokój” to statek kosmiczny, a członkowie załogi wplątani zostają w grę, która dzieje się w rzeczywistości. Pomysł bardzo interesujący, ale wykonanie znacznie już słabsze. Wydawało mi się takie chaotyczne i mało przekonywujące.

Ziarno Kirliana. To opowiadanie jest już dość świeże. Napisane do wydania książki z 2008 roku. Pomysł na opowieść oryginalny, bo mamy tutaj ogromny system, który wykorzystując odkrycie pól życiowej energii zarządza całą ludzką społecznością w taki sposób, aby wyeliminować wszelkie zło, konflikty i wojny. Znowuż nie moje klimaty, zbyt to ezoteryczne i takie metafizyczne.

Wesele dusz. To również nowe opowiadanie, ale to akurat sprawiło mi przyjemność. Mamy tutaj metafizykę, los, przeznaczenie, miłość zdolną zmienić świat. Może i naiwne, ale dla mnie krzepiące. Opowieść o dziesięciu sprawiedliwych, którzy mogą ocalić świat przed wojną taka pozytywna mi się wydała. Aha i pocieszenie może przynosić fakt, że istnieją w światowych rządach ludzie pragnący pokoju.

„Głowa Kasandry” zdobyła pierwszego „Zajdla”. Wcześniej to Zajdel zdobył „Zajdla” tylko wtedy nagroda nazywała się troszku inaczej, a dokładniej SFINKS się nazywała. Baraniecki słusznie „Zajdla” dostał. Tytułowe opowiadanie ze zbioru nie zestarzało się zupełnie. Być może dlatego, że porusza wątki wciąż aktualne w literaturze i popkulturze. Apokalipsa, zagłada ludzkości to strasznie „wdzięczny” temat. I oczywiście odbudowa ludzkiej cywilizacji po katastrofie. Baraniecki postawił świetne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Jedno z nich może brzmieć: Czy naprawdę jesteśmy warci całego tego zamieszania?

Pozostałe opowiadania w porównaniu do „Głowy Kasandry” wypadają dość blado. Przynajmniej dla mnie. Poruszanie się w tematyce ezoteryki, metafizyki, duchowości i tym podobne to nie moja działka.

Grzegorz Drukarczyk “Zabijcie Odkupiciela”

IMAG0372 Miasto bez nazwy, ogromny moloch, po którego asfaltowych żyłach poruszają się blaszane pudełka na kółkach, w tych blaszakach ludzie pędzą do pracy, by zarabiać kasę na nowe blaszaki. Miasto ogromne, brzydkie, w którym parki składają się z wyschniętych drzew, a jedynymi mieszkańcami Miasta, którzy mają jakiekolwiek ludzkie odruchy to grupa Wspaniałych Powalonych czyli kloszardów zajmujących najniższą (według ludzi z blaszanych pudełek na kółkach) niszę ekologiczną.

Nad Miastem góruje elektrownia atomowa. Ogromna, wielgachna i pompująca prąd w Miasto. Niestety czasem się coś w tej elektrowni popsuje, zdarzy się jakiś wyciek radioaktywny i trzeba to naprawić, ale jest to bardzo niebezpieczne. Po co marnować świetnie wyszkolonych pracowników, którzy umrą na chorobę popromienną. Lepiej rekrutować bezdomnych, którzy niczym Robaczki Świętojańskie zaprowadzą na miejsce wycieku specjalistyczne roboty. A to, że żule długo nie pociągną, psa z kulawą nogą nie będzie obchodzić.

Główny bohater Schizo, to wyszczekany żul. Z ogromnymi pokładami cynizmu, sarkazmu, ironii i nienawiści  do tak zwanego „normalnego” świata. To on jest narratorem historii, w której dużą rolę odegra Jezus ponownie przybyły na ziemię, grupa żulów o przedziwnych cechach i historiach życia. Były ksiądz nazywany Apostołem, który nie skończył swojego pierwszego kazania, a który odszedł z kościoła i napisał Nową Ewangelię. Facet z tikami nerwowymi, który pochodzenie ich wyjaśnia w heroicznym czynie, Bawarczyk prowadzący najpodlejszy lokal w mieście i kilka innych groteskowych postaci.

Oto pierwsze kazanie Apostoła:

„Zapomnijcie od dziś o wszystkim, co wpajano wam z tego miejsca. Rozbierzcie ten kościół cegła po cegle i zbudujcie z niego własne domy, zamiast dawać pieniądze na ofiarę, kupcie dzieciom zabawki. Czas mszy poświęćcie na rozmowę ze sobą. I zapomnijcie o dziesięciu przykazaniach, bo tak naprawdę jest ono tylko jedno: miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Jeżeli to pojmiecie, jeżeli będziecie ludźmi, On też będzie miłował was jak siebie samego. Te mury nie są wiarą, księża w złoconych sutannach nie są wiarą, martwe koraliki różańca nie są wiarą, paradne uroczystości nie są wiarą. Wiarą jest tylko ten krzyż, ale nie trzeba go wcale wieszać na ścianie, wystarczy wiedzieć, że istnieje i pamiętać o nim”

­

Jest jeszcze Przełożona Kostnicy, czyli zimna suka bez serca, którą Schizo kiedyś kochał, a którego ona wyśle na śmierć.

Pomysłów na koniec świata i ponowne przyjście Zbawiciela było mnóstwo. Niektóre bardziej szalone, inne zgodne z konwencją religijną i w duchu ostatniego rozdziału Nowego Testamentu napisanego przez niejakiego św. Jana od wina dzbana i skręta z afgana. Jezus wracał już jako zombie, jako mściciel i pewnie mnóstwo innych przyjmował wcieleń.

Pan Drukarczyk oferuje nam bardzo interesującą wizję nadejścia Odkupiciela. Jezus zostanie Robaczkiem Świętojańskim i będzie nauczał w elektrowni atomowej. Nauczał będzie zmartwychwstałych kloszardów, którzy zginęli podczas akcji naprawczych przecieków w elektrowni. Ludzie na wysokich szczeblach władzy zrobią wszystko, by Jezus nie zrealizował swojego planu, którym jest królestwo niebieskie na ziemi. Czy mu się uda?

Świetny, wulgarny język, którym posługuje się Schizo na opisanie swojego żulerskiego życia oraz tak zwanego „normalnego” świata. Sporo gorzkich słów na temat społeczeństwa, które tylko żre, konsumuje, kupuje. Bez żadnej refleksji, bez żadnego zastanowienia. Tępe masy, które myślą, że żyją. Schizo nie zostawiał suchej nitki (eufemistycznie mówiąc) na innych ludziach. Dostawało im się za oportunizm, głupotę, masowość, brak ludzkich uczuć i chciwość nowych rzeczy. Tu mnie ta postawa Schiza, który negował wszystkich “normalnych” drażniła, bo chociaż do pracy jeżdżę na rowerze, o zarabianiu kasy na nowe blaszane pudełko też ciężko mówić, to chyba należę do tej „normalnej” części społeczeństwa.

Dlaczego Drukarczyk jako jedynych „prawdziwych” ludzi pokazał żuli? Może chodzi o szczerość. Żule i kloszardzi niczego nie udają. Są szczerzy w swoich intencjach: znaleźć jakikolwiek alkohol, wyczyścić nim swoją pamięć, zaspokoić głód i tak do usranej śmierci. Popić, pojeść i nie wiem czy poruchać, ale te dwie pierwsze podstawowe potrzeby rządzą Wielkimi Powalonymi. I czy rzeczywiście żule to pasożyci? Wrzód na zdrowym ciele społeczeństwa. A może jest odwrotnie? Może ci, którzy siedzą na samym szczycie tak zwanej drabiny społecznej, cała wierchuszka to przeżarte złem, fałszem i chciwością stwory, które już dawno powinno się przestać nazywać ludźmi.

Książka Drukarczyka zapewniła mi kilka godzin porządnej rozrywki. Czyta się ją bardzo dobrze, choć czasem może być trochę obrzydliwie. Mnie zirytowała scena w stołówce. Schizo wymusił obiady na ludziach, po prostu ich wypłaszając swoim smrodem i chamstwem. Podobno tak robią żule na dworcach. Podchodzą do człowieka z jedzeniem i wtykają mu paluchy do zupy czy jakiegoś dania. Mnie osobiście coś takiego nie spotkało, ale gdyby mi ktoś tak zrobił to niech spodziewa się wpierdolu. Co innego jest bowiem przeprosić “kierownyka” i żebrać o złotówkę na przysłowiową “bułkę”, a co innego chamsko i ordynarnie wpieprzyć komuś paluchy do jedzenia.

Są co prawda pewne dłużyzny, zwłaszcza gdy Schizo zacznie pomstować na cały świat. Może też w książce brakować totalnej rozpierduchy, na której czele stałby Jezus z kumplami. Prawdziwego Armagedonu, ale ogólnie czyta się bardzo dobrze.

Książka nie kończy się happy endem. Kończy się ponuro i smutno. Nie ma zwycięstwa nad plugastwem i tymi na górze.

Moje zdziwienie było spore, gdy przeczytałem na biblionetce, że pierwsze wydanie książki ukazało się w 1992 roku. A to wydanie z Fabryki Słów jest wznowieniem. Zupełnie nie dało się odczuć, że książka ma ponad dwadzieścia lat. A często  taka fantastyka dość szybko się starzeje. Szacunek dla autora. Widocznie „Zabijcie Odkupiciela” jest dość uniwersalną krytyką społeczeństwa i przystaje do każdych czasów. Co nie świadczy dobrze o naszym “normalnym” świecie.

Jarosław Grzędowicz “Pan Lodowego Ogrodu” tom 1

imagesOpowiem Wam pewną anegdotkę. Dawno, dawno temu pewien studencik w krakowskim akademiku pilnie uczył się do egzaminu z języka angielskiego. Gdy siedział sobie w zimowy styczniowy wieczór (to była sesja zimowa) rozwiązując zadania z gramatyki języka mieszkańców Albionu, do jego pokoju wszedł Szatan. Co prawda nie do końca Szatan, ale dobry kolega, który miał do odegrania szatańską rolę. Wywiązała się rozmowa, padła propozycja aby wypić trochę/ociupinkę/mało/dużo/litry/morze piwa/wina/wódki/rumu/spirytusu bo wieczór zimny, bo nudno, bo ciemno, bo wczoraj nie było pite, bo Kaczyński, bo Tusk, bo sesja. Dzielny studencik wykazał się asertywnością, która u niego praktycznie nie występowała, zwłaszcza gdy padały takie propozycje. Dobry kolega drążył, wiercił, namawiał, agitował, nakłaniał, roztaczał wspaniałe wizje orgii godnej Dionizosa, która miała się odbywać w pokoju piętro wyżej. Gdzie alkohol lał się strumieniami, piękne studentki niczym kapłanki starożytnego greckiego boga winnej latorośli hojnie rozlewały procenty i rozdawały całusy. Jego zdolności oratorskie osiągnęły prelegencki Parnas, a gdyby taką przemowę wygłosił na spotkaniu Ligi Trzeźwości wszyscy poszliby natychmiast pić. Nasz studencik dzielnie stawiał opór. Chyba po raz pierwszy w życiu powiedział głośne i stanowcze NIE! Choć serce jego płakało rzewnymi łzami, a umysł serwował mu bardzo plastyczne i realistyczne wizje uczty na cześć Dionizosa. Wykazał się jednak rozsądkiem. Kumpel widząc, że nic nie wskóra, wstał, rzucił kilka epitetów na temat pierd…nych kujonów i wyszedł w noc, by zniknąć w oparach alkoholowej mgły, przy wtórze głośnego brzęku butelek i kieliszków. Studencik został sam. Z uczuciem gorzkiego zwycięstwa i suchością w gardle. Wrócił do zadań. Po dłuższej chwili zrobił sobie przerwę, rozejrzał się smętnie po pokoju i zobaczył książkę na swoim łóżku. Pomyślał, że kumpel przez przypadek ją zostawił. Rozpoznał nazwisko autora na okładce, bo coś tam wcześniej podczytywał. Stwierdził, że chwilka przerwy źle mu nie zrobi i rozpoczął lekturę…

Skończyło się tak, że tom pierwszy „Pana Lodowego Ogrodu” przeczytałem w ciągu tej jednej nocki. Do angielskiego zupełnie się nie uczyłem. Na szczęście język znałem dość dobrze. Egzamin zdałem na czwórkę, ale chciałem na piątkę. Natomiast „Pan…” wywarł na mnie ogromne wrażenie. Później przeczytałem również drugi tom, który również mi się podobał. Trzeciego już nie czytałem, a czwarty wyszedł całkiem niedawno. Dlatego też rozpocząłem ponowne czytanie całego cyklu. Dwie książki poznałem, dwie będą dla mnie nowością. Dziś książka pierwsza.

Co dostajemy w pierwszym tomie „PLO”? Dostajemy trochę science-fiction wymieszanego z porządną, tradycyjną fantasy. Pierwszy główny bohater to Vuko Drakkainen niespokojna dusza, były żołnierz, który nie może wytrzymać na Ziemi, opanowanej przez biurokratów pragnących rządzić każdą sferą życia człowieka. Na szczęście albo nieszczęście jest dla niego misja wiążąca się z opuszczeniem rodzimej skały i spróbowaniem czegoś zupełnie nowego, nieznanego i niesamowitego. Ludzkość znalazła bowiem planetę zamieszkaną przez inteligentnych obcych. Co najciekawsze ci obcy to humanoidy różniące się od nas niewielkimi, drobnymi szczegółami. Midgaard II, bo tak nazwana została planeta, objęty jest zakazem wszelkiego kontaktu z prymitywną z punktu widzenia ludzi cywilizacją. Jak to zwykle bywa zawsze znajdzie się ktoś kto ma zakazy w dupie. Na planecie przebywała grupa naukowców, zaginęli oni w tajemniczych okolicznościach. Vuka ma za zadanie ich odnaleźć. Zostaje zrzucony na planetę sam, z ekwipunkiem jak najbardziej przypominającym miejscowe wyroby, ale stworzonym na Ziemi, więc sto razy lepszym od miejscowego rękodzielnictwa. Dodatkowo Vuko ma w sobie specjalnego grzyba, który połączony z jego mózgiem pozwala mu widzieć w ciemnościach, uzyskiwać nadnaturalną siłę i szybkość, a jego nazwa brzmi Cyfral. Ogólnie czyni z niego nadczłowieka. No i Vuko wyrusza na poszukiwania naukowców. Zaczyna się przygoda przez duże P.

Drugi główny bohater to syn władcy kraju Amitrajów Filar, syn Oszczepnika z klanu Żurawia. Jest on świadkiem śmierci ojca, końca dynastii oraz upadku całego kraju. Wraz z wiernym sługą uciekają przed zemstą Prorokini, która doprowadziła do buntu i przewrotu. Muszą przedzierać się przez kraj ogarnięty pożogą i będący we władaniu kapłanów krwawego kultu Pramatki. Kultu, który pragnie aby wszyscy ludzie byli równi, a własność wspólna. Mówi Wam to coś? Tutaj też mamy przygodę przez duże P.

Co zwraca uwagę w „PLO” czyniąc go naprawdę godziwą i bardzo wciągającą książką? Jest kilka rzeczy. Wprowadzenie elementu science-fiction zrobiło książkę znacznie ciekawszą. Gdyby nie ten zabieg, to „Pan Lodowego Ogrodu” byłby kolejną bardzo tradycyjną  i schematyczną powieścią fantasy. Mamy w książce dzikich barbarzyńców z północy, którzy są niczym wikingowie, mamy cywilizację przypominającą Państwo Środka, mamy ludy pustyni żywcem wyjęte z Afryki, mamy kochających konie Amitrajów, wypisz wymaluj Mongołowie. Jest mnóstwo dziwacznych stworów, których pochodzenie niekoniecznie jest naturalne. Magia, zapomniałem o magii. No, bo jak to fantasy bez magii? Ano magia jest, występuje pod postacią Pieśni Bogów. Tylko Vuko jako racjonalista nie chce przyjąć do wiadomości istnienia czegoś takiego jak możliwość „czarowania” tudzież przywoływania mocy uroczysk. Te elementy są bardzo sztampowe i proste, ale… I o owo „ale” się tutaj wszystko rozbija. Konie to nie do końca są konie, tylko stwory pełniące podobną funkcję, jedzące mięso i sporo większe od ziemskich odpowiedników. Psy to nie psy, ale jakieś wielkie bydlaki, które też służą miejscowym w ten sam sposób jak psowate ludziom. Odkrywanie obcego świata to jedna z mocniejszych stron książki. Vuko cały czas nam przypomina, że nazywa coś niedźwiedziem to nie ma na myśli żadnego grizzly, ale bestię znacznie od niego groźniejszą i brzydszą. Znajdujemy się w końcu na obcej planecie.

Drugą mocną stroną książki to humor. Jest go sporo, jest różny. Dużo czarnego humoru, autoironii zwłaszcza w wykonaniu Vuko. Naprawdę jest zabawnie, ale nie przesłania to całej książki. „PLO” to nie książka, w której główny bohater łazi po świecie i rzuca na lewo i prawo jakieś żarciki. Wszystkie żarty wydają się być na miejscu i powiedziane w odpowiednim momencie.

Poza tym, to „Pan Lodowego Ogrodu” jest świetnie, żywo, lekko napisaną książką. Grzędowicz serwuje nam arcyciekawą historię opowiedzianą w bardzo dobry sposób. Nie ma dłużyzn, akcji jest sporo, ale nie ma też momentów, że człowiek jest zmęczony kolejną, wygraną potyczką głównej postaci. Pomysł z dwoma bohaterami sprawdził się doskonale. Przygody obydwóch śledziłem z takim samym zainteresowaniem. Vuko dzięki Cyfralowi zachowuje się czasem jak „Max Payne”, któremu zwalnia czas i daje mu to przewagę nad miejscowymi, którzy są „zwyczajnymi” ludźmi i z różnymi magicznymi bestiami nie dadzą sobie rady. Taki Wiedźmin na innej planecie. To moje porównanie do Wiedźmina jest oczywiście skrótem myślowym. „PLO” w niczym nie ustępuje sadze Sapkowskiego.

“Pan Lodowego Ogrodu” po tych kilku latach znów zaserwował mi zarwaną  nockę. Myślę, że to wystarczająca rekomendacja.

Maja Lidia Kossakowska “Grillbar Galaktyka”

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Po Lemie, który jest daniem doskonałym aczkolwiek może być postrzegany jako potrawa wyrafinowana oraz wyłącznie dla prawdziwych smakoszy. Czas na coś znacznie bardziej lekkostrawnego i ociekającego sosem galaktycznym. Kossakowska i jej najnowsza książka. Długo kazała czekać na siebie autorka świetnego cyklu o zdemoralizowanych aniołach.

O czymże jest “Grillbar Galaktyka”? Otóż jest o wszystkim! Mamy w nim całą galacticę z jej ogromem, różnorodnością ras, gatunków, planet, zwyczajów, tradycji, technologii i kuchni! Bo przecież każda rasa musi jeść, oprócz Żywych Kryształów z układu Gemmy, które nie jedzą. Są one jednak wyjątkiem i poza nimi wszyscy jedzą wszystko i wszystkich. Hermoso Madrid Iven to szef kuchni w znanej restauracji, który zarządza zespołem prawdziwych wariatów i świrów. Wspólnie przyrządzają jedne z najlepszych dań w Galaktyce. Hermoso zadowolony z życia w miarę jest, kaskę zarabia niezłą, przygody w pracy są, robi to co lubi i nikt mu w gary nie zagląda… Do czasu. Kontrole z Ministerstwa Zdrowego Żywienia z Unii Międzygalaktycznej; pasożyty, które zadziwiająco przypominają ósmego pasażera Nostromo; miłosne rozterki – to wszystko zaczyna go trochę przygniatać. Te problemy to jednak nic wielkiego w porównaniu z oskarżeniem o morderstwo ważnego członka mafii. Hermoso musi brać nogi za pas i wiać na dugi koniec galaktyki. Zaczyna się jego odyseja, tuła się biedaczek od knajpy do knajpy. Nigdzie jednak nie zazna spokoju, bo wciąż mu deptają po piętach nasłani przez mafię cyngle. Pakuje się w jedną przygodę za drugą, poznaje grupkę oddanych przyjaciół, z którymi odkrywa mroczny spisek Śluźni, która pragnie zawładnąć Unią Międzygalaktyczną. Mogę chyba zdradzić, że jego przygody kończą się happy endem:)

„Grillbar Galaktyka” to świetna rozrywka. Kossakowska dobrze i z wyczuciem pogrywa sobie z czytelnikiem odniesieniami do popkultury. Czytało się błyskawicznie, książka zabawna i śmieszna. Brawo za ogromną wyobraźnię i dobrze skrojony Wszechświat. Oczywiście zdarzały się zgrzyty. Momentami za dużo było tych wymyślnych dań z dziwacznych stworzeń oraz kilka fragmentów czuć mocno spalonym patosem i tkliwością. Kossakowska przemyca również polityczne odniesienia do świata naszego. Dostaje się urzędasom z Unii Międzygalaktycznej, którzy chcą zmusić własnych obywateli do bezwzględnego posłuszeństwa, narzucają bezsensowne przepisy, bo społeczeństwo jest za głupie i trzeba każdego prowadzić za rączkę. Zastanówmy się czy czasem nie znamy takiej Unii, co to banany prostuje i wszystkim mówi jak mają żyć, a sama jest na skraju upadku… Nie da się również nie zauważyć, że dostaje się po dupie wszystkim zwolennikom poprawności politycznej, która osiągnęła w Galaktyce Hermoso stopień absurdu (nie tylko w galaktyce Hermoso).

Kossakowska zaserwowała mi kawał porządnie wypieczonej, dobrze przygotowanej frajdy. Oczywiście, aż takiego szału nie było, na kolana nie padłem, do gotowania obcych się nie zabieram, ale bawiłem się znakomicie:)

Tempus Fugit tom 1

Tempus Fugit

Tempus Fugit

Moi drodzy w łapki Charliego wpadła antologia, o której słyszał wcześniej ale dopiero teraz mógł ją przeczytać. Cóże to za zbiór opowiadań, czegóż dotyczący. Otóż wydawnictwo Fabryka Słów zebrało kilku polskich autorów fantastyki oraz science-fiction i kazała im napisać opowiadania dotyczące czasu, jego upływu, jego przepływu, uciekania i tak dalej. Tytuł antologii “Tempus fugit” to początek (tak mi się przynajmniej wydaje) łacińskiej maksymy “Tempus fugit, aeternitas manet” czyli “Czas ucieka, wieczność pozostaje”. Ech, Ci Rzymianie mieli chłopaki łeb do sentencji.

Dobra, wracamy do antologii. Kilka opowiadań, kilku pisarzy i jednej pisarki, niektórych kojarzyłem, innych nie.

Pierwsze opowiadanie to “Zegarmistrz i łowca motyli” Jarosława Grzędowicza, którego znam, i którego “Pan lodowego ogrodu” powalił mnie swego czasu na kolana i mało co nie zawaliłem egzaminu, bo zamiast się uczyć przeczytałem pierwszy tom. Opowiadanko spoko, fajny pomysł ale naprawdę jak na Grzędowicza to bez szału, bez szału.

Następna w kolejce to pani Milena Wójtowicz, z jej zabawną “Załatwiaczką”. Tak jak wspomniałem zabawną i dosyć przyjemną, to chyba jest tak zwane fun fantasy. Lekkie, łatwe i przyjemne.

Trzecie opowiadanie wysmażył Eugeniusz Dębski “Najważniejszy dzień w tym roku” i było całkiem, całkiem interesujące. Przyszłość jaką wykreował Dębski trochę mnie przerażała i mam nadzieję, że nie dane mu jest zostać prorokiem w swoim własnym kraju.

Czwórka to dzieło pana Pawła Majki, o którym nic nigdy nie słyszałem i naprawdę żałuję. Jego “Poświat” to świetne opowiadanie, dokładnie to co Charlie lubi – Majka nakreślił świat interesujący i tak ciekawy, że bardzo było mi przykro, że opowiadanie się skończyło. “Poświat” to materiał na jakąś wypasioną sagę albo przynajmniej trylogię. Bo pomysłów tam było mnóstwo i widać, że Paweł Majka ma łeb nie od parady. Dla mnie najlepsze opowiadanie z całej antologii.

Marcin Wroński i jego “Niewiele brakowało” nie wywarło na Charliem oszałamiającego wrażenia, ot takie sobie do przeczytania.

“Matka Gromów” Sebastiana Uznańskiego już znacznie lepsza, pomysł interesujący, ładnie napisane, ale stanowczo za długie. Pod koniec wiało już schematem, choć zakończenie interesujące.

“Odnaleźć Annę” Cezarego S. Frąca nie było złe, ale również nie powaliło na kolana. Pomysł interesujący choć miałem wrażenie jakbym czytal jakieś opowiadanie z lat osiemdziesiątych. Nie wiem skąd mi się to wzięło ale tak było.

Antologia jak to antologia – jedne opowiadania słabsze, inne lepsze. Ja gorąco polecam “Poświat” – Majka miał świetny pomysł i super wykonanie, naprawdę warto to przeczytać. Ogólnie zbiór godny polecenia.