Antologia “Legendy polskie”

Światowid ze Zbrucza. Źródło: http://pauart.pl/app/artwork?id=5838225d0cf2844219bff418

Dobry wieczór kochani. Piszę do Was żeby się przed Wami choć trochę ukorzyć, bo cóż się stało z moją obietnicą częstszego pisania? Ano nie została dotrzymana. Może zrobiłem się trochę aktywniejszy na fejsiku, ale to i tak wciąż za mało! Mało, mało i mało! Trochę to dziwne, bo przecież lubię sobie skrobać tutaj te marne słowa (które później okazują się przydatne jeśli chodzi o sięganie po wspomnienia co do przeczytanych książek).

Continue reading

Roger Zelazny “Damnation Alley” (“Aleja potępienia”)

Ścieżki, które prowadzą mnie do przeczytania książek są czasem bardzo zadziwiające i pogmatwane. Czasem zwykły przypadek sprawi, że przeczytam jakąś książkę. Oczywiście tradycyjne kanały takie jak: polecenie książki przez znajomego/znajomą, recenzja na jakimś blogu, kolejna książka znanego mi pisarza także na mnie działają. Ale w tym przypadku miał miejsce dziwny zbieg okoliczności. Opowiem Wam tę historię, bo uważam, że jest ciekawa. Otóż wpierw na Wykopie ktoś wrzucił różnych lektorów czytających teksty ze „Szklanej pułapki”.

Jipikajej from Grzegorz Brzeczyszczykiewicz on Vimeo.

Czytaj dalej->

Arkadij i Borys Strugaccy “Piknik na skraju drogi”

piknikMam ostatnio ciągoty do klasyki. Czy to oznacza, że się starzeję? Pewnie tak, bo przecież każdego dnia moje komórki umierają milionami z okrzykiem „Za Charliego!” i ja tego nawet nie zauważam. Nie wspominając o moich szarych komórkach, które umierają z okrzykiem „Na zdrowie!” lub z przyśpiewką „Jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce” i tak dalej, i tak dalej. Zaczynam nudzić z tymi moimi nawiązaniami do zabijania szarych komórek alkoholem. Jednak jestem szczerym „chłopakiem” i co Wam tu będę ściemniał. Podobnie jak Piotr Bałtroczyk lubię mówić o sobie, że jeśli chodzi o alkohol to jestem hobbystą – entuzjastą.

Dobra wracając do tematyki dzisiejszego wpisu. Zabrałem się za „Piknik…” tak zupełnie przypadkiem. Myślałem, że to kiedyś przeczytałem, ale jednak nie. Książka była dla mnie zupełną nowością. I dobrze. Książka została napisana w latach siedemdziesiątych w ZSSR, co zupełnie nie ma znaczenia dla samej jakości książki. Fakt ten ma znaczenie  jeśli chodzi o późniejsze nawiązania w szeroko pojętej kulturze do książki, oraz odczytywania drugiego dna w powieści.

Bardzo krótko o fabule. Obcy lądują na Ziemi w 6 miejscach, zupełnie przypadkowo. Pozostawiają po sobie tak zwane Strefy, które obfitują w przeróżnego rodzaju anomalie, materiały, narzędzia, wynalazki.  Ludzie zaczynają eksplorować te Strefy – jedni legalnie jako naukowcy, inni nielegalnie jako stalkerzy, czyli osobniki co wchodzą do Strefy, narażając się na wiele niebezpieczeństw, wynoszą różnego rodzaju przyrządy i sprzedają te przyrządy na czarnym rynku. My towarzyszymy Redowi Shoehartowi stalkerowi z prawdziwego zdarzenia. Fabuła dotyczy kilkunastu lat z życia Reda i nie tylko jego, w pobliżu Strefy. A życie to nie było łatwe, o nie.

Popkultura zarówno w sferze literackiej i filmowej różne wizyty i lądowania Obcych przerobiła na setki różnych sposobów. „Kontakt” Sagana, „Bliskie spotkania 3 stopnia” Spielberga, nie wspominając o moim ulubionym „Dniu Niepodległości” Emmericha lub ostatnio gdzieś mi mignął „Kokon” Howarda, albo „Ziemskie dziewczyny są łatwe” czy też sam „Obcy”. Dobra przestaję wymieniać filmy, bo zdaje się, że cały wpis można poświęcić tylko na tejże czynności. Krótko: napisano i nakręcono mnóstwo książek i filmów dotyczących tej tematyki. Spojrzenia na wizytę obcej rasy były różne. Od inwazji wyżej zaawansowanych cywilizacyjnie kosmitów, po komediowe lekkie ujęcie tematu jak w „Kapuśniaczku” ze świętej pamięci Louie de Funesem. Zaprawdę powiadam Wam im dłużej stukam w klawiaturę tym więcej filmów mi do głowy przychodzi, a przecież mam pisać o książce Strugackich. Zresztą sama książka stała się inspiracją do stworzenia dość specyficznego filmu w reżyserii Andrieja Tarkowskiego.

Czym jest Strefa? Wiemy na pewno tyle, że jest miejscem tak zwanego Lądowania. Kosmiczna rasa przybyła w określone miejsce, trochę się pokręciła i poleciała dalej. Naukowcy, filozofowie, badacze niemożebnie głowią się nad tym, czym jest Strefa. A i tak po trzynastu powieściowych latach nie wiedzą nic. Owszem ludzie nauczyli się wykorzystywać do swoich celów niektóre wynalazki, ale na pewno niezgodnie z ich docelowym przeznaczeniem. Pięknie wyjaśnia naturę Strefy oraz stan wiedzy na jej temat (bardziej brak owej wiedzy) w rozmowie między sobą dwóch pomniejszych bohaterów książki. Uwaga będzie spoiler dotyczący tytułu książki

„(…) No a Lądowanie? Przynajmniej powiedz, co myślisz o samym Lądowaniu?

– Proszę bardzo – powiedział Walentin. – Wyobraź sobie piknik…

Nunnun drgnął.

– Jak powiedziałeś?

– Piknik. Wyobraź sobie: las, przesieka, polana. Z przesieki na polanę wjeżdża samochód, z samochodu wysiada młodzież, butelki, koszyki z prowiantem. Dziewczyny, tranzystory, kamery filmowe… Rozpalają ognisko, stawiają namioty, gra muzyka. A rankiem odjeżdżają. Zwierzęta, ptaki i owady, które przez całą noc ze zgrozą obserwowały to, co się działo, wyłażą ze swoich kryjówek. I cóż widzą? Na trawie kałuża oleju, rozlana benzyna, leżą nieprzydatne już świece i olejowe filtry. Poniewierają się stare szmaty, przepalone żarówki, ktoś zgubił klucz francuski. Z opon spadło błoto przywiezione z niewiadomych bagien… no, sam rozumiesz, ślady ogniska, ogryzki jabłek, papierki od cukierków, puszki po konserwach, puste butelki, czyjaś chusteczka do nosa, czyjś scyzoryk, podarte przedwczorajsze gazety, bilon, zwiędłe kwiaty z innych lasów…

– Zrozumiałem – powiedział Nunnun. – Piknik na skraju drogi.

– Właśnie. Piknik na skraju jakiejś kosmicznej drogi. A ty mnie pytasz, czy oni wrócą, czy nie?”

Strefa zmieniła wiele. Pchnęła trochę ludzkość do przodu w tym sensie, że dała trochę wynalazków, sypnęła garścią błyskotek i kręcących się wiecznie pierścieni, ale raczej zmiana nie jest przedstawiona w pozytywnym świetle. Nie tylko miejsce Lądowania jest odmienione, cała okolica wokół Strefy jest skażona, zarażona nieznanym rakiem. Stalkerzy często umierają gwałtownie, ale również umierają powoli, mutując, płodząc dzieci, których natury naukowcy  nie są w stanie zrozumieć. Strefa przywraca do życia umarłych wracających do swych domów. Oprócz rakowatej narośli samej Strefy, ludzie też tworzą swoje własne wypaczone struktury. Na „bogactwach” z zony spekulanci dorabiają się bajecznych fortun, całe miasteczko zamienione zostaje w jeden wielki burdel, gdzie każdy orze jak może. Starzy stalkerzy narażający swoje życie w strefie ustępują miejsca nowej generacji posługującej się automatami w celu wydzierania dobrodziejstw lub przekleństw ze Strefy. Obcy przylecieli, naśmiecili i polecieli zostawiając biedne małpoludy z tysiącem pytań, bez żadnych odpowiedzi. Owa niemożność kontaktu, brak punktów zaczepienia dla dwóch odmiennych cywilizacji czy też dwóch gatunków rozumnych istot to tematyka, którą poruszał również Lem i wielu innych.

Gorzka to książka, nie ma w niej optymizmu, nie ma wiary w zdobycze techniki i postęp ludzkości. W tej warstwie książkę można odebrać jako krytykę ówczesnego Związku Sowieckiego. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Jest też cyniczne spojrzenie na nasz gatunek, który nawet w obliczu tak doniosłego odkrycia, że nie jesteśmy sami w kosmosie potrafi być krótkowzroczny i myśleć o doraźnych korzyściach.

Nie mogę znaleźć jednoznacznych słów podsumowania “Pikniku…”. Powiem Wam w sekrecie, że przez kilka pierwszych stron myślałem sobie WTF? Nie wiadomo co się dzieje, od razu jakieś machlojki, jakieś przepustki, jakieś wyjścia w dzień. Czytelnik został wrzucony na głęboką wodę. Po chwili jednak wrażenie zagubienia mijało i już się wsiąkło w stalkerowski świat i chciało się napić z Redem z tej jego wysłużonej manierki (wszystko zatacza krąg i jak zacząłem od wynurzeń alkoholowych tak na nich skończyłem).

Stwierdzam, że „Piknik na skraju drogi” to absolutne MUST KNOW jeśli chodzi o science-fiction.

 

Dzięki Ci Internecie!

Teraz będzie wpis pochwalny. Wpis sławiący Internet, jego zasoby, ludzi którzy go tworzą. Tak, nie mylicie się będę chwalił ludzi, którzy tworzą Internet. Ludzi, których jedynym pragnieniem jest dzielenie się tym co lubią, znają i kochają. Ulubioną muzyką, książką, filmem, obrazkiem czy zdjęciem kota rozwalonego na kanapie w pozie mam wyjebane na wszystko, bo jestę kotę.

Dzięki Ci Paulu Baranie za koncepcję rozproszonych sieci. Dzięki Ci Uniwersytecie Kalifornijski za Advanced Research Project Agency, składam Ci pokłony Jonie Postelu, który scaliłeś protokoły TCP/IP, a od podstaw stworzyłeś DNS. Bądź pochwalon Timie Bernersie – Lee oraz Robercie Cailliau za World Wide Web. Niech Was anieli pieszczą Wy wszyscy anonimowi programiści, specjaliści, informatycy, administratorzy, którzy tworzyliście i tworzycie zręby i podstawy tego wiekopomnego wynalazku jakim jest światowa Sieć.

Skąd ten mój wybuch entuzjazmu? Z zupełnie błahej przyczyny. Jak zauważyliście na swoim blogu rzadko piszę o muzyce. O muzyce nie umiem pisać. Ja jej mogę tylko słuchać. Dziś będzie wyjątek. Ostatnio zasłuchuję się w takiej oto składance:

http://en.wikipedia.org/wiki/Rogue%27s_Gallery:_Pirate_Ballads,_Sea_Songs,_and_Chanteys

 Płyta została wydana przy okazji kręcenia Piratów z Karaibów część druga. Przeróżni artyści zagrali swoje wersje różnych morskich ballad, szant czy pijackich pieśni. Jest tam jedna piosenka wykonana przez niejakiego Loudona Wainwrighta III p.t. „Good ship Venus”. Piosenka jest z przezabawnym, mocno obscenicznym tekstem. Macie tu linka do piosenki:

A tu macie pełen tekst:

“On the good ship Venus

By Christ you should have seen us
The figurehead was a whore in bed
Sucking a dead man’s penis

The captain’s name was Lugger
By Christ he was a bugger
He wasn’t fit to shovel shit
From one ship to another

And the second mate was Andy
By Christ he had a dandy
Till they crushed his cock on a jagged rock
For cumming in the brandy

The third mate’s name was Morgan
By God he was a gorgon
From half past eight he played till late
Upon the captain’s organ

The captain’s wife was Mabel
And by God was she able
To give the crew their daily screw
Upon the galley table

The captain’s daughter Charlotte
Was born and bred a harlot
Her thighs at night were lily white
By morning they were scarlet

The cabin boy was Kipper
By Christ he was a nipper
He stuffed his ass with broken glass
And circumcised the skipper

The captain’s lovely daughter
Liked swimming in the water
Delighted squeals came when some eels
Found her sexual quarters

The cook his name was Freeman
And he was a dirty demon
And he fed the crew on menstrual stew
And hymens fried in semen

And the ship’s dog was called Rover
And we turned the poor thing over
And ground and ground that faithful hound
From Teneriff to Dover

When we reached our station
Through skillful navigation
The ship got sunk in a wave of spunk
From too much fornication

On the good ship Venus
By Christ you should have seen us
The figurehead was a whore in bed
Sucking a dead man’s penis”

Trochę w klimacie Morskich Opowieści. Domyślałem się, że pan Louden zagrał swoją wersję tej piosenki i z ciekawości wpisałem tytuł w wujka Googla. Oto co mi wyszło:

http://en.wikipedia.org/wiki/Good_Ship_Venus

Daję Wam tutaj wersję Sex Pistols. Najsłynniejszą wersję tej piosenki.

W linku do Wikipedii o piosence możecie znaleźć informacje o innych wersjach. Sprawdziłem sobie jeszcze Toniego Montano (serbskiego punk rockowca), który nagrał swoją wersję piosenki Sex Pistols z innym tekstem (niezwykle pomocnym okazał się Google Translator, który pozwolił zrozumieć sens słów).

Tutaj macie link do wersji Toniego:

W Wikipedii jest jeszcze informacja, że „Good ship Venus” zwłaszcza w refrenie śpiewana jest na melodię „In and Out the Windows”. Co to jest również postanowiłem sprawdzić:

 

Niezła psychodela muszę Wam przyznać.

Zatrzymałem się jednak przy Tonim Montano. Serbską, a raczej jugosłowiańską muzykę to ja kojarzyłem jedynie z projektów Yougoton i Yougopolis i tyle.

Kliknąłem sobie jeszcze jeden jego link na chybił trafił:

Znowu nieodzowny Google Translator, coby sprawdzić mniej więcej o czym on śpiewa, bo jeśli chodzi o muzykę to nawet ja nie posiadający absolutnie żadnego słuchu muzycznego poznałem melodię Smokie – Who the fuck is Alice.

W powiązanych przy piosence Toniego miałem zespół o intrygującej nazwie Partibrejkers. Sobie kliknąłem i zostałem pochłonięty. Utknąłem pomiędzy wsłuchiwaniem się w kolejne kawałki, a sprawdzaniem tekstu w Google Translatorze. Serbski choć podobny do polskiego, to jednak inny, a ja lubię mniej więcej wiedzieć o czym sobie tam podśpiewują:

Mógłbym Was tak zarzucać linkami, ale może to co wrzucę, choć trochę Was zainteresuje.

I wybaczcie, że piszę tak gorączkowo i chaotycznie. Jeśli ktoś słucha serbskiego punk rocka, a przypadkiem przeczyta te moje wypociny niech się nie zgorszy, bo to pisanina totalnego ignoranta, jeśli chodzi o ten kraj i jego punk rock. Nie wiem, które piosenki są najbardziej znanymi piosenkami Partibrejkers, działam w tym momencie trochę na oślep. Podążając za białym kursorem i podpowiedziami Youtube. Może jak mi gorączka poszukiwacza skarbów minie zajmę się tym trochę bardziej metodycznie. Jest przecież jeszcze tyle zespołów do odsłuchania.

Jest już druga godzina, jutro do pracy, a ja korzystam garściami z możliwości jakie daje mi Internet. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, którzy bezinteresownie, bez żadnej chęci zysku podzielili się swoją ulubioną muzyką wrzucając ją na Youtube lub napisali artykuły na Wikipedii, Charlie byłbym ciut uboższy duchowo. Przedziwne są cyfrowe ścieżki. Oto bowiem od wulgarnej pijackiej piosnki dotarłem do serbskiego punk rocka. I bądź tu człowieku mądry.

Jest mnóstwo zła w Sieci, ale jest również mnóstwo dobra. Internet to soczewka, w której skupia się cała ludzkość. Soczewka powiększająca i potęgująca WSZYSTKIE nasze cechy. Te złe i te dobre. Ja dziś doznałem od strony Internetu samej dobroci, rozumianej jako potężna dawka ciekawej i interesującej muzyki oraz emocji towarzyszących odkrywaniu na własną rękę czegoś zupełnie nowego (nie wspominam tutaj o jutrzejszym niewyspaniu). I Wy również doznawajcie samej dobroci w Sieci. Niech tak będzie dla mnie i dla Was wszystkich. Teraz i na wieki wieków. Amen. Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.

 

 P. S. A do zapoznania się z przyczyną tego całego bałaganu, czyli Rogue’s Gallery: Pirate Ballads, Sea Songs and Chanteys zachęcam gorąco. Znajdziecie tam Nicka Cave’a, Bono, Stinga i wielu, wielu innych. Tu jest cała playlista.

P. S. 2 Wpis ma charakter emocjonalny, dlatego nie będę na chłodno opisywał Wam innych dobroci Internetu. Choćby owych bibliotek cyfrowych, z których również korzystam obficie. Nie było i nie będzie żadnej dogłębnej analizy Sieci.

 

Dla narzekaczy…

Życie to dziwka. Niby banał, niby oczywista oczywistość, ale jak często zapominamy o tym, że życie to dziwka. Ja to rozumiem nie w sensie tego, że życie jest prostytutką świadczącą usługi seksualne za pieniądze.

Życie to dziwka jeśli chodzi o charakter. To wredna suka, która robi Ci na złość. Tylko dla swojej radości i pustego chichotu.

Gdy coś idzie nie tak, gdy czujemy rozdrażnienie na otaczający nas świat. Na wszelkie przejawy zła, głupoty i tak dalej i tak dalej. Wtedy warto sobie zobaczyć jak inni dają sobie radę w dużo gorszych sytuacjach, w jakich się znajdują. Nie każdy ma bowiem tak dobrze jak my Polacy. Bo wbrew pozorom nie jest tak tragicznie.

Dlatego dla wszystkich, którym jest źle zapodam mocno motywujący film. O determinacji w dążeniu do celu, pragnieniu uczynienia świata ciut lepszym i potędze informacji, która w czynieniu dobra jest bardzo potrzebna.

Film jest z serii Google Stories. Czyli historii o tym jak wyszukiwarka Google pomaga w zwyczajnym życiu oraz w ekstremalnych sytuacjach. Ja wiem, że to robione pod publiczkę jest, ale nie odbieram tym filmom siły przekazu. Mam nadzieję, że Google Stories są prawdziwe.

Inne możecie zobaczyć na tym kanale: http://www.youtube.com/user/SearchStories?feature=watch

Everything is a remix [update]

Pojawiła się ostatnia część projektu “Everything is a remix”, o którym pisałem tutaj.

Ostatnia część zajmuje się prawem autorskim, systemem prawnym, który stoi na straży praw autorskich i służy korporacjom.

Kirby mówi o kopiowaniu pomysłów, technologii, sztuki. Nawiązuje do zachowania, które my znamy doskonale dzięki Sienkiewiczowi “Jak Kali ukraść krowa to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę to źle”.

Gdy sami kopiujemy nie mamy z tym żadnych problemów moralnych, lecz gdy ktoś posłuży się naszą własnością intelektualną natychmiast podnosimy krzyk. To zjawisko dotyczy nie tylko biednych studenciaków ściągających filmy, ale największych (przykład Steve Jobsa, czy też Walta Disneya). Obejrzyjcie sobie część czwartą warto!

Everything is a Remix Part 4 from Kirby Ferguson on Vimeo.

 

 

Everything is a remix…

Wielokrotnie powtarzam niczym mantrę zdanie: “WSZYSTKO JUŻ BYŁO”. Do powtarzania tego zdania skłania mnie moja praca w bibliotece, dostęp do starych czasopism, książek, zakurzonych gazet, które umożliwiają mi podróże w czasie:) Za każdym razem przekonuję  się, że ludzie od zawsze byli tacy sami.

Dzisiejsze moje odkrycie nie będzie świeże, może już widzieliście. Ja jestem zachwycony filmami zrobionymi przez Kirbiego  Fergusona, w których bierze pod lupę popkulturę i pokazuje jak wszystko jest samplowane, wykorzystywane ponownie i ponownie. Popkultura to jeden wielki recykling treści i przekazu. Archetypy siedzą w nas głęboko, a twórcy popkultury wykorzystują wciąż te same chwyty, sztuczki i zagrania ubierając je w nowe szaty. Zachęcam do obejrzenia zamieszonych niżej filmów (niestety only in english):

Everything is a Remix Part 1 from Kirby Ferguson on Vimeo.

Led Zeppelin bezwstydnie, że tak użyję eufemizmu “aranżowali” utwory innych artystów, specjalnie się z tym nie kryjąc.

Drugi film, tym razem o “Star Wars” i nie tylko:

Everything is a Remix Part 2 from Kirby Ferguson on Vimeo.

Niezła jazda prawda? Zdaję sobie sprawę, że takich podobieństw scen można się doszukiwać w niemal każdym filmie, ale Ferguson ładnie tutaj wypunktował zarówno Lucasa jak i Tarantino.

Trzeci film:

Everything is a Remix Part 3 from Kirby Ferguson on Vimeo.

Jak dla mnie najciekawszy. Kopiowanie, transformacja lub niby, że bardziej po polskiemu (chyba) przetwarzanie, a na końcu łączenie. Elementy kreacji. Świetny film pokazujący w jaki sposób ludzkość prze do przodu. A nie robiła tego poprzez zakazywanie kopiowania, ale właśnie poprzez twórcze wykorzystanie czyichś pomysłów i stworzenie z tego nowego produktu.

Czwarta część jeszcze się nie ukazała. Zainteresowanych projektem odsyłam na stronę Fergusona:

http://www.everythingisaremix.info/

This is Halloween…

Przepraszam za tytuł, ale cóż poradzić. Dziś Halloween i wszyscy coś piszą o tym święcie. Ja też coś tam skrobnę:) Zalała nas ta amerykancka popkultura i dziś nikt nie pamięta o co 31 października chodziło, a tym bardziej o co chodziło naszym słowiańskim przodkom w tym dniu. Ja tam ortodoksem nie jestem i Halloween mi samo w sobie nie przeszkadza (dobra okazja do urządzenia przebieranej imprezki), ale jakbym zobaczył dzieciaka pukającego do mych drzwi i mówiącego “Cukierek albo psikus” to raczej dostałby ode mnie psikusa…

Dobry skecz kabaretowy o adaptowaniu obcych kulturowo zwyczajów do naszego słowiańskiego podwórka:

Nie będę w dzisiejszym wpisie bronił naszych słowiańskich Dziadów przed amerykańskimi Jack-o’-lanternami (jak gdyby ktoś nie wiedział to są wydrążone dynie  ze świeczkami), chciałem tylko podzielić się z Wami moimi ulubionymi motywami na Halloween.

Najlepszą dla mnie rzeczą na Halloween są specjalne odcinki Simpsonów popularnie nazywane “Treehouse of Horror”. Ten przecudowny miks najbardziej znanych i rozpoznawanych motywów z popkultury lub obecnie popularnych filmów, seriali podany w groteskowej formie jest dla mnie ucztą samą w sobie. Jest już tego ponad dwadzieścia odcinków i polecam każdy!

Horrory, horrory, horrory – bez tego nie da się przeżyć porządnego Halloween:) Czy wspomniałem już o horrorach? Jeśli nie to wspominam teraz. Niezłą listę horrorów na Halloween możecie znaleźć na blogu Horror Story Reborn. Ja ze swej strony uwielbiam post apokaliptyczne klimaty, zwłaszcza jeśli dominującymi bohaterami są zombiaki. Jednym z najlepszych filmów dla mnie, które  utrzymane są w tej konwencji jest “28 dni później” (co prawda nie ma tam zombiaków, ale to akurat nie ma najmniejszego znaczenia).  Z kolei nie przepadam za slasherami, w których krew i flaki latają zupełnie bez sensu (rzeczywiście chodzące żywe trupy na pewno mają więcej sensu). Oczywiście nieśmiertelne “Martwe zło” – wszystkie części. Pierwszy raz obejrzane na spiraconej kasecie VHS o okropnej jakości. Bogiem a prawdą – gdyby nie pirackie kasety video, to nasz naród miałby ogromne tyły jeśli chodzi o filmy z Zachodu. Jakoś nie przepadam za azjatyckim kinem grozy – wydaje mi się zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla mnie. Znajdzie się oczywiście kilka fajnych rzeczy. Mógłbym Wam tutaj wymieniać film za filmem, nie widzę w tym sensu zbytniego, gdyż rzeczy z gatunku horror jest mnóstwo. Makabra przyciąga magnetyczną siłą. Rynek horrorów obfituje w przeogromne ilości filmów, książek, komiksów, gier i muzyki. (Odzywa się moje wrodzone leni.. tfu.. chciałem powiedzieć wrodzona dbałość o czytelnika, coby go nie przeładować nadmiarem materiału.)

Zmieniając temat, teraz piosenka, która ostatnimi czasy gości bardzo często w moich głośnikach. Najpierw dam cover. Oryginalny utwór pochodzi z filmu według scenariusza Tima Burtona “Nightmare before Christmas” po naszemu “Miasteczko Halloween“, cover natomiast z płyty “Nightmare revisited”:

A macie też oryginał:


Fajne prawda:)

Żaby nie było tak zupełnie amerykancko, bo przecież jestem Słowianinem, jak śpiewał Spięty z Lao Che. Słowianinem oraz bibliotekarzem dlatego podzielę się z Wami niewielką ilością informacji z czasopisma o przepięknym tytule “Przyjaciel Ludu” z roku 1839. Informacje będą dotyczyć wierzeń ludowych dotyczących złych duchów.

Na początek moi drodzy tradycyjna mora albo zmora. Cóż to straszydło robi biednym wieśniakom? Ano to:

MORA

MORA

Paskudna ta mora była, że hej! Popadła jednak w zapomnienie i dziś nikt dzbanuszków ciastem nie oblepia. W przeciwieństwie do mory następny stwór ma się wśród popkultury doskonale, tylko metody jego rozpoznania ciut się zmieniły. Psze państwa WILKOŁEK!

WILKOŁEK

WILKOŁEK

Dziś Wilkołek nazywa się troszku inaczej, jednak jego potworność nie uległa zmianie. Nie do końca zrozumiałem instrukcje dotyczące wykrywania tych paskudników. Kogo mam obnieść? Wilkołeka czy bochen chleba? Czego mam nie przewracać? Skórki chleba, którą trzymam w ustach? Pomóżcie! To bardzo ważne! Zamierzam sprawdzić tą metodą czy pewien nieuprzejmy, mrukliwy i warkliwy czytelnik nie jest czasem wilkołekiem! Następny stwór to WIŁ! (przepraszam, że w dwóch zdjęciach, inaczej się niestety nie dało).

WIŁ

WIŁ

WIŁ DWA

WIŁ DWA

Nie jest taki najgorszy ten wił. Tylko strasznie upierdliwy. Znam kilku takich, co to się od człowieka nie odczepią i żyć nie dadzą. Tylko metody nękania trochę inne. Dzwonią co chwila i wcisnąć próbują jakiś badziew. Wił to przynajmniej niczego nie wciskał, tylko se stał i stał. A teraz KANIA!

KANIA

KANIA

Ach! Okrutna Kanio co dzieciaczki z wiejskich pól porywałaś! Na szczęście już nie straszysz polskich wieśniaków i przeminęłaś z wiatrem i obłokami!

Niestety to wszystko moi drodzy czytelnicy. Zdaję sobie sprawę, że zaledwie poruszyłem czubeczek góry lodowej, jeśli chodzi o horror. Tfu! Ja nawet nie zacząłem poruszać niczego! Przyznaję się bez bicia, że tego jest zbyt dużo i zwyczajnie nie ogarniam. Nawet teraz przez mój umysł galopują konie pomysłów i nie mam jak ich powstrzymać. Chciałem tylko Wam napomknąć w tę noc strachów, że ludziska bali się od zawsze i wyobraźnie mieli równie bujną dawniej co teraz. Niedługo północ, duchy i zmarli są o tej porze pełne i pełni pałeru. Dlatego bójcie się! Na koniec filmik sprzed roku, ale mam nadzieję, że nie widzieliście: