O Karelu Capku w przedwojennych “Wiadomościach Literackich”

Cieszą mnie takie znaleziska, które pozwalają z perspektywy osiemdziesięciu ponad lat spojrzeć na autora, którego się ceni. Na artykuł o Capku natrafiłem w numerze 27 (79) “Wiadomości Literackich” z roku 1925. Kto chce może sobie przeczytać artykuł bezpośrednio na stronie Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej (KILK).

Z współczesnej literatury czeskiej

Karol Capek

Krytyk, autor dramatyczny, powieściopisarz

capek11“W literaturze czeskiej po wojnie wypłynęły rozmaite nowe talenty. Między młodymi autorami najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem dojrzałości literatury czeskiej wobec Europy, młodym rycerzem, torującym jej drogę w świecie, jest Karol Capek.

Próby jego twórczości niczem nic zapowiadały, że zostanie nagle sławą nie tylko swej ojczyzny, lecz autorem znanym w Europie, prawie na całym świecie. Próby te były wprawdzie ciekawe, lecz o tyle, o ile ciekawa była działalność jego poprzedników, z pokolenia niepopularnych pisarzy, którzy przyszli po starych twórcach przedwojennej czeskiej literatury.

Początki twórczości Capka sięgają na parę lat przed wojną. Krytyka z lat dziewięćdziesiątych kończyła już prawie swe posłannictwo rozwojowe, miała za sobą głównie wojny zaczepne, wynikł szereg indywidualności, wojujących już nie ze swymi poprzednikami, lecz z przyjaciółmi. Na stanowiskach pozostali tylko krytycy społeczeństwa, walczący na dwa fronty: burzyli oni podupadłe życie narodowe i nieustraszenie walili w gmach władzy austrjackiej. Karol Capek, a raczej bracia Capkowie, gdyż równocześnie rozpoczynał pracę literacką Józef, postępowali śladami krytyków społeczeństwa. Nie odziedziczyli wprawdzie zapału narodowego, lecz zaczęli przejmować się gorąco życiem społeczeństwa. Chciwemi oczami ogarniali wszystko, co interesowało ich młode umysły, spragnione, subtelne i szybko się udoskonalające.

Erudycja ich miała orjentację niemiecką i francuską. Zajmowali się literaturą i sztuką (Józef został malarzem), rozwijali się w szybkiem tempie. Studjum w obu dziedzinach pomagały wielce podróże do Paryża i Hiszpanji, rozszerzające ich horyzonty. Literaturę rozpoczęli drobnemi, lekkiemi feljetonami prozą, podpisywanemi „Bracia Capkowie”, lecz następnie, otrzymawszy stałą trybunę w tygodniowym „Przeglądzie”, w którym pracowała ówczesna postępowa inteligencja, rzucili się do krytyki i popierali prądy wszelkich „izmów”, od których roiło się w artystycznej Francji. Następstwa tej intensywnej agitacji ukazały się wkrótce. Za przyczyną Capków założono „Miesięcznik Artystyczny”, organ młodych literatów i artystów, a wkrótce potem Karol Capek, zaledwie dwudziestotrzyletni młodzieniec, został na czas pewien redaktorem pierwszego artystycznego miesięcznika — „Volnych Smerów” („Wolnych Kierunków.”). Bojownicza młodzież trafiła jednak na opór, pozycje się zachwiały, trzeba było szukać współpracy ze starszem pokoleniem. Walczący bracia znaleźli poparcie w propagatorze wolnego wiersza, Otokarze Theer’ze, i w ciągle młodym burzycielu, St. Neumannie. Z nimi, a także z kilku innymi z pośród starszych i młodych, ułożyli z końcem 1913 r. manifestacyjny „Almanach na r. 1914″.

Najdzielniejszym ich pomocnikiem został St. K. Neumami, propagator t. zw. cywilizmu w sztuce. Capkowie powierzyli mu bardzo odpowiedzialną rolę: przygotowanie gruntu dla nowej sztuki wojowniczemi artykułami w robotniczych i ludowych gazetach morawskich. Znaleźli w nim rzeczywiście odpowiedniego człowieka, Neumann uznał ideały młodych za własne i przejął się niemi do tego stopnia, iż stanowi to nowy etap jego niespokojnego rozwoju.

Obaj bracia rozpoczęli twórczość  własną po ukończeniu tego teoretycznego przygotowania. Początkowo byty to tylko eksperymenty, które w druku wyszły dość późno, jako dokumenty przebytych stadjów rozwoju. Przed wojną wydali pierwszą wspólną książkę „Płonące głębie”, obejmującą próby nowel w stylu nowo-klasycznym, który przenikał czeską przedwojenną literaturę. Pod koniec wojny bracia Capkowie ostatni raz wystąpili wspólnie w „Ogrodzie Krakonosza” jest to miły utwór młodociany, pisany pod wpływem niemieckim, podobnie zresztą jak wspomniane już „Płonące głębie”.

capek10

Następnie wystąpił Karol Capek z własną książką p. t, „Boża męka”, która swem filozoficznem, pełnem samoudręki założeniem, zwięzłą formą i dekoratywnością słowa różni się wielce od książki brata Józefa, wydanej w tym samym czasie p. t. „Lelio”.

 Nadeszły lata przykre, i młody teoretyk musiał złożyć broń literacką wobec szalejącej walki narodów; podczas gdy drżał o losy ukochanej Francji, zajmował I się przekładami współczesnej liryki francuskiej, poto tylko, by paść ucho drogiemi mu dźwiękami francuskiej mowy. W tymże czasie zdobył zaszczytne stanowisko redaktora wielkiego dziennika „Narodni Listy”, który reorganizował się pod koniec wojny.

W feljetonach „Narodnich Listów” drukuje swe utwory filozoficzne, zebrane później w książkę „Pragmatyzm, czyli filozofja praktycznego życia”. Tamże otwiera przed czytelnikiem pracownię pisarza, przygotowującego się świadomie do swego zadania w tygodniowych, dowcipnych artykułach, które zebrał potem w książkę p. t. „Krytyka słów”.

Tak było do końca wojny; widoczne jest, że dotychczasowy jego rozwój był tylko przygotowaniem. Przygotowaniem nawet szkolnem, gdyż w tym czasie skończył uniwersytet, został doktorem filozofji, obok francuskiej zaczął studjować i angielską literaturę, a jako krytyk literacki, starannie badał literatury obce i pisał sprawozdania z ukazujących się drukiem przekładów. Lecz książki jego, wydane wspólnie z bratem i osobno, nie szły, nie były popularne, nie interesowała się niemi szersza publiczność, i nie było nadziei, by zainteresowanie wzrosło. Zadziwiająca „Boża męka” zajmowała tylko najmłodszych, którzy do dziś uważają tę książkę Capka za jedyne jego pozytywne dzieło, mające wartość dla młodej sztuki. Niespodzianie wystąpił Karol Capek na polu, gdzieby się go było można najmniej spodziewać — na polu dramatu. Wystawił utwór p. t. „Rozbójnik”. Sztuka miała nadzwyczajne powodzenie. Przedtem jeszcze wspólnie z bratem napisał na wzór włoskiej commedia dell’arte drobną, bibelotkową sztuczkę „Nieszczęśliwa igraszki miłości”. Lecz drobnostka ta, którą zauważyły teatry czeskie dopiero po jego powojennych powodzeniach scenicznych, nie dawały pojęcia o talencie autora „R. U. R.”

W Czechach wytworzyła się ciekawa sytuacja pod koniec wojny i w pierwszych latach powojennych: teatr stał się punktem powszechnego zainteresowania i zupełnie zgasił poprzednie zamiłowania do literatury. Capek wystąpił we właściwej chwili i twórczy wysiłek jego uwieńczyło powodzenie. ”Rozbójnik”, to pomnik postawiony młodocianym wierzeniom w chwili pożegnania się z niemi dojrzałego mężczyzny, to jeszcze utwór młodości, lecz już pełno tam poglądów Europejczyka i poważnego człowieka.

Wszystko, co napisał potem, czy w formie dramatu, czy powieści, bo i na nie się wreszcie odważył, jest niczem innem jak chwilami tęsknym, chwilami rozjaśnionym monologiem praktycznego filozofa, który przenika nawskroś przeszłe społeczeństwo. Pod różnemi maskami i przemianami, dostosowywanemi wprawnie przez tego namiętnego intelektualistę, oczarowanego prądem teoryj artystycznych, przemawia zawsze tylko on sam. Czasem wyimaginuje sobie zmechanizowanie cywilizacji z całą grozą tej ewentualności i opowie w „R. U. R.” nowoczesną bajkę o buncie sztucznych ludzi, dozwalając w końcu zwyciężyć uczuciom nad materią. Czasem wspomni sobie lata, spędzone z bratem, ich wspólne zamiłowania do przyrody, ich studia praktyczne i zbiory motyli i owadów, które dotąd zdobią jego mieszkanie — i stąd powstanie wspólna ferja „Z życia owadów”, która pod postaciami zwierząt kryje dzieje ludzkie, a jednocześnie jest spowiedzią autora, jego sceptycznej niewiary w ludzkość — niewiary nie spłoszonej uwodnem marzeniem, że przeminął groźny sen. To znów rozmyśla o urządzeniach świata, o wiecznie walczących żywiołach, i zamyśli się na temat przedłużenia istnienia człowieka. Żyjemy w czasach poważnych doświadczeń naukowych, lecz Capek wie, jak zniewolić widzów, więc chętniej wyszuka sobie u jakiegoś niegdyś bardzo czytanego autora przedziwne zdarzenie o żonie cudownego starca, i stąd wyniknie „Sprawa Makropulos”! Obok uśmiechu błyskającego z dyskusji o długości świata, pada na tę sztukę przerażający cień głównej postaci, która jakby była uosobioną minioną kulturą, zaprzepaszczoną przez mocnych panów świata, długo wyuzdanie hulających na rachunek słabych, bezbronnych członków społeczeństwa.

Dopiero po powodzeniu dramatów spróbował Capek szczęścia w powieści. Tutaj również jest to monolog autora zmieniającego maski.

Romans-feljeton ,,Fabryka absolutu” jest pełnym ducha wariantem tematów poruszanych w „R. U. R.” i „Z życia owadów”.

W „Krakatit” dotyka tematu masy wybuchowej, przez którąby można zapanować nad światem, niewiarą w cywilizację i kończy, podobnie jak w ,,R.U.R” wiarą w zwycięstwo królestwa bożego na ziemi i uczucia.

Należy podziwiać umiejętność, z jaką Capek przerzuca się z dociekań nad chaosem, wytworzonym przez wojnę, do fantastycznych a ciągle nowych zagadnień, tak jakby czeska myśl twórcza pod wpływem dążeń kulturalnych wydobyła się z kokonu poczwarki, w którą się oprzędła w czasach przedwojennych. Karol Capek jest nowym typem czeskiego pisarza przez swój nieoczekiwany rozpęd, którego nabrał po wojnie. W istocie jednak tkwią w nim wszystkie zdobycze czeskiej literatury współczesnej, które stworzyły państwo czeskie i ukazały mu nowe warunki rozwoju kulturalnego.”

Antoni Vesely

Jeśli ktoś przeczytał dotąd to bardzo mi miło. Ja sam obiecuję sobie, że przeczytam w końcu “R. U. R.”. Utwór, który zapowiada się bardzo ciekawie i smakowicie.

Ale, że pan Antoni określił “Fabrykę absolutu” romansem? Chyba, że wtenczas trochę inaczej pojmowano definicję romansu:)  Pozdrawiam Wam moi drodzy serdecznie w ten deszczowy, listopadowy, wieczór. I niech roboty się nie zbuntują!

“Przekłady najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”

Biję się w piersi, kajam się przed Wami, bom zapomniał o “Książkach najgorszych” z “Wiadomości Literackich”, ale na usprawiedliwienie dodam, że w kilku numerach z 1925 roku “Książki najgorsze się nie pojawiły”. Czy to znak, że w roku 1925 literatura polska przestała wypuszczać na świat poronione płody domorosłych literatów? Chyba raczej redakcja czasopisma zrezygnowała z tej rubryki. Ale pojawiła się jaskółka nadziei, bo znalazłem jeden artykuł zatytułowany “Przekłady najgorsze” i dotyczy właśnie jednego tłumaczenia “Ballad” Fryderyka Shillera” w przekładzie Stanisława Kaczkowskiego.

WL1925nr14I
WL1925nr14Ib

Przekłady najgorsze

Fryderyk Schiller. Ballady. Przełożył Stanisław Kaczkowski. Łódź, 1924; str. 47 i  1nl.

“Dlaczego na tytułowej stronie zbiorku ballad p. Stanisława Kaczkowskiego, wydrukowano „Fryderyk Schiller”, a autor figuruje jedynie jako tłumacz – niewiadomo. Pewne jest tylko, że Fryderyk Schiller, gdyby żył, wytoczyłby p. Kaczkowskiemu proces o bezprawne używanie jego nazwiska.

Jakto, więc to ma być Schiller? Ten wielki romantyk, poeta, którego nazwisko znajduje się pośród największych talentów XIX stulecia który chlubą okrył poezję niemiecką, i którego w jego ojczyźnie może jeden Goethe, jako poeta, przewyższył; ten Schiller, którym każą się nam w szkole zachwycać, pisał tak straszliwie niezgrabne głupstwa? Czy może ballady Schillera zawsze należało traktować jako utwory humorystyczne? Bo inaczej, niż humorystycznemi, nie można nazwać przekładów p. Kaczkowskiego.

Wiersz straszliwy. Jak gdyby ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z poezją, zawziął się klecić rymy. Skróty, nieistniejące w języku polskim, jak „spojrzał w spód” zamiast „spojrzał w dół”, kończenie wierszy dziwnemi, źle użytemi przysłówkami, jak np.: „ten puhar złoty rzucam wraz”, używanie fałszywie skróconych form przymiotnikowych: „z. trwogi głuch” — a wszystko to dla rymu, który, niestety, w poezji jest konieczny,— oto metody wierszowania p. Kaczkowskiego. Przekłady jego roją się od błędów gramatycznych; za przykład służyć może następujące zdanie z ballady „Żórawie Ibikusa”:

„A gdzie u ludzi włosów zwoje

Przyjemnie ocieniają czół (?),

Tam żmije wyprężają w kół (?)

 Jadem nabrzękłe brzuchy swoje”.

Niezmiernie zabawnie brzmi po polsku rozmówka wyrodka (tyrana) Dioniza z Damonem w balladzie „Poręka” (przypuszczalnie — sądząc z tytułu — ,,Die Bürgschaft”):

„Coś chciał uczynić”? tyran wrzasł.

 A mściciel na to odrzekł wraz:

„Miasto uwolnić od wyrodka (?)”

 „Śmierć cię na krzyżu za to spotka”

 Nazwać tyrana — „wyrodkiem” świadczy o zbyt daleko posuniętej beztrosce tłumacza.

Jednakże błędy znaczeniowe i gramatyczne, skróty, przekręcone wyrazy i inne podobne machinacje nie wystarczyły p. Kaczkowskiemu. Widocznie Schiller ma język tak niezmiernie wyszukany, że ballad jego nie można przełożyć na polski bez uciekania się do „neologizmów” Czytamy w balladzie „Walka ze smokiem”:

„Dosiadam potem, gdyż stał zbliska,

Wyćwiczonego swego ciska”.

Ponieważ wyrazu „cisek” nie znamy, sprawdzamy w oryginale i znajdujemy dobrze znany wyraz „Rappenn. Na pytanie, dlaczego „Cisek” ma oznaczać konia, odpowiedź daje objaśnienie autora, które przytaczamy dosłownie: „Walka ze smokiem”. W. 164: „ciska” zam. „cisaka” neologizm na wzór „siwka”.

A więc nazwa dla konia „cisak” jest nie dosyć oryginalna, musi być koniecznie „cisek”, bo inaczej nic byłoby neologizmu. A coby było, gdyby „cisek” przypadkiem nie stał „zbliska”? Wziąłby w łeb nie tylko piękny neologizm, ale z nim cała ballada, bo dzielnemu rycerzowi nie udałoby się dosiąść konia, a więc zwalczyć i uwolnić kraj od potwora. Możeby to było z pożytkiem dla czytelników.

 Sam fakt wydania po polsku najbardziej znanych i czytywanych przy nauce literatury niemieckiej ballad Schillera wzbudza obawę, że przekłady p. Kaczkowskiego prędko zawędrują do szkół tem bardziej, że niska cena książeczki (40 groszy), zły papier i brzydki wygląd będą temu sprzyjały.”

Artykuł pochodzi z Wiadomości Literackich, nr 1, 4 stycznia 1925 roku.

A gdyby ktoś chciał poczytać sobie “Ballady” w przekładzie pana Kaczkowskiego można je znaleźć w Bibliotece Jagiellońskiej. O tu

Znalezione tradycyjnie w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Pierwsza ofiara podróży w kosmos…

Marzenia mają ogromną moc. Najlepiej gdy się spełniają, ale niestety czasem bywa tak, że nie mogą się ziścić wtedy ważnym jest, aby się z tym pogodzić lub spędzić życie na próbie dogonienia własnych snów.

Historyjka dzisiaj nie ku przestrodze, ale raczej jako próba zwrócenia uwagi, że podróże w kosmos pochłonęły swe pierwsze ofiary na długo przed psem Łajką, załogą “Challangera” i wieloma innymi dzielnymi ludźmi, którzy odważyli się rzucić wyzwanie grawitacji.

Przeczytajcie sobie do czego może doprowadzić życie mrzonkami i karmienie się bezpodstawną nadzieją.

IKC1926nr1492VI

 

 

Odebrał sobie życie, bo nie mógł pojechać na księżyc

 Ofiara rakiety księżycowej.

 

“Kraków, 1 czerwca.

 (—) Nieszablonowy zaiste motyw popchnął do samobójstwa 55-letniego Roberta Matthewsa, który zgłosił się jako pasażer do księżycowej rakiety prof. Godarda. Ten osobliwy fantasta, skoro doszedł do przekonania, że jego marzenie o podróży na księżyc nie będzie zrealizowanem, postanowił pozbawić się życia, które straciło dla niego wszelką wartość.

Matthews był synem przemysłowca z Birminghamu, który po bankructwie finansowem rodziny, jako 19-letni chłopiec wyjechał do Ameryki i tam, w Nowym Jorku zdobył dyplom inżyniera. Po wielu wysiłkach i długiej walce z życiem doszedł wreszcie do stanowiska zastępcy dyrektora w dużej fabryce mydła. Był on zamiłowanym astronomom amatorem, a prozaiczny jego zawód widocznie dawał mu mało zadowolenia wewnętrznego. Przed trzema laty Robert Matthews, który przez dłuższy czas pracował nad skonstruowaniem jakiegoś nadteleskopu, zaniechał tej pracy, porzucił również swą posadę w fabryce z powodu silnego rozstroju nerwowego.

Od czasu, gdy wyłonił się projekt profesora Goddarda, zmierzający do skonstruowania rakiety księżycowej, Matthews zapalił się do tej misji i zgłosił się jako pierwszy pasażer do podróży w nieznane przestrzenie międzygwiezdne. Jak wiadomo, prof. Goddard przed pół rokiem miał dokonać pierwszego eksperymentu z małym modelem swego pocisku księżycowego. Eksperymentu tego oczekiwano z olbrzymiem zainteresowaniem ze względu na to, że prof. Goddard cieszy się jako fizyk najlepszą, stawą i znany jest ze swego trzeźwego światopoglądu.

Pierwsza ta próba nie odbyła się w oznaczonym terminie, jednakowoż prof. Goddard zawiadomił publiczność za pośrednictwem prasy, że pocisk zostanie w roku 1926 wystrzelony na księżyc. Jak już donosiliśmy, zgłosili się kandydaci ze wszystkich stron świata, Z samej zaś Ameryki przeszło 50 osób kobiet i mężczyzn, pragnących „przejechać się” na księżyc. Wśród tych kandydatów znajdował się także Matthews, który bezustannie szturmował do prof. Goddarda listami i telegramami. Napróżno prof. Goddard bronił się przed najściem tych fantastów, tłumacząc im, że rakieta księżycowa zabierze ze sobą na księżyc tylko sygnałowe aparaty iskrowe i materiały wybuchowe. Przewiezienie pasażerów na księżyc pozostanie dalej w krainie fantazji. Matthews nie dał się jednak przekonać i chciał koniecznie jechać na księżyc.

Ta uparta tęsknota do srebrnego satelity naszej planety włożyła fantaście rewolwer do ręki. W liście pożegnalnym do dawnego swego szefa dyr. Howarda, samobójca stwierdza, że wobec niemożności zrealizowania swego najdroższego marzenia, pozbawia się życia.”

Profesor Goddard o którym mowa w artykule to nie byle jaka postać, uznaje się go za konstruktora i twórcę pierwszej rakiety napędzanej paliwem ciekłym. Na angielskiej wiki piszą, że prasa często wyolbrzymiała prace Goddarda przez co on sam ukrywał się ze swoimi eksperymentami. A rzeczywiście w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym przeprowadził udany start rakiety, więc prasa apetyt na podróże w kosmos  miała ogromny.

Moim skromnym zdaniem spokojnie możemy zaliczyć pana Matthewsa do pierwszych ofiar podróży kosmicznych.

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 149, 2 czerwca 1926 roku. Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

W 2139 roku wszyscy będziemy warjatami!

Dzień dobry!

Nawiązując do wpisu o świecie w roku 2000, który zdobył ogromną popularność. Przedstawiam wam kolejne prognozy dotyczące naszej przyszłości. Niezwykle ciekawie i interesująco zapowiada się przyszłość ludzkości w roku 2139.

Taka króciutka i dość zabawna notka z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nr 104, 16 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr10416IV

W r. 2139 wszyscy będziemy warjatami.

 

Jeden ze statystyków angielskich stwierdził, że akurat w roku 2139 wszyscy ludzie będą warjatami. W roku 1859 — wywodzi on — na 535 osób zdrowych umysłowo przypadał tylko jeden chory na pomieszanie zmysłów. W roku 1897 był jeden chory umysłowo na 312 zdrowych, a w roku bieżącym, jeden na 150. Gdybyśmy ten stosunek zachowali i przy dalszych obliczeniach, to w roku 2139 świat składałby się z samych wariatów.

Przyszłość to odległa i możemy spać spokojnie, ale nie wiem czy aż tak spokojnie. Jeśli numer gazety jest z roku 1926 to w 2013 stosunek psychicznie chorych do osób normalnych według rozumowania angielskiego statystyka też jest zwiększony. Nie odnosicie takiego wrażenia, że Ziemia zaczyna być jednym, wielkim domem bez klamek?

Moja obserwacja dotycząca polskiej rzeczywistości może być taka, że ryba psuje się od głowy, a rządzący naszym krajem oraz ci będący wobec nich w opozycji wydają się często podejmować decyzje i mówić rzeczy przeczące zdrowemu rozsądkowi. Pewnie w sejmie ów stosunek warjatów  do ludzi normalnych może być więc dość zawyżony. Nie wskazuję nikogo palcem, tak tylko mówię, piszę i gadam, żartuję.

Zresztą podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. A odrobina szaleństwa w życiu czasem dodaje temu życiu pikanterii.

Także posługując się cytatem z szalenie (słowo klucz) ostatnio modnej”Gry o tron”” “Brace yourself the madhouse is coming” lub po polskiemu “Nadchodzi dom warjatów”.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Stowarzyszenie uczciwych ludzi”…

Dziś na pierwszej stronie jednego z najbardziej poczytnych dzienników w Rzeczpospolitej Polskiej czytam sobie o człowieku, który skazany został sześciokrotnie  za różnego rodzaju oszustwa finansowe, a z powodzeniem otworzył parabank obiecując złote góry  (dosłownie) klientom swego parabanku. Jak to zwykle bywa znalazło się mnóstwo chętnych, skuszonych obietnicą łatwego i ogromnego zarobku. I jak to później często okazuje się – owi chętni czekają teraz w kolejkach pod siedzibą owego parabanku i boją się o swoje oszczędności.

Z tonu artykułu można wywnioskować, że pan prezes owego parabanku raczej nie odpowie w żaden sposób za swoje działania, a jelenie, którzy wpłacili mu pieniądze mogą się obejść smakiem. Nie pierwsi oni i nie ostatni…

Co w ludziach siedzi, że tak łatwo dają się omamić? Nie wiem, choć sam jestem bardzo podatnym na wpływy konsumentem, ale na szczęście (nieszczęście) żadnych większych oszczędności nie posiadam, które mógłbym utopić w podobnych przedsięwzięciach.

Dziś informacja o oszustwie sprzed ponad osiemdziesięciu lat…

Prezes „Stowarzyszenia uczciwych ludzi”
osadzony w więzieniu za oszustwo.

Kraków, 9 sierpnia. w Paryżu istnieje, a właściwie istniało „Stowarzyszenie uczciwych ludzi”. Założyciel i najgorliwszy propagator tego stowarzyszenia znalazł się obecnie, o ironjo, w więzieniu za cały szereg oszustw.

Nazywa się on Jan Józef Barnard i karjerę swoją zaczął od założenia czasopisma. Następnie zaczął grupować wokół siebie „uczciwych ludzi” i postarał się o zamieszczenie swej fotografji w pismach ilustrowanych. Prasa śpiewała na jego cześć pochwalne hymny, a ilość ludzi, którzy uważali, że za wkładką 10 franków warto jest uzyskać stempel człowieka uczciwego, wzrastała z dnia na dzień.

Ale p. Bernard przy swojej gorliwej moralizatorskiej działalności nie zapominał także o sztuce. I tak założył on „Theatre de La Maison Moderne”. Wydawał on odezwy i wygłaszał prelekcje, w których zwracał się do urzędników i drobnych rentierów, wzywając ich do dzieła. Mówił, że należy wyrwać teatr z rąk osobników uprzywilejowanych, bo lud powinien sam tworzyć sztukę. Istotnie zdołał on wiele osób przekonać, tych, którzy się wahali, przekupywał tytułami, rozdzielał miejsca radców nadzorczych, kierowników artystycznych, literackich, technicznych i t. d., zapewniał engagements. Ubiegłej niedzieli zaprosił kilkuset dobrodusznych obywateli na małą herbatkę w salonach, które mu miasto Paryż oddało do rozporządzenia. Ostatnie wątpliwości zgromadzonych rozproszyły się pod wpływem świetnej wymowy Bernarda i szampana, który lał się na tej „herbatce” strumieniami.

Świetność ta szybko się jednak skończyła, albowiem pewnego dnia Jan Józef Bernard zniknął ze swego kawalerskiego urządzonego wykwintnie mieszkania. Kilku energicznych urzędników policji zdołało go jednak odszukać i wówczas rozpoczął się rachunek sumienia, prezesa „Stowarzyszenia uczciwych ludzi”. Ogólna suma wyłudzonych przez Bernarda pieniędzy dosięga kwoty 250 tysięcy franków.

Aresztowany cynicznie oświadczył, że po to tylko zorganizował “uczciwych ludzi”, aby ich tem łatwiej z pieniędzy oskubać.

A Wy ile zapłacilibyście za stempel “uczciwego” człowieka?

Tradycyjnie już “Ilustrowany Kuryer Codzienny” z dnia 10 sierpnia 1925 dzięki MBC.

Straszliwy rodzaj samobójstwa…

Gdy przeglądam prasę międzywojenną zaskakuje mnie liczba doniesień o samobójcach.

Ciężko znaleźć numer gazety codziennej bez informacji o próbie samobójczej lub udanym zamachu na własne życie.

Obywatele drugiej Rzeczpospolitej często targali się na swoje życia. Sposobów było mnóstwo – najczęściej w użyciu była broń palna. Dostęp do niej był znacznie łatwiejszy niż dzisiaj.

Samobójcy pochodzili ze wszystkich warstw społecznych. Dużo było wśród nich wojskowych, którzy po ujawnieniu skandalu czy to obyczajowego, czy finansowego w celu ratowania swego honoru strzelali sobie w skroń.

Nie wiem i nigdy się chyba nie dowiem, w jakiej sytuacji życiowej był robotnik kopalniany Wióra i co zmusiło go do odebrania sobie życia. Jedno jest pewne zrobił to w sposób makabryczny i – nie chcę  wyjść na jakiegoś chama i prostaka, pozbawionego ludzkich uczuć, ale nie mogę się powstrzymać – robotnik Wióra odszedł z hukiem.

Ilustrowany Kurier Codzienny

IKC1925nr84

Informacja pochodzi z “Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z dnia 25 marca 1925 roku. Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Jakie życie – taki zgon…

Wielu publicystów, felietonistów płacze, że dzisiejsi dziennikarze to zaledwie namiastka tych, którzy byli dawniej. Brak warsztatu, brak umiejętności w posługiwaniu się językiem. Żerowanie na ludzkiej krzywdzie i cierpieniu. Bezlitosne wykorzystywanie każdej okazji, byle tylko napisać chwytliwy artykuł z jeszcze bardziej chwytliwym nagłówkiem. Jak zwykle takie głosy opiewające i gloryfikujące przeszłość nieodparcie wywołują na mej twarzy uśmieszek pobłażania. Jestem co prawda zwykłym, szarym bibliotekarzem, ale mam dostęp do starej prasy. Lektura tych czasopism i gazet pozwoliła mi nabrać dystansu do dzisiejszego świata. Jak mantrę powtarzam słowa, że wszystko już było.

Przedstawię Wam mały artykuł, notkę prasową z tytułem, który mnie powalił… Pragmatyczny i kuriozalny, wręcz osobliwy w swej rzeczowości. Tytuł artykułu mówi wprost, że kara spotka każdego adekwatnie do trybu życia jaki prowadził. I choć mnie kojarzy się tylko z wersem pijackiej piosenki, to może osiemdziesiąt lat temu “Jakie życie – taki zgon” miało trochę inny wydźwięk. Dziś takiego tytułu chyba raczej nie uświadczymy.

IKC1925nr57

IKC1925nr57

Jeśli będzie kontynuacja historii opryszka dam Wam znać. Kto wie jaka była opowieść złodzieja w wojskowym mundurze. Może to weteran wojny 1920 roku, pozbawiony pracy i środków do życia. Zmuszony do zejścia na ciemną stronę mocy? Zupełnie jak Sergiusz Piasecki. Szkoda, że raczej  nie będzie nam dane poznać jego losów, które doprowadziły go do takiego zgonu. I tej “indentyczności” której nie stwierdzono:) Ech, ci dziennikarze małpowali każde słowo z zachodu bez żadnego zastanowienia…

Artykuł pochodzi z “Ilustrowanego Kuriera Codziennego” rok 1925 z 26 lutego.

I jeszcze jedna króciutka notka z “Czasu” krakowskiego sprzed stu lat. Demoralizacja młodzieży to temat żywy i obecny w mediach. Jak wiadomo zdziczenie nastolatków jeszcze nigdy nie osięgnąło takich rozmiarów jak w naszych czasach…

Czy ja nie wspominałem, że wszystko już było? Nastolatki tnące się nożami w wyniku kłótni również…

Czas1912nr74

Czas1912nr74

W Krakowie noże były i są bardzo częstym sposobem “rozwiązywania” problemów. Ja tam mam nadzieję, że będzie lepiej w przyszłości niż sto lat temu i obecnie, choć wątpię w to. LUDZIE BYLI I SĄ TACY SAMI. Czy to sto lat temu, czy dziś.

“Ilustrowanego…” i “Czas” można znaleźć w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”