Andrzej Pilipiuk “Pan wilków”

A tu taki wilk. Z Flickra. https://flic.kr/p/xFKvp4

A tu taki wilk. Z Flickra. https://flic.kr/p/xFKvp4

I znów Pilipiuk i znów cykl Oko jelenia i znów poszukiwanie scalaka po potężnym OBCYM, który niszczy cywilizacje, zbiera nasturcje i ogólnie jest POTĘŻNY. A jego słudzy i niewolnicy mogą podróżować w czasie (nie w sensie dosłownym), pochodzą z wielorakich planet, układów gwiezdnych, galaktyk i wszechświatów. Ogółem ów OBCY jest praktycznie bogiem dla nas maluczkich ssaków z trzeciej planety od słońca. Co nie przeszkadza bohaterom książki myśleć, że tego boga przechytrzą.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Droga do Nidaros”

Na flickrze można całkiem ciekawe rzeczy znaleźć. Źródło: https://flic.kr/p/d1juHb

Na flickrze można całkiem ciekawe rzeczy znaleźć. Źródło: https://flic.kr/p/d1juHb

Dobry dzień. Czy wiecie co to jest Nidaros? Jeśli wiecie chylę czoła przed Waszą wiedzą, a jeśli nie to jesteście tacy sami jak ja. Otóż nie wiedziałem co to jest Nidaros dopóki nie zacząłem czytać książki Pilipiuka. A Nidaros to… sprawdźcie sobie sami, a jeśli jesteście za leniwi to kliknijcie tutaj w tego linka.

Continue reading

Marek S. Huberath “Kara większa”

Kolejna odsłona laureata nagrody imienia Zajdla. I moje wyznanie – nic nie czytałem pana Huberatha nigdy, never, niemals, jamais. Jakim cudem to się stało nie wiem. A lubię o sobie myśleć, że jednak tę polską fantastykę znam, a tu dupa zbita. Kolejna rzecz do poprawienia i nadrobienia.

thetriumphofdeath 21

Pieter Bruegel (starszy) “Triumf śmierci”

Wracając do opowiadania. Ukazało się ono w „Nowej Fantastyce” w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym. I ponoć od razu rozgrzało polskich czytelników do czerwoności stawiając wielu po dwóch stronach barykady. Nadmienię tylko, że chodzi o wątek poboczny opowiadania, a dotyczący nienarodzonych, czyli aborcji. Wątek zdominował dyskusję o opowiadaniu, dlatego ja go pominę.

Zostałem wychowany w kulturze judeochrześcijańskiej, pod tą szerokością geograficzną urodzony i nie mający na to urodzenie żadnego wpływu, więc wizję Piekła i Raju współdzielę z wieloma milionami osób. Większość z nas (chyba mogę tak napisać) wyobrażenia dotyczące życia po śmierci, w które wierzy lub nie, ma dość podobne. W Piekle cierpimy męki, w Czyśćcu liczymy na poprawę, a w Niebie zaznajemy wiecznej radości i szczęścia. A jak to wygląda naprawdę (i czy w ogóle wygląda) tego nie wie nikt. Swego czasu wycieczki po Piekle, Czyśćcu i Raju oferował niejaki Wergiliusz, poeta rzymski, ale od kiedy niewdzięczny turysta z Florencji jeden taki Dante Alighieri dopuścił się ujawnienia tajemnicy wycieczki, a to co widział to opisał i opublikował, Wergiliusz przestał oprowadzać po Zaświatach.

Tak na marginesie wyczytałem gdzieś, że różnego rodzaju aktywiści chcą zakazać „Boskiej Komedii” jako dzieła rasistowskiego, antyislamskiego, antysemickiego i piętnującego homoseksualizm. Zaprawdę powiadam Wam głupota ludzka nie zna granic, a każden kto odczytuje dawne dzieła bez odpowiedniego kontekstu historycznego, obyczajowego z tamtych czasów winien się w Piekle smażyć.

Za dużo tych dygresji, już wracam do opowiadania. Huberath serwuje nam bardzo ciekawą wizję życia po życiu. Główny bohater Rud cierpi okropne katusze, jest torturowany przez wysokiej klasy specjalistów od zadawania bólu. Codziennie jego ciało jest rozrywane na strzępy, przypalane, kłute, polewane kwasem, ogólnie rzecz ujmując Rud ma przejebane. Ale pewnego dnia kara się kończy i Rud ma szansę na Niebo! Wpierw musi jednak przejść przez okres przystosowawczy, który odbywa się w obozie dla osobników podobnych jemu – to znaczy czekających na Niebo. Obóz żywcem przypomina obozy koncentracyjne, które zakładała pewna nacja mieszkająca na zachód od Odry lub też obozy wytężonej pracy fizycznej, które zakładał pewien „poczciwy” wąsiaty pan na wschód od Bugu. Korelacji jest całkiem sporo i są dość oczywiste. Rud powoli wraca do zdrowia, zaczyna sobie swoje zmaltretowane ciało przywracać do dawnego stanu, dzięki operacjom plastycznym i wolniutko przygotowuje się do odwiedzenia Nieba, ale tutaj czeka na niego spore zaskoczenie, nie zdradzę więcej, bo może ktoś nie czytał.

Groteskowa wizja zaświatów, w których rządzi biurokracja, a „funkcjonariusze” pracują jak w jakimś urzędzie wywołuje momentami uśmiech na twarzy, ale opowiadanie do wesołych nie należy, zwłaszcza jego koniec, który smutno podsumowuje ludzką naturę. Huberath daje jasno do zrozumienia, że nic ludzi nie zmieni ani obietnica Nieba, ani również kara czy to większa czy mniejsza. Po określonym czasie nawet do największego cierpienia można przywyknąć, a nasz charakter nie ulegnie zmianie i gdy tylko poczujemy odprężenie natychmiast wracamy do starych, złych nawyków.

Szkoda, że nie znałem tego opowiadania wcześniej i bardzo dobrze, że je sobie teraz przeczytałem. Wizje zaświatów to wdzięczny temat dla pisarzy, niejeden i niejedna się nimi zajmował. Raz lepiej raz gorzej. O klasykach literatury nie będę wspominał. O filmach też nie, bo tych również jest mnóstwo choćby “Armia Boga” z Christopherem Walkenem. Na chwilę obecną Kossakowska mi się tłucze po głowie i jej „Siewca wiatru”, coś jeszcze się kołacze pod czaszką, ale nie pamiętam za bardzo co.

Huberath stworzył opowiadanie bardzo ciekawe i interesujące. Zapadające w pamięć. A to się liczy, to się liczy nawet bardzo.

Janusz Zajdel “Paradyzja”

 

zajdel

Zastanawiam się jak pisać o Zajdlu? Czy podchodzić z nabożną czcią do pisarza, który stawiany jest na równi z Lemem przynajmniej jeśli chodzi o rozwój polskiej literatury fantastycznej? Czy może zrównać z ziemią jego dorobek, który nie oparł się próbie czasu i dziś jest li tylko zatęchłym zbiorem słów?

A może pisać, że Zajdel wciąż się podoba, wciąż przykuwa uwagę i interesuje. Interesuje na wiele sposobów.

Jedną z najczęściej wymienianych cech pisarstwa Zajdla jest jego umiejętność obchodzenia cenzury, doskonałe ukrywanie aluzji do i krytyki z ówczesnego systemu. Ci, którzy przeczytali „Paradyzję” ze zdumieniem powtarzają słowa, że nie mogą uwierzyć jakim cudem książka przeszła przez sito cenzury. Uderzające jest w niej właśnie nakreślenie życia w systemie totalitarnym, zmuszającym ludzi do bezwzględnego posłuszeństwa. Posługującym się wszędobylskimi kamerami, mikrofonami, czujnikami, by inwigilować społeczeństwo niby dla jego dobra. Analogii do realiów PRL mnóstwo (może poza tą rozbudowaną techniką i elektroniką).

Troszkę o fabule, jeśli ktoś nie zna. Pochodzący z Ziemi pisarz Rinah Devi ma niebywałą okazję zwiedzić Paradyzję, największy sztuczny twór w kosmosie. Planetę zbudowaną na orbicie świata Tartar, który okazał się zbyt niegościnny dla ziemskich kolonistów. Sztuczny świat, który od początku do końca został zaprojektowany i stworzony przez ludzi i dla ludzi, miejsce życia stu pięćdziesięciu milionów mieszkańców, którzy twierdzą, że żyją na najlepszym ze światów. Rinah Devi musi porzucić ziemskie przyzwyczajenia, ziemskie nawyki i przekonania, gdyż wkroczył do czegoś tak niezrozumiałego dla istoty urodzonej na Ziemi, że wielu rzeczy musi się uczyć  od nowa. Zwiedzając Paradyzję, rozmawiając jej mieszkańcami, obserwując ich zachowanie Rinah Devi dochodzi do przerażających wniosków i odkrywa oszustwo, które od stu lat wpajane jest kolejnym pokoleniom paradyzyjczyków (? -> ten znak zapytania to refleksja nad tym czy dobrze odmieniłem).

Tyle o fabule, która jest tylko pretekstem do pokazania mechanizmów rządzących społeczeństwem Paradyzji.

Poniższy fragment odsłania bardzo sporą część książki, dlatego jeśli ktoś nie czytał niech lepiej przeskoczy dalej.

Primus: wszechobecna inwigilacja elektroniczna. Kamery, podsłuchy, latające kamerki,  czujniki ruchu, przezroczyste ściany. Identyfikatory noszone przez cały czas, dzięki którym doskonale znana jest lokalizacja każdego obywatela. To wszystko towarzyszy paradyzyjczykom na co dzień. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. W końcu mieszkają w stalowej  puszcze zawieszonej w próżni, a każda najdrobniejsza rzecz może skończyć się tragedią dla całego świata.

Secundus: System zarządzający tą całą siecią inwigilującą. System komputerowy rozbudowywany przez lata, wciąż uczący się nowych algorytmów, wychwytujący podejrzane słowa, gesty, zachowania. Logiczny, racjonalnie „myślący”, „bezstronny”. Na Paradyzji nie ma donosów, nie ma szpiegów, nie ma procesów o zdradę. Wszystko jest nagrywane, przetwarzane i oceniane. Kto podpadnie traci punkty SC. A SC to trzecia rzecz składająca się na skomplikowany system społeczny Paradyzji.

Tertius: SC – to punktacja określająca status obywatela w danym momencie. Polega ona na systemie kar i nagród. Za każde zachowanie przyznawana jest określona liczba punktów karnych lub dodatnich. Liczone jest wszystko. Oglądanie telewizji to punkty na plus, oglądanie telewizji z zamkniętymi oczami to punkty na minus. Ludzie cały czas myślą tylko o swoich punktach, gdyż ich niska liczba może ich skazać na pracę w kopalniach Tartaru. Przy liczeniu punktów nie ma rywalizacji między obywatelami. Nie można nikomu „podłożyć świni” System wszystko widzi i nie dałoby się ukryć celowo robionych świństw. A kopalnie Tartaru są niczym łagry lub gułagi (analogia jest oczywista). Dlatego każdy myśli o swoich punktach SC (nie będę rozwijał skrótu, znajdziecie rozwinięcie w książce).

Quartus: propaganda sącząca się z telewizji, oficjalnych rządowych programów i ogłoszeń, prasy, literatury, szkolnictwa. Propaganda nienawiści do Ziemi, propaganda sukcesu w wydobywaniu zasobów naturalnych Tartaru, za które Paradyzja kupuje niezbędne do przetrwania produkty. Nachalna, prostacka i wszędobylska ta propaganda jest.

Quintus: społeczeństwo Paradyzji jest niepiśmienne. Wszystkie książki, prasa, ogłoszenia podawane są w formacie audio lub audiowizualnym. Nie ma papieru. Niewielu potrafi odcyfrować alfabet, ale to tylko dzięki napisom na ziemskich produktach. Oczywiście brak papieru ma swoje uzasadnienie. Papier jest łatwopalny, a na stacji kosmicznej, którą w istocie Paradyzja jest pożar może być przyczyną katastrofy. Nie zmienia to faktu, że społeczeństwem niepiśmiennym jest łatwiej manipulować.

Można już czytać z powrotem.

Fenomen języka kojarzeniowo-aluzyjnego, zwanego popularnie koalangiem, polegał na tym, że używający go ludzie nie usiłowali kryć treści wypowiedzi przed postronnym żywym uchem. Kamuflaż służył jedynie ogłupieniu elektronicznych uszu systemu komputerowego, dla którego zdania koalangu były niewartym uwagi bełkotem[…]

Jest jeszcze w książce mnóstwo smaczków, które sprawiają, że czyta się ją znakomicie. Otóż mieszkańcy Paradyzji w ciągu pokoleń wykształcili wiele sposobów radzenia sobie z System, który choć wszędobylski, niezawodny i w większości przypadków nieomylny jest tylko Systemem komputerowym i obce są mu pojęcia abstrakcji, groteski, wyobraźni. Całe mnóstwo działań zmierzających do oszukania systemu świadczy o ogromnej zdolności przystosowawczej ludzi. Na przykład ludzie przekazują sobie wiadomości posługując się językiem przypominającym poezję awangardową. Język ten nazwany został językiem kojarzeniowo – aluzyjnym.

Zajdel za „Paradyzję” otrzymał Nagrodę Fandomu polskiego tzw. „Sfinksa”, a nagroda ta po jego śmierci nazwana została jego (Zajdla) imieniem. Prawie trzydzieści lat minęło od premiery książki, a czyta się ją znakomicie. Zajdel potrafił doskonale opisać społeczeństwo systemu totalitarnego, w którym władza oszukuje obywateli, że jest dobrze, a obywatele oszukują władzę, że jej wierzą. Opisując język kojarzeniowo – aluzyjny sam użył go w swojej powieści do opisania otaczającej go wtedy rzeczywistości.

Zajdel antycypował podobnie jak Orwell wszędobylską inwigilację, służącą jako jedno z narzędzi aparatu ucisku. Dziś taka inwigilacja dzieje się na naszych oczach. Zajdel pisał o inwigilacji jako narzędziu narzuconemu przez rząd, a obecnie wielu ludzi z własnej woli oddaje swoje prawo do prywatności w imię wygody, bezpieczeństwa i tym podobne. Przykładów daleko nie trzeba szukać. Ja zdaję sobie sprawę, że moje działania w sieci nie są anonimowe, ba! Wiem doskonale, że praktycznie wszystko można sprawdzić, ale jestem zbyt leniwy, by coś z tym zrobić. Czytałem o okrytej złą sławą sieci Tor, nawet chciałem ją sobie przetestować, ale okazało się, że korzystanie z niej będzie wymagało ode mnie zrezygnowania z moich przyzwyczajeń. Dlatego gdy coś mi się stanie w Sieci mogę winić tylko siebie.

Nawiązania do książek Orwella, Huxleya czy też Zamiatina wydają się być oczywiste i nie wymagające głębszej analizy. Zajdel “pisarzów” znał i czerpał z nich inspirację dodając do siebie niepowtarzalną atmosferę, którą mógł oddać tylko ktoś żyjący systemie socjalistycznym.

Ciekawe jak Zajdel patrzyłby na dzisiejszą rzeczywistość, na tę wszechobecność kamer monitoringu, smartfony z GPS, Internet, drony, czy też, kurwa szpiegujące ludzi liczniki elektryczne  (link). Wydaje mi się, że miałby ogromne pole do popisu, by po swojemu zanalizować nasze społeczeństwo. I jego diagnoza byłaby chyba niezbyt pochlebna.

“Paradyzji” nie czytałem wcześniej, znam za to większość książek Zajdla czytanych jeszcze w licealnych czasach. Będę musiał sobie je odświeżyć:)

W 1986 roku nakręcono ekranizację “Paradyzji”. Chciałbym ją zobaczyć, niestety na Youtubie jest tylko mały fragment:

Marek Baraniecki “Głowa Kasandry”

głowa

Chciałbym zacząć od krótkiej refleksji. Wielu ludziom wydaje się, że zagrożenie globalnym konfliktem jądrowym przeminęło razem z rozpadem ZSSR (Związkiem Sowieckich Socjalistycznych Republik). Wielu myślało i myśli, że groźba atomowego holokaustu już nam nie grozi. Moim skromnym zdaniem nic bardziej mylnego.

Cała zimna wojna opierała się na zasadzie równowagi między dwoma supermocarstwami, których przywódcy doskonale (mam taką nadzieję) zdawali sobie sprawę, że w przypadku konfliktu z użyciem broni jądrowej nie będzie żadnych zwycięzców.

Dziś arsenał atomowy może wpaść w różne ręce, ileż to się człowiek naczytał lub naoglądał o „brudnych” bombach, zaginionych rakietach balistycznych i materiałach do budowy bomb. Pal licho, że to w większości fikcja literacka lub filmowa była. Zagrożenie związane z użyciem atomowej broni jest znacznie poważniejsze niż kiedyś.

Obecnie jesteśmy świadkami wymachiwania szabelką przez niejakiego Kima, który musi po prostu pokazać swoim towarzyszom, że Zachodu się nie boi. Robi to by utrzymać władzę we własnym państwie (taka ma skromna opinia). Musiałby być szaleńcem ryzykując otwartą wojnę, ale z drugiej strony nigdy nie ma się pewności.

O szaleńcach i efektach ich postępowań napisał Baraniecki w połowie lat osiemdziesiątych w tytułowym opowiadaniu zbioru czyli w „Głowie Kasandry”. Wówczas nad ludzkością cały czas wisiała niczym miecz Demoklesa groźba globalnego konfliktu atomowego, o której już wspomniałem. Teraz też powinna istnieć taka obawa, ale ludzkość ma tyle spraw na głowie, że szkoda gadać. Co się będzie przejmować wojną atomową. Baraniecki w “Głowie Kasandry” opisał rzeczywistość po atomowym konflikcie. Zrobił to koncentrując się na opisach świata, w którym nastąpiło przebiegunowanie ziemi, zmiany stref klimatycznych, ogromne radioaktywne i chemiczne burze niszczące wielkie połacie naszej planety.

 Ludzkość jak to zwykle bywa (w przypadku globalnych konfliktów atomowych) przetrwała w niewielkich enklawach, które całkowicie porzuciły technologię, bo systemy naprowadzania rakiet i silosy rakietowe, te które ocalały, wciąż są zdolne do reagowania i wysyłania śmiercionośnej broni. Główny bohater to myśliwy, który nie poluje na zwierzynę, ale właśnie na pozostałości dawnych systemów rakietowych. Wykrywa aktywne silosy, zabiera się do pracy i likwiduje zagrożenie. Cały czas towarzyszy mu pragnienie odnalezienie mitycznej „broni ostatecznej” czyli owej Głowy Kasandry.

„Głowa Kasandry” to nowelka, która w bardzo ciekawy i interesujący sposób opowiada o końcu ludzkości, cyklu rozwoju cywilizacji i zadaje pytanie; Czy egoizm człowieka powinien stawać na drodze rozwoju innego inteligentnego życia? Skoro nie udało się Nam homo sapiens sapiens przetrwać, sami wykończyliśmy nie tylko własną cywilizację, ale również nasz dom czyli Ziemię, to czy w swej pysze powinniśmy mieć drugą szansę? Tematyka opowiadania zahacza o przeczytaną przez mnie niedawno „Kantyczkę dla Leibowitza” i wiele innych książek o tematyce postapokalitpycznej. Baraniecki zakończył opowiadanie bardzo efektownie i z nutką niepewności co do decyzji podjętych przez głównego bohatera.

Z pozostałych opowiadań ze zbioru jeszcze dwa są z lat osiemdziesiątych.

Karlgoro, godzina 18.00. Zupełnie mnie nie porwało. Statek kosmiczny, wypadek członka załogi i ludzie na Ziemi łączący swe jaźnie i siły psychiczne, by naprawić uszkodzenia ciała poszkodowanego setki milionów kilometrów dalej. Nie moje klimaty, w ogóle nie zaiskrzyło.

Wynajęty Człowiek.  Taka kryminalna historia z charakterystycznym motywem „zamkniętego pokoju”. Ale ów „zamknięty pokój” to statek kosmiczny, a członkowie załogi wplątani zostają w grę, która dzieje się w rzeczywistości. Pomysł bardzo interesujący, ale wykonanie znacznie już słabsze. Wydawało mi się takie chaotyczne i mało przekonywujące.

Ziarno Kirliana. To opowiadanie jest już dość świeże. Napisane do wydania książki z 2008 roku. Pomysł na opowieść oryginalny, bo mamy tutaj ogromny system, który wykorzystując odkrycie pól życiowej energii zarządza całą ludzką społecznością w taki sposób, aby wyeliminować wszelkie zło, konflikty i wojny. Znowuż nie moje klimaty, zbyt to ezoteryczne i takie metafizyczne.

Wesele dusz. To również nowe opowiadanie, ale to akurat sprawiło mi przyjemność. Mamy tutaj metafizykę, los, przeznaczenie, miłość zdolną zmienić świat. Może i naiwne, ale dla mnie krzepiące. Opowieść o dziesięciu sprawiedliwych, którzy mogą ocalić świat przed wojną taka pozytywna mi się wydała. Aha i pocieszenie może przynosić fakt, że istnieją w światowych rządach ludzie pragnący pokoju.

„Głowa Kasandry” zdobyła pierwszego „Zajdla”. Wcześniej to Zajdel zdobył „Zajdla” tylko wtedy nagroda nazywała się troszku inaczej, a dokładniej SFINKS się nazywała. Baraniecki słusznie „Zajdla” dostał. Tytułowe opowiadanie ze zbioru nie zestarzało się zupełnie. Być może dlatego, że porusza wątki wciąż aktualne w literaturze i popkulturze. Apokalipsa, zagłada ludzkości to strasznie „wdzięczny” temat. I oczywiście odbudowa ludzkiej cywilizacji po katastrofie. Baraniecki postawił świetne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Jedno z nich może brzmieć: Czy naprawdę jesteśmy warci całego tego zamieszania?

Pozostałe opowiadania w porównaniu do „Głowy Kasandry” wypadają dość blado. Przynajmniej dla mnie. Poruszanie się w tematyce ezoteryki, metafizyki, duchowości i tym podobne to nie moja działka.

Jarosław Grzędowicz “Pan Lodowego Ogrodu” tom 3

images (2)Rozpędzony w czytaniu niczym polska gospodarka krótko Wam opowiem o tomie trzecim „Pana Lodowego Ogrodu”. Tomie, którego w wyniku przeróżnych zawirowań Losu nie dane mi było przeczytać. Być może zamieszane w to były siły wyższe, a może jakiś wredny czarownik, w każdym bądź razie było to moje pierwsze czytanie. Przebiegało tak samo jak lektura poprzednich tomów – błyskawicznie i ze stuprocentowym zatopieniem się w świat Midgaardu. A dlaczego krótko będę opowiadał? A bo historia wciąż ta sama, wciąż mamy Vuko i Filara, którzy zmagają się z przeciwnościami losu, każdy na swój sposób.

W tomie trzecim Vuko stał się prawdziwym szpiegiem, który tworzy własną drużynę Nocnych Wędrowców i zamierza w ten sposób powalczyć z wrednym Van Dykenem i innymi. Jego komando sprawdza się doskonale.

Natomiast Filar ma przejebane. Nie oszczędza go los i motywem przewodnim jego historii jest walka o wolność i godność. Wpada w niewolę dwukrotnie i za każdym razem udaje mu się wydostać z nieszczęścia dzięki swojej wewnętrznej sile.

W trzecim tomie poznajemy wszystkich pozostałych przy życiu naukowców ze stacji badawczej. Dowiadujemy się co wydarzyło się pomiędzy nimi w ich zamaskowanym laboratorium. Poznajemy tytułowego Pana Lodowego Ogrodu, do którego udał się Vuko. Nie będę za bardzo spoilerował, bo może ktoś będzie czytał. Sytuacja trochę się klaruje, ale wciąż pozostaje wiele niewiadomych.

Grzędowicz jak zwykle w świetnym stylu opowiada nam obydwie historie, z tymże Vuko to taki John McClane (Bruce Willis) ze „Szklanej Pułapki”, który po rozwałkowaniu dużej liczby przeciwników rzuca zajebistym tekstem. I nie jest to wcale złe, cały czas o dziwo te jego dowcipasy w miarę pasują i za bardzo nie gryzą. Jest tego na pewno więcej niż w poprzednim tomach, ale chwała Grzędowiczowi za zabawę konwencją i schematami oraz świetne poczucie humoru. Historia Filara z kolei to trochę „filozujące” opowieści o władzy, życiu, cierpieniu, niewoli. Wydaje się trochę głębsza niż Vuko.

Cóż więcej mogę napisać, trzeci tom to dobra kontynuacja cyklu. Nie rozwiewa wszystkich tajemnic i wątpliwości, ale trochę rozjaśnia mroki jakie spowijają Midgaard. Dodatkowo sprawia, że wciąż się chce jeszcze. I powiem Wam, że dobrze się stało dla mnie, że dopiero teraz przeczytałem trójkę, bo już jestem w trakcie czwórki:) Nie musiałem czekać kilku lat przygryzając paliczki ze zdenerwowania i oczekiwania. Tak moi drodzy cierpliwość jest cnotą, a ścieżki Losu/Pana/Latającego Potwora Spaghetti/Przypadku czy jak tam zwał są zaprawdę niezbadane.

Stanisław Lem “Astronauci”

Stanisław Lem "Astronauci"

Stanisław Lem "Astronauci"

Z otchłani mych magazynowych regałów, z niemierzonych obszarów półek i książkowych stosów, gdzie mole toczą odwieczne wojny rodowe z pająkami, a kurz osiadając przez lata  stworzył niemal księżycowe krajobrazy. Z owych  czeluści przybyła do mnie w srebrnym rakietowym pocisku zakurzona książka Lema. Osiadła na stoliku z wizgiem atomowego silnika i poprosiła o przeczytanie. Czyż mogłem odmówić powieści fantastyczno-naukowej? Do tego jeszcze autorstwa tak znanego pana Stanisława? Gdybym powiedział nie, już nigdy nie mógłbym spojrzeć w swoje odbicie w  lustrze. Cóż powiedziałbym swoim wnukom, gdy one spytają mnie; co robiłeś dziadku zanim Cię przenieśliśmy całkowicie do komputera? A ja wykrzywiając swe holograficzne odbicie milczałbym wówczas z zażenowaniem. Nie mogłem więc nie przeczytać. Zasiadłem, stanąłem, położyłem się, przykucnąłem, rozparłem, rozłożyłem, zwinąłem w kłębek (oczywiście nie wszystko na raz) i przeczytałem.

Pokrótce fabuła – Lem wziął się za zagadkę  meteorytu tunguskiego. Chyba większość z Was moi drodzy słyszała o tym wydarzeniu, które miało miejsce na początku ubiegłego wieku. Jeśli nie służę linkiem: TUNGUSKI METEORYT. Otóż w „Astronautach” okazuje się, że to nie był żaden kawałek skały, lecz statek kosmiczny obcych. Naukowcom zjednoczonej ludzkości udaje się rozszyfrować zapis lotu, astronomowie obliczają skąd statek przyleciał i ludzkość wybiera się z rewizytą. Okazuje się, że obcy przylecieli z Wenery (sic!), tak kiedyś nazywano Wenus. Obydwu nazw Lem używa wymiennie. Dziś Wenera odeszła w niepamięć, bo chyba kojarzy się brzydko, a Wenus została, bo kojarzy się ładnie. I dzielna załoga statku kosmicznego Kosmokrator, wyrusza w podróż na Wenus. Relację z podróży i pobytu na Wenus poznajemy dzięki wspomnieniom pilota samolotu zwiadowczego, który poleciał z naukowcami, żeby latać samolotem zwiadowczym właśnie. Pilot ten Robert Smith urodził się w Związku Radzieckim, a jest wnukiem Murzyna – komunisty (zbiegłego z USA) i dzielnej radzieckiej komsomołki (nie żartuję).  I Roberto nam właśnie opisuje co się na tej Wenus dzieje i co się tam znajduje.

Książka została napisana w 1950/51 roku. I daje się w niej czasem odczuć duch socrealizmu. Nie mogę stwierdzić na ile Lem chciał, a na ile musiał wplatać w swe opowieści wątki ideologiczne. W „Astronautach”, akcja dzieje się na początku dwudziestego pierwszego wieku. A więc teraz. Nie ma już państw kapitalistycznych, zjednoczona ludzkość kontroluje klimat, a Sahara to kraina mlekiem i miodem płynąca. Na szczęście nie ma tego za wiele i odnoszę wrażenie, że fragmenty te napisane zostały po to, aby zadowolić ówczesną cenzurę i krytyków. Niemniej śmiesznie się to czyta z perspektywy czasu.

„Astronauci” to powieść fantastyczno – naukowa z naciskiem na naukowa. Lem starannie wyjaśnia wiele zjawisk fizycznych i chemicznych. Dzięki lekturze tej książki dowiedziałem się/przypomniałem sobie czym jest reguła Oerstanda, jak wygląda przestrzeń sferyczna i  czym i dlaczego właśnie tym ludzie mogą i latają w kosmos.

Czytając tę książkę przed oczyma miałem amerykańskie filmy z lat pięćdziesiątych, z reguły klasy B, w których ludzie latają rakietami na Marsa, a tam zjada ich gigantyczna parówka. Oczywiście u Lema nie było czegoś takiego. Bardziej mam na myśli otoczkę dotyczącą wyglądu statku kosmicznego, skafandrów i ogólnie sposobu poruszania się po obcej planecie.

W „Astronautach” widać już problemy, tematy, zagadnienia, które Lem znacznie później rozwinie lepiej i głębiej. To znaczy niemożność porozumienia się z obcą cywilizacją, brak punktów wspólnych i jakichkolwiek odniesień kulturowych i emocjonalnych. Pojawia się też choć szczątkowo zagadnienie sztucznej inteligencji w postaci ogromnego Mózgu elektronowego Maraxa, który służy naukowcom do obliczeń i prowadzi Kosmokratora przez pustkę kosmiczną, a wszystko to dzięki lampom katodowym.

Szkoda, że nie znałem tej książki wcześniej. Wydaje mi się ona dobrym wstępem do rozpoczęcia przygody z Lemem. Jest to dobra powieść, zawierająca wszelkie elementy gatunku fantastyki naukowej. I przyznam się bez bicia cały czas zastanawiałem się jaki los zgotuje ludziom Lem na Wenus. Nie zawiodłem się.

P. S. I dla takich fragmentów uwielbiam czytać Lema:

“[…] Kiedy pierwszy raz powiedziałem dziewczynie, że ją kocham, nie umiałem znaleźć dość wielkich i pięknych słów dla wyrażenia wszystkiego, co czułem. Dlatego powiedziałem jej, że miłość w moim wyobrażeniu to nie sfery wysokiego lotu ani niebo, w którym tak często przebywam, ale że to jest coś takiego jak ziemia, w co można słupy wbijać, na czym można mury stawiać i domy budować.

Inna rzecz, że jej to nie przekonało.”