Brian Stableford “Najeźdźcy z Centrum”

Okładka drugiego tomu.

Dzień dobry moi drodzy. Wciąż kajając się za opóźnienia przedstawię drugi tom przygód pana Rousseau, o którym Wam opowiedziałem w poprzednim wpisie, bo wspominałem tam, że jest w czytaniu.

Continue reading

Ferdynand Antoni Ossendowski “Zwierzęta, ludzie, bogowie”

Panoramiczne zdjęcie z książki o odkrywaniu Mongolii. Źródło: https://flic.kr/p/ovWZow

Panoramiczne zdjęcie z książki o odkrywaniu Mongolii. Źródło: https://flic.kr/p/ovWZow

Hej, hej! Wędrowcy internetu przemierzający bezkres cyfrowego świata. Idę za ciosem i z racji tego przeczytałem sobie kolejną książkę Ossendowskiego. Tym razem mój wybór padł na reportaż podróżniczy napisany przez pana Ferdynanda o tytule Zwierzęta, ludzie, bogowie – czasem nosi też tytuł, bądź podtytuł Przez kraj ludzi, bogów i zwierząt. Wybór tym razem był nieprzypadkowy, bo wiele źródeł mówi o książce jako o tej, która przyniosła Ossendowskiemu światowy rozgłos. A poza tym można ją przeczytać całkowicie za darmo na WOLNYCH LEKTURACH. Zachęcam do przeglądania Wolnych Lektur. Tam mogą znajdować się prawdziwe perełki.

Continue reading

Adrian Markowski “Sąsiady”

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

Adriana Markowskiego już na swoim blogu raz przedstawiałem, TUTAJ możecie przeczytać o jego poprzednim zbiorku 13 opowiadań o króliku. Dzisiaj będzie o swoistej kontynuacji tego zbiorku zarówno tematycznej jak i stylistycznej oraz narracyjnej.

Continue reading

Jonathan Swift “Podróże do wielu odległych narodów świata…”

Ilustracja pochodzi z polskiego wydania "Podróży Guliwera..." z roku 1842. Trochę "podrasowana" przeze mnie.

Ilustracja pochodzi z polskiego wydania “Podróży Guliwera…” z roku 1842. Trochę “podrasowana” przeze mnie.

Któż z nas nie zna nieśmiertelnych Podróży Guliwera czyli w pełnym brzmieniu tytułu Podróży do wielu odległych narodów świata, w 4 częściach, opisane przez Lemuela Guliwera, najpierw lekarza okrętowego, później kapitana kilku statków, a raczej dwóch części, które zostały dostosowane dla dziecięcych czytelników, a które większość z nas poznała w dzieciństwie. Oryginalna opowieść Swifta to znacznie więcej niż wizyta w kraju Liliputów i olbrzymów. To fascynująca przygoda i niesamowita książka. Takiej ilości zjadliwej i trafnej satyry oraz eufemistycznie rzecz ujmując niechęci do rodzaju ludzkiego dawno nie doświadczyłem.

Continue reading

Robert M. Wegner “Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza.”

Ładne zdjęcie Pani na białym koniu. Źródło: flickr.com

Ładne zdjęcie Pani na białym koniu. Źródło: flickr.com

Dobry dień! Idę za ciosem i opowiem Wam o kolejnej książce Wegnera. Jak na razie ostatniej z meekhańskiego cyklu. Autor w “Niebie ze stali” opisywał przygody wybranych bohaterów, pomijając wątki innych postaci z innych stron świata. Na szczęście nie zapomniał o całej reszcie i w tym tomie została opowiedziana ich (to znaczy reszty) historia.

Continue reading

Andrzej Sapkowski “Ostatnie życzenie”

Grafika z gry o WIedźminie. Źródło: http://koziol.info.pl/2011/05/nastal-czas-bialego-wilka-czyli-retrospektywnie-o-pierwszym-wiedzminie/

Grafika z gry o WIedźminie. Źródło: http://koziol.info.pl/2011/05/nastal-czas-bialego-wilka-czyli-retrospektywnie-o-pierwszym-wiedzminie/

Dzisiaj sobie pofantazjuję, bo okazja ku temu dobra, a i przeczytany zbiór opowiadań należy już do KANONU, tak, tak moi drodzy do KANONU. A z kanonem różnie bywa. Jedni chuchają i dmuchają, pieszczą jedwabnymi chusteczkami coby tylko się błyszczał, stał i był podziwiany. Inni z kolei będą uderzać obrazoburczymi tekstami w piedestał, w KANON, aby go obalić, by zgnił i zmurszał i zniknął z pamięci ludzkiej. Ja dzisiaj sobie z KANONEM pogadam. I wybaczcie z góry tę rozmowę, będzie bardzo jednostronna, bo w końcu wymyślona przeze mnie.

Continue reading

Tomasz Morus “Utopia”

Obraz (31)Uwielbiam ten moment podczas lektury, kiedy przeczytane zdanie nagle wdziera się w mój mózg uruchamiając lawinę skojarzeń, wspomnień czy też różnorakich emocji. Uwielbiam być sprowadzany do parteru przez autora. Sprowadzany w takim sensie, że nagle się okazuje, że Charlie nie jest najmędrszym z bibliotekarzy, ale jakiś koleś pięćset lat temu myślał dokładnie tak samo lub „w podobie” i jeszcze był w stanie wszystko spisać w książce ponadczasowej i niesamowitej. Bo taką książką jest „Utopia” Tomasza Morusa. Książką ponadczasową, której pełny tytuł brzmi:

Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii.

Sam Tomasz Morus to postać niezwykle ciekawa i interesująca. Święty Kościoła Katolickiego i męczennik chrześcijański czczony przez anglikanów. Kanclerz owianego złą sławą króla Henryka VIII. Przez owego króla skazany na śmierć za sprzeciw wobec utworzenia Kościoła Anglikańskiego i odmowę porzucenia katolicyzmu. Wyrok śmierci brzmiał:

„Ma być odprowadzony do Towru przez szeryfa Williama Bingstona, stamtąd zawleczony przez City londyńskie do Tyburnu, tam powieszony, aż będzie półumarły, wtedy odcięty, dopóki będzie żywy, części rodne mają być wycięte, brzuch rozpruty, wnętrzności wydarte i spalone; następnie ma być poćwiartowany, cztery części na czterech bramach miasta, a głowa na moście londyńskim zatknięta”

Brzmi naprawdę okropnie, ale karę „złagodzono” i Morusa ścięto.

Od jakiegoś czasu zauważyłem u siebie dość znaczne zainteresowanie tematem utopii tudzież antyutopii. Chciałem nadrobić zaległości i przeczytać dzieło Morusa. „Utopia” to bardzo interesująca książka. Jej tytuł dał nazwę całemu gatunkowi literatury. Gatunkowi, który z definicji ma opisywać lepszy świat, miejsce gdzie nie ma niesprawiedliwości, a ludzie żyją dostatecznie, ekhm… dostatnio.

Przejdźmy do książki;  „Utopia ” została napisana około 1516 roku. Składa się z dwóch ksiąg. W pierwszej rozmawia sobie Morus z Rafałem podróżnikiem o filozofach, rządach filozofów i dlaczego prawdziwi mędrcy nigdy nie zostaną doradcami królewskimi . Ogólnie rozmowy o współczesnym Morusowi świecie. Krytyka polityki ekonomicznej szlachty w Wielkiej Brytanii, która rozpoczynała tak zwane grodzenia, czyli zabieranie wspólnych, gminnych pastwisk i włączanie ich do szlacheckich włości. Związane to było z dobrą ceną na wełnę, a na jej produkcję nastawiała się ówczesna arystokracja angielska.

 W drugiej części Rafał opowiada o wyspie Utopii, która go zachwyciła swoim systemem rządów.

Pierwsza część zrobiła na mnie największe wrażenie. Wiem, że to dziwne, ale nie mogłem powstrzymać się od komentowania rzeczywistości nas otaczającej, gdy czytałem rady dotyczące łatania skarbu królewskiego:

„Wyobraźmy sobie, że ministrowie razem z jakimś królem radzą i zastanawiają się, jakimi sztuczkami można by zwiększyć dochody skarbu. Jeden radzi podwyższyć wartość pieniądza, gdy trzeba spłacić pożyczkę, a potem znowu znacznie obniżyć, gdy wypadnie ogłosić nową pożyczkę; tym sposobem panujący może tanim kosztem pozbyć się wielkich długów i ściągnąć do skarbu dużo pieniędzy.

Drugi doradza, aby udawać, że zbliża się wojna i pod tym pozorem nałożyć nowe podatki, a w chwili stosownej zawrzeć pokój i zarządzić z tego powodu dziękczynne nabożeństwa; to podniesie w oczach ludu urok zacnego króla, który widocznie lituje się nad poddanymi i w taki ludzki sposób oszczędza ich krwi.

Inny znowu odgrzebuje stare księgi, nadgryzione przez robactwo, i przypomina z nich jakieś dawno zarzucone ustawy; ponieważ nikt nie pamięta o wydaniu ich, przeto wszyscy przekraczają je. Należy więc wznowić ściąganie grzywien za te przekroczenia, i to będzie obfite, a zarazem uczciwe źródło dochodów, gdyż postępować będzie się w imię sprawiedliwości.

Inny namawia króla, aby pod grozą wielkich kar pieniężnych wydał wiele zakazów, zwłaszcza takich, których przestrzeganie jest zgodne na ogół z dobrem obywateli. Potem mógłby on za cenę znacznej sumy pieniędzy uwolnić od liczenia się z owymi zakazami tych, których interesy przez nie cierpią; tym sposobem zaskarbi sobie wdzięczność narodu i z dwóch źródeł czerpać będzie dochody, to znaczy z grzywien tych, których żądza zysku zwabi w pułapkę lub lepszy na przywileje; opłaty zaś te będą tym wyższe, im lepszy oczywiście będzie władca. „Patrzcie”, powiedzą, „jak on niechętnie robi komukolwiek prywatnemu ustępstwa z uszczerbkiem dobra publicznego i dlatego drogo każe płacić za przywileje.”

Inny wreszcie radzi królowi zobowiązać sędziów, aby w każdej sprawie bronili praw królewskich; monarcha, dodaje, powinien wezwać ich na dwór i skłonić do rozsądzania przy nim własnych jego spraw. Wtedy żadna jego sprawa nie będzie tak beznadziejnie przegrana, iżby któryś z sędziów nie potrafił jej obronić jakimś wykrętem czy to z przekory, czy z zamiłowania do niezwykłych paradoksów, czy wreszcie dla przypodobania się monarsze. ”

 

Powyższy cytat jest przykładem negatywnym w książce. Czyż to nie dziwne, że mija pięćset lat, a rządy państw postępują w ten sam sposób? Rządzący nie uczą się na błędach. Drzyj łacha z podatnika, bo inaczej być nie może. Trzeba będzie zacząć jakąś rewolucję.

W pierwszej księdze znajdziemy również rady dotyczące kary śmierci za złodziejstwo, która była powszechna w Anglii oraz rady jak postępować ze złodziejami:

„Każdy zaś, myślę, wie, jak niedorzeczne, a także niebezpieczne dla społeczeństwa jest karanie złodzieja na równi z mordercą. Jeśli bowiem rozbójnik widzi, że skazanemu tylko za kradzież grozi nie mniejsze niebezpieczeństwo, niż gdyby prócz tego udowodniono mu popełnienie morderstwa, wówczas już sama ta myśl może go pobudzić do zabicia człowieka, którego bez tej świadomości byłby tylko obrabował. Albowiem oprócz tego, że w razie schwytania go nie narazi się na żadną cięższą karę, będzie mógł jeszcze dokonać zbrodni z większym spokojem i pewniejszą mieć nadzieję, że uda się zataić mord, gdy sprzątnie świadka jego. Starając się więc zastraszyć złodziei okrutnymi karami, zachęcamy ich do mordowania niewinnych ludzi.” […]

„Dlaczego mielibyśmy wahać się, czy wprowadzić w karaniu zbrodni pożyteczną metodę, którą, jak wiemy, stosowali już niegdyś przez długi czas Rzymianie, tacy doświadczeni w rządzeniu państwem? Przecież oni skazywali wielkich zbrodniarzy na dożywotnią niewolę i kazali im pracować w kamieniołomach lub kopalniach kruszcu”

Swoją drogą tłumaczenie prof. Abganowicza, jest chyba jedynym jak dotąd tłumaczeniem „Utopii” na język polski. Zastanawiam się czy Morus pisał o „sprzątaniu świadków” .

Ilustracja do pierwszego wydania "Utopii". Źródło: wikipedia.com

Ilustracja do pierwszego wydania “Utopii”. Źródło: wikipedia.com

Przechodzimy do drugiej księgi. Właściwy opis Utopii. Jaki jest ten kraj? Co w nim takiego szczególnego, że Rafał, który był gościem na wyspie Utopia nie mógł się nachwalić ich ustroju społecznego.

Zacznijmy od wspólnej własności. Nie ma w Utopii prywaty. Brak jest żądzy bogactwa, gromadzenia stosu pieniędzy, których i tak nie można zabrać ze sobą na tamten świat. Nie widzą Utopianie żadnej istotnej wartości w klejnotach, złocie, pięknych szatach, strojeniu się. Uważają, że człowiek, który myśli, iż przez lepszy strój staje się lepszym człowiekiem jest po prostu głupcem.

Wyobraźcie sobie, że wszyscy chodzą tam ubrani na jedną modłę z drobnymi różnicami pozwalającymi odróżnić płeć. Skromnie, ale wygodnie. Posiłki jadają wspólnie, a przed każdym posiłkiem odczytywana jest jakaś mądra myśl. Miasta urządzone są tak samo. Każdy musi pracować kolektywnie. Każdy obywatel musi przepracować kilka lat na roli. Żeby poznał czym jest trud życia. Głównym zajęciem jest praca na roli lub w rzemieślnictwie. Utopia to taki socjalizm drobnych rzemieślników.

Dbają o zdrowie, lubią dobrze zjeść, nie piją alkoholu, każdą wolną chwilę poświęcają na doskonalenie umysłowe. Uwielbiają swoje ogrody w swoich identycznych miastach, których na wyspie jest 54, miast znaczy się. Chorymi opiekują się starannie, szpitale mają poza miastem coby ewentualna zaraza nie rozprzestrzeniała się.

Urzędników mają mało, bo prawo u nich jest przestrzegane. Stawiają na prewencję, czyli dobre i solidne wykształcenie oraz wychowanie. Dzieci szanują rodziców, rodzice szanują kapłanów i przełożonych. Wszyscy żyją w cnocie, czerpią radość z prostego życia i prostych przyjemności. Sielanka.

Rozkosze i przyjemności, która są z pożytkiem dla organizmu, dla ducha oraz dla bliźnich to podstawa więzi społecznych w Utopii. Czyń sobie co miłe i bliźnim też, ale nie przesadzaj i nie przeginaj.

Na pewno nie o takiej Utopii myślał Morus. Żródło: http://photorator.com/photo/16121/utopia-

Na pewno nie o takiej Utopii myślał Morus.
Żródło: http://photorator.com/photo/16121/utopia-

Na tej wyspie idealnej każdy może wyznawać religię jaka mu się podoba. Jest tolerancja. Z małym ale… Otóż trzeba w coś wierzyć. I tu pojawia się pierwszy rys na posągu tej wspaniałej cywilizacji. Ateizm równa się społeczny ostracyzm, a w konsekwencji wygnanie. Wierz sobie w co chcesz, ale najlepiej jakby to był jeden Bóg miłosierny.

Drugi rys. Wszechobecny dozór publiczny. Nie opuścisz chłopcze swojego miasta, bez specjalnego zezwolenia od księcia. Po co chcesz opuszczać swoje miasto? To nie wiesz, że inne miasta wyglądają identycznie, że po ich ulicach chodzą ludzie poubierani w takie same ubrania? A gdyby ktoś postanowił wybrać się na własną rękę w podróż, gdy zostanie schwytany bez glejtu książęcego to jego los jest przypieczętowany – zostaje niewolnikiem.

Trzeci rys. Niewolnictwo. Co prawda niewolnicy to w większości skazani za przestępstwa obywatele, to jednak jest tam sporo jeńców wojennych. I cóż z tego, że noszą złote kajdany. Jak muszą pracować przy wykonywaniu najgorszych prac.

Czwarty rys. Recydywa jeśli chodzi o cudzołóstwo karana jest śmiercią. Nie to żebym pochwalał zdrady małżeńskie – chodzi również o uprawianie seksu przed ślubem. Jest on surowo zabroniony. Ale gdy jacyś młodzi mają się ku sobie i chcą się pobrać (lub rada starszych zaaranżuje jakieś małżeństwo), to wtedy muszą się dokładnie obejrzeć nago. Czy aby czasem pani młoda nie ma jakiegoś feleru lub czy też pan młody nie do końca jest piękny. Niby, że rozsądne, niby, że logiczne, ale jakieś takie chłodne i wyzute ze wszelkiego ciepła to prawo jest. Zresztą nie od dziś wiadomo, że samo badanie wzrokiem może nie wystarczyć. Rozwody są dopuszczalne, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Piąty rys. Hipokryzja. Obywatele Utopii brzydzą się wojną, nienawidzą wojny. Pacyfiści nad pacyfistami. Lecz gdy zostaną zmuszeni do wojny, gdy otrzymają jakiś powód do walki, a wcale nie jest to takie trudne. Zaczynają wyciągać wszystkie najbrudniejsze sztuczki z rękawa. Zdrada, przekupstwo, bunty, zaraza, zamachy samobójcze, najemnicy wysyłani na rzeź. Okrutne to dla innych, ale taka polityka dla obywateli Utopii to polityka dobra, bardzo dobra. Oszczędzamy własnych ludzi, płacimy kupę kasy innym żeby za nas ginęli. A kasa przecież i tak nie jest istotna dla nas.

Szósty rys. Opiekują się troskliwie starcami, niedołężnymi i chorymi śmiertelnie, ale jeśli ktoś już jest niedołężny zbyt długo, chory zbyt długo to wtedy delikatnie starają się go przekonać żeby jednak nie zajmował miejsca i raczył się przenieść do wieczności. Oczywiście, gdy starzec lub chory nie wyrazi takiego życzenia opiekują się nim do samego końca. I znów wszystko ładnie, logicznie a ja jednak nie potrafię się pozbyć wrażenia, że bez serca i bezdusznie.

Ogólnie społeczeństwo Utopii wydało mi się strasznie purytańskie, ponure, nudne, przede wszystkim NUDNE. Ja rozumiem, że ciężka praca, ale pracują tam tylko sześć godzin dziennie! Co z resztą czasu? Ćwiczenia fizyczne i wojskowe, posiłki, zebrania senatu. I czas na doskonalenie duchowe. Co to kurde znaczy? Z opowieści Rafała wywnioskowałem, że książki czytane dla rozrywki, czystej rozrywki w Utopii nie istnieją. Wszystko ma być z pożytkiem dla ducha i umysłu.

Jaka jest Utopia? Książka napisana pięćset lat temu. Książka, z której motywy odnajdziemy w innych utopiach oraz antyutopiach? Jest dwuznaczna, nieokreślona i pełna różnych pytań i odpowiedzi. Jak w każdej dobrej książce wielu zinterpretuje ją po swojemu.

Socjaliści, że idealne społeczeństwo to społeczeństwo socjalistyczne. Wierzący, że podstawą społeczeństwa jest wiara. Łaknący sprawiedliwości znajdą ją w Utopii. Nienawidzący przepychu, bogactwa znajdą brak owego w Utopii. Kochający proste życie znajdą je w Utopii. Ci, których przeraża indywidualizm znajdą kult społeczeństwa w Utopii. Pacyfiści znajdą kraj miłujący pokój. Militaryści znajdą kraj, który nie cofnie się przed żadnym działaniem, byle tylko wygrać wojnę. Krytycy feudalizmu znajdą pochwałę gospodarki opartej na sprawiedliwej dystrybucji dóbr.

Jedynie ateiści mogą powiedzieć, że Utopia nie jest krajem dla nich. Oni i cudzołożnicy.

utopia

Ciekawe czy kobiety reagowałyby na taki podryw:)

Morus dał światu dziełu, z którego wielu czerpie do dzisiaj. Dzieło, którego interpretacji jest tak dużo jak ludzi, którzy je przeczytali. Dziś wiele elementów z “Utopii” może być postrzeganych jako antyutopijne. Tak wiele się zmieniło i wiele się wydarzyło przez pięćset lat. A stosunek Morusa do wyspy i jej mieszkańców może mieć zabarwienie lekko ironiczne i sarkastyczne. Jedyne, co nie uległo zmianie to ludzie. Ludzie i rządzące nimi namiętności, uczucia i emocje.

Jak mówi Rafał pod koniec opowiadania o Utopii podając przyczynę dlaczego ludzkość nie przyjęła ustroju społecznego panującego na wyspie:

[…]pycha, która od zarania dziejów była matką wszystkich nieszczęść. Ona ocenia swe szczęście nie według własnych korzyści, lecz na podstawie cudzego niepowodzenia. Człowiek pyszny nie chciałby nawet Bogiem być, jeśliby nie widział dokoła siebie żadnych biednych, z którymi mógłby obchodzić się jak z niewolnikami i urągać im.[…]

Cytaty wszelkie pochodzą z wydania książki z roku 1947. Tłumaczył K. Abganowicz, a przedmowę napisał Maksymilian Rode.

Karel Capek “O wyobraźni”

Dziś na początek prawie końca tygodnia, tekst Capka z “Bajek i przypowiastek”. Tekst krótki, acz bardzo rozumny. Niewielki objętościowo, ale z dużym ładunkiem mądrości. Ja tak przynajmniej uważam. Poczytajcie sobie o wyobraźni…

O wyobraźni

“Kiedy pewnego dnia szewc wracał do domu, zobaczył przy nowym budynku bawiące się w piasku dzieci. Usiadł więc na kupie belek, grzał się na słońcu i patrzył.

 Był to zamek otoczony wałem i fosą, do której jeden pętak nosił wodę w kapeluszu. W ten sposób powstała budowla obronna, coś pomiędzy obozem Cezara a średniowiecznym zamkiem. Później okazało się, że trzeba pod wałem przekopać tunel, przez który mógłby przejeżdżać pociąg. Z hałasem i gwizdem kawałek drewna dojechał do środka twierdzy, gdzie był dworzec. Pasażerowie przy wysiadaniu deptali bezlitośnie po cezarowych murach. Kiedy znaleźli się w nieznanym i niezamieszkałym kraju, trzeba było wybudować z ciepłego piasku okrągłe murzyńskie lepianki. To się robi tak, że kładzie się na ziemi pięść, a na nią narzuca piasek, potem wyciąga się pięść i zostaje namiot; biada temu, kto by go dotknął. Dente et unquibus będziesz bronić swojego domu.

Panienka, która pilnowała jednego z tych chłopaczków, usiadła obok szewca i powiedziała:

— Wczoraj z tego piasku piekli racuchy, a kiedyś sprzedawali go na wagę jako mąkę i cukier.

— Myślę o tym — powiedział szewc — czym właściwie jest wyobraźnia.

Panienka utkwiła wzrok w swoim hafcie. — Wyobraźnia — powiedziała po chwili— to znaczy widzieć w ludziach i rzeczach coś innego, niż dyktuje rzeczywistość.

— Zaraz, zaraz — powiedział karcąco szewc. — Mówi tak pani dlatego, że się pani na kimś zawiodła. Bywa. Proszę popatrzyć, w nocy padało, więc budują dzisiaj z piasku tunele i zamki. Jutro piasek będzie suchy i już się z niego budować nie da. Jak pani myśli, czy dzieci powiedzą, że je piasek zawiódł i że jest do niczego? Czy też odkryją, że nadaje się do sprzedawania na wagę jako mąka albo cukier? Rozczarowanie to tylko brak wyobraźni. Wyobraźnia sobie potrafi poradzić. Zaraz, jak by to powiedzieć? Mieć fantazję to nie znaczy wyobrażać sobie coś, czym rzeczy nie są, ale coś, czym mogłyby być. Lub coś, co można by z nich zrobić. Ot, taki pędrak ma pomysł, że z piasku można budować. A ja, durny, chodzę obok kupy piasku i nie wpadnę na to. Ja i pani, panienko, tylko depczemy po piasku. Ale kiedy się człowiek zakocha, może wpaść na to, że na piasku da się pisać. Tak to jest.

Dziewczyna opuściła ręce na kolana, bo coś sobie przypomniała.

— Taki chłopaczek ciągnął dalej szewc — potrafi sobie wyobrazić, że mógłby być maszynistą, wojownikiem, podróżnikiem lub czym tam jeszcze. I ma rację, panienko. Jego cała fantazja oznacza właśnie to, że nie stłumił jeszcze w sobie tych rozmaitych możliwości. Pani też sobie czasem wyobraża, czym by pani mogła być, ale ponieważ jest pani dorosła, a więc również jest pani egoistką, myśli pani już tylko o tym, czym by pani chciała być… Nic tak nie ogranicza wyobraźni jak egoizm.

Panienka poczuła się dotknięta. — Pan myśli, że jestem egoistką?

— No. I nieszczęśliwa. I mówi pani sobie, że mogłaby pani być bogata i nie musiałaby pani służyć u ordynarnych, niesympatycznych ludzi. I mogłaby pani być dumną, piękną panią, której nikt nie odważyłby się ubliżyć. Wie pani, że naprawdę mogłaby pani tym być? Mogła. Mogłaby pani być matką siedmiorga dzieci. Lub roznosicielką gazet. Lub kurwą. Ale tego już sobie pani nie wyobraża, bo to się pani nie podoba, prawda? Niech no się pani rozejrzy dookoła, kim mogłaby pani być. Babą, która miesza wapno. Tą dziewczynką. Lub tamtą złą, brudną, zalataną kobietą. Przecież to tylko przypadek, że jest pani niańką, bo mogłoby być z pani tylu innych ludzi… I ja tak rozmyślam o tym, dlaczego ludzie są tak beznadziejnie zamknięci w tym głupim, małym przypadku swojej życiowej przygody. Z tego wszystkiego, kim mogliby być, przeżywają tylko tę jedną szczyptę, tylko to, kim przez przypadek są i to, kim chcieliby być. Nie sądzi pani, że to straszne?

Panienka wzruszyła ramionami. — Ja nie wiem — powiedziała. — Nie możemy przecież przeżyć więcej niż swoje własne życie.

— Ja wiem — powiedział szewc. — Ale powiedzmy, że oni, że ci inni, przeżywają te swoje życia za nas, wie pani? Tym, kim ja bym mógł być, jest ktoś inny. Człowiek może patrzyć na innych ludzi jako na inne możliwości samego siebie. Niech pani spróbuje. Zdziwi się pani, jak panią ludzie zaczną interesować.

— E tam — powiedziała dziewczyna – nikt się przecież nie naje kołaczem, który ktoś inny je za niego.

— Nie naje – przytaknął szewc. – Ale gdyby ludzie mieli więcej fantazji, potrafiliby się lepiej tymi kołaczami podzielić. Jeśli chcesz zrozumieć dzieci, musisz być dzieckiem. Musisz mieć w sobie nędzarza, żeby zrozumieć biednych. Niech pani zwróci uwagę, że taki chłopaczek to właściwie cała grupa mężczyzn: tkwi w nim mechanik, żołnierz, budowniczy i nie wiem, co jeszcze. A kiedy dorośnie, z tego tłumu zostanie tylko jeden człowieczek. Na Boga, gdzie się podziali ci inni? Gdziekolwiek by nie byli, są ukryci. Ale uwaga, bywa, że jeszcze nie są martwi…”

“Stowarzyszenie uczciwych ludzi”…

Dziś na pierwszej stronie jednego z najbardziej poczytnych dzienników w Rzeczpospolitej Polskiej czytam sobie o człowieku, który skazany został sześciokrotnie  za różnego rodzaju oszustwa finansowe, a z powodzeniem otworzył parabank obiecując złote góry  (dosłownie) klientom swego parabanku. Jak to zwykle bywa znalazło się mnóstwo chętnych, skuszonych obietnicą łatwego i ogromnego zarobku. I jak to później często okazuje się – owi chętni czekają teraz w kolejkach pod siedzibą owego parabanku i boją się o swoje oszczędności.

Z tonu artykułu można wywnioskować, że pan prezes owego parabanku raczej nie odpowie w żaden sposób za swoje działania, a jelenie, którzy wpłacili mu pieniądze mogą się obejść smakiem. Nie pierwsi oni i nie ostatni…

Co w ludziach siedzi, że tak łatwo dają się omamić? Nie wiem, choć sam jestem bardzo podatnym na wpływy konsumentem, ale na szczęście (nieszczęście) żadnych większych oszczędności nie posiadam, które mógłbym utopić w podobnych przedsięwzięciach.

Dziś informacja o oszustwie sprzed ponad osiemdziesięciu lat…

Prezes „Stowarzyszenia uczciwych ludzi”
osadzony w więzieniu za oszustwo.

Kraków, 9 sierpnia. w Paryżu istnieje, a właściwie istniało „Stowarzyszenie uczciwych ludzi”. Założyciel i najgorliwszy propagator tego stowarzyszenia znalazł się obecnie, o ironjo, w więzieniu za cały szereg oszustw.

Nazywa się on Jan Józef Barnard i karjerę swoją zaczął od założenia czasopisma. Następnie zaczął grupować wokół siebie „uczciwych ludzi” i postarał się o zamieszczenie swej fotografji w pismach ilustrowanych. Prasa śpiewała na jego cześć pochwalne hymny, a ilość ludzi, którzy uważali, że za wkładką 10 franków warto jest uzyskać stempel człowieka uczciwego, wzrastała z dnia na dzień.

Ale p. Bernard przy swojej gorliwej moralizatorskiej działalności nie zapominał także o sztuce. I tak założył on „Theatre de La Maison Moderne”. Wydawał on odezwy i wygłaszał prelekcje, w których zwracał się do urzędników i drobnych rentierów, wzywając ich do dzieła. Mówił, że należy wyrwać teatr z rąk osobników uprzywilejowanych, bo lud powinien sam tworzyć sztukę. Istotnie zdołał on wiele osób przekonać, tych, którzy się wahali, przekupywał tytułami, rozdzielał miejsca radców nadzorczych, kierowników artystycznych, literackich, technicznych i t. d., zapewniał engagements. Ubiegłej niedzieli zaprosił kilkuset dobrodusznych obywateli na małą herbatkę w salonach, które mu miasto Paryż oddało do rozporządzenia. Ostatnie wątpliwości zgromadzonych rozproszyły się pod wpływem świetnej wymowy Bernarda i szampana, który lał się na tej „herbatce” strumieniami.

Świetność ta szybko się jednak skończyła, albowiem pewnego dnia Jan Józef Bernard zniknął ze swego kawalerskiego urządzonego wykwintnie mieszkania. Kilku energicznych urzędników policji zdołało go jednak odszukać i wówczas rozpoczął się rachunek sumienia, prezesa „Stowarzyszenia uczciwych ludzi”. Ogólna suma wyłudzonych przez Bernarda pieniędzy dosięga kwoty 250 tysięcy franków.

Aresztowany cynicznie oświadczył, że po to tylko zorganizował “uczciwych ludzi”, aby ich tem łatwiej z pieniędzy oskubać.

A Wy ile zapłacilibyście za stempel “uczciwego” człowieka?

Tradycyjnie już “Ilustrowany Kuryer Codzienny” z dnia 10 sierpnia 1925 dzięki MBC.

Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.