Strachy w stylu retro.

Naprzód do boju! Niech Śmierci zwyciężą! Źródło: https://flic.kr/p/9kgZiT

Naprzód do boju! Niech Śmierci zwyciężą! Źródło: https://flic.kr/p/9kgZiT

Dwa wpisy w ciągu jednego dnia! Takie rzeczy wyczynia Charlie. Tego u mnie chyba jeszcze nie grali. Zapoznam Was moi drodzy z ciekawą galerią zdjęć sprzed wielu, wielu lat. Zdjęcia będą w tematyce Halloween, bo dziś jest ten dzień. I chociaż ja go w żaden szczególny sposób nie obchodzę to uważam, że zawsze można znaleźć okazję do wrzucenia fajnych wintydż zdjęć.

Continue reading

Wesoły pogrzeb oraz pocałunek z nieboszczykiem.

Dzień dobry! Dziś sobota, weekend (taka mała oczywista oczywistość). Mam nadzieję, że wprowadzę Was w dobry nastrój dwiema krótkimi informacjami z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego”, które przykuły moją uwagę.

Obie informacje krążą wokół zagadnień śmierci, życia pozagrobowego i tego jak owo życie po śmierci może wpływać na żyjących.

Pierwszy “news” z “IKC” z numeru 96 z ósmego kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr968IV

POCAŁUNEK NIEBOSZCZYKA. W Milwaukee niejaki Smith wniósł skargę rozwodową, przeciw żonie, albowiem na seansach spirytystycznych całowała się ona ze zjawą, swego pierwszego zmarłego męża. Sędzia oświadczył, że całowanie się z ciałem astralnem nie stanowi wiarołomstwa małżeńskiego i odmówił udzielenia rozwodu.

Ja podczas studiów również brałem udział w seansach “spirytystycznych”, tak jak wielu moich przyjaciół. Różne rzeczy się działy, ale całowania z ciałem astralnem, nie zanotowałem.

Biedny facet nie mógł po tym zdarzeniu żony nawet na moment samej zostawić, bo zmarły małżonek w postaci ducha mógł ją wyr… Przepraszam za te prostackie żarty, ale same mi do głowy przychodzą.

Drugi “news” nastraja bardziej optymistycznie, choć tematyka pogrzebowa.

“IKC” numer 97, 9 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr979VI

 WESOŁY POGRZEB 80-LETNIEJ STARUSZKI. Dziennik hiszpański „El Sol” donosi, iż w Castella pewna 80-letnia staruszka czując zbliżającą, się śmierć, wezwała do siebie młodzież i poleciła jej, ażeby wzięła udział w jej pogrzebie w jak najweselszy sposób. Staruszka zamówiła przed śmiercią orkiestrę, tancerzy tancerki z kastanietami, a kiedy umarła, wszystko odbyło się według nakreślonego przez nią, programu. Na cmentarzu urządzono bal, a po powrocie do mieszkania nieboszczki goście pogrzebowi wypróżnili —zgodnie z jej wolą, — cały zapas wina, znajdujący się w piwnicy.

To się nazywa gest. To się nazywa fantazja. Mam nadzieję, że impreza była przednia i wszyscy staruszkę wspominali, a  może wspominają do dziś. Ech. Ten zapas wina w piwnicy. Chciałbym dożyć takiego sędziwego wieku w dobrym zdrowiu i będąc w pełni władz umysłowych.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Tym jakże pozytywnym akcentem kończę wpis. Bawcie się dobrze w weekend.

P. S. Jeśli będziecie uczestniczyć w seansach “spirytystycznych” pamiętajcie, żeby nie świrować z ciałami astralnymi – kto wie jakie choróbska szwendają się po tamtej stronie.

Jarosław Grzędowicz “Popiół i kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy.”

grzedowiczWyobraźcie sobie, że jesteście wariatem, albo sobie nie wyobrażajcie. Podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. Także jesteście wariatem, leczonym psychiatrycznie, obecnie próbującym odnaleźć się w społeczeństwie.

Nie jest lekko w dwudziestym pierwszym wieku zachować pozory normalności człowiekowi, który może odwiedzać inny wymiar. Ludzie nie lubią dziwaków, twierdzących, że opuszczają swoje ciało i wędrują  po świecie pełnym demonów, zagubionych dusz i zapomnianych bóstw. Nauczyliście się tego w tak zwany bolesny sposób. Bogatsi o doświadczenie, że lepiej nie rozmawiać  o podróżach do świata Pomiędzy, bo tak nazwaliście to miejsce. Swoje przygody opowiadacie tylko pamiętniczkowi.  W krótkiej historii przelanej na papier do pamiętniczka, takim  jakby opowiadaniu robicie to  w sposób dynamiczny, intrygujący, interesujący, ironiczny i z humorem. Ogólnie widać, że pamiętniczek spełnia swoją rolę i Wasza historia, historia wariata zdolnego odwiedzać inny wymiar jest czymś ciekawym i godnym zainteresowania. Skończyliście opisywać jedną ze swych przygód, w pamiętniczku zanotowane zostało jak zaczęliście być Charonem przeprowadzającym dusze jeszcze dalej. Skończyliście i widzieliście, że to co napisaliście było dobre.

Nic więc dziwnego, że zaczęliście pisać dalej. Tym razem więcej, i inną historię. Opisujecie więc swoje próby zerwania ze światem Pomiędzy, o tym jak pragnęliście żyć normalnie, cokolwiek to znaczy. Nie było wam jednak dane żyć tak jak reszta ludzkości. Nawiedzał Was w snach zmarły przyjaciel, który pragnął coś przekazać. Musieliście wrócić do świata Pomiędzy i rozwiązać zagadkę jego śmierci. A w tym świecie spotkaliście dziwaczny tajemniczy zakon, starą wiedźmę, którą bzyknęliście w rzeczywistym świecie, a była młodą wiedźmą, partyzantów i gestapo. Piliście życia innych ludzi jak wódkę. Ogólnie przeżyliście okropne przygody. Wszystko to opisaliście w pamiętniczku. Jednak już bez takiego fajnego przytupu jak w krótkim pierwszym opowiadaniu. Zaczęliście trochę filozofować, narzekać. Humor Wam się stępił. Ogólnie rozwinięcie opowiadania w książkę jakby się Wam trochę rozwlekło.

Dobra dość tej próby postawienia Was w roli bohatera książki Grzędowicza. Mam z nią problem. Przeczytałem ją błyskawicznie, czytało się dobrze. Zwłaszcza opowiadanie, które zostało napisane wcześniej, a w książce stało się prologiem. Opowiadanie jest świetne. Książka już mniej. Nie urzekła mnie w sposób szczególny. Cały czas miałem uczucie, że czegoś w niej brakuje. Niby wszystko jest na miejscu, niby ten sam świat co z opowiadania, ale coś zgrzytało. Może to wiecznie narzekający na wszystko główny bohater, znacznie odstający od współczesnego, rzeczywistego świata. Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą kochać ten ziemski padół. Ba! Nawet nie powinni go kochać ci, którzy są przeklęci zdolnością do podróżowania w Zaświaty. Główny bohater zgubił dla mnie gdzieś swój cynizm, ironiczne spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość, a przeistoczył się w biadolącego pana w średnim wieku. Zgrzytało mi to. Sam świat Pomiędzy stał się za bardzo swojski, jeżeli mogę tak powiedzieć, a mogę, bo to mój blog i pisać mogę co mi się  żywnie podoba. Partyzanci, gestapo? What the fuck? Chociaż motyw spożywania w formie alkoholu życia innych ludzi zajebisty.

W drodze podsumowania “Popiół i kurz” to dobra książka. Dobra w tym znaczeniu, że nie nuży, nie męczy, nie irytuje, ale nie ma podczas czytania żadnego, że się tak wyrażę pierdolnięcia. I ja nie piszę, że w każdej książce pierdolnięcie musi być. O nie! Jednak w tej pierdolnięcia się spodziewałem, a nie było. To tyle celem krótkiego podsumowania.

P. S. To pewnie wpływ przeczytanego “Pana Lodowego Ogrodu”. Tam pierdolnięcie było. A najgorsze jest to, że ja sam podczas spotkania z Grzędowiczem zadałem mu pytanie, czy nie boi się przyszycia łatki, tego gościa od “Pana Lodowego Ogrodu”. A w swojej pisaninie o książce napisanej krótko po pierwszym tomie “PLO”, a sporo przed pozostałymi oczekuję, że będzie coś  “a’la w podobie”. Kurde człowiek to jest niekonsekwentny.

P. S. 2 A sam pan Grzędowicz to konkretny facet z dużym poczuciem humoru.

 

 

Antologia “31.10. Halloween po polsku”

"31.10. Halloween po polsku"

"31.10. Halloween po polsku"

 Ech, jak zwykle rychło w czas Charlie czyta książki. Po Halloween już śladu nie ma, wszystkie żywe trupy grzecznie wróciły do grobów lub rozłożyły się w sposób jak najbardziej elegancki. Wiedźmy porzuciły miotły i przeniosły się do dziekanatów i wszelkiego rodzaju urzędów, na swoje posadki. Co do duchów to wessane zostały do odkurzacza i miotają się teraz wśród drobin kurzu i jednogroszówek (widzieliście kiedyś zawartość worka do odkurzacza? Nie wiem naprawdę skąd się bierze tyle tych monet tam… To prawie tak jak ze skarpetkami, moje udają się do skarpetkowej Valhalli po każdym praniu). Dobra, ale ja nie o tym, nie o tym.

O książce „31.10.Halloween po polsku” czytałem już na kilku portalach, akcja spodobała mi się i sobie ściągnąłem tego ebooka. Tak moi drodzy ebooka albowiem książka nie ma swojej papierowej wersji i istnieje tylko w postaci cyfrowej. I jest jeszcze coś ważnego w tej antologii. Otóż jest ona za zupełną darmochę! Ściągnąć sobie może każdy i każdy może przeczytać!

Nie będę ukrywał, że długo zwlekałem z lekturą, gdyż zwyczajnie podchodziłem do czegoś, co jest za darmo jak pies do jeża. To znaczy obawiałem się jakiejś grafomanii, która poziomem dorównuje depresji w Żuławach Wiślanych. Takie miałem głupie wyobrażenie, że jak piszą za darmo książki to pewnie badziew. Na szczęście lektura okazała się solidnym pacnięciem w potylicę, że Charlie nie powinien oceniać książki po okładce, ani tym bardziej po cenie.

Dwudziestu pięciu autorów i trzydzieści cztery opowiadania. Opowiadania przeróżne, od typowych historii o duchach (Anna Rybkowska “Autostopowiczka“), po historie o żarłocznych lodówkach (Mariusz Zielke “Żarłoczne lodówki“). Niektóre teksty zabawne, ironiczne. Inne opowiadania z kolei śmiertelnie poważne, trochę na siłę starające się stworzyć straszny klimat. Jednak ogólnie cały zbiór czytało się dobrze. Czasem tylko zżymałem się na banalny pomysł i kiepskie wykonanie. Niestety duża ilość opowiadań sprawiła, że bardzo szybko wylatują z pamięci. Moje szare komóreczki (w liczbie dwóch ostatnich weteranów) nie radzą sobie z gromadzeniem danych i informacji tak dobrze jak dawniej. Postaram się je jednak zmusić do maratonu pamięciowego i wymienię kilka opowiadań, które na owych dwóch szarych komórkach zrobiły wrażenie. W antologii brakowało mi żywych trupów, najbliższe tej tematyce było opowiadanie “Noc żywych awatarów” Wala Sadowa – interesujący pomysł, napisane z humorem i dość ciekawie. Inne opowiadanie, które zaintrygowało dwie szare komórki (nazywam je Pinky i Mózg) było bardziej fantastyką, niż opowieścią grozy. To “Nikczemnik” Antoniny Kostrzewy, historyjka o młodym adepcie magii, co chce zostać potężnym czarnoksiężnikiem, aż prosi się o rozwinięcie jego przygód. Dwie szare komórki – dwa opowiadania.

Jakie wrażenie po lekturze? Bać się nie bałem. Jestem już dużym chłopcem i swoje widziałem, jeśli chodzi o horror. Kilka ciekawych pomysłów, kilka takich, które mnie niczym nie zaskoczyły, a nawet trochę zirytowały. Ogólnie nie jest źle, ale szału nie ma. Mogę rzec, że “31.10. Halloween po polsku” zdecydowanie nie jest na poziomie  Żuław Wiślanych – jest znacznie, znacznie wyżej:)

„31.10. Halloween po polsku” jest dobrą antologią i można się z nią zapoznać.

Tutaj strona projektu: 31.10.pl.

This is Halloween…

Przepraszam za tytuł, ale cóż poradzić. Dziś Halloween i wszyscy coś piszą o tym święcie. Ja też coś tam skrobnę:) Zalała nas ta amerykancka popkultura i dziś nikt nie pamięta o co 31 października chodziło, a tym bardziej o co chodziło naszym słowiańskim przodkom w tym dniu. Ja tam ortodoksem nie jestem i Halloween mi samo w sobie nie przeszkadza (dobra okazja do urządzenia przebieranej imprezki), ale jakbym zobaczył dzieciaka pukającego do mych drzwi i mówiącego “Cukierek albo psikus” to raczej dostałby ode mnie psikusa…

Dobry skecz kabaretowy o adaptowaniu obcych kulturowo zwyczajów do naszego słowiańskiego podwórka:

Nie będę w dzisiejszym wpisie bronił naszych słowiańskich Dziadów przed amerykańskimi Jack-o’-lanternami (jak gdyby ktoś nie wiedział to są wydrążone dynie  ze świeczkami), chciałem tylko podzielić się z Wami moimi ulubionymi motywami na Halloween.

Najlepszą dla mnie rzeczą na Halloween są specjalne odcinki Simpsonów popularnie nazywane “Treehouse of Horror”. Ten przecudowny miks najbardziej znanych i rozpoznawanych motywów z popkultury lub obecnie popularnych filmów, seriali podany w groteskowej formie jest dla mnie ucztą samą w sobie. Jest już tego ponad dwadzieścia odcinków i polecam każdy!

Horrory, horrory, horrory – bez tego nie da się przeżyć porządnego Halloween:) Czy wspomniałem już o horrorach? Jeśli nie to wspominam teraz. Niezłą listę horrorów na Halloween możecie znaleźć na blogu Horror Story Reborn. Ja ze swej strony uwielbiam post apokaliptyczne klimaty, zwłaszcza jeśli dominującymi bohaterami są zombiaki. Jednym z najlepszych filmów dla mnie, które  utrzymane są w tej konwencji jest “28 dni później” (co prawda nie ma tam zombiaków, ale to akurat nie ma najmniejszego znaczenia).  Z kolei nie przepadam za slasherami, w których krew i flaki latają zupełnie bez sensu (rzeczywiście chodzące żywe trupy na pewno mają więcej sensu). Oczywiście nieśmiertelne “Martwe zło” – wszystkie części. Pierwszy raz obejrzane na spiraconej kasecie VHS o okropnej jakości. Bogiem a prawdą – gdyby nie pirackie kasety video, to nasz naród miałby ogromne tyły jeśli chodzi o filmy z Zachodu. Jakoś nie przepadam za azjatyckim kinem grozy – wydaje mi się zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla mnie. Znajdzie się oczywiście kilka fajnych rzeczy. Mógłbym Wam tutaj wymieniać film za filmem, nie widzę w tym sensu zbytniego, gdyż rzeczy z gatunku horror jest mnóstwo. Makabra przyciąga magnetyczną siłą. Rynek horrorów obfituje w przeogromne ilości filmów, książek, komiksów, gier i muzyki. (Odzywa się moje wrodzone leni.. tfu.. chciałem powiedzieć wrodzona dbałość o czytelnika, coby go nie przeładować nadmiarem materiału.)

Zmieniając temat, teraz piosenka, która ostatnimi czasy gości bardzo często w moich głośnikach. Najpierw dam cover. Oryginalny utwór pochodzi z filmu według scenariusza Tima Burtona “Nightmare before Christmas” po naszemu “Miasteczko Halloween“, cover natomiast z płyty “Nightmare revisited”:

A macie też oryginał:


Fajne prawda:)

Żaby nie było tak zupełnie amerykancko, bo przecież jestem Słowianinem, jak śpiewał Spięty z Lao Che. Słowianinem oraz bibliotekarzem dlatego podzielę się z Wami niewielką ilością informacji z czasopisma o przepięknym tytule “Przyjaciel Ludu” z roku 1839. Informacje będą dotyczyć wierzeń ludowych dotyczących złych duchów.

Na początek moi drodzy tradycyjna mora albo zmora. Cóż to straszydło robi biednym wieśniakom? Ano to:

MORA

MORA

Paskudna ta mora była, że hej! Popadła jednak w zapomnienie i dziś nikt dzbanuszków ciastem nie oblepia. W przeciwieństwie do mory następny stwór ma się wśród popkultury doskonale, tylko metody jego rozpoznania ciut się zmieniły. Psze państwa WILKOŁEK!

WILKOŁEK

WILKOŁEK

Dziś Wilkołek nazywa się troszku inaczej, jednak jego potworność nie uległa zmianie. Nie do końca zrozumiałem instrukcje dotyczące wykrywania tych paskudników. Kogo mam obnieść? Wilkołeka czy bochen chleba? Czego mam nie przewracać? Skórki chleba, którą trzymam w ustach? Pomóżcie! To bardzo ważne! Zamierzam sprawdzić tą metodą czy pewien nieuprzejmy, mrukliwy i warkliwy czytelnik nie jest czasem wilkołekiem! Następny stwór to WIŁ! (przepraszam, że w dwóch zdjęciach, inaczej się niestety nie dało).

WIŁ

WIŁ

WIŁ DWA

WIŁ DWA

Nie jest taki najgorszy ten wił. Tylko strasznie upierdliwy. Znam kilku takich, co to się od człowieka nie odczepią i żyć nie dadzą. Tylko metody nękania trochę inne. Dzwonią co chwila i wcisnąć próbują jakiś badziew. Wił to przynajmniej niczego nie wciskał, tylko se stał i stał. A teraz KANIA!

KANIA

KANIA

Ach! Okrutna Kanio co dzieciaczki z wiejskich pól porywałaś! Na szczęście już nie straszysz polskich wieśniaków i przeminęłaś z wiatrem i obłokami!

Niestety to wszystko moi drodzy czytelnicy. Zdaję sobie sprawę, że zaledwie poruszyłem czubeczek góry lodowej, jeśli chodzi o horror. Tfu! Ja nawet nie zacząłem poruszać niczego! Przyznaję się bez bicia, że tego jest zbyt dużo i zwyczajnie nie ogarniam. Nawet teraz przez mój umysł galopują konie pomysłów i nie mam jak ich powstrzymać. Chciałem tylko Wam napomknąć w tę noc strachów, że ludziska bali się od zawsze i wyobraźnie mieli równie bujną dawniej co teraz. Niedługo północ, duchy i zmarli są o tej porze pełne i pełni pałeru. Dlatego bójcie się! Na koniec filmik sprzed roku, ale mam nadzieję, że nie widzieliście: