Spóźnione życzenia noworoczne (sprzed 87 lat!)

1907-a-new-years-eve-celebration-at-restaurant-martin-in-new-york-city-things-have-gotten-livelier

U mnie jak zwykle z byciem na czasie nietęgo, ale na swoją obronę dodam, że dopiero dzisiaj znalazłem bardzo ciekawe życzenia zamieszczone w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym w dniu drugim stycznia roku pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego. Życzenia choć tak wiekowe zadziwiająco aktualne są, a ja pozwolę sobie Wam je pokazać, bo każda okazja jest dobra, by przypomnieć sobie, że “wszystko już było”.

Czytaj dalej->

“Nihil novi sub sole” – nic nowego pod słońcem.

Dobry dzień! Nihil novi sub sole  – sentencja łacińska, które jeszcze dosadniej i pełniej wyjaśnia moje “wszystko już było”. Miło jest trafić w prasie międzywojennej na podobny do mojego głos. Jakże odmienny od tamtejszych codziennych narzekań na ministra skarbu, na podatki i brak rozsądku w wydawaniu publicznej kasy i na skalę afer w nowej, odrodzonej Rzeczypospolitej (to nie tematy współczesne, to wszystko znajdziecie na łamach dzienników II RP).

Ilustrowany Kuryer Codzienny nr 339,10 grudnia 1926 roku.

IKC_1926_nr339_dn10XII_nic_nowego

Czytaj dalej ->

Zbrodniczy zamach ucznia na profesora!

1911 ca. Gilbert, Adolph, John & Helmer

To co? Dobry, bardzo dobry czy… celujący?
Źródło: http://www.flickr.com/photos/tspauld/24945974/

Wielu ludzi z lubością powtarza hasło, że “kiedyś to było lepiej”, a zdziczenie obyczajów w dzisiejszych czasach sięgnęło szczytu szczytów i żyjemy w okropnym okresie, gdzie nikt nie ma szacunku do starszych, dookoła sam seks, złodziejstwo i chamstwo. . . Powtarzają to, bo wiadomo, że dawniej to i trawa była zieleńsza, kwiaty lepiej “pachły”, a tanie wino nie było takie obrzydliwe i dało się je wypić w ilościach niewyobrażalnych.

“Kiedyś było lepiej” to też moje ulubione hasło, ale tylko z tego powodu, że uwielbiam przekonywać siebie i innych, że nigdy nie było lepiej, wręcz przeciwnie “kiedyś to było gorzej”.

Ilustrowany Kuryer Codzienny nr 330, dnia 1 grudnia 1926 roku.

Czytaj dalej->

Bajka o tym jak powstał dziennikarz.

Znalazłem taki dość zabawny fragment w jednym z numerów “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z roku 1923. Przytaczam Wam moi drodzy anegdotkę o powstaniu zawodu dziennikarza. Ile w tym prawdy osądźcie sami:) Zwróćcie również uwagę na przymioty jakie charakteryzują poszczególne zawody.

Czytaj dalej->

Oszust – literat, grafomaństwo i prawdziwa miłość…

Moi drodzy, często na łamach (w ogóle to dobre słowo?), na stronach tego mojego bloga wrzucałem Wam przypadki oszustów sprzed lat. Dzisiejszy wpis nie będzie wyjątkiem, chociaż cała sprawa ma otoczkę lekko uduchowioną, ocierającą się o bytowanie ze sztuką słowa pisanego i pokazuje jak duża w ludziach drzemała i drzemie potrzeba docenienia i zaistnienia na salonach. Przedstawiam Wam sprawę, w której literatura odgrywa dużą rolę, a sprawne manipulowanie kobiecymi duszami pozwala dorobić się pokaźnej sumki i znaleźć prawdziwą miłość (chyba)…

Ilustrowany Kuryer Codziennynr 291, 22 października 1926 roku.

IKC_1926_nr291_dn22X_oszust_literacko_małzenski

Oszust literacko-małżeński

Miał 12 narzeczonych, odczytywał ich utwory grafomańskie i… pożyczał od nich… pieniądze.

Paryż, 18 października.

“(—) Przed sądem w Paryżu stanął Maurycy Levet, wydawca czasopisma „La Poesie” dyrektor firmy wydawniczej „Przyszłość”, właściciel zamku Mesnil, oskarżony mianowicie o to, że ani czasopismo, ani firma wydawnicza nie egzystują zupełnie, a zamek w Mesnil zalicza się do t. zw. posiadłości na księżycu.

Maurycy Levet był zwykłym oszastem małżeńskim, naciągającym łatwowierne kobiety, albo raczej niezwykłym oszustem, albowiem uprawiał swój proceder przy pomocy literatury. Był on wale nie złym psychologiem i umiał grać z jednej strony na popędzie grafomańskim niektórych ludzi, z drugiej zaś strony na pragnieniach i tęsknotach kobiet, oczekujących od małżeństwa spełnienia swych tajemnic nadziei.

Levet grając na uczuciach erotyzmu i próżności, zarobił w jednym roku przeszło 100.000 franków, nie licząc wystawnych obiadów i miłych rendes-vous.

 Ten nieprzeciętny oszust rozpoczął z kapitałem zakładowym 300 franków. Ogłosił on konkurs poetycki dla pań na wiersz do swego czasopisma. Levet nie kazał przysyłać znaczków na odpowiedź, nie żądał żadnych opłat na formalności, poprostu chodziło mu o adresy. Wreszcie wyszukał sobie 20 pań, które może nie miały zdolności poetyckich, ale za to posiadały stanowczo pieniądze. Maurycy Levet złożył wszystkim wizyty, przyrzekł, że wszystkie nadesłane wiersze i dramaty będą wydrukowane i zaręczał się. Miał on równocześnie 12 narzeczonych, przyczem od każdej zaciągał większą pożyczkę.

Pewna starsza nauczycielka z Chantilly oddała mu swoje serce i 20.000 franków. Inna dama, wdowa w Lille, zaofiarowała na ołtarzu miłości i próżności papiery wartościowe na 50.000 franków i kilka stary i pięknych obrazów, mających zdobić salę przyjęć w zamku w Mesnil. Inne panie poza swymi manuskryptami dawały, po kilka, kilkanaście tysięcy franków. Pewna, biedna, stara panna, oddała rzekomemu narzeczonemu wszystkie swoje oszczędności  w kwocie 500 franków, dołączając do tego trzy grube zeszyty wypełnione wierszami. Ona była jedyną. której wiersz ukazał się istotnie w druku w małem, prowincjonalnem piśmie, co ją widocznie tak wzruszyło, że przed sądem oświadczyła, iż nie czuje się poszkodowaną, a p. Maurycego Levet stale kocha.

Za to inne oszukane kobiety wykazywały silne rozgoryczenie. Naogół odnosiło się wrażenie, że mniej im chodziło o zawiedzione nadzieje małżeńskie, jak o rozczarowanie dla ich ambicyj literackich. Jedna z narzeczonych Leveta wezwana jako świadek zaczęła odczytywać przed sądem swoje wiersze. Sędzia, przerażony polecił jej zaprzestać, a Maurycy Levet, uśmiechając się, rzekł:

 — Czy nie sądzi pan, panie sędzio, ze zmuszony do słuchania takich wierszy sam się już dotkliwie ukarałem.

 Przewodniczący widocznie nie uważał tej kary za dostateczną, bo skazał Maurycego Levet na 6 miesięcy więzienia.

— Czekaj na mnie, powrócę — zawołał Levet do biednej starej panny, która zeznała na jego korzyść.

 — Będę czekale, odparła szlochając.

Jeżeli w kwietniu 1927 roku Maurycy Levet zgłosi się istotnie da tej biednej, prowincjonalnej poetki, to wszystkie winy jego należy mu wybaczyć. Istotnie przetrawienie 20 tomów poezji różnych domorosłych poettek, to kara, która okupić może nawet ciężkie grzechy !…”

Niestety nie wiem jak potoczyły się losy pana Leveta i czy rzeczywiście odezwał się do starej panny, która go pokochała.

Szkoda trochę kobiet, które omamione okrągłymi, pochwalnymi zdaniami na temat swojej twórczości poczuły się jak członkinie do sekty czy też cechu pisarskiego. Czy poettek to jakiś błąd i chochlik drukarski? Bo chyba nie użyto tego słowa specjalnie. Moje rozmyślania pozostaną raczej bez odpowiedzi.

Levet powinien dostać większy wyrok. Pal licho, jego cierpienia podczas wysłuchiwania kiepskich wierszy, ale za to, że utwierdzał owe panie i damy w przekonaniu, że coś z nich będzie powinien pójść na galery.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

P. S. Aha i jeszcze refleksja. Byłem dzisiaj na konferencji w Artetece zorganizowanej z okazji udostępnienia kompletnego archiwum “Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy o samej gazecie jak i o procesie digitalizacji. Ujrzałem oczyma swoimi jaka to ciężka praca, dlatego składam wielkie dzięki wszystkim osobom, które przyczyniają się do tego, że ja mogę wygodnie w zaciszu domowym urządzać sobie wycieczki w przeszłość. Niech im się w życiu darzy, a materiałów do digitalizacji niech nie zabraknie na najbliższe kilkadziesiąt lat.
Link do wydarzenia na Fejsie.

Camera obscura – rubryka z “Wiadomości Literackich”

Kajałem się już za brak “Książek najgorszych”, których nie ma niestety w “Wiadomościach…” ale na szczęście w roku 1925 redakcja czasopisma stworzyła nową rubrykę, którą nazwała “Camera obscura” – są to kurioza, ciekawostki, śmiesznostki i inne dziwne rzeczy wyszperane w prasie z tamtego okresu.

Ja sam na swoim blogu często wrzucam Wam takie ciekawostki, ale je znajduję również sam. A teraz będę Wam tutaj umieszczał interesujące rzeczy sprzed lat z prasy codziennej, które ktoś przed wieloma laty wyszperał i umieścił w czasopiśmie swoim, które teraz również jest sprzed lat wielu.

Czujecie tutaj powiew prasowej “Incepcji”? Będę robił prasówkę prasówki sprzed ponad osiemdziesięciu lat:)

A więc zaczynajmy w imię Prasy!

WL1925nr14Ic

Safes.

“W urzędzie celnym w Dziedzicach poddano skrupulatnej rewizji osobistej niejakiego p. Rosenberga z Wiednia. Podczas rewizji wyszły na jaw rzeczy straszliwe, które powtarzamy za „Ilustrowanym Kurjerem Codziennym” (2 listopada 1924 r.):

„W tem miejscu p. Rosenberg zbladł i zaczai się trząść jak liść osiki. Pozbył się szybko pewnych części garderoby, a w chwili, gdy wchodził przywołany lekarz, Rosenberg własnoręcznie i szybko wyjmował dwa rulony w gumowych oponach, każdy długości 9 cm. i 2 i pól cm. średnicy. Skąd?… Z odbytnicy!!!

W rulonach znajdowało się 4.550 dolarów, które miał zamiar wywieźć.

Dolary skonfiskowano. Lekarz zbadał pomysłowego agenta i stwierdził znaczne rozszerzenie odbytnicy. Dowodzi to. że p. Rosenberg często swego schowku używał… “

Zacząłem być może od mocnego akcentu, ale przecież p. Rosenberg nie był pierwszym i zapewne nie ostatnim przemytnikiem, który wykorzystywał swoją odbytnicę, by oszukać służby celne. Ale wrażenie może robić rozmiar “gumowych opon” musiały się tam przecież zmieścić obydwie!

Się zastanawiam czy czasem tytuł nad notką nie pochodzi od angielskiego “safes” czyli sejfów, ale chyba tutaj raczej był jeden “sejf”. Niestety raczej nie poznam zamysłów człowieka redagującego tę rubrykę jeśli chodzi o tytuł.

“Wiadomości Literackie” nr 1, 4 stycznia 1925 roku.

Znalezione tradycyjne w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Niedźwiedź – amator koniaku.

Się działo przed wojną, się działo. Pisałem już o francuskiej krowie, która wypiła wiadro jabłkowej brandy, a dzisiaj będzie o węgierskim, tresowanym niedźwiedziu, który jak przystało na tresowane zwierzę z wiadra nie pija tylko z gwinta łoi koniak, a wszystko to w Warszawie, “myly” państwo.

IKC1926nr16518VI

Tresowany niedźwiedź upił się na przedstawieniu butelką koniaku.

” (?). Wesołą niespodziankę mieli we wtorek goście, zgromadzeni w kabarecie w Dolinie Szwajcarskiej przy ul. Szopena w Warszawie. Oto o godz. 2 w nocy ukazał się na estradzie Węgier z tresowanym niedźwiedziem. Zwierzę tańczyło, żonglowało, grało na trąbie i na tem występ niedźwiedzia byłby się zakończył, gdyby nie jego nałóg pijacki.

Bo oto co się stało. Do jednego ze stolików podszedł kelner z butelką koniaku, wkręcił korkociąg i szarpnął. Korek strzelił.  Znający się widocznie na takich „wybuchach” niedźwiedź, zeskoczył z estrady i na dwu łapach podszedł do stolika.

W sali powstało zamieszanie. Kelner i dwaj panowie, siedzący przy stoliku, uciekli, a niedźwiedź sapiąc, z zadowoleniem przyłożył do pyska butelkę i w kilku łykach wysączył ją do ostatniej kropli. Węgier przeklinał siarczyście, ale nie zdało się to na nic, gdyż niedźwiedź upił się tak gruntownie‚ że trzeba było zrezygnować z dalszych jego popisów. Wpędzony do komórki, natychmiast zasnął.”

Miejmy nadzieję, że oprócz kaca sympatycznego niedźwiadka nie spotkały inne nieprzyjemności. Piszę sympatycznego, bo to musiał być sympatyczny kompan. Nie od dziś wiadomo, że Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki:)

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 165, 18 czerwca 1926 roku. Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

Pierwsza ofiara podróży w kosmos…

Marzenia mają ogromną moc. Najlepiej gdy się spełniają, ale niestety czasem bywa tak, że nie mogą się ziścić wtedy ważnym jest, aby się z tym pogodzić lub spędzić życie na próbie dogonienia własnych snów.

Historyjka dzisiaj nie ku przestrodze, ale raczej jako próba zwrócenia uwagi, że podróże w kosmos pochłonęły swe pierwsze ofiary na długo przed psem Łajką, załogą “Challangera” i wieloma innymi dzielnymi ludźmi, którzy odważyli się rzucić wyzwanie grawitacji.

Przeczytajcie sobie do czego może doprowadzić życie mrzonkami i karmienie się bezpodstawną nadzieją.

IKC1926nr1492VI

 

 

Odebrał sobie życie, bo nie mógł pojechać na księżyc

 Ofiara rakiety księżycowej.

 

“Kraków, 1 czerwca.

 (—) Nieszablonowy zaiste motyw popchnął do samobójstwa 55-letniego Roberta Matthewsa, który zgłosił się jako pasażer do księżycowej rakiety prof. Godarda. Ten osobliwy fantasta, skoro doszedł do przekonania, że jego marzenie o podróży na księżyc nie będzie zrealizowanem, postanowił pozbawić się życia, które straciło dla niego wszelką wartość.

Matthews był synem przemysłowca z Birminghamu, który po bankructwie finansowem rodziny, jako 19-letni chłopiec wyjechał do Ameryki i tam, w Nowym Jorku zdobył dyplom inżyniera. Po wielu wysiłkach i długiej walce z życiem doszedł wreszcie do stanowiska zastępcy dyrektora w dużej fabryce mydła. Był on zamiłowanym astronomom amatorem, a prozaiczny jego zawód widocznie dawał mu mało zadowolenia wewnętrznego. Przed trzema laty Robert Matthews, który przez dłuższy czas pracował nad skonstruowaniem jakiegoś nadteleskopu, zaniechał tej pracy, porzucił również swą posadę w fabryce z powodu silnego rozstroju nerwowego.

Od czasu, gdy wyłonił się projekt profesora Goddarda, zmierzający do skonstruowania rakiety księżycowej, Matthews zapalił się do tej misji i zgłosił się jako pierwszy pasażer do podróży w nieznane przestrzenie międzygwiezdne. Jak wiadomo, prof. Goddard przed pół rokiem miał dokonać pierwszego eksperymentu z małym modelem swego pocisku księżycowego. Eksperymentu tego oczekiwano z olbrzymiem zainteresowaniem ze względu na to, że prof. Goddard cieszy się jako fizyk najlepszą, stawą i znany jest ze swego trzeźwego światopoglądu.

Pierwsza ta próba nie odbyła się w oznaczonym terminie, jednakowoż prof. Goddard zawiadomił publiczność za pośrednictwem prasy, że pocisk zostanie w roku 1926 wystrzelony na księżyc. Jak już donosiliśmy, zgłosili się kandydaci ze wszystkich stron świata, Z samej zaś Ameryki przeszło 50 osób kobiet i mężczyzn, pragnących „przejechać się” na księżyc. Wśród tych kandydatów znajdował się także Matthews, który bezustannie szturmował do prof. Goddarda listami i telegramami. Napróżno prof. Goddard bronił się przed najściem tych fantastów, tłumacząc im, że rakieta księżycowa zabierze ze sobą na księżyc tylko sygnałowe aparaty iskrowe i materiały wybuchowe. Przewiezienie pasażerów na księżyc pozostanie dalej w krainie fantazji. Matthews nie dał się jednak przekonać i chciał koniecznie jechać na księżyc.

Ta uparta tęsknota do srebrnego satelity naszej planety włożyła fantaście rewolwer do ręki. W liście pożegnalnym do dawnego swego szefa dyr. Howarda, samobójca stwierdza, że wobec niemożności zrealizowania swego najdroższego marzenia, pozbawia się życia.”

Profesor Goddard o którym mowa w artykule to nie byle jaka postać, uznaje się go za konstruktora i twórcę pierwszej rakiety napędzanej paliwem ciekłym. Na angielskiej wiki piszą, że prasa często wyolbrzymiała prace Goddarda przez co on sam ukrywał się ze swoimi eksperymentami. A rzeczywiście w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym przeprowadził udany start rakiety, więc prasa apetyt na podróże w kosmos  miała ogromny.

Moim skromnym zdaniem spokojnie możemy zaliczyć pana Matthewsa do pierwszych ofiar podróży kosmicznych.

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 149, 2 czerwca 1926 roku. Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Dlaczego książki są drogie w Polsce?

Pytanie, które dzisiaj zadaje sobie wielu czytających ludzi w Polsce:)

A jak widać w krótkiej informacji prasowej z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego to pytanie wciąż jest aktualne od ponad osiemdziesięciu lat.

IKC1926nr13821V

 

Dlaczego książki są drogie w Polsce?

Ze Lwowa donosi (K): Lwowski Związek polskich towarzystw naukowych przeprowadził ciekawą ankietę w sprawie drożyzny książek w Polsce i stwierdził 5 następujących przyczyn drożyzny: 1) brak nowożytnych urządzeń w naszych drukarniach, 2) wygórowane płace personelu drukarskiego, 3) wygórowane podatki państwowe, 4) wysokie cło na papier zagraniczny i 5) zbyt niska liczba drukowanych egzemplarzy.

 Zadanie na dziś, albo inny zupełnie termin:

Zastanówcie się nad czynnikami i porównajcie z dzisiejszymi powodami drożyzny panującej na rynku księgarskim:)

Czy są takie same?

Czy nasze drukarnie są zacofane technologicznie?

Czy drukarze w dzisiejszej Polsce zarabiają za dużo? (Przed wojną strajk pracowników drukarni wstrzymywał cały proces wydawniczy w kraju),

Czy państwo nakłada duże podatki i obciążenia finansowe na księgarzy, wydawców i kupujących książki? (To chyba raczej pytanie retoryczne jest).

Czy czasem niska ilość drukowanych egzemplarzy to skutek, a nie przyczyna drożyzny?

Prześpijcie się z tym i pamiętajcie: historia kołem się toczy.

Znaleziona jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej. “Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 138 z 21 maja 1926 roku.

Rzekłem.

W 2139 roku wszyscy będziemy warjatami!

Dzień dobry!

Nawiązując do wpisu o świecie w roku 2000, który zdobył ogromną popularność. Przedstawiam wam kolejne prognozy dotyczące naszej przyszłości. Niezwykle ciekawie i interesująco zapowiada się przyszłość ludzkości w roku 2139.

Taka króciutka i dość zabawna notka z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nr 104, 16 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr10416IV

W r. 2139 wszyscy będziemy warjatami.

 

Jeden ze statystyków angielskich stwierdził, że akurat w roku 2139 wszyscy ludzie będą warjatami. W roku 1859 — wywodzi on — na 535 osób zdrowych umysłowo przypadał tylko jeden chory na pomieszanie zmysłów. W roku 1897 był jeden chory umysłowo na 312 zdrowych, a w roku bieżącym, jeden na 150. Gdybyśmy ten stosunek zachowali i przy dalszych obliczeniach, to w roku 2139 świat składałby się z samych wariatów.

Przyszłość to odległa i możemy spać spokojnie, ale nie wiem czy aż tak spokojnie. Jeśli numer gazety jest z roku 1926 to w 2013 stosunek psychicznie chorych do osób normalnych według rozumowania angielskiego statystyka też jest zwiększony. Nie odnosicie takiego wrażenia, że Ziemia zaczyna być jednym, wielkim domem bez klamek?

Moja obserwacja dotycząca polskiej rzeczywistości może być taka, że ryba psuje się od głowy, a rządzący naszym krajem oraz ci będący wobec nich w opozycji wydają się często podejmować decyzje i mówić rzeczy przeczące zdrowemu rozsądkowi. Pewnie w sejmie ów stosunek warjatów  do ludzi normalnych może być więc dość zawyżony. Nie wskazuję nikogo palcem, tak tylko mówię, piszę i gadam, żartuję.

Zresztą podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. A odrobina szaleństwa w życiu czasem dodaje temu życiu pikanterii.

Także posługując się cytatem z szalenie (słowo klucz) ostatnio modnej”Gry o tron”” “Brace yourself the madhouse is coming” lub po polskiemu “Nadchodzi dom warjatów”.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.