“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 22

Wróciły! “Książki najgorsze” z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego! Uff, a już się bałem, że polscy grafomani zawiedli na całej linii. Mam nadzieję, że wrócą na dłużej bo dalszych numerów nie przeglądałem, ale nawet jak trafią się od czasu do czasu to i tak nie będzie źle.

Dzisiaj dwaj autorzy sprzed lat. Xawery Glinka. “Zielona furtka. Poezje.” i Zygmunt Nardycz. “Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach”. Z cyklu: „Wojna”.

Rubryka oczywiście z Wiadomości literackich nr 11, 15 marca 1925 roku.

WL1925nr1115III

WL1925nr1115IIIb

WL1925nr1115IIIc

U furtki do „Książek Najgorszych”

“Xawery Glinka. Zielona furtka. Poezje. Warszawa, 1925; str. 126.

Grafomania zaczyna się zwykle od t. zw. łatwości wierszowania. Powstają kilometry rymowanych „snów”, „tęsknot”, „szałów” i t. p., i w sferze tych szablonów obraca się przyszły twórca krócej lub dłużej, w zależności od posiadanego talentu i wyłożonej nad sobą pracy. Sądzę, że młodzieńcze utwory każdego poety dadzą się podciągnąć pod nazwę grafomanii, sądzę nawet, że liczba poetów jest poprostu zależna od liczby grafomanów, że zachodzi tu stosunek wprost – proporcjonalny. Grafomania więc, jako nawóz, z którego wyrastają późniejsi twórcy, jest zjawiskiem dodatniem w kulturalnem życiu społeczeństwa, można ją tolerować, jeżeli chodzi o młode, kiełkujące talenty i talenciki, — inna sprawa jednakże ze starszymi, notorycznymi grafomanami.

Pan Glinka, długo pracując piórem, nie nauczył się niczego, prócz dobierania kiepskich rymów dla banalnej treści; wydaje mu się jednak, że jest poeta. Już pierwszy wiersz jego nowego tomu jest bezwartościowy, a im dalej zapuszczać się w te 126 stron „poezyj”, tern plastyczniej zarysowuje się klasyczne niedołęstwo poetyckie (przy dość wprawnem zresztą operowaniu szablonami), płaskość ideologii, trywialna zmysłowość i nikła inteligencja.

„Poeta, pan, mag wzniosły, co duszę ma wolną” pisze np. takie rzeczy:

„Oparty o mur kościoła

Łazarz samotny stał.

Mija go gawiedź wesoła,

Pachnących spódniczek szał “

W tym samym czasie „Krakowskiem idzie pachnąca panna — szesnaście lat” i ni z tego ni z owego:

„Panna się brata z Łazarzem.

Z wiosną brata się trup!

Przed Boga wielkim ołtarzem

Mistyczny pełni się ślub”.

Mistyka, ten stary wykręt grafomanów, przydaje się również, gdy chodzi o bardzo konkretne cele, t. zw. „erotyczne”:

„Pani ręce są jak relikwie

W milczeniu świątyń podziwiane.

Całując końce Pani palców —

Jak Hostię z nich przyjmuje pranę”…

Patriotyzm p. Glinki gatunkowo nie jest cięższy od jego „mistyki”. Wiersz p. t. „Antychryst” pod względem treści jest kiepską trawestacją tego, co przez parę lat napisała „Dwugroszówka” na temat antychrysta – Żydowina, Lejby Trockiego, pod względem formy zaś — nieudolnem naśladownictwem znanej przed kilkoma laty „Wielkiej Teodory”. Od siebie daje autor tylko tę informację, ze ajentami Trockiego są:

„Lloyd George, Toover, Samuelsy,

Rotschyldy, Barbussy, Wellsy –“

Pan Glinka jako „kochanek” pisze kilkadziesiąt wierszy ordynarnej siewieriańszczyzny pod ogólnym tytułem „Pani”. Oprócz nieodzownych „omdleń”, „upojeń”, „pieszczot”, „róż”, „mórz”, „sleepingów” i francuskich rymów (np. Łan — l’Origan, a nawet biioux — dessous) — nie brak tam i momentów rozweselających, np.:

„ … Jak mysz napoły żywa,

Ze strachu oniemiała —

Radosna i szczęśliwa

Oddajesz mi się cała.

Choć czujesz, że za chwilę

Zatracę Cię w niebycie…”

Pan Glinka ma podobno jedwabną pyjamę i błękitną kanapę. — wogóle jest (ho! ho!) per-wer-syj-ny!…

„…Wino w kieliszkach — przekąska –

Kusi mnie pończoch twych ażur

I solferino podwiązka…

Przewlekłą drażnię pieszczotą

Różowe piersi Twych końce”…

Poprzestajemy na tem. Sądzimy, że zajęcia p. Glinki nie wymagają tak dokładnego opisu, upstrzonego owemi osławionemi „tęsknotami”, „niebytem”, „powiewami wiosny”, — niesmaczną „liryką” i poślednią „mistyką”. Ani życie bowiem, ani poezja nie dadzą się sfałszować.

Zygmunt Nardycz. Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach. Z cyklu: „Wojna”. Warszawa, 1925; str. 49 i 1nl.

Przepis kuchenny Zygmunta Nardycza na dramat: 1) rzeczowniki: zgroza, niebyt, nieukój, dal, rozpacz, mistyczność, smętek, bezpowrót; 2) czasowniki: unicestwiać, szarpać, zwiewać, omdlewać. znikać; 3) przymiotniki: niesamowity, skołatany, podzwonny, skłębiony, milczący, ukojony; — do tego trochę kropek i przecinków, dużo, jak najwięcej myślników; dobrze zamieszać i po godzinie wyjąć z pieca świeży filozoficzno – mistyczny, fajn – ekspresjonistyczny dramat.

Jeden z aktów kończy się tak:

„Poeta (spojrzał tu i owdzie, pokiwał niewiadomo dlaczego głową)

(wychodzi)

(Zasłona)”

Pan Nardycz też spojrzał tu i owdzie, słyszał lub czytał to i owo, rozumiejąc piąte przez dziesiąte, i niewiadomo dlaczego uważa się za dramaturga. A dajże pan spokój!

Wb.”

Ja tam na poezji się nie znam, to się nie wypowiem o panu Glince. Krótkie przeszukanie Sieci i słowników zaowocowało informacjami, o tym że pan Glinka trochę pisał w czasach międzywojennych i wojennych oraz, że osiadł w Londynie. Dla zainteresowanych poezją Jagiellonka ma egzemplarz tutaj i można też sobie kupić książkę. Na Allegro aukcja jest tutaj. Powiem tyle, że ja zakupów czynić nie zamierzam:)

A pan Nardycz też jest w Jagiellonce do przeczytania tutaj. Za wielu informacji o nim nie znalazłem.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

 

Camera obscura – rubryka z “Wiadomości Literackich”

Kajałem się już za brak “Książek najgorszych”, których nie ma niestety w “Wiadomościach…” ale na szczęście w roku 1925 redakcja czasopisma stworzyła nową rubrykę, którą nazwała “Camera obscura” – są to kurioza, ciekawostki, śmiesznostki i inne dziwne rzeczy wyszperane w prasie z tamtego okresu.

Ja sam na swoim blogu często wrzucam Wam takie ciekawostki, ale je znajduję również sam. A teraz będę Wam tutaj umieszczał interesujące rzeczy sprzed lat z prasy codziennej, które ktoś przed wieloma laty wyszperał i umieścił w czasopiśmie swoim, które teraz również jest sprzed lat wielu.

Czujecie tutaj powiew prasowej “Incepcji”? Będę robił prasówkę prasówki sprzed ponad osiemdziesięciu lat:)

A więc zaczynajmy w imię Prasy!

WL1925nr14Ic

Safes.

“W urzędzie celnym w Dziedzicach poddano skrupulatnej rewizji osobistej niejakiego p. Rosenberga z Wiednia. Podczas rewizji wyszły na jaw rzeczy straszliwe, które powtarzamy za „Ilustrowanym Kurjerem Codziennym” (2 listopada 1924 r.):

„W tem miejscu p. Rosenberg zbladł i zaczai się trząść jak liść osiki. Pozbył się szybko pewnych części garderoby, a w chwili, gdy wchodził przywołany lekarz, Rosenberg własnoręcznie i szybko wyjmował dwa rulony w gumowych oponach, każdy długości 9 cm. i 2 i pól cm. średnicy. Skąd?… Z odbytnicy!!!

W rulonach znajdowało się 4.550 dolarów, które miał zamiar wywieźć.

Dolary skonfiskowano. Lekarz zbadał pomysłowego agenta i stwierdził znaczne rozszerzenie odbytnicy. Dowodzi to. że p. Rosenberg często swego schowku używał… “

Zacząłem być może od mocnego akcentu, ale przecież p. Rosenberg nie był pierwszym i zapewne nie ostatnim przemytnikiem, który wykorzystywał swoją odbytnicę, by oszukać służby celne. Ale wrażenie może robić rozmiar “gumowych opon” musiały się tam przecież zmieścić obydwie!

Się zastanawiam czy czasem tytuł nad notką nie pochodzi od angielskiego “safes” czyli sejfów, ale chyba tutaj raczej był jeden “sejf”. Niestety raczej nie poznam zamysłów człowieka redagującego tę rubrykę jeśli chodzi o tytuł.

“Wiadomości Literackie” nr 1, 4 stycznia 1925 roku.

Znalezione tradycyjne w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Przekłady najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”

Biję się w piersi, kajam się przed Wami, bom zapomniał o “Książkach najgorszych” z “Wiadomości Literackich”, ale na usprawiedliwienie dodam, że w kilku numerach z 1925 roku “Książki najgorsze się nie pojawiły”. Czy to znak, że w roku 1925 literatura polska przestała wypuszczać na świat poronione płody domorosłych literatów? Chyba raczej redakcja czasopisma zrezygnowała z tej rubryki. Ale pojawiła się jaskółka nadziei, bo znalazłem jeden artykuł zatytułowany “Przekłady najgorsze” i dotyczy właśnie jednego tłumaczenia “Ballad” Fryderyka Shillera” w przekładzie Stanisława Kaczkowskiego.

WL1925nr14I
WL1925nr14Ib

Przekłady najgorsze

Fryderyk Schiller. Ballady. Przełożył Stanisław Kaczkowski. Łódź, 1924; str. 47 i  1nl.

“Dlaczego na tytułowej stronie zbiorku ballad p. Stanisława Kaczkowskiego, wydrukowano „Fryderyk Schiller”, a autor figuruje jedynie jako tłumacz – niewiadomo. Pewne jest tylko, że Fryderyk Schiller, gdyby żył, wytoczyłby p. Kaczkowskiemu proces o bezprawne używanie jego nazwiska.

Jakto, więc to ma być Schiller? Ten wielki romantyk, poeta, którego nazwisko znajduje się pośród największych talentów XIX stulecia który chlubą okrył poezję niemiecką, i którego w jego ojczyźnie może jeden Goethe, jako poeta, przewyższył; ten Schiller, którym każą się nam w szkole zachwycać, pisał tak straszliwie niezgrabne głupstwa? Czy może ballady Schillera zawsze należało traktować jako utwory humorystyczne? Bo inaczej, niż humorystycznemi, nie można nazwać przekładów p. Kaczkowskiego.

Wiersz straszliwy. Jak gdyby ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z poezją, zawziął się klecić rymy. Skróty, nieistniejące w języku polskim, jak „spojrzał w spód” zamiast „spojrzał w dół”, kończenie wierszy dziwnemi, źle użytemi przysłówkami, jak np.: „ten puhar złoty rzucam wraz”, używanie fałszywie skróconych form przymiotnikowych: „z. trwogi głuch” — a wszystko to dla rymu, który, niestety, w poezji jest konieczny,— oto metody wierszowania p. Kaczkowskiego. Przekłady jego roją się od błędów gramatycznych; za przykład służyć może następujące zdanie z ballady „Żórawie Ibikusa”:

„A gdzie u ludzi włosów zwoje

Przyjemnie ocieniają czół (?),

Tam żmije wyprężają w kół (?)

 Jadem nabrzękłe brzuchy swoje”.

Niezmiernie zabawnie brzmi po polsku rozmówka wyrodka (tyrana) Dioniza z Damonem w balladzie „Poręka” (przypuszczalnie — sądząc z tytułu — ,,Die Bürgschaft”):

„Coś chciał uczynić”? tyran wrzasł.

 A mściciel na to odrzekł wraz:

„Miasto uwolnić od wyrodka (?)”

 „Śmierć cię na krzyżu za to spotka”

 Nazwać tyrana — „wyrodkiem” świadczy o zbyt daleko posuniętej beztrosce tłumacza.

Jednakże błędy znaczeniowe i gramatyczne, skróty, przekręcone wyrazy i inne podobne machinacje nie wystarczyły p. Kaczkowskiemu. Widocznie Schiller ma język tak niezmiernie wyszukany, że ballad jego nie można przełożyć na polski bez uciekania się do „neologizmów” Czytamy w balladzie „Walka ze smokiem”:

„Dosiadam potem, gdyż stał zbliska,

Wyćwiczonego swego ciska”.

Ponieważ wyrazu „cisek” nie znamy, sprawdzamy w oryginale i znajdujemy dobrze znany wyraz „Rappenn. Na pytanie, dlaczego „Cisek” ma oznaczać konia, odpowiedź daje objaśnienie autora, które przytaczamy dosłownie: „Walka ze smokiem”. W. 164: „ciska” zam. „cisaka” neologizm na wzór „siwka”.

A więc nazwa dla konia „cisak” jest nie dosyć oryginalna, musi być koniecznie „cisek”, bo inaczej nic byłoby neologizmu. A coby było, gdyby „cisek” przypadkiem nie stał „zbliska”? Wziąłby w łeb nie tylko piękny neologizm, ale z nim cała ballada, bo dzielnemu rycerzowi nie udałoby się dosiąść konia, a więc zwalczyć i uwolnić kraj od potwora. Możeby to było z pożytkiem dla czytelników.

 Sam fakt wydania po polsku najbardziej znanych i czytywanych przy nauce literatury niemieckiej ballad Schillera wzbudza obawę, że przekłady p. Kaczkowskiego prędko zawędrują do szkół tem bardziej, że niska cena książeczki (40 groszy), zły papier i brzydki wygląd będą temu sprzyjały.”

Artykuł pochodzi z Wiadomości Literackich, nr 1, 4 stycznia 1925 roku.

A gdyby ktoś chciał poczytać sobie “Ballady” w przekładzie pana Kaczkowskiego można je znaleźć w Bibliotece Jagiellońskiej. O tu

Znalezione tradycyjnie w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

W 2139 roku wszyscy będziemy warjatami!

Dzień dobry!

Nawiązując do wpisu o świecie w roku 2000, który zdobył ogromną popularność. Przedstawiam wam kolejne prognozy dotyczące naszej przyszłości. Niezwykle ciekawie i interesująco zapowiada się przyszłość ludzkości w roku 2139.

Taka króciutka i dość zabawna notka z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nr 104, 16 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr10416IV

W r. 2139 wszyscy będziemy warjatami.

 

Jeden ze statystyków angielskich stwierdził, że akurat w roku 2139 wszyscy ludzie będą warjatami. W roku 1859 — wywodzi on — na 535 osób zdrowych umysłowo przypadał tylko jeden chory na pomieszanie zmysłów. W roku 1897 był jeden chory umysłowo na 312 zdrowych, a w roku bieżącym, jeden na 150. Gdybyśmy ten stosunek zachowali i przy dalszych obliczeniach, to w roku 2139 świat składałby się z samych wariatów.

Przyszłość to odległa i możemy spać spokojnie, ale nie wiem czy aż tak spokojnie. Jeśli numer gazety jest z roku 1926 to w 2013 stosunek psychicznie chorych do osób normalnych według rozumowania angielskiego statystyka też jest zwiększony. Nie odnosicie takiego wrażenia, że Ziemia zaczyna być jednym, wielkim domem bez klamek?

Moja obserwacja dotycząca polskiej rzeczywistości może być taka, że ryba psuje się od głowy, a rządzący naszym krajem oraz ci będący wobec nich w opozycji wydają się często podejmować decyzje i mówić rzeczy przeczące zdrowemu rozsądkowi. Pewnie w sejmie ów stosunek warjatów  do ludzi normalnych może być więc dość zawyżony. Nie wskazuję nikogo palcem, tak tylko mówię, piszę i gadam, żartuję.

Zresztą podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. A odrobina szaleństwa w życiu czasem dodaje temu życiu pikanterii.

Także posługując się cytatem z szalenie (słowo klucz) ostatnio modnej”Gry o tron”” “Brace yourself the madhouse is coming” lub po polskiemu “Nadchodzi dom warjatów”.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Miłość, trutka i wygódka. Tragikomiczne “samobójstwo” zakochanych.

Na piątkowy marcowy dzień historia wielce pouczająca o tym, że nie należy ufać aptekarzom, bo mogą nam wykręcić iście śmierdzący numer.

Nie mogłem uwierzyć w tę historię, dalej nie mogę w nią uwierzyć. Przeczytajcie koniecznie o parze zakochanych, którzy chcieli być jak Romeo i Julia, ale na szczęście dla nich skończyło się tylko na zabrudzonej pościeli oraz bardzo nieprzyjemnym zapachu. A para zakochanych bohaterów tego “dramatu”  żyła długo i szczęśliwie (taką mam nadzieję! )

Ta sensacyjna informacja pochodzi z Ilustrowanego Kuryera Codziennego nr 60, 1 marca 1926.

IKC1926nr601III

IKC1926nr601IIIa

 

Tragikomiczne „samobójstwo” zakochanych.

Niezwykle komiczny wypadek wydarzył się onegdaj przy usiłowanem samobójstwie pewnej zakochanej pary w Stanisławowie.

Oto w 18-letniej córce właściciela sklepu pannie Sarze P. rozkochał się bezpamiętnie młody pomocnik sklepowy L., znajdując u ukochanej wzajemność uczuć. Miłość ta jednak natrafiła na zdecydowany opór ze strony rodziców panny, którzy nie chcieli zezwolić młodym na związek małżeński. Zrozpaczony młodzieniec postanowił wobec tych przeszkód popełnić wraz z ukochaną samobójstwo. W tym celu nabył w aptece silną truciznę na szczury, poczem udał się ze swą wybraną do hotelu. W wynajętym pokoju hotelowym spożyli truciznę, następnie ułożyli się w łóżku, oczekując zaś na śmierć — usnęli.

W międzyczasie zrozpaczona matka, przeczuwając grożące córce niebezpieczeństwo, przy pomocy policji rozpoczęła poszukiwania za zaginioną. Po dłuższym czasie odnaleziono ślady zaginionej córki, wiodące do hotelu.

Po otworzeniu drzwi pokoju hotelowego uderzyła przybyłych ostra, nieznośna woń, równocześnie ujrzeli desperatów, pogrążonych w głębokim śnie.

Zagadkę rozwiązano. Oto aptekarz, u którego niedoszły samobójca zgłosił się po truciznę, podejrzewając samobójcze zamiary, sprzedał zamiast trucizny środek nasenny, działający równocześnie jako silny środek przeczyszczający.

W ten sposób dowcipny aptekarz nie tylko uratował młodym życie, lecz stał się również bezwiednym swatem, gdyż rodzice panny wobec opisanego wydarzenia, zezwolili młodym na zawarcie związku małżeńskiego.

Po przeczytaniu tej notki prasowej mnóstwo pytań przychodzi mi na myśl.

Czy istnieje taki środek, który jednocześnie nas uśpi i przeczyści nasze kiszki?

Czy młodzi w jakiś szczególny sposób obchodzili rocznicę zwycięstwa ich miłości nad sprzeciwem rodziców?

Czy zakochani mieli później jakieś pieszczotliwe określenia na siebie?

Jakie ślady zostawiała córka, przed pójściem do hotelu? Po jej wyjściu z hotelu możemy się domyśleć co to były za ślady, ale przed?

I na  koniec: Czy aptekarz został zaproszony na wesele?

Historia sprzed osiemdziesięciu lat a wciąż bawi. Wybaczcie moje proste poczucie humoru:)

Sprawa zakończyła się szczęśliwie dla wszystkich. Ocalono dwa życia ludzkie, młodzi wzięli ślub, rodzice odzyskali córkę i zyskali nowego zięcia, aptekarz sprzedał przeterminowaną trutkę na szczury, a prasa miała “pożywkę”.

Miłość zwycięży wszystko! Trzeba w to wierzyć! Nie poddawać się i do końca walczyć!

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 10

Dzień  dobry! Dziś “Książki najgorsze” w poniedziałek. Jak tam u Was? W Krakowie ślisko jak diabli. I mam nadzieję, że z zimna nie dygotaliście, bo dzisiaj będzie o tomiku wierszy “Dygoty duszy” Aleksandra Mella.

Wiadomości Literackie nr 12, 23 marca 1924

WL1924nr1223III

Książki najgorsze

“Aleksander Mell. Dygoty duszy. Kraków, Księgarnia S. A. Krzyżanowski, 1922; str. 32.

Spotykam się często ze zdaniem, że „Książki najgorsze” nie istnieją: „To jest niemożliwe! Pan to napewno zmysla”.

Mam oto przed sobą książeczkę p. A. Mella i z niedowierzaniem czytam:

„i sam nie wiem, gdzie całowałem,

tak ogromnie z miłości szalałem!”

Kto wie: może padłem ofiarą szantażu? Może te wszystkie książki, które mi przysyłają lub które znajduję w księgarni, są pisane umyślnie, aby mnie okpić. Czy naprawdę może istnieć książka „Dygoty duszy”? Na okładce napisane jest wyraźnie: „Nakładem księgarni S. A. Krzyżanowski”. Firma taka istnieje — zwracam się więc do niej z publicznym apelem, aby odpowiedziała, co znaczą te słowa:

„Raz myślę, żem jest podły,

że wielki (!) ze mnie świnia,

a drugi: przecież ja,

ja jestem wcale dobry”.

Niema ani jednego rymu, niema rytmu, niema sensu.

 Czy firma S. A. Krzyżanowski może mi wyjaśnić, w jakiem znaczeniu użyte jest słowo „szczecie” w następującej zwrotce:

 „Chudość twarzy,

Ostrość brody,

Głowy szczecie

Jasne, jasne”.

Czy to jest rzeczownik czy czasownik?

Firma S. A. Krzyżanowski drukuje wierszyk p. Mella, w którym ten elemełe powiada:

„W kabarecie, w gabinecie

przy tetatecie (!?).

Do kabaretów idą śnić

o ideałach wolności,

w ramionach tancerki wódkę pić

do zwierzęcości,

na cześć ludzkości”.

Uuu… potworne!

„Może się wkrótce urznę, utnę (?!),

Może ucieknę w świat daleki,

Może mnie chwyci życie chutne,

Albo upadnę w kalne (?) ścieki”.

Nie upadnie pan w ścieki, bo już pan w nich leży, panie Mell. Nie utnie pan sobie, bo już pan ma niewiele do ucięcia. Żal mi pana.

Powiada pan:

„i sam nie wiem gdzie całowałem”.

 Czyżby pan naprawdę nie wiedział? Czy pan się nie domyśla? Niech pan mi poda swój adres: napiszę panu, “gdzie pan całował” i gdzie pan jeszcze długo powinien całować każdego uczciwego człowieka, który nie pisze wierszy i nie ma „dygotów duszy”.

bt.

Aresztowanie grafomana.

Dowiadujemy się, że ostatnio aresztowano we Lwowie znanego naszym czytelnikom z rubryki „Książek najgorszych” „profesora psychologii”, Władysława Kwiatkowskiego, autora słynnej już dziś ,.Pierwszej miłości Heli”. Przypuszczać należy, że aresztowanie to pozostaje w ścisłym związku z ogłoszonemi w „Wiadomościach Literackich”  fragmentami tego utworu, w każdym razie stwierdzamy z zadowoleniem, że niebezpieczny grafoman osadzony został pod kluczem. Spodziewać się należy, że interwencja policji nie ograniczy się do tego jednego wypadku, i że wkrótce usłyszymy o szeregu dalszych aresztowań.”

Ach, te dygoty duszy, któż z nas ich nie przeżywał, któż nie pragnął spisać tych wszystkich myśli kłębiących się pod czaszką. Pan Mell nie poprzestał tylko na myśleniu o spisywaniu, ale zaczął spisywać. Brawa za odwagę, niestety nie zyskał zbytniego szacunku ze strony recenzenta “Wiadomości Literackich”. Tak bywa…

Świetnie wykorzystana informacja o aresztowaniu Władysława Kwiatkowskiego. Jakąż to potęgą była ówczesna prasa, by doprowadzić do tak poważnych konsekwencji…

Jak zwykle znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – recenzje książek z “Wiadomości Literackich”. Vol. 3

Dzisiaj kolejna recenzja. Naprawdę jest smakowita i ciekawa. Podejrzewam, że napisana przez samego Juliana Tuwima, ale mogę się mylić:)

Przedstawiam Wam pana Stefana Komornickiego i jego “Z wielkich dni. Poezje”. Czytajcie i śmiejcie się. Choć pewnie panu Stefanowi do śmiechu nie było.

Recenzja z numeru 4, 27 stycznia 1924 roku.

 

 

“Książki najgorsze

Stefan Komornicki. Z wielkich dni. Poezje. Lwów, nakładem autora, 1923; str. 227 i 3nl.

Groźny, zacięty, fanatyczny, o pomstę do Boga wołający, fachowy i wykwalifikowany grafoman. Dwieście dwadzieścia siedem stronic bezczelnych bzdur wierszowanych, przeważnie „patrjotycznych”. Gdyby grafomanja była karana (o, gdybym dożył tego cudownego dnia!), p. Komornickiego należałoby skazać na bezterminowe ciężkie roboty, twarde łoże, ciemnicę, suchy chleb i brudną wodę, pozbawienie praw do siódmego pokolenia i t. d. ad libitum. Prokurator mógłby oprzeć oskarżenie na podstawie pierwszej lepszej stronicy tego tomika, choćby na str. 14, gdzie jak wół wydrukowane są m. in.  strofy następujące: „Przebudzono wielkie dzwono (tak!), Wandę stróżkę i Kościuszkę; a dziecinę ułożono przy ołtarzu na poduszkę, przed Kościuszkę. Wionął tu zew: wszedł królewicz, książę Józef i Mickiewicz; a strzelano z arkebuzew (tak! tak!); trąbiono, jakby z dziewicz (tak! tak! tak!) dął Mickiewicz”.

 Autor opowiada następujące zdarzenie. — Po przebudzeniu „dzwona” (zdaje się, że chodzi o dzwonko śledzia), zawołano stróżkę imieniem Wanda i bohatera narodowego Kościuszkę, poczem dziecko położono przed ołtarzem. Akurat w tym momencie zjawił się książę Józef i Adam Mickiewicz. Dotąd jako tako wiemy o co chodzi. Natomiast historia o trąbieniu „jakby z dziewicz”, niskie przekręcanie słów dla uzyskania rymu, wmawianie w czytelnika, że ,,dziewicą” można trąbić Jak trąbą (ciekaw jestem, gdzie się przykłada usta), wszystko to jest smutne i przygnębiające. Właściwie świat jest bardzo ponury. Poco żyć? Coraz częściej myślę o samobójstwie. I tak wcześniej czy później każdego czeka śmierć.”

Recenzja jest prześmieszna. I nie ma w niej litości dla pana Stefana Komornickiego. A jeśli się nie mylę to pan Stefan Komornicki (jak mi wujek google) podpowiada wielce zasłużonym profesorem i doktorem był. Bibliofil i badacz historii Polski. Profesor UJ więziony w Sachsenhausen. Dlatego być może trochę litości w recenzji mogłoby być mile widziane. Ale oczywiście może był jakiś inny Stefan Komornicki, któren napisał owe wiersze. Choć wątpię. Przeszperałem sporo baz i innego Stefana Komornickiego nie znalazłem. Dlatego oddajmy mu szacunek jako naukowcowi, a pośmiejmy się z literata. Bo jak napisano w “Polskim słowniku biograficznym”:

“K. był badaczem bardzo sumiennym, gruntownym i ostrożnym w wysnuwaniu wniosków, a w pamięci tych, którzy go znali, pozostał jako człowiek niezwykle prawy i szlachetny, pełen wytwornego wdzięku w zetknięciu z otoczeniem. Wielki znawca i miłośnik pięknej książki (posiadał cenną bibliotekę fachową, w którą weszła biblioteka po Marianie Sokołowskim, a która dziś znajduje się w Gabinecie Rycin Krakowskiego Oddziału PAN), był kanclerzem kapituły Orderu Białego Kruka Tow. Miłośników Książki od chwili jego założenia w Krakowie w r. 1922. Był współpracownikiem Komisji Historii Sztuki PAU od 26 III 1914, a w r. 1923 jej sekretarzem.”

Ciężko uwierzyć, że takiemu człowiekowi zachciało się pisać wiersze i to z takim mizernym (przynajmniej według krytyka “Wiadomości Literackich”) skutkiem.

Jak zwykle “Małopolska Biblioteka Cyfrowa”.

Agata Matraś “Komiks, który wydarzył się naprawdę”

Agata Matraś "Komiks, który wydarzył się naprawdę"Każdemu należy się chwila wytchnienia moi drodzy Czytelnicy. Nawet bibliotekarzom, co to tylko siedzą, czytają te książki i piją kawę za kawą, herbatę za herbatą przegryzając ciastkiem. I jeszcze mają czelność narzekać, że nikt ich nie docenia, a społeczeństwo nie ma do nich szacunku, choć często wykonują pracę daleko wybiegającą poza ich obowiązki.

Cóż zrobić skoro taki odbiór zawodu jest “we” społeczeństwie naszym? Ano uśmiechnąć się i robić dalej swoje (i nie picie kawy w ogromnych ilościach mam tu na myśli) a niesienie owego kaganka oświaty, w tym pięknym kraju nad Wisłą.

A czy może być coś lepszego na poprawę humoru niż internetowy komiks z bibliotekarkami i ich czytelnikami w roli głównej? “Komiks, który wydarzył się naprawdę” obserwuję już od bardzo długiego czasu. Ileż w nim trafnych obserwacji, ileż sytuacji z mego życia zawodowego, a ileż przy tym śmiechu i trochę gorzkiej ironii:)

Dlatego, gdy tylko w świat poszła informacja, że Pulowerek.pl wyda odcinki komiksu na papierze przyklasnąłem inicjatywie z radością. Przyklasnąłem oczywiście w duchu i być może zostawiłem komentarz z gratulacjami na komiksowym blogu.

Dotarła do mnie drogą pocztową (Maćku wielkie dzięki!), niewielka książeczka z obrazkami autorstwa Agaty Matraś. Sto odcinków “Komiksu…” większość znałem z sieci, ale bardzo przyjemnie czytało się je ponownie na papierze.

Jest w tych komiksach wszystko! Cała prawda o trudzie pracy w bibliotece:) Jest nawet komiks z brodą o czytelniku, który szuka książki po kolorze okładki (bibliotekarze, You know what I mean). Komiks-haiku o znikającej pensji lub o tym co powinien bibliotekarz (jeden z moich ulubionych). Sama prawda i samo życie.

Zresztą komiks nie jest przeznaczony wyłącznie dla bibliotekarzy. Poczucie humoru autorki gwarantuje dobrą zabawę osobom nieobeznanym z tajnikami zawodu bibliotekarza. A gdy go przeczytają, to może łaskawszym okiem zerkną na bibliotekarzy, którzy w pocie czoła latem (brak klimatyzacji) i dygocząc z zimna zimą (brak ogrzewania) dzielnie trwają za swoimi ladami bibliotecznymi, by nieść radość i szczęście ludziom złaknionym słowa drukowanego.

Rzekłem i powodzenia życzę w rysowaniu/pisaniu dalszych komiksów. Niech narodzi się nowa tradycja bibliotekarsko-czytelnicza.

 

Krowa alkoholiczką…

No to jest news! Godzien zamieszczenia na moim blogasku:) Alkohol to zła rzecz (w nadmiernych ilościach). Przekonała się o tym niejaka obywatelka Mućka Krasula rodem z Francyji, która przedobrzyła i wypiła całe wiadro jabłkowej brandy Calvados.

Co prawda stało się to ponad osiemdziesiąt lat temu, ale notka prasowa o pijanej krowie została zdigitalizowana i szerszemu światu prezentuję ją dzisiaj:

“Kraków, 8 sierpnia. Dzienniki francuskie donoszą o niezwykłej zaiste sprawie sądowej. Bohaterką tego procesu jest krowa, która dotychczas cieszyła się jak najlepszą opinią i nie dawała sądom powodu do zajmowania się jej czworonożną osobą. Wspomniana krowa należy do pewnego wieśniaka nazwiskiem Presse, zamieszkałego w gminie Collinee w Bretanji. W pobliżu tej miejscowości właściciel dóbr Bertrand ma gorzelnię, w której produkuje słynną, wódkę Calvados. Pewnego dnia krowa zabłąkała się do gorzelni i znalazła tam wiadro pełne wódki, pozostawione bez żadnego nadzoru. Krowa, której dotychczas nikt nic posądzał o skłonność do alkoholu, okazała się amatorką znakomitej wódki i piła tak długo, dopóki właściciel gorzelni jej w term nie przeszkodził.

Wiadomo jednak, że dobra wódka dodaje odwagi, ‚więc też krowa dobrze już podchmielona nie chciała pozwolić, by ją odpędzono i rozpoczęta „ekscesy” jak opiewa protokół policji. Ryczała niezwykle przeraźliwie, stawała na tylnych nogach, rzucała się jak szalona, jednym słowem była pijaniuteńka. Kiedy wreszcie z trudem doprowadzono ją do stajni, nie chciała się uspokoić, ale urwała postronek, na którym ją uwiązano i usiłowała zgruchotać ścianę obory. Dopiero po upływie godziny zasnęła błogosławionym snem. Zarówno właściciel gorzelni, jak i posiadacz krowy alkoholiczki nie uspokoili się tak szybko, ale obaj wnieśli skargi do sadu. Bertrand żądał za swoją wódkę odszkodowania w kwocie 90 franków, a właściciel krowy twierdził, że cenne zwierzę odniosło uszkodzenia, na ciele i umyśle.

Sędzia, nie przejmując się zbytnio, potraktował tą całą sprawę wesoło. Oświadczył on, że jedyną winowajczynią jest krowa, która jednak z powodu braku odpowiedniego paragrafu nie ponosi sądowej odpowiedzialności, wobec tego obaj skarżący zostali odprawieni z niczem.”

Ach, biedna krówka. Ciekawe czy miała dużego kaca? I czy mleko z tej krówki miało jeszcze jakąś zawartość procentów w sobie? Niestety już się nie dowiem nigdy…

Aha i nie powinni oskarżać krowy o alkoholizm, to w końcu był jednorazowy wybryk…

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” 9 sierpnia 1925. Jak zwykle znalezione dzięki MBC.

Skrzetuski na Facebooku…

Był już Jagiełło, to czas na kolejną postać. Tym razem znaną wszystkim z literatury polskiej. Mam nadzieję, że się spodoba:)

Jan Skrzetuski Fake Facebook Profile

Jan Skrzetuski Fake Facebook Profile

I jak może być? Czy raczej humor na poziomie prowadzącego “Familiadę”?

P. S. Korzystałem z dostępnych w sieci kadrów z filmu “Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana. Tak piszę, żeby nie było.