Tomasz Kołodziejczak “Głowobójcy”

Podpis pod zdjęciem brzmi: Shangnyu head hunter skulls. Źródło: https://flic.kr/p/nAaneS

Podpis pod zdjęciem brzmi: Shangnyu head hunter skulls. Źródło: https://flic.kr/p/nAaneS

Hej! Ho! Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Mam nadzieję, że będzie to piękny rok. Z całego serca Wam tego życzę. I wybaczcie zdjęcie tytułowe, może trochę mało wesołe, ale jest bardzo interesujące.

Continue reading

Stanisław Lem “Powrót z gwiazd”

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

 Dzień dobry, jak widać jadę z Lemowym koksem dalej:)

Wyobraźcie sobie, że jesteście na statku poruszającym się z prędkością światła. Wystartowaliście z Ziemi w kierunku gwiazdy odległej o 25 lat świetlnych i sobie lecicie, dla Was mija może z dziesięć lat ziemskich lotu (gdyż większość podróży spędziliście w stanie hibernacji), ale dla mieszkańców Ziemi mija około stu dwudziestu siedmiu lat (podróż w tę i z powrotem). Przylatujecie więc na Ziemię o dziesięć lat biologicznych starsi, ale w tym czasie umarli już wszyscy, których znaliście, a ludzkość diametralnie różni się od tej, którą zostawiliście.

 „Powrót z gwiazd” to historia ludzi, których spotkało to, o czym napisałem wcześniej. Wylecieli z Ziemi, by eksplorować kosmos i powrócili na ojczystą planetę sto dwadzieścia siedem lat później. I owi astronauci mają delikatnie rzecz mówiąc problemy z przystosowaniem się do nowego społeczeństwa, które jest Inne. Przechodzą okres adaptacji, ale to nie wystarcza. Nasz główny bohater Hal Bregg postanawia rzucić się na głęboką wodę i po krótkim pobycie w ośrodku adaptacyjnym na Księżycu wyrusza na Ziemię. Na miejscu okazuje się, że architektura, moda, zwyczaje, jedzenie niemalże wszystko jest dla niego całkowicie niezrozumiałe (oprócz języka, choć ten też sprawia mu kłopot). I tak poznajemy przygody Bregga, który miota się niczym neandertalczyk w mieście 21 wieku. A my wraz z nim coraz lepiej poznajemy nowe społeczeństwo ziemskie.

Społeczeństwo, które nie zna strachu i lęku przed wojną, głodem, nędzą i ubóstwem. Wszystkiego jest w bród, jedzenie w restauracjach jest za darmo, hotele za friko, a płacić trzeba jedynie za bardzo ekstrawaganckie zachcianki. Bregg ze zdumieniem odkrywa tajemnicę tego społeczeństwa – jest to proces, który nazwany został betryzacją. Każde dziecko na planecie jest poddawane temu procesowi neurologiczno – fizjologicznemu i w ten sposób wyeliminowano agresję z ludzkich zachowań. Dodatkowo dochodzi tutaj jeszcze wychowanie i warunkowanie zachowania za pomocą hipnozy.

Lem napisał książkę o kosmosie, o samotności człowieka w ogromnej pustce, ale jednocześnie o samotności człowieka w obcym społeczeństwie. Bregg jest reliktem, który w nowym świecie jest niepotrzebny i pasuje jak wół do karocy. On i jego towarzysze nie zostali zbetryzowani więc wciąż mogą być agresywni. Dlatego stanowią zagrożenie dla stabilności społeczeństwa. Czują się jak żywe wykopaliska.

Ich rozczarowanie nową Ziemią zwiększa świadomość, że ich wysiłek, ich towarzysze podróży, którzy zginęli na misji, ich podróż przez zimną ciemność w metalowej puszce nie obeszła nikogo, poza garstką historyków. Ludzkość zrezygnowała z marzeń o sięganiu dalej niż Układ Słoneczny, chociaż ma większe niż w czasach Bregga możliwości technologiczne. Ludzie wolną bawić się, zwiedzać, spędzać czas na błahostkach. Czy to możliwe, że wraz z wyeliminowaniem agresji zniknęła odwieczna chęć ludzi poznawania coraz to nowych tajemnic, odkrywania nieodkrytego? Czy następcy Bregga stali się miękkimi lalusiami, którzy nawet fizycznie stali się drobniejsi, mniejsi i bardziej delikatni i nie mają już w sobie żadnej ikry?

„Powrót…” może być uznany za antyutopię, jednak jest antyutopią dla Bregga i jego towarzyszy, którzy nie mogą zaakceptować takiego społeczeństwa, ale zbetryzowani ludzie wydają się  być szczęśliwi. Betryzacja nie jest stała, jest to proces odwracalny i istnieje możliwość zniesienia skutków betryzacji po to, aby lekarz mógł przeprowadzić operację. Stosuje się wtedy specjalny środek „perto”, który czasowo „wyłącza” ów proces. „Perto” zażywają betryzowani nielegalnie celem wzmocnienia wrażeń i chyba uważane jest za coś w rodzaju narkotyku. Nowe społeczeństwo nie jest w żaden sposób zhierarchizowane, nie ma władzy politycznej, ambicje posiadania władzy musiały zniknąć wraz z agresją. Ludzie spędzają czas na oglądaniu czegoś w rodzaju cyfrowej telewizji na żywo, w której odgrywane są coś jakby kiepskie telenowele (jednocześnie kwitnie nauka i sztuka, a jeśli ktoś chce zdobywać wiedzę może to robić w sposób nieograniczony). Nikt nikogo do niczego nie zmusza (oczywiście poza obowiązkową betryzacją w niemowlęctwie), z której wprowadzeniem były problemy i ludzie wówczas silnie protestowali, prawie doszło do wojny. Związki między kobietami i mężczyznami są wynikiem obopólnej zgody, małżeństwa istnieją, ale nie mają raczej długoletniego stażu, aby mieć dziecko trzeba być świetnie przygotowanym psychologiem, wychowawcą, gdyż wychowanie młodej istoty to ogromna odpowiedzialność.

Każdy obywatel ma do dyspozycji mnóstwo automatów i robotów, które są bardzo zaawansowane. I na tych robotach chciałem się trochę skupić. Jest w książce fragment, w którym Bregg dowiaduje się, że produkcja robotów swego czasu osiągnęła stan, w którym roboty były nieodróżnialne od ludzi, ale jednak przestano takie roboty produkować i została ich ledwie garstka. A co jeśli roboty, „androidy” gdy miały okazję przejęły władzę i potajemnie kierują losami ludzkości? Stworzyły betryzację i jak gdyby „wykastrowały” ludzkość z ambicji i chęci eksploracji czyniąc ją miękką i podatną na kontrolę. Zastanawiam się tylko po co miałyby to robić, bo jeśli przejęły władzę to mogłyby nas łatwo zniszczyć i zaprowadzić własną cywilizację. Może kierował nimi jakiś rodzaj sentymentu?

Jest świetny fragment w książce, w którym Bregg trafia do zakładu utylizującego stare roboty. Tam wśród resztek maszyn wydaje mu się, że słyszy prawdziwe wołanie o pomoc, słyszy strach i błaganie o litość. Tak jakby roboty miały świadomość tego, że istnieją. Zresztą świat automatów i ludzi jest praktycznie rozdzielony. Automaty same siebie produkują i one same decydują kiedy już czas iść na przemiał. Ludzie nie mają  nic do gadania, bo tak jest wygodniej. Czy to nie podejrzane?

A na końcu książki Lema, ludzie, którzy przybyli z gwiazd znów mają okazję do nich wyruszyć. Czyżby to była próba pozbycia się kłopotu? Na zasadzie – polecą w chu… ekhm… bardzo daleko i wrócą za lat sto pięćdziesiąt i to już nie będzie nasz problem.

Dobra dość teorii spiskowych, ale wyobrażacie sobie spin-off „Powrotu do gwiazd”, gdzie ktoś odkrywa spisek androidów i zaczyna się walka o oswobodzenie ludzkości.To naprawdę mogłoby zaiskrzyć.

Jest kilka słabszych elementów książki zwłaszcza relacje damsko – męskie. Bregg i jego emocje oraz uczucia zupełnie do mnie nie przemawiają, są płaskie i w gruncie rzeczy nie obchodzi mnie czy on kocha czy nie kocha. Wręcz irytują te jego wynurzenia swoją infantylnością, ale to naprawdę niezbyt straszliwy mankament, choć fragmentów z emocjami Bregga jest sporo.

„Powrót…” ukazał się w roku 1960. Nie dam sobie głowy uciąć, ale Lem mógł być pierwszym, który ugryzł temat podróży międzygwiezdnych od tej strony, czyli astronautów po wielu latach powracających na Ziemię, która jest już zupełnie inna. Trochę później mamy „Planeta małp” Pierre’a Bouelle, gdzie główni bohaterzy wracają z Sorory na Ziemię i zastaną, (kto czyta ten wie co zastaną na Ziemi), a film robi to w sposób jeszcze bardziej dosłowny. Sporo później był Joe Haldeman z jego „Wieczną wojną” – gdzie główny bohater dzięki podróżom międzygwiezdnym jest świadkiem zmieniających się społeczeństw ludzkich. Jest też opowiadanie ze zbioru Karla Michaela Armera „Pustynny blues” zatytułowane „Przez wszechświat gnam, szubiduba”, w którym wojenny statek międzygwiezdny przemierza galaktykę i niszczy wszystkie planety bez wyjątku, a wraz z upływem czasu załoga pogrąża się w szaleństwie i wracają na Ziemię, a tam… Nie będę tutaj spoilerował. Wspominam o tym opowiadaniu, bo szczególnie utkwiło mi w pamięci.

Na pewno jest tego sporo więcej, ale teraz nic mi do głowy nie przychodzi.

“Powrót do gwiazd” to bardzo dobra książka, która każe się zastanowić nad tym jaki kształt mogłoby przyjąć ludzkie społeczeństwo w wyniku różnych eksperymentów. Można powiedzieć, że Lem jest prekursorem tak zwanej fantastyki socjologicznej. I jak zwykle wyprzedzał swój czas, bo to o czym on pisał może dziać się na naszych oczach. Przecież obecnie mamy możliwości co prawda prymitywnie, bo prymitywnie, ale możemy zmieniać ludzkie charaktery za pomocą środków farmakologicznych. Kastracja chemiczna, różnego rodzaju psychotropy poprawiające nastrój i tym podobne, te środki są dostępne i są używane.

Lem znów mnie zaskoczył i pokazał, że ponad pięćdziesiąt lat temu żył sobie na Ziemi, w Polsce Ludowej (!), facet który stawiał takie trafne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Panie Lem czapki z głów!

Walter M. Miller Jr. “A Canticle for Leibowitz” (“Kantyczka dla Leibowitza”)

canticleDziś opowiem wam o książce należącej do klasyki gatunku science-fiction. Klasyki przez duże K. „Kantyczka…” została wydana w 1959 roku, ale jej części składowe ukazały się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Dlaczego piszę o częściach składowych? Otóż Miller napisał swoją książkę na podstawie trzech opowiadań, które ukazały się w jednym z czasopism amerykańskich. Taką też konstrukcję ma ten klasyk. Trzy części, trzy epoki, trzy historie.

Nie da się opowiedzieć Wam o tej książce bez zarysowania fabuły, która przedstawia się następująco. W pierwszej części zatytułowanej „Fiat Homo” znajdujemy się w świecie post nuklearnego holocaustu, dokładniej kilka stuleci po tym, jak Człowiek sprowadził Demona Ognia i Opadu na swój gatunek i całą planetę. Sześć setek lat po nuklearnej wojnie ludzkość, a raczej jej resztki żyje sobie w okresie, który moglibyśmy nazwać Wiekami Ciemnymi. W dawnych Stanach Zjednoczonych nie ma praktycznie żadnych państw, istnieją plemiona, które wierzą w magię, demony, bogów. Ludzie nie pamiętają przeszłości, a wojna nuklearna określana jest mianem Ognistego Potopu. Istnieją plemiona mutantów, które żyją poza nawiasem „cywilizowanego” świata. Bezpośrednio po Armagedonie ci, którzy przetrwali wywarli zemstę na tych, którzy ich zdaniem winni byli wojnie. Rozpoczęto masowe mordowanie ludzi nauki, techniki, kultury, władzy. Palono książki, niszczono wszelkie przejawy wiedzy i kultury. Okres ten nazwany został okresem Prostoty bądź Uproszczenia (ja to tak sobie przetłumaczyłem, bom książkę po angielsku czytał). Skrawki dawnej cywilizacji przetrwały w Kościele Katolickim, który ocalił większość swoich rytuałów, hierarchii i historii. Powstał nawet specjalny zakon, który zajmował się przemycaniem książek („bookleggers” – nawiązanie do „bootleggers” z czasów prohibicji czyli przemytników alkoholu) i próbą ich ocalenia. Przewodził temu zakonowi Leibowitz, inżynier co się na wiarę nawrócił i zginął w mękach zamordowany przez tłum żądny krwi. Kilka stuleci po męczeńskiej śmierci Leibowitza, jego zakon dalej istnieje i zajmuje się przechowywaniem, konserwacją rozmaitych strzępków ludzkiej wiedzy. A młody nowicjusz Franciszek podczas postów na pustyni odkrywa (za sprawą tajemniczego pielgrzyma) schron przeciwatomowy z zachowanymi dokumentami być może będącymi własnością samego Leibowitza. Zaczyna się proces o beatyfikację, a nasz Franciszek odegra dużą rolę w tym procesie.

Wybaczcie, ale trochę o tej fabule będę pisał, bo naprawdę jest interesująca. Druga część nazwana „Fiat Lux” przenosi nas znów o kilkaset lat w czasie. Po ponad tysiącu lat od wojny ludzkość powoli zaczyna odkrywać tajniki nauki, wiedzy, techniki. Ta część może przypominać Renesans. Istnieją już państwa, a nawet mocarstwa, których władcom marzy się panowanie nad światem. A władcy owi zdają sobie sprawę, z tego jak ważna może być przewaga technologiczna nad przeciwnikiem. Powstają świeckie uniwersytety, które zaczynają konkurować z Kościołem Katolickim. Sam Kościół natomiast stał się strukturą skostniałą, niechętną nowościom. Nawet zakon świętego Leibowitza zajmuje się tylko przechowywaniem i bezmyślnym kopiowaniem zgromadzonej wiedzy. Dopiero wizyta świeckiego uczonego, rozrusza trochę zakonników, ale nie obędzie się bez konfliktu pomiędzy tym co boskie, a tym co cesarskie.

I trzecia część „Fiat Voluntas Tua” to już rasowe science-fiction. Ludzkość nie tylko odzyskała wiedzę sprzed wojny, ale prześcignęła naszą cywilizację. Zaczęto kolonizować inne planety. Niestety nawet lekcja sprzed ponad półtora tysiąca lat niczego nie nauczyła włodarzy tego świata. I małpoludy znów stają na krawędzi wojny totalnej. Zakonnicy z zakonu Leibowitza mają do odegrania poważną rolę w ocaleniu ludzkiej wiedzy.

Po tym jakże przydługim wstępie charakteryzującym fabularne wątki książki chciałbym Wam powiedzieć o moich wrażeniach, o tym czym dla mnie była lektura „Kantyczki…”. To książka naprawdę wielowątkowa, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla mnie to opowieść o trudach zdobywania wiedzy, o tym jak łatwo zaprzepaścić dziedzictwo tysięcy lat i wielu pokoleń, w jednym szaleńczym akcie. Miller pisał książkę w latach pięćdziesiątych, „najzimniejszym” okresie zimnej wojny, tuż przed kryzysem kubańskim. Wielu ludzi drżało przed bardzo prawdopodobnym scenariuszem wojny nuklearnej. I w tym kontekście „Kantyczka…” jest książką przenoszącą owe lęki na papier.

 Jest to również opowieść o wierze, która może pozwolić ludziom przetrwać najgorsze czasy. Opowieść o wierze zarówno w Boga, który stworzył ludzi na swoje podobieństwo jak i wierze w naukę, w jej moc pozwalającą ludziom osiągnąć niemal boski status. Tylko, że gdy osiągamy ten niemal boski status okazuje się, że to niemal to dla nas za mało. I dlatego ludzie nigdy nie wejdą do Edenu, bo sami nie wiedzą czym Eden jest. Znajduję w „Kantyczce…” arogancję i pychę  naukowców przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom nauki. Znajduję również arogancję i pychę ludzi Kościoła przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom wiary.

To książka o odwiecznym konflikcie między Kościołem a państwem, przejawiającym się w podejściu do zagadnienia na przykład eutanazji, czy też wykorzystania zgromadzonej wiedzy i odkrytych technologii do celów politycznych i wojskowych. W „Kantyczce…” podobnie jak w naszej historii przez szereg stuleci to członkowie Kościoła mieli dostęp do wiedzy, do książek. I tego dostępu strzegli bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że gdy pojawiają się świeccy naukowcy wątpiący w naukę Kościoła, wytykający mu błędy ignorancji i marnotrawstwa zakonnicy od świętego Leibowitza zaczynają się irytować i denerwować. Jednak co znamienne nie blokują, nie zabraniają innym korzystać ze zgromadzonych ksiąg. Ta postawa bardzo przemawia na ich korzyść.

Znajdziemy w książce powtarzający się cykl wydarzeń. Od narodzin cywilizacji, mozolne wspinanie się coraz wyżej na drabinie technologicznego rozwoju, by z hukiem i błyskiem znów pogrzebać wszystko pod gruzami. Tę cykliczność można zauważyć w wielu religiach, filozofiach. To koło życia, wąż pożerający własny ogon. Na szczęście Miller daje nadzieją dla naszego gatunku w postaci kolonizacji obcych planet. Niestety nie daje gwarancji, że także i na owych obcych planetach ludzkość nie powtórzy owego zaklętego kręgu. Wniosek może nasuwać się taki, że jedyną szansą na przetrwanie naszego gatunku to rozprzestrzenienie się na jak największą liczbę światów. Niestety to daleka, bardzo daleka pieśń przyszłości.

Interesujące w „Kantyczce…” jest również tło polityczno – historyczne nowej cywilizacji. Miller przemycił strzępki informacji o wojnach, państwach, granicach i wydarzeniach w bardzo inteligentny i rozbudzający wyobraźnię sposób. Ja już pisałem, kiedyś, gdzieś, że uwielbiam tło w książkach science-fiction, historiach alternatywnych. Im lepiej zarysowane, im ciekawsze, im bardziej prawdopodobne tym lepiej. A w “Kantyczce…” tło jest przedstawione bardzo zgrabnie i bardzo interesująco.

I mało co a byłbym zapomniał. Książka jest również zabawna. Momentami co prawda, ale humoru jest całkiem sporo. W dodatku tego czarnego, który moim ulubionym rodzajem humoru jest.

Została wydana jeszcze jedna książka Millera, będąca kontynuacją „Kantyczki…” „Saint Leibowitz and the Wild Horse Woman”. Ukazała się ona w roku 1997, już po samobójczej śmierci Millera. Książka została dokończona przez innego pisarza Terry’ego Bissona. Podobno zawiera rozwinięcie drugiej części „Kantyczki…”. Chyba sobie czytnę.

Podsumowując. Nie bez powodu „Kantyczka…” stała się klasyką. Sprzedała się i sprzedaje się dalej w milionach egzemplarzy. Nie bez powodu wielu różnych ludzi znajduje w niej wiele różnych rzeczy. To naprawdę bardzo dobra  literatura.  Polecam gorąco tę książkę.

 

P. S. Tak sobie szperałem po sieci i trafiłem na fascynującą stronę opisującą bardzo możliwy i prawdopodobny scenariusz nuklearnej zagłady. I tym razem nie chodzi o polityków z przerośniętym ego i dostępem do czerwonego guzika. Oj nie. Tym razem chodzi o wybuchy na słońcu, falę promieniowania elektromagnetycznego, która niszczy wszelkie urządzenia elektroniczne i ponad czterysta elektrowni atomowych rozsianych po całym świecie, które w wyniku zniszczenia sieci energetycznej po kilkunastu dniach zaserwują  nam Czarnobyl pomnożony kilkaset razy na całym ziemskim globie.

Przeczytajcie sobie (niestety po angielsku):

400 Chernobyls: Solar Flares, EMP, and Nuclear Armageddon [Fulll Length Version]

 

 

Karel Capek “Antek”

Dziś będzie fragment z książki Capka, którą aktualnie sobie podczytuję – “Bajki i przypowiastki”.

Antek

“Z tym Antkiem to było tak. Raz przyszła nasza ciotunia, czyli siostra mojej żony, niby po to, żebym jej w czymś poradził. Myślę, że to chodziło o konia. Chciała kupić do gospodarstwa konia, więc powiada, wy szwagier, jako kolejarz to znacie kupę ludzi, i tych handlarzy, co to jeżdżą na targi, to może byście się zapytali o jakiego porządnego konia. Zagaduję o gospodarstwie, ale widzę, że ciotka ma pełno w torbie. To będzie pewnie gąska. No, Franiu, myślę sobie, będziesz miał w niedzielę na obiad gęś. Dogadaliśmy się z ciotką, ale ja ciągle myślę o tej gęsi. Mogłaby, panie, ważyć z osiem funtów, to i jakiś smalec by się wyskwarzyło. Ach, ta ciotka to mądra kobita. A ona powiada: tum wam, szwagier, coś za tę pomoc przyniosła. I wyciąga to z torby. A to ci tak zaczęło kwiczeć, że aż podskoczyłem ze strachu jak oparzony. Patrzę, żywe prosię, a drze się jak zarzynane. Piękne prosiątko, co prawda, to prawda. Ta nasza ciotka to taka prosta baba, weźmy na przykład konduktora: taka prowincjonalna kobieta widzi w nim władzę. Konduktor może się na ludzi wydzierać i posyłać ich do wszystkich diabłów, aż im pójdzie w pięty, więc to władza. No to biedna ciotka pomyślała, że się musi nie wiadomo jak postawić. Szanuje mnie, to prawda, a nasze dzieci kocha jak własne, no i powiadam wam, takie prosię przyniosła. Tu macie, szwagier, tu od naszej maciory.

Wiecie, jak to zaczęło kwiczeć, to zaraz przybiegła żona i dzieci. Ale było radości! Chłopak je złapał za ogonek i nie mógł się nacieszyć, jak zaczęło kwiczeć. Andzia je wzięła na kolana i trzymała jak dziecko. Prosię umilkło, zaczęło z zadowoleniem chrząkać i zasnęło, a ta dziewucha to ci siedziała jak posąg, prosię owinęła w fartuch, a oczy to jej się zrobiły jakieś takie tajemnicze. Ja tego nie mogę pojąć, skąd się u takiej siksy bierze tyle macierzyństwa. No to powiadam, trudno, dzieci, musimy uprzątnąć drewutnię i zrobić z niej chlewik dla Antosia. Nie wiem, dlaczego nazwałem to prosię akurat Antoś, ale to imię już mu zostało, dopóki było u nas. Tylko, fakt, kiedy ważyło już ponad dziesięć kilo, zaczęliśmy go nazywać Tosiek, a potem to już był Antek. Nasz Antek. Człowiek by nawet nie uwierzył, jak szybko taki tucznik rośnie. Jak będzie miał swoich siedemdziesiąt kilo, kombinowałem, zrobimy świniobicie. Coś tam się zje, coś wytopi na smalec, a jakiś schab się uwędzi na zimę. Tak go karmiliśmy i hołubiliśmy i przez całe lato się cieszyliśmy na to świniobicie. A Antek to za nami chodził nawet do izby i drapać się pozwalał, no, sto pociech. Niech mi nikt nie opowiada, że świnia to głupie zwierzę.

 A raz koło Bożego Narodzenia powiadam: żono, mógłbym już przecież zawołać rzeźnika.

– Po co? – powiada żona.

– Toć żeby zabił Antka.

Żona tytko na mnie spojrzała ze zdziwieniem, a ja sam poczułem, że to zabrzmiało jakoś dziwnie. – Żeby zabił to prosię – dodałem szybko.

– Antka? – powiada żona i stale tak dziwnie patrzy.

– Przecie po to chowaliśmy, nie? – ja na to,

– To nie trzeba mu było dawać chrześcijańskiego imienia – jęknęła żona. – Ja bym tego nawet nie mogła wziąć do ust. Wyobraź sobie, kiszka z Antka. Albo zjeść ucho Antka. Tego ode mnie nie możesz wymagać. I od dzieci też nie. Człowiek by się czuł jak, z przeproszeniem, ludożerca.

Wiecie, głupia baba. To jej powiedziałem, nie pytajcie nawet, jak. Ale kiedy sam zacząłem rozmyślać, to mi się zrobiło tak jakoś dziwnie. Cholera, zabić Antka, ćwiartować Antka i wędzić Antka, to coś nie tak, sam bym tego nie chciał jeść. Człowiek nie jest przecież nieludzki, no nie? Jak nie ma imienia, to prosiak jest prosiakiem, ale jak to będzie jak raz Antek, to już ma człowiek do niego inny stosunek. Co ja wam będę opowiadał: sprzedałem Antka rzeźnikowi, ale i tak silę czułem jak handlarz żywym towarem. Ani mnie te pieniądze nie cieszyły.

I tak sobie myślę, że ludzie się mogą zabijać, dopóki ten drugi nie ma dla nich imienia. Gdyby wiedzieli, że ten, w którego celują z flinty, nazywa się Franciszek Nowak albo inaczej, powiedzmy Franz Huber albo jakiś Antek czy Wasyl, to myślę, że coś by im w duszy szepnęło: psiakość, nie strzelaj, przecież to Franciszek Nowak! Gdyby wszyscy ludzie na świecie mogli się nazwać swoim prawdziwym chrześcijańskim imieniem, to myślę, że by się miedzy nimi bardzo wiele zmieniło. Ale dzisiaj jakoś ludzie i narody nie mogą znaleźć sobie imienia. I to jest kłopot, panie.”

1937

Karel Capek “Fabryka absolutu”

Karel Capek "Fabryka absolutu"  Druga książka Capka przeczytana. Z czym kojarzy się Wam absolut? Mnie może mało finezyjnie i wyrafinowanie, ale ostatnimi czasy z wódką, która ma świetne kampanie reklamowe i jest pyszna (jeśli o wódce można mówić w takich kategoriach).

Capek pisząc swoją książkę raczej marki wódki nie miał na myśli. W powieści absolut to Absolut czyli bezosobowy lub osobowy byt doskonały. W bardzo dużym skrócie Bóg lub bóg (jak kto lubi i uważa). Co się stanie jeśli ludzie będą w stanie sprowadzić na świat Boga/boga? Działającego, sprawiającego cuda poprzez swoich wyznawców? Uzdrawianie, lewitacja, rozmnożenia chleba, metafizyczne objawienia, miłosierdzie i miłość, szczęście i mądrość, mistycyzm. To zapewne otrzymaliby ludzie gdyby mogli obcować z bytem najwyższym. Czy aby na pewno?

A gdy powstanie maszyna, która niewielkim nakładem paliwa będzie produkować praktycznie nieskończone ilości energii? Czy ludzie osiągną szczęście? Mała skrzyneczka wielkości walizki wystarczy do ogrzania całego miasteczka. Brzmi wspaniale i cudownie. Wyobraźcie sobie, że w pewnej alternatywnej rzeczywistości tak się stało. Pewien wynalazca opracował maszynę, która może zapewnić energię całym miastom niewielkim kosztem. Jest jednak pewien szkopuł. Otóż efektem ubocznym pracy maszyny jest Absolut. Bóg/bóg w najczystszej postaci, który zaczyna siać wiarę/zamęt/szczęście/nieszczęście na całym świecie. Ludzie zaczynają czynić cuda, zakładają własne sekty i kościoły. Bogacze rozdają swoje majątki, banki przestają udzielać kredytów i dają wszystko na słowo. Fabryki produkują niewyobrażalne ilości produktów, których nikt nie chce kupować, bo wszystko jest za darmo! Robotnicy nie muszą pracować, bo maszyny napędzane są Absolutem. Pieniądze nie mają żadnej wartości, bo Absolut drukuje je w ilościach przeogromnych. No, po prostu mokry sen każdego socjalisty. Jednak mimo pozornej obfitości wszystkiego ludzkość staje na skraju zagłady. Zadziwiające prawda? Rozpasany za pomocą Boga/boga konsumpcjonizm ponosi klęskę.

Okazuje się nagle, że każdy człowiek, społeczność, naród ma swój Absolut, który przybiera charakter owego narodu. I ich Absolut jest absolutnie „najabsolutniejszy” ze wszystkich. Trzeba więc uświadomić sąsiadowi, znaczenie własnego Absolutu i siłą mu narzucić wyznawanie tegoż. Wybucha wojna totalna, cały świat pogrąża się w chaosie. Brat morduje brata, siostra siostrę, matka ojca zabija przy pomocy kija, dziadek babkę widłami dźga, a po świecie hula Absolut wespół ze śmiercią. I tego Absolutu wciąż przybywa. Łatwego rozwiązania nie będzie.

Capek w ironiczny i nasycony dobrodusznym humorem sposób obśmiewa ludzi. Nie tylko ich indywidualne cechy, ale również sposób funkcjonowania społeczeństwa. „Fabryka Absolutu” to satyra o prawdzie, na prawdę i wbrew prawdzie. Bo czymże jest prawda? Istnieje jakaś jedna najprawdziwsza prawda? Czy może jest tak, że każdy człowiek widzi swój kawałek prawdy i powinien się tego trzymać nie próbując innych do tej prawdy przekonywać siłą, ani też nie powinno się go do innej prawdy przymuszać, bo gdy się okaże, że wszyscy mają rację i prawda każdego jest poparta niezbitymi dowodami, to po której stronie leży owa Prawda?  „Fabryka…” została napisana w roku 1922. Capek okazał się czarnowidzem. I pewnie piszę na wyrost, ale w przedziwny sposób II wojna światowa przypomina tę wojnę z „Fabryki…”.

Ponad 80 lat książki nie wyklucza jej aktualności. Capek zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Na „Fabryce…” na pewno się nie skończy.

 

P. S. W książce jest fragment, w którym okazuje się, że Absolut przybiera formę najbardziej odpowiednio oddającą ducha narodu. Capek pisze, że w Polsce przybrał formę jakiegoś rodzaju alkoholu… Pozostawię to bez komentarza:)

Stanisław Lem “Kongres futurologiczny”

Stanisław Lem "Kongres..."

Stanisław Lem “Kongres…”

Nie wiem co się ostatnio dzieje, ale zupełnie nie mam czasu na porządne zasiądnięcie przed moim blogiem i napisanie jednej, malutkiej recenzji z jednego długiego opowiadania pana Stanisława Lema. Na szczęście teraz piszę te słowa i czuję jak moje neurotransmitery i substancje czynne chemicznie w mózgu łączą się ze sobą w heroicznej próbie zmuszenia dwóch ostatnich szarych komórek  mego do tytanicznej pracy.

Ach! Przyszłości świetlana, ileż to dobroci od Ciebie może oczekiwać ludzkość. Nie będzie głodu, nie będzie chorób, nie będzie śmierci, nie będzie niesprawiedliwości społecznej, a każdy będzie mógł dostać własna Nagrodę Nobla! Loty ku odległym gwiazdom, zdobywanie nowych światów, walka z obrzydliwymi i bezlitosnymi obcymi. Tyle możliwości i tyle pięknych perspektyw. Oddałbym dużo, by móc zobaczyć świat powiedzmy w w roku 2089.

Ijon Tichy nie oddałby tak dużo, ale i tak dane mu było zobaczyć świat przyszłości, tyle że w 2039 (o ile dobrze pójdzie powinienem jeszcze wtedy wdychać tlen, o ile mi wątroba nie nawali, tudzież z głodu nie zemrę). Otóż pojechał on sobie na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny do jednej z bananowych republik w Ameryce Południowej. I tam dopadła go rewolucja ludu przeciw dyktaturze i reżimowi. I chroni się przed bembami czyli Bombami Miłości Bliźniego z kilkoma uczestnikami kongresu w kanale. Niestety i to miejsce nie jest zbyt bezpieczne. Tichy zostaje poważnie ranny i amerykańscy naukowcy postanawiają go zamrozić, z nadzieją, że ludzie z przyszłości go odmrożą i będą mogli go uleczyć. Tak też się dzieje i Tichy wędruje po praktycznie niezrozumiałym dla niego świecie, w którym ludzkość posługuje się środkami chemicznymi, by czytać, uczyć się, budować roboty, zdobywać gwiazdy, wierzyć, kochać, nienawidzić. Nie ma prawdziwych uczuć na wszelkie dolegliwości istnieje pigułka, proszek, ciecz. Wszyscy są bogaci, mogą być szczęśliwi kiedy chcą lub nieszczęśliwi kiedy im się zamarzy. Wszystko jest wspaniałe, tylko czemu tak dziwnie wszyscy sapią?

Tajemnica sapania zostaje odsłonięta Tichiemu przez innego ożywieńca z kongresu futurologicznego profesora Trottelreinera. I rzeczywistość nie wspomagana środkami halucynogennymi zrzuca wszelkie fatałaszki i…

Ale na szczęście lub nieszczęście Tichy…

Dla tych którzy nie czytali nie będę spoilerował. Dziwię się sobie, że tej książki Lema nie znałem. Przecież ten rodzaj czarnego humoru, sarkazmu i ironii odpowiada mi najbardziej. „Kongres…” to książka, która wpasowała się idealnie w me gusta i upodobania. To była ostra jazda bez trzymanki. Nie słyszałem ani też nigdzie nie czytałem, aby pan Stanisław Lem zażywał jakiekolwiek substancje halucynogenne. Opisy halucynacji Tichiego, które przeczytałem zdają się przeczyć tej powszechnie znanej prawdzie. Lem zabawnie i z dużą wprawą przekazuje nam fantasmagoryczne wizje gwiezdnego wędrowcy, który na potrzeby opowiadania stał się nie tylko futurologiem, ale również podróżnikiem w czasie.

Nie brak w tej książce mądrego spojrzenia na kondycję rasy ludzkiej. To mądre spojrzenie ukryte jest za fasadą szydery i ironii, lecz od czasu do czasu wyziera zza węgła i rzuca nam się w oczy jak spragniona spojrzeń ludzkich celebrytka.

Czasem przeszkadzało mi nadmierne nagromadzenie neologizmów, ale tylko czasem i tylko wtedy kiedy nie za bardzo wiedziałem od czegóż ten neologizm mógł pochodzić i co oznaczać.

Wizja Stanisława Lema choć podana w sposób bardzo humorystyczny i groteskowy nie jest wizją zbytnio optymistyczną. Człowiek od wieków eksperymentował z różnymi środkami chemicznymi, które pomagały i pomagają mu opuścić ten padół łez choć na chwilkę i przez określony czas pobyć w raju. Niestety taka ucieczka ma swoją cenę i to cenę bardzo wysoką. A co gdy ludzkość naprawdę będzie w stanie praktycznie idealnie oszukać rzeczywistość? Czy to już będzie koniec nasz, a może dopiero początek?

 

„Kongres…” to świetna książka, która po raz kolejny pokazuje wielkość Lema jako pisarza, jego zdolność do swobodnego operowania językiem naszym ojczystym, jego przenikliwość i mądrość oraz niebanalne i ogromne poczucie humoru. Polecam gorąco!