Harry Harrison “The Stainless Steel Rat” (“Stalowy Szczur”)

Reklama trutki na szczury, ale nie takie stalowe. Źródło: https://flic.kr/p/5Hif6F

Reklama trutki na szczury, ale nie takie stalowe. Źródło: https://flic.kr/p/5Hif6F

“Młodości ty nad poziomy wylatuj, a okiem…” znacie to? Bo ja pamiętam tylko pierwszą zwrotkę tej “Ody…” a przecież uczyłem się jej na pamięć. Dlaczego zaczynam tak górnolotnie? Przywołuję postać Adama M., a w tytule wpisu wyraźnie napisałem, że będzie o “Stalowym Szczurze” Harry’ego Harrisona. Po prostu ponowna lektura tej książki z mej młodości wywołała u mnie smutną refleksję, dotyczącą sięgania po książki sprzed lat. Otóż młodość (mam na myśli młodość nastoletnią, bo młodość trzydziestoletnia to już coś innego) ma swoje prawa i swoje przywary. Jednym z praw jest prawo do zachwycania się rzeczami niekoniecznie, aż tak wartymi zachwytu.

Continue reading

Harry Harrison “Make room! Make room!” (“Przestrzeni! Przestrzeni!)

Ziemia nocą. Źródło: https://www.flickr.com/photos/wwworks/2712985992

Ziemia nocą. Źródło: https://www.flickr.com/photos/wwworks/2712985992

Czasem w mej pamięci z przeczytanych dawno temu książek zostają jedynie krótkie fragmenty, które zostały się niczym spiżowe posągi w mych szarych komórkach, na wieczną rzecz pamiątkę. I często odświeżając sobie książkę praktycznie nie pamiętam z niej nic i z niecierpliwością czekam, aż natrafię na ten fragment, który nawet po tylu latach wciąż świeżością w mojej głowie pachnie i z wyrazistością olbrzymią staje przed oczyma duszy mojej.

Continue reading

Harry Harrison “Planet of the damned” (“Planeta przeklętych”)

Czasem jest tak, że przez zupełny przypadek uda mi się odświeżyć dawno zapomnianą książkę, a przeczytaną w młodości. Tak było z „Planetą przeklętych” świętej pamięci Harry’ego Harrisona, który opuścił ludzkość w tym roku. Strata to ogromna dla science-fiction, ale być może pan Harrison pisze teraz nowe książki gdzieś nieopodal Galaktyki Andromedy sącząc drinka przyrządzonego przez przepiękną hostessę z rasy Schulgh’gghgurów, która z wdziękiem wszystkich swoich dziewięciu macek obsługuje „emerytowanych” pisarzy.

Wracając do książki. Przeczytałem ją bardzo, bardzo dawno temu. A teraz wróciłem do niej, bo na stronie feedbooks.com, była promocja i dało się ją za friko ściągnąć na Kindle. Co prawda po angielsku, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Co pewnie ucieszy mojego ojca, który od zawsze powtarzał leniwemu Charliemu, żeby się uczył języków.

Gdyby ktoś się mnie spytał przed ponownym przeczytaniem książki, o czym „Planeta przeklętych” opowiada miałbym spore trudności z przypomnieniem sobie czegokolwiek. Natomiast podczas lektury już po pierwszych stronicach, z mroków, z otchłani przetrzebionych alkoholem szarych komórek ukazywało się coraz więcej szczegółów. Zaprawdę jak powiada Piotr Bałtroczyk „Alkohol niszczy szare komórki, ale tylko te najsłabsze!”. Te które mi zostały w mózgowicy sprawują się jeszcze całkiem nieźle.

W skrócie: Brion Bradd to zwycięzca planetarnych igrzysk o wdzięcznej nazwie Twenties. Najlepszy z najlepszych, mistrz walk wręcz i szachów, w dodatku poeta i filozof. Twenties to najważniejsza rzecz w życiu każdego mieszkańca planety Anhvar. A planeta Anhvar to bardzo niegościnne miejsce dla rasy ludzkiej. Ale ludzie jak karaluchy wszędzie się wcisną i wszędzie dostosują.  Brion tuż po wygraniu igrzysk odpoczywa sobie w szpitalu rozmyślając o profitach zwycięzcy (w  wulgarny i prostacki sposób możne te profity podsumować w zdaniu: Dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy). Gdy nagle Ihjel (również zwycięzca Twenties sprzed lat paru) burzy jego spokój i opowiada o tajemniczej organizacji, która zajmuje się inżynierią społeczną na planetarną skalę. Wszystko dla dobra ludzkości. Otóż Ihjel oferuje mu misję ratowania planety DIS, której grozi zagłada. Brion jako człowiek o głębokich altruistycznych uczuciach godzi się wziąć udział w misji. Na jego decyzję wpływa fakt, że Brion okazuje się być empatą, a Ihjel obiecuje mu wytrenować nowy zmysł. Po drodze dołącza do nich pani naukowiec/naukowczyni z Ziemi.

Na Dis, która jest jeszcze bardziej niegościnną planetą niż Anhvar, Brion będzie musiał zmierzyć się z wrogością tubylców, nieprzyjaznym klimatem, niechęcią pracowników tajemniczej fundacji, kastą panów, która stoi za całym konfliktem z sąsiednią planetą i tym podobne. A Dis to bardzo nieprzyjazna planeta, powiedzieć o niej, że jest nieprzyjazna to jak powiedzieć o politykach, że nie kłamią, a zaledwie mijają się z prawdą. Dis to piekło, w którym by przetrwać ludzie musieli się mocno zasymilować z lokalnymi formami życia. I ten fakt mocno zaważy na losie całej planety.

„Planeta przeklętych” to klasyczna przygodówka science-fiction, w których pisaniu Harry Harrison był świetny. Cykl o Stalowym Szczurze, Billu bohaterze galaktyki to cykle znane w literaturze science-fiction. Czytanie „Planety przeklętych” sprawiło mi sporo frajdy, z których największą było odgrzebywanie zetlałych wspomnień dotyczących lektury.

Kosmos i wszechświat oraz ludzkość przedstawiona jest zgodnie ze standardami lat sześćdziesiątych. Wiele planet zasiedlonych przez nasz wszędobylski gatunek. Planet, które wymagają ewolucji człowieka, dlatego choć wciąż jesteśmy jednym gatunkiem różnimy się bardzo. Wspomniany jest  Upadek, który sprawił, że przez wiele stuleci wiele planet było odciętych od kontaktu z ludzkością. Mimo tylu tysięcy lat odmiennego rozwoju ludzie wciąż piją kawę, chodzą do biura a środowisko naukowe jest zdominowane przez mężczyzn, wszystko wygląda jak z dwudziestego stulecia. Ziemia natomiast to wielkie mrowisko z ogromną liczbą mieszkańców. Na szczęście latamy szybciej niż światło:)

Mimo swoich pięćdziesięciu lat na karku “Planeta…” wciąż się dobrze trzyma. To dobra rozrywka i dobra książka.

Harry Harrison “Wojna z Robotami”

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Harry Harrison “Wojna z robotami”

Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.

Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

bender

Bender

Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.

BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!