Stanisław Lem “Powrót z gwiazd”

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

 Dzień dobry, jak widać jadę z Lemowym koksem dalej:)

Wyobraźcie sobie, że jesteście na statku poruszającym się z prędkością światła. Wystartowaliście z Ziemi w kierunku gwiazdy odległej o 25 lat świetlnych i sobie lecicie, dla Was mija może z dziesięć lat ziemskich lotu (gdyż większość podróży spędziliście w stanie hibernacji), ale dla mieszkańców Ziemi mija około stu dwudziestu siedmiu lat (podróż w tę i z powrotem). Przylatujecie więc na Ziemię o dziesięć lat biologicznych starsi, ale w tym czasie umarli już wszyscy, których znaliście, a ludzkość diametralnie różni się od tej, którą zostawiliście.

 „Powrót z gwiazd” to historia ludzi, których spotkało to, o czym napisałem wcześniej. Wylecieli z Ziemi, by eksplorować kosmos i powrócili na ojczystą planetę sto dwadzieścia siedem lat później. I owi astronauci mają delikatnie rzecz mówiąc problemy z przystosowaniem się do nowego społeczeństwa, które jest Inne. Przechodzą okres adaptacji, ale to nie wystarcza. Nasz główny bohater Hal Bregg postanawia rzucić się na głęboką wodę i po krótkim pobycie w ośrodku adaptacyjnym na Księżycu wyrusza na Ziemię. Na miejscu okazuje się, że architektura, moda, zwyczaje, jedzenie niemalże wszystko jest dla niego całkowicie niezrozumiałe (oprócz języka, choć ten też sprawia mu kłopot). I tak poznajemy przygody Bregga, który miota się niczym neandertalczyk w mieście 21 wieku. A my wraz z nim coraz lepiej poznajemy nowe społeczeństwo ziemskie.

Społeczeństwo, które nie zna strachu i lęku przed wojną, głodem, nędzą i ubóstwem. Wszystkiego jest w bród, jedzenie w restauracjach jest za darmo, hotele za friko, a płacić trzeba jedynie za bardzo ekstrawaganckie zachcianki. Bregg ze zdumieniem odkrywa tajemnicę tego społeczeństwa – jest to proces, który nazwany został betryzacją. Każde dziecko na planecie jest poddawane temu procesowi neurologiczno – fizjologicznemu i w ten sposób wyeliminowano agresję z ludzkich zachowań. Dodatkowo dochodzi tutaj jeszcze wychowanie i warunkowanie zachowania za pomocą hipnozy.

Lem napisał książkę o kosmosie, o samotności człowieka w ogromnej pustce, ale jednocześnie o samotności człowieka w obcym społeczeństwie. Bregg jest reliktem, który w nowym świecie jest niepotrzebny i pasuje jak wół do karocy. On i jego towarzysze nie zostali zbetryzowani więc wciąż mogą być agresywni. Dlatego stanowią zagrożenie dla stabilności społeczeństwa. Czują się jak żywe wykopaliska.

Ich rozczarowanie nową Ziemią zwiększa świadomość, że ich wysiłek, ich towarzysze podróży, którzy zginęli na misji, ich podróż przez zimną ciemność w metalowej puszce nie obeszła nikogo, poza garstką historyków. Ludzkość zrezygnowała z marzeń o sięganiu dalej niż Układ Słoneczny, chociaż ma większe niż w czasach Bregga możliwości technologiczne. Ludzie wolną bawić się, zwiedzać, spędzać czas na błahostkach. Czy to możliwe, że wraz z wyeliminowaniem agresji zniknęła odwieczna chęć ludzi poznawania coraz to nowych tajemnic, odkrywania nieodkrytego? Czy następcy Bregga stali się miękkimi lalusiami, którzy nawet fizycznie stali się drobniejsi, mniejsi i bardziej delikatni i nie mają już w sobie żadnej ikry?

„Powrót…” może być uznany za antyutopię, jednak jest antyutopią dla Bregga i jego towarzyszy, którzy nie mogą zaakceptować takiego społeczeństwa, ale zbetryzowani ludzie wydają się  być szczęśliwi. Betryzacja nie jest stała, jest to proces odwracalny i istnieje możliwość zniesienia skutków betryzacji po to, aby lekarz mógł przeprowadzić operację. Stosuje się wtedy specjalny środek „perto”, który czasowo „wyłącza” ów proces. „Perto” zażywają betryzowani nielegalnie celem wzmocnienia wrażeń i chyba uważane jest za coś w rodzaju narkotyku. Nowe społeczeństwo nie jest w żaden sposób zhierarchizowane, nie ma władzy politycznej, ambicje posiadania władzy musiały zniknąć wraz z agresją. Ludzie spędzają czas na oglądaniu czegoś w rodzaju cyfrowej telewizji na żywo, w której odgrywane są coś jakby kiepskie telenowele (jednocześnie kwitnie nauka i sztuka, a jeśli ktoś chce zdobywać wiedzę może to robić w sposób nieograniczony). Nikt nikogo do niczego nie zmusza (oczywiście poza obowiązkową betryzacją w niemowlęctwie), z której wprowadzeniem były problemy i ludzie wówczas silnie protestowali, prawie doszło do wojny. Związki między kobietami i mężczyznami są wynikiem obopólnej zgody, małżeństwa istnieją, ale nie mają raczej długoletniego stażu, aby mieć dziecko trzeba być świetnie przygotowanym psychologiem, wychowawcą, gdyż wychowanie młodej istoty to ogromna odpowiedzialność.

Każdy obywatel ma do dyspozycji mnóstwo automatów i robotów, które są bardzo zaawansowane. I na tych robotach chciałem się trochę skupić. Jest w książce fragment, w którym Bregg dowiaduje się, że produkcja robotów swego czasu osiągnęła stan, w którym roboty były nieodróżnialne od ludzi, ale jednak przestano takie roboty produkować i została ich ledwie garstka. A co jeśli roboty, „androidy” gdy miały okazję przejęły władzę i potajemnie kierują losami ludzkości? Stworzyły betryzację i jak gdyby „wykastrowały” ludzkość z ambicji i chęci eksploracji czyniąc ją miękką i podatną na kontrolę. Zastanawiam się tylko po co miałyby to robić, bo jeśli przejęły władzę to mogłyby nas łatwo zniszczyć i zaprowadzić własną cywilizację. Może kierował nimi jakiś rodzaj sentymentu?

Jest świetny fragment w książce, w którym Bregg trafia do zakładu utylizującego stare roboty. Tam wśród resztek maszyn wydaje mu się, że słyszy prawdziwe wołanie o pomoc, słyszy strach i błaganie o litość. Tak jakby roboty miały świadomość tego, że istnieją. Zresztą świat automatów i ludzi jest praktycznie rozdzielony. Automaty same siebie produkują i one same decydują kiedy już czas iść na przemiał. Ludzie nie mają  nic do gadania, bo tak jest wygodniej. Czy to nie podejrzane?

A na końcu książki Lema, ludzie, którzy przybyli z gwiazd znów mają okazję do nich wyruszyć. Czyżby to była próba pozbycia się kłopotu? Na zasadzie – polecą w chu… ekhm… bardzo daleko i wrócą za lat sto pięćdziesiąt i to już nie będzie nasz problem.

Dobra dość teorii spiskowych, ale wyobrażacie sobie spin-off „Powrotu do gwiazd”, gdzie ktoś odkrywa spisek androidów i zaczyna się walka o oswobodzenie ludzkości.To naprawdę mogłoby zaiskrzyć.

Jest kilka słabszych elementów książki zwłaszcza relacje damsko – męskie. Bregg i jego emocje oraz uczucia zupełnie do mnie nie przemawiają, są płaskie i w gruncie rzeczy nie obchodzi mnie czy on kocha czy nie kocha. Wręcz irytują te jego wynurzenia swoją infantylnością, ale to naprawdę niezbyt straszliwy mankament, choć fragmentów z emocjami Bregga jest sporo.

„Powrót…” ukazał się w roku 1960. Nie dam sobie głowy uciąć, ale Lem mógł być pierwszym, który ugryzł temat podróży międzygwiezdnych od tej strony, czyli astronautów po wielu latach powracających na Ziemię, która jest już zupełnie inna. Trochę później mamy „Planeta małp” Pierre’a Bouelle, gdzie główni bohaterzy wracają z Sorory na Ziemię i zastaną, (kto czyta ten wie co zastaną na Ziemi), a film robi to w sposób jeszcze bardziej dosłowny. Sporo później był Joe Haldeman z jego „Wieczną wojną” – gdzie główny bohater dzięki podróżom międzygwiezdnym jest świadkiem zmieniających się społeczeństw ludzkich. Jest też opowiadanie ze zbioru Karla Michaela Armera „Pustynny blues” zatytułowane „Przez wszechświat gnam, szubiduba”, w którym wojenny statek międzygwiezdny przemierza galaktykę i niszczy wszystkie planety bez wyjątku, a wraz z upływem czasu załoga pogrąża się w szaleństwie i wracają na Ziemię, a tam… Nie będę tutaj spoilerował. Wspominam o tym opowiadaniu, bo szczególnie utkwiło mi w pamięci.

Na pewno jest tego sporo więcej, ale teraz nic mi do głowy nie przychodzi.

“Powrót do gwiazd” to bardzo dobra książka, która każe się zastanowić nad tym jaki kształt mogłoby przyjąć ludzkie społeczeństwo w wyniku różnych eksperymentów. Można powiedzieć, że Lem jest prekursorem tak zwanej fantastyki socjologicznej. I jak zwykle wyprzedzał swój czas, bo to o czym on pisał może dziać się na naszych oczach. Przecież obecnie mamy możliwości co prawda prymitywnie, bo prymitywnie, ale możemy zmieniać ludzkie charaktery za pomocą środków farmakologicznych. Kastracja chemiczna, różnego rodzaju psychotropy poprawiające nastrój i tym podobne, te środki są dostępne i są używane.

Lem znów mnie zaskoczył i pokazał, że ponad pięćdziesiąt lat temu żył sobie na Ziemi, w Polsce Ludowej (!), facet który stawiał takie trafne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Panie Lem czapki z głów!

Dlaczego biblioteki są ważne? Listy do dzieci z Troy (1971)

Znalazłem wpis na portalu mental_flos.

Dotyczy on prośby pewnej bibliotekarki z miasta Troy skierowanej do pisarzy, polityków, dziennikarzy, aktorów. Otóż otwarto pierwszą bibliotekę w mieście Troy. Z tej okazji bibliotekarka Marguerite Hart napisała wiele listów do znanych osób, aby zwrócili się  do młodych ludzi, dzieci ze swoimi przemyśleniami na temat roli jaką odgrywa w życiu ludzi książka, biblioteka i czytanie. Otrzymała 97 odpowiedzi. Ja pokażę Wam te, które ukazały się  na portalu (no nie wszystkie):

Pisarz Isaac Asimov:

Dla nieznających angielskiego moje nieudolne tłumaczenie:

“Drodzy Chłopcy i Dziewczęta,l

Gratulacje z okazji otwarcia nowej biblioteki, bo nie jest to tylko biblioteka. To statek kosmiczny, który zabierze Was w najdalsze zakątki Wszechświata. Nowa biblioteka to wehikuł czasu, który przeniesie was w daleką przeszłość i przyszłość. To nauczyciel, który wie więcej niż jakikolwiek człowiek. To przyjaciel, który Was rozbawi i pocieszy — i najważniejsze, biblioteka to brama do lepszego, szczęśliwszego i bardziej spełnionego życia.”

William White (Profesor):

“It really gives someone a bang to discover suddenly that reading books can be fun. Just don’t wait too long to find this out—think of all the hours and days of fun you’ll miss. Go read a book in the library. Now.”

“Odkrycie, że czytanie książek jest świetną zabawą może dać ludziom prawdziwego kopa. Nie czekajcie długo, by się o tym przekonać – pomyślcie o tych wszystkich godzinach i dniach zabawy, które przegapicie. Idźcie do biblioteki i przeczytajcie książkę. Już.”

William Broomfield (Kongresmen):

“Almost everyone is ignorant about almost everything. Surely there is no denying that. The most brilliant people are only brilliant about one or two matters, and ignorant of everything else. And ignorance is painful and irritating—the enemy of happiness. One of the greatest powers against the forces of ignorance is the public library. It knows no racial or economic boundaries. All who enter are welcome.”

“Prawie każdy jest ignorantem na temat praktycznie wszystkiego. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Nawet najbardziej błyskotliwi ludzie, są genialni tylko w jednej lub dwóch kwestiach, a są ignorantami w we wszystkim innym. Ignorancja jest bolesna i irytująca – jest wrogiem szczęścia. Biblioteka publiczna jest jedną z największych broni przeciwko ignorancji. Biblioteka  nie zna żadnych rasowych ani ekonomicznych granic. Każdy kto zawita w jej progach jest mile widziany.

Neil Armstrong (Astronauta):

“Through books you will meet poets and novelists whose creations will fire your imagination. You will meet the great thinkers who will share with you their philosophies, their concepts of the world, of humanity and of creation. You will learn about events that have shaped our history, of deeds both noble and ignoble. All of this knowledge is yours for the taking… Your library is a storehouse for mind and spirit. Use it well.”

“Dzięki książkom spotkacie poetów i pisarzy, których twórczość rozpali waszą wyobraźnię. Spotkacie wielkich myślicieli, którzy podzielą się z Wami swoją filozofią, swoimi wizjami świata, ludzkości i kreacji. Dowiecie się o wydarzeniach, które ukształtowały naszą historię, o czynach szlachetnych jak i niegodziwych. Cała ta wiedza jest Wasza, wystarczy tylko po  nią sięgnąć. Wasza biblioteka to magazyn dla ducha i umysłu. Używajcie jej mądrze.

David M. Kennedy (Sekretarz Gabinetu):

“Your library is not just a building full of books. It is a gateway to thousands of worlds which you may choose to enter. Any world ever explored by man, or by man’s mind, is there awaiting you in print. The choice is yours.”

“Wasz biblioteka nie tylko jest budynkiem pełnym książek. To brama do tysiąca światów, możecie wybrać które odwiedzić. Każdy świat kiedykolwiek odkryty przez człowieka, lub stworzony przez jego umysł czeka na Was wśród zadrukowanych stron. Wybór należy do Was.

Ronald Reagan (Gubernator Kalifornii – to ten Reagan):

“A world without books would be a world without light—without light, man cannot see.”

“Świat bez książek byłby światem bez światła – a bez światła, człowiek nie jest w stanie widzieć.”
Dr. Seuss (autor książek dla dzieci):

 

Deane Davis (Gubernator stanu Vermont):

“Read! It is nourishing, civilizing, worthwhile. Read! It destroys our ignorance and our prejudice. Read! It teaches us to understand our fellowman better and, once we understand this, it will be far easier to love him and work with him in a daily more complex society.”

“Czytajcie! Czytanie odżywia, cywilizuje, jest warte zachodu. Czytajcie! Czytanie niszczy naszą ignorancję i uprzedzenia. Czytajcie! Czytanie uczy nas lepiej zrozumieć bliźniego i gdy już to pojmiemy, będzie nam znacznie łatwiej bliźniego umiłować i z nim pracować na co dzień w naszym skomplikowanym społeczeństwie.”

Robert D. Ray (Gubrenator stanu Iowa):

“Freedom cannot falter where libraries flourish.”

“Wolność nie osłabnie, tam gdzie biblioteki będą się rozwijać” – to chyba będzie moje ulubione:)

John Burns (Hawaii Governor):

“Be very kind to all the librarians. They are among the wisest people in the world. We could do without governors if we had to, but we could not get along very well without librarians.”

“Bądźcie miłe dla wszystkich bibliotekarzy. Należą oni do najmądrzejszych ludzi na świecie. Moglibyśmy sobie dać radę bez gubernatorów gdybyśmy musieli, ale nie dalibyśmy sobie rady bez bibliotekarzy”

John Berryman (Poeta):

“The chief thing is to read as hard as you play, with the same seriousness and a mind wide open…You have a pretty building for your books. Go in, and change your life.”

“Ważną rzeczą jest byście czytały tak samo mocno jak gracie, z taką samą powagą i z takim samym szeroko otwartym umysłem… Macie ładny budynek dla swoich książek. Wejdźcie i zmieńcie swoje życie.

Lisl Weil (Pisarka):

“Books speak, if you listen well, they will make you think and grow tall and strong in feeling and seeing the world around you.”

“Książki mówią, jeśli zaczniecie dobrze słuchać, książki sprawią, że zaczniecie myśleć i urośniecie mocni i silni w czuciu i dostrzeganiu świata wokół was.”

Joseph Alioto (BurmistrzSan Francisco):

“Books can be your companion on rainy days. They will always be there. And when you want to read, a book will never say, ‘No, I don’t want to.’”

“Książki mogą być Waszymi towarzyszami podczas deszczowych dni. Będą zawsze na Was czekać. I kiedy będziecie chcieli poczytać, książka nigdy nie powie “Nie, nie chcę”.

Herbert Zim (Pisarz):

“Bring a friend to the library. Get him to bring a friend, also. A good library is one that is over-worked and over-used.”

“Przyprowadź przyjaciela do biblioteki. Namów go, żeby również przyprowadził przyjaciela. Dobra biblioteka to biblioteka nadmiernie przepracowana i nadmiernie wykorzystywana.”

Kingsley Amis (Pisarz):

“Use your library, remembering that, whatever else you may not have, if you have books, you have everything.”

“Używajcie biblioteki, pamiętając, że możecie nie posiadać wielu rzeczy, ale jeśli macie książki, macie wszystko”
Jest tego znacznie więcej, ale nie chciało mi się tłumaczyć wszystkiego. Moim zdaniem całkiem budujące te cytaty.
Jeśli ktoś ciekawy wszystkich listów do dzieci, to znajdzie je na stronie biblioteki w Troy.
A swoją drogą zobaczcie jakie życie jest przewrotne. Piękne listy z okazji otwarcia, a czterdzieści lat później rada miasta chciała zamknąć bibliotekę. Na szczęście zrobiono świetną akcję propagandową i biblioteka ocalała. Oto film podsumowujący kampanię na rzecz biblioteki:

Stanisław Lem “Astronauci”

Stanisław Lem "Astronauci"

Stanisław Lem "Astronauci"

Z otchłani mych magazynowych regałów, z niemierzonych obszarów półek i książkowych stosów, gdzie mole toczą odwieczne wojny rodowe z pająkami, a kurz osiadając przez lata  stworzył niemal księżycowe krajobrazy. Z owych  czeluści przybyła do mnie w srebrnym rakietowym pocisku zakurzona książka Lema. Osiadła na stoliku z wizgiem atomowego silnika i poprosiła o przeczytanie. Czyż mogłem odmówić powieści fantastyczno-naukowej? Do tego jeszcze autorstwa tak znanego pana Stanisława? Gdybym powiedział nie, już nigdy nie mógłbym spojrzeć w swoje odbicie w  lustrze. Cóż powiedziałbym swoim wnukom, gdy one spytają mnie; co robiłeś dziadku zanim Cię przenieśliśmy całkowicie do komputera? A ja wykrzywiając swe holograficzne odbicie milczałbym wówczas z zażenowaniem. Nie mogłem więc nie przeczytać. Zasiadłem, stanąłem, położyłem się, przykucnąłem, rozparłem, rozłożyłem, zwinąłem w kłębek (oczywiście nie wszystko na raz) i przeczytałem.

Pokrótce fabuła – Lem wziął się za zagadkę  meteorytu tunguskiego. Chyba większość z Was moi drodzy słyszała o tym wydarzeniu, które miało miejsce na początku ubiegłego wieku. Jeśli nie służę linkiem: TUNGUSKI METEORYT. Otóż w „Astronautach” okazuje się, że to nie był żaden kawałek skały, lecz statek kosmiczny obcych. Naukowcom zjednoczonej ludzkości udaje się rozszyfrować zapis lotu, astronomowie obliczają skąd statek przyleciał i ludzkość wybiera się z rewizytą. Okazuje się, że obcy przylecieli z Wenery (sic!), tak kiedyś nazywano Wenus. Obydwu nazw Lem używa wymiennie. Dziś Wenera odeszła w niepamięć, bo chyba kojarzy się brzydko, a Wenus została, bo kojarzy się ładnie. I dzielna załoga statku kosmicznego Kosmokrator, wyrusza w podróż na Wenus. Relację z podróży i pobytu na Wenus poznajemy dzięki wspomnieniom pilota samolotu zwiadowczego, który poleciał z naukowcami, żeby latać samolotem zwiadowczym właśnie. Pilot ten Robert Smith urodził się w Związku Radzieckim, a jest wnukiem Murzyna – komunisty (zbiegłego z USA) i dzielnej radzieckiej komsomołki (nie żartuję).  I Roberto nam właśnie opisuje co się na tej Wenus dzieje i co się tam znajduje.

Książka została napisana w 1950/51 roku. I daje się w niej czasem odczuć duch socrealizmu. Nie mogę stwierdzić na ile Lem chciał, a na ile musiał wplatać w swe opowieści wątki ideologiczne. W „Astronautach”, akcja dzieje się na początku dwudziestego pierwszego wieku. A więc teraz. Nie ma już państw kapitalistycznych, zjednoczona ludzkość kontroluje klimat, a Sahara to kraina mlekiem i miodem płynąca. Na szczęście nie ma tego za wiele i odnoszę wrażenie, że fragmenty te napisane zostały po to, aby zadowolić ówczesną cenzurę i krytyków. Niemniej śmiesznie się to czyta z perspektywy czasu.

„Astronauci” to powieść fantastyczno – naukowa z naciskiem na naukowa. Lem starannie wyjaśnia wiele zjawisk fizycznych i chemicznych. Dzięki lekturze tej książki dowiedziałem się/przypomniałem sobie czym jest reguła Oerstanda, jak wygląda przestrzeń sferyczna i  czym i dlaczego właśnie tym ludzie mogą i latają w kosmos.

Czytając tę książkę przed oczyma miałem amerykańskie filmy z lat pięćdziesiątych, z reguły klasy B, w których ludzie latają rakietami na Marsa, a tam zjada ich gigantyczna parówka. Oczywiście u Lema nie było czegoś takiego. Bardziej mam na myśli otoczkę dotyczącą wyglądu statku kosmicznego, skafandrów i ogólnie sposobu poruszania się po obcej planecie.

W „Astronautach” widać już problemy, tematy, zagadnienia, które Lem znacznie później rozwinie lepiej i głębiej. To znaczy niemożność porozumienia się z obcą cywilizacją, brak punktów wspólnych i jakichkolwiek odniesień kulturowych i emocjonalnych. Pojawia się też choć szczątkowo zagadnienie sztucznej inteligencji w postaci ogromnego Mózgu elektronowego Maraxa, który służy naukowcom do obliczeń i prowadzi Kosmokratora przez pustkę kosmiczną, a wszystko to dzięki lampom katodowym.

Szkoda, że nie znałem tej książki wcześniej. Wydaje mi się ona dobrym wstępem do rozpoczęcia przygody z Lemem. Jest to dobra powieść, zawierająca wszelkie elementy gatunku fantastyki naukowej. I przyznam się bez bicia cały czas zastanawiałem się jaki los zgotuje ludziom Lem na Wenus. Nie zawiodłem się.

P. S. I dla takich fragmentów uwielbiam czytać Lema:

“[…] Kiedy pierwszy raz powiedziałem dziewczynie, że ją kocham, nie umiałem znaleźć dość wielkich i pięknych słów dla wyrażenia wszystkiego, co czułem. Dlatego powiedziałem jej, że miłość w moim wyobrażeniu to nie sfery wysokiego lotu ani niebo, w którym tak często przebywam, ale że to jest coś takiego jak ziemia, w co można słupy wbijać, na czym można mury stawiać i domy budować.

Inna rzecz, że jej to nie przekonało.”

Eduardo Mendoza “Brak wiadomości od Gurba”

Eduardo Mendoza "Brak..."

Eduardo Mendoza "Brak..."

 Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.

Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.