Jonathan Swift “Podróże do wielu odległych narodów świata…”

Ilustracja pochodzi z polskiego wydania "Podróży Guliwera..." z roku 1842. Trochę "podrasowana" przeze mnie.

Ilustracja pochodzi z polskiego wydania “Podróży Guliwera…” z roku 1842. Trochę “podrasowana” przeze mnie.

Któż z nas nie zna nieśmiertelnych Podróży Guliwera czyli w pełnym brzmieniu tytułu Podróży do wielu odległych narodów świata, w 4 częściach, opisane przez Lemuela Guliwera, najpierw lekarza okrętowego, później kapitana kilku statków, a raczej dwóch części, które zostały dostosowane dla dziecięcych czytelników, a które większość z nas poznała w dzieciństwie. Oryginalna opowieść Swifta to znacznie więcej niż wizyta w kraju Liliputów i olbrzymów. To fascynująca przygoda i niesamowita książka. Takiej ilości zjadliwej i trafnej satyry oraz eufemistycznie rzecz ujmując niechęci do rodzaju ludzkiego dawno nie doświadczyłem.

Continue reading

Adolf Nowaczyński “Nowe Ateny: satyra na Wielki Kraków”

Strona tytułowa wydania oryginalnego.

Strona tytułowa wydania oryginalnego.

Czasem mnie ochota najdzie na takie starocie, że nawet sam się sobie dziwię.

Continue reading

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 25

Są! Przybyły! Nareszcie po niemalże dwóch miesiącach od ostatniego odcinka znów powróciły! Na szczęście literatura polska nie zawodziła i nie zawodzi i wciąż dostarcza kiepskich jakościowo produktów czy też dzieł o znikomej i wątpliwej jakości. Oczywiście pamiętajcie, że krytyk z “Wiadomości Literackich” nie był, ani nawet nie bywał nieomylnym Panem zasiadającym na Niebiańskim Tronie wśród chórów archaniołów i nie miał monopolu na prawdę.

Pisał o książkach, które jego zdaniem były najgorsze. A często robił wycieczki osobiste pod adresem autorów co podobno krytykowi nie przystoi, lecz niewątpliwie dodawało ostrości i zadziorności jego artykułom.

Mam wrażenie, że przez te dwadzieścia pięć odcinków wytwory przedwojennych literatów jakie tu prezentowano na owo miano (książek najgorszych) zasługiwały, choć nie zdobyłem się na to, aby którąkolwiek z prezentowanych książek przeczytać w całości.

Dzisiejszym bohaterem jest Kazimierz Brzeski i jego “Poezja buduaru”

Wiadomości Literackie nr 31(83), 2 sierpnia 1925.

Czytaj dalej->

Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow “Wielki Kombinator”

IMAG0624

Teraz jest rewolucja, nowy system się buduje – ten żyje kto kombinuje ! Tak mógłby sobie śpiewać Ostap Bender czyli tytułowy „Wielki Kombinator” hochsztapler, krętacz o zadziwiających standardach moralnych i jednocześnie cudownych marzeniach o Rio de Janerio i białych spodniach. Facet porusza się po Związku Sowieckim, istniejącym niespełna dziesięć lat i stara się jakoś przetrwać w systemie mocno piętnującym indywidualne podejście do robienia pieniędzy.

Wszelkie rewolucje, wszystkie zmiany, każde przeobrażenia te społeczne, ekonomiczne i gospodarcze są wodą na młyn dla wszelakich maści oszustów, złodziei, naciągaczy i tym podobnych osobników wykorzystujących naiwność ludzi i ich dobre chęci. Podobno głupich nie sieją, ale patrząc nawet na nasz polski grajdołek wstrząsany od czasu do czasu wielkimi finansowymi przekrętami (patrz afera Bursztynowego Złota) można sobie pomyśleć, że ludzi chcących szybko i łatwo zarobić, a którzy dają się oszukać zwyczajnie się produkuje w ilościach masowych.

Wracając do Ostapa – to postać kultowa w Rosji, jego powiedzonka, przygody i numery zna każdy obywatel dawnego Związku Sowieckiego. Jest to energiczny mężczyzna pod trzydziestkę, który pragnie zdobyć ogromny majątek i wyjechać do Rio de Janerio. W książce, którą przeczytałem tropi i śledzi urzędnika Korejkę, który także jest niezłym krętaczem, ale po zdobyciu majątku – ukrywa go i sam żyje za psie pieniądze w biedzie czekając na lepsze czasy. Ostap ma do pomocy cokolwiek dziwny zestaw towarzyszy i jeden samochód przesławną “Antylopę”, która pamięta chyba zamierzchłe początki motoryzacji.

Świetna satyra na społeczeństwo sowieckie, które w powieści wciąż żyje jeszcze tak naprawdę trybem przedrewolucyjnym i nadzieją na lepsze jutro. Wielkie czystki się nie zaczęły, Stalin nie mordował swoich obywateli milionami, chociaż o „czyszczeniu” jest mowa na kartach powieści. Groteska i absurd oraz spora dawka tak zwanego humoru sytuacyjnego i przede wszystkim celnych spostrzeżeń Ostapa Bendera, a dotyczących natury ludzkiej i świata całego to kawał porządnej rozrywki. Nie wiem dlaczego ta książka jest tak mało popularna w Polsce (albo mi się tak tylko zdaje).

„Wielki kombinator” jak głosi tekst z tyłu okładki to wydane pod tym tytułem dwie powieści Ilji Ilfa i Eugenisza Pietrowa „Złote cielę” i „12 krzeseł” – nie wiem jakim cudem, bo w książce, którą posiadam jest tylko jedna powieść i najprawdopodobniej jest to „Złote cielę”. Trochę mam żal do wydawnictwa, że wprowadziło mnie w błąd. Co do samego wydania też można mieć zastrzeżenia, bo sporo błędów na stronach książki się pojawiało. Książka została kupiona przeze mnie bardzo dawno temu, a wydanie jest z roku 1998. Mój Boże to już piętnaście lat temu!

Powieści dwóch panów ukazały się w Polsce przed wojną i po wojnie też. Na wspomnianej przeze mnie okładce znajduje się informacja, że wtedy (przed wojną) wydanie zostało ocenzurowane i nie było w nim fragmentu, w którym Bender kłóci się z polskimi księżmi, na tematy metafizyczne i teologiczne. Zresztą w książce jest dużo odniesień do Polski i Polaków.

Popularność pierwszej z powieści “12 krzeseł” można mierzyć również liczbą ekranizacji. Dwie powojenne sowieckie, jedna amerykańska, niemiecka, kubańska oraz przedwojenna (1933) nakręcona w koprodukcji polsko-czechosłowackiej, w której zagrał Adolf Dymsza. Dzięki dobrodziejstwu internetu oraz ludzi, którym się chce można obejrzeć sobie film na Youtube:

Aż się chce zakrzyknąć i zaśpiewać (na melodię “Chwalcie łąki umajone”):

Chwalcie filmy jutubowe
Kciuki w górę, soszial mediowe
Chwalcie śmieszniutkie filmiki
Gify, demoty i głupie grafiki

Tymże jakże bodajże śpiewanym pod ołtarze akcentem zakończmy  na dzisiaj. I jedno zdanie na koniec. Wprost z “Wielkiego Kombinatora”:

Godzina dozorców już minęła, godzina dostawczyń mleka jeszcze nie wybiła.

Jan Stanisław Bystroń “Komizm”

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKomizm. Czym jest komizm? Definicja słownikowa bardzo łatwo charakteryzuje nam termin komizm jako: 

zdarzenie życiowe lub sytuacyjne, a także właściwość dzieła literackiego lub dzieła sztuki, skłaniające odbiorcę do wesołości i śmiechu, eliminujące negatywne odczucia, takie jak strach, litość, odraza itp. Literacki komizm występuje np. w satyrze, pamflecie, komedii, paszkwilu, farsie, burlesce, trawestacji, grotesce, ironii, dowcipie, żarcie itp.

Mamy więc jasność? Teoretycznie tak, ale z doświadczenia wiem i Wy też pewnie wiecie, że różne rzeczy różnych ludzi śmieszą. Jeden będzie się zaśmiewał z wulgarnego dowcipu o dupie Maryni, drugi z niesmakiem odwróci wzrok i charakterystycznie westchnie nad upadkiem moralnym ludzkości. Ktoś powie, że Monthy Python jest zwieńczeniem i ostateczną  formą humoru absurdalnego oraz brytyjskiego, drugi powie, że to banda pederastów lubiących przebierać się za kobiety. Tacy są ludzie i tak różne są ich charaktery i wrażliwość na różnego rodzaju humor. Dlatego też Jan Stanisław Bystroń pisze we wstępie do swego dzieła:

Teorią komizmu zajmowałem się od szeregu lat. Doradzali mi nieraz znajomi, abym porzucił błahy i mało poważny temat. Nie rozumiałem co prawda nigdy, dlaczego praca nad teorią komizmu ma być czymś mniej poważnym od np. teorii tragizmu, ale ostatecznie pogodziłem się z tym, że wielu rzeczy nigdy nie zrozumiem; co zaś do dobrych rad, to przestałem się nimi przejmować. Zajmowałem się dotychczas dość rozmaitymi zagadnieniami; otóż — o ile pamiętam nie było chyba tematu, którego by mi z różnych stron nie odradzano.

 

W książce niniejszej nie cytuję literatury przedmiotu, nie daję aparatu krytycznego, nie demonstruję erudycji. Czytałem to i owo z obszernej literatury teoretycznej, poświęconej komizmowi ; bardzo często miałem wrażenie, być może niesłuszne, że tematem tym zajmowali się ludzie, którzy nigdy w życiu się nie śmiali. Świadomie więc nadaję książce ton popularnego wykładu ; będę się cieszył, jeżeli czytelnik nie zauważy tych trudności, które na każdym niemal kroku stawały przede mną.

 

Oczywiście, nie mam żadnych złudzeń co do tego, że ogromna większość czytelników będzie traktowała niniejszą książkę jako zbiór mniej lub więcej wesołych opowiadań zabawnych konceptów. Niech i tak będzie ! Jeśli teoria okaże się chybiona, to niech przynajmniej książka w tej niezamierzonej roli okaże się przydatna. Tyle jest książek na świecie, i to z najbardziej dostojnymi tytułami, z których nawet takiego pożytku nie ma!

Zakopane, w lecie 1938.

Już po samym wstępie można nabrać sympatii do autora. A sympatia wzrasta w trakcie lektury jego dość monumentalnego dzieła liczącego sobie prawie sześćset stron w opasłym tomisku. Nie czyta się tej książki jednym tchem, w ciągu jednego lub kilku wieczorów. Ja ją sobie podczytywałem i za każdym razem odkrywałem nowe smaczki, nowe ciekawostki i bogactwo polskiej literatury od czasów średniowiecza do lat trzydziestych dwudziestego wieku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że książka ukazała się w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym.

Zaprawdę powiadam Wam pan Bystroń wziął na warsztat wszystkie rodzaje humoru: słowny, sytuacyjny, rysunkowy podzielił to jeszcze na inne kategorie jak humor przeciwieństw, groteskę, absurd i wiele, wiele innych. Nie wiedziałem, że dawna polska literatura obfitowała w tak ciekawe i wciąż (w większości przypadków) śmieszne przykłady tak wielu rodzajów humoru.

Bystroń starannie i w ciekawy sposób analizuje różne zjawiska, które prowadzą do powstania sytuacji, zdarzenia, gry słownej, które śmieszą. Sypie jak z rękawa anegdotami i dygresjami, przykładami z życia i z literatury. Dużo jest humoru żydowskiego, niemieckiego, książka pisania w międzywojniu w taki humor siłą rzeczy musiała obfitować. Widać także, że Bystroń pisał dla wykształconych ludzi, bo łacińskich sentencji nie tłumaczy, niemieckich także. Cóżem ja się namęczył, żeby posprawdzać niezrozumiałe zdania, bo łacinę to ja znam, ale tylko taką podwórkową.

Jak już wspomniałem lektura książki nie należała do błyskawicznych, ale to bardzo dobrze. Poleciłbym zwłaszcza polonistom, ale przeczytać możecie tylko w Czytelniach, bo książka jest sprzed wojny i raczej większość bibliotek nie wypuszcza książek przedwojennych na świat zewnętrzny. To  była naprawdę ciekawa i wielce pouczająca książka. A teraz będąc tym osobnikiem, który tylko dostrzegł pikantny humor w książce – kilka przykładów dla Was:)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jest tego znacznie więcej i w głównej mierze króluje dowcip pisany, ale postanowiłem Wam dawkować, cobyście nie pękli ze śmiechu.

Ferdynand Goetel “Ostatni bój” – fragment

Na czwartkowe popołudnie fragment z “Humoresek” Goetla. Dość ciekawy i zabawny moim zdaniem. Grupa statecznych obywateli spotyka się by powspominać studenckie czasy. Z tęsknotą patrzą na przeszłe lata, gdy brali udział w licznych burdach pod wodzą niejakiego Augusta, który swą laską rozganiał tłumy. Na szczęście lub nieszczęście spotykają Augusta w eleganckiej restauracji. Wraca dawnych wspomnień czar.

Uwaga! Pisownia oryginalna!

“- Dość! – przerwał – siadać tyłem do sali i ani słowa więcej!

Wykonaliśmy rozkaz automatycznie, pomimo że sroga pasja jęła pożerać nasze serca. Skoro jednak batutę popisu obejmował August, mogliśmy być pewni zadośćuczynienia.

– Jak tam manometr? – spytał pożądliwie Kusz.

— Idzie wgórę! – odparłem sprawiedliwie.

Żyłka na czole Augusta spęczniała rzeczywiście wybitnie, i dziwić się nie było czemu, gdyż hałas, jaki dopiero teraz rozniósł się po sali, mógł wyprowadzić z równowagi baranka. Publiczność, oceniwszy nasz odwrót, jako akt tchórzostwa, puściła wodze najboleśniejszym obelgom… Serce bolało, dłoń świerzbiała, dusza rwała się do czynu.

– August! przecież to już! – nie mógł zdzierży Kusz.

– Cicho! – syknął August – zamówić dwie tury piwa w grubszem szkle! – zakomenderował krótko.

Nie było już żadnych wątpliwości! August panował nad sytuacją i niezachwianą dłonią wodza prowadził ją do klasycznego rozwiązania. Zamówienia na piwo nie wykonano coprawda. Kelnerzy albo pochowali się po zakamarkach lokalu, albo przechodzili mimo nas głusi i niemi. Właściciel baru jakgdyby się zapadł pod ziemię.

Wówczas August powstał w całej swej okazałości, przeszedł do szynkwasu, zdjął z lady świeżo odbity antał piwa i trzymając go wysoko nad głową, podobny do Atlasa dźwigającego kulę ziemską, szedł ku nam przez salę. Cisza towarzyszyła mu przytem zupełna, gdyż na sali odczuto już powagę położenia.

Postawiwszy antał na stole, powrócił po szkło. Tym razem musiało coś zajść koło szynkwasu, gdyż bufetowy, po krótkiej wymianie zdań z Augustem, znikł nagle z pola widzenia.  Ha! i jakiś kelnerzyna próbował nieopatrznie zastąpić Augustowi drogę. Padł, nie wydawszy słowa pod stół. — „Polic…” — wrzasnął histerycznie ktoś z publiczności i…. umilkł, sparaliżowany spojrzeniem Augusta.

Zaopatrzeni w piwo i szkło, rozpoczęliśmy biesiadę. Obowiązek szynkarza objął Pafcio. Spłókał bomby piwem, a zlewki strzyknął za siebie na salę. Pierwszą kolejkę wylaliśmy na rozkaz Augusta do akwarjum, w którem pląsały się tłuste karpie pana restauratora. Drugą do palmy restauracyjnej. Trzecią postawiliśmy przed sobą dla prywatnego użytku, poczem już rozpoczęliśmy rozmowę o rzeczach błahych: o pogodzie, ciężkich czasach, o Lidze Narodów i ostatnich premjerach teatralnych. Bliskość niechybnej awantury uspokoiła i otrzeźwiła nas zupełnie. Wraz z nami przycichła i sala, lecz w ciszy tej czaiła się rzeczowość przygotowań do wypadku, który miał nastąpić tuż, tuż. Nie patrząc nadal za siebie, przecież łowiliśmy bystrem uchem wszystkie znaczące odgłosy i szmery, jak hałas przesuwanych krzeseł, zduszone narady, gorączkowe podjudzanie i zachęcanie się wzajemne. Po chwili uczuliśmy zbliżający się ku nam mur ludzkich ciał. Gromadny szurgot krzeseł świadczył, iż równocześnie powstała cala sala.

– Pierwsze słowo mam ja! — uprzedził August, zarzucając na dłoń pętle od laski.

– Tarararitata! – nerwowo zanucił Pafcio. Kusz wciąż jeszcze mówił o premjerze, a Kałataj o jenerale Wu-Pei-Fu. Obaj trzymali jednakże kurczowo za trzonki od kufli. Morela z niejasnych powodów obmacywał nogę od stołka. De Bajo przybladł wybitnie i siedział nieruchomo zapatrzony w swe paznokcie. Podziwiałem go niezmiernie, sam bowiem wierciłem się na krześle nieprzyzwoicie, zdradzając niepokój, który mi pierś rozsadzał.

Aż oto dostrzegliśmy, jak dwie ohydne, obnażone łapy spoczęły na ramionach Augusta. Strzepnął je, powstał i odwrócił się. Powstaliśmy i my. Przed nami stało półkole ludzi, z bufetowym i znieważonym kelnerem pośrodku. Obok nich z prawej jakiś roznamiętniony inteligent o twarzy urodzonej do przebywania pod stołem, z lewej impetyk i starosta. Ztyłu gąszcz obywatelski, z tych, którzy nie wiedzą co czynią, z flanków znowu kelnerzy i nawet paru parobków.

– Czego? – spytał August, oparłszy się swobodnie o lagę.

– Imieniem pra… pracowników gastronomicznych – rozpoczął febrycznie kelner centralny – obrażonych praco… pracowników… wzywamy panów…

–  Cicho! – przerwał mu August – Niech gada kto inny!

–  Kiedy ja właśnie… z upoważnienia…

– Milczeć! – huknął August – już wiem! – Następny! — zwrócił się do nieznanego inteligenta.

 — Pan sobie nie zdaje sprawy, do kogo pan się zwraca – syknął inteligent — jestem poseł…

– Dość! — uciął August.

– Jestem poseł – pienił się inteligent.

 — Już!

– Jestem poseł!.. — nie dokończył, gdyż  August końcem laski przycisnął mu but.

 — W takim razie to już ja pogadam z panem! — wysunął się apoplektyk. – Pan sobie za dużo pozwala, my tu pana… my z panem…

– Psst! ani słowa więcej!— zadławił go August, czyniąc jeden krok naprzód. Napastliwa falanga odstąpiła o tyleż wstecz, pozostawiając na froncie apoplektyka, który, czerwony straszliwie, charczał cos niezrozumiałego.

Był to właściwie moment, który mógł popsuć wszystko. August przeciągał strunę zbył silnie, siejąc postrach większy, niż wzbudzał gniew.

Tymczasem stała się rzecz nieoczekiwana. Mianowicie jeden parobas, z wyglądu półidjota, ulegając naiwnemu impulsowi serca, rzucił się zboku niespodzianie na de Baja. Ów odepchnął go ze straszliwą abominacją arystokraty w sam środek czeredy. Co się zatem potem stało, niesposób ustalić. Wiem tylko, iż koło ucha świsnął mi kufel Kałataja, wymierzony w bufetowego, poczem w najbliższem polu widzenia ujrzałem jakąś bezmyślną twarz, w którą palnąłem naodlew i…. i cóż? Usłyszałem jeszcze Pafciowe „tarararitata” – ktoś poderwał mi nogi, upadłem, powstałem natychmiast i wzamian ktoś upadł koło mnie. Jakaś dłoń, zdaje się, że Kałataja, wepchnęła mi w rękę nogę od stołka, kłoś ryknął mi w ucho „bij”…  Biłem! i mnie bito, lecz z większem chyba sercem biłem ja, gdyż posuwałem się naprzód.

Wysoka szkoła bitki, którą przeszedłem ongi w służbie Augusta, jęła mi zwolna kierować ręką i ruchami ciała. Rażąc uważnie i uskakując przezornie, zacząłem przedzierać się przez tłoczący się dokoła mnie tłum metodycznie i uparcie, aż wreszcie trafiłem na puste miejsce koło drzwi wejściowych. Rozejrzałem się. Wielki Boże! sytuacja na sali zmieniła się doniepoznania! W środku kłębił się tłum ludzi nad którym wirował buzdygan Augusta. Zprawa na bufecie stali Kusz i Pafcio, atakowani przez pracowników gastronomicznych. W rękach mieli jakiś oręż szczególny, jak się okazało później, suchą kiełbasę. De Bajo znów poczynał trzonkiem od pompy piwnej, którym z widoczną odrazą młócił w kącie bufetowego. Kałataja i Moreli nie mogłem dostrzec.

Ogółem rzecz biorąc, przewaga była pa naszej stronie. Tłum walczył z nami bez przekonania, wiele osób zdradzało w bójce rozterkę wewnętrzną i niezdecydowanie, znak zabójczej w takich razach refleksji. Niektórzy wprost obijali się po sali, jak lunatycy.

– Przepraszam pana, co się tu dzieje? – podszedł do mnie jakiś jegomość.

– Zaraz panu wyjaśnię! – odparłem, kropiąc go kijem w łeb. Zrozumiał widocznie, gdyż schował się pod stół. Cóż miał robić?

Gdym ruszył ponownie w wir walki, kolumna atakująca Augusta już się chwiała. Pojawienie się moje na tyłach złamało ją zupełnie. Jeszcze chwila – a zgraja wrogów rzuci się tłumnie ku drzwiom.

– Nie puszczać! – wrzasnął do mnie August, ukazując laską na drzwi. Pojąłem, iż nie chce jeszcze kończyć bójki, i natarłem z furją na prącą na mnie rzeszę. Byłbym może nie wytrzymał, ale dopomógł Morela, który nagle wypłynął w mem pobliżu. Wspólnie odrzuciliśmy ich na bufet, skąd spadły na nich razy Pafcia i Kusza. Pobiegli ku środkowi sali, gdzie zmacał ich sam August swym drągiem. Osaczeni nabrali jednak zajadłości i mocy. Drugi atak na drzwi został odparty z mozołem, choć broniło ich już nas trzech. August, wszedłszy z nami w styczność ponowną, widziałem, chwycił już laskę za cieńszy koniec. Bój dopiero teraz nabierał pełnego oddechu.

W jakiej porze zawalił się bufet, kiedy prysnęło akwarjum i runęła palma, nie mogę już ustalić, gdyż możność obserwacyj stawała się coraz to mniejsza. Raz po raz doskakiwał ktoś do mnie z wściekłością a ja replikowałem z całej duszy. Demon bitki rozszalał się na sali, jak płomień pożaru. Walczyłem z rozkoszną automatycznością cietrzewia, nie czując bólu i nie przypuszczając, iż go sam zadaję. Ręce me zamieniły się w cepy demona burdy, łeb w skałę, mózg w głownię butli lejdejskiej. Towarzyszów swych nie dostrzegłem już wcale, a skoro w gorszych chwilach wsparła mnie czyjaś bratnia dłoń, nie zadawałem sobie nawet trudu na stwierdzenie, kto to.

Byłem już napół przytomny, gdy nagle ztyłu dwie pary silnych ramion chwyciły mnie wpół. Rzuciłem się… i już nie mogłem.

-Policja! -stwierdziłem tylko, rzuciwszy okiem na opasujące mnie rękawy, i wpadłem stan zupełnego odrętwienia.

Do komisarjatu udałem się spokojny i cichy już, jak baranek. Byłem strasznie zmęczony i, bądź co bądź, nadwerężony na ciele i zachwiany na umyśle. Kiedy komisarz, spisujący protokół, zapytał mnie zdumiony: „Jakto, to pan, panie redaktorze?” – machnąłem tytko ręką na znak, aby nie zadawał nużących pytań. Podpisawszy protokół, patrzałem mętnem okiem, jak kolejno przyprowadzono do komisariatu Pafcia, Kusza, Morelę, a wkońcu Augusta. Wydawało mi się to zupełnie naturalne i jedyne w naszem położeniu. Nie mogłem zato pojąć, dlaczego prócz kolegów przyprowadzono również cały szereg osobistości obcych, prawdopodobnie z obozu nam przeciwnego. Do domu wróciłem nad ranem, wypuszczony aż do „dalszego postępowania” wraz z innymi.

Nazajutrz zbudziłem się, oczywiście, w stanie straszliwej depresji moralnej, postarzały o cały okres lat dzielący mnie od godziny śmierci. Bohater w dniu wczorajszym, uważałem się dziś za matołka, figurę nikczemną, lekkomyślną i głupią nad wszelki wyraz. Nie był to już przesadny pesymizm, z jakim oceniamy zazwyczaj szczególniejsze wypadki naszego życia, bezpośrednio po ich narodzinach, ale stan zupełnej abominacji do siebie i towarzyszów przygody. O Auguście myślałem ze wstrętem, przeklinając chwilę spotkania z tym kryminalnym zabijaką, z pogardą wspominałem tępego Morelę, nadętego de Bajo, bezmyślnego Pafcia, ordynarnego Kusza i kretynowatego Kałataja, z którymi nie łączyła mnie przecież żadna godziwa nić wspólnoty. Na temat następstw awantury snułem posępne domysły zdecydowany nietylko na przyjęcie każdego wymiaru sprawiedliwości, ale i na ekspiację osobistą w najsurowszej postaci. Po odsiedzeniu kryminału – marzyłem boleśnie – wyprowadzę się z miasta, wezmę rozwód i gdzieś, na prowincji głębokiej, oddam się całkiem prostym zajęciom, np. ogrodnictwu, pszczelarstwu, rybołówstwu. Może nawet wstąpię do klasztoru, bo to byłoby najprostsze.

 Akt skruchy, spełniony w ten sposób, rozrzewnił mnie i umocnił duchowo. Kazałem sobie przynieść gazety, przekonany, iż na pierwszej stronie ujrzę afiszowo ujęły opis wczorajszej awantury. Jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy w najpopularniejszym w mieście dzienniku narodowym znalazłem jedynie w kronice krótki artykulik p. t.: „Nieprawdopodobna awantura”, w którym sucho i ogólnikowo, nie wymieniając nazwisk, podano wiadomość o wczorajszych wypadkach. Już chciałem przypisać to późnemu otrzymaniu relacji, gdy nagle olśniła mnie myśl, iż przecież Pafcio ma główny udział w tem wydawnictwie.

Drżącemi rękoma sięgnąłem po organ chrześcijańsko-zachowawczy, którego poważna opinja odgrywała w mieście rolę moralnego trybunału. Znów wzmianka niewielka, na szarym końcu gazety zatytułowana kojąco: „Czyżby akt zbiorowego szału? – Ha!… przecież de Bajo był głośnym i wpływowym w całym kraju sodalisem!

Jeszcze organ robotniczy – niemal nic. Kusz! – niezawodny Kusz! – prezes syndykatu metalowców!

Nagła otucha wstąpiła w serce moje. Do licha! nie byliśmy przecież smarkaczami! Każdy z nas zajmował w społeczeństwie stanowisko godne i wpływowe, i mógł liczyć na opiekę, miał nawet prawo do opieki z jego strony. Trudno przecież, aby przez jeden wybryk, rzeczywiście i nieprawdopodobny, i psychicznie niewytłumaczalny, ucierpiał ład publiczny i wyższa logika społecznego trybu życia, nad którą pracowaliśmy ofiarnie wraz z innymi!

Chodziło tylko o rząd, ściślej mówiąc, o policję, lecz mieliśmy pono rząd rozumny, dbały o kontakt ze społeczeństwem, urzędników policyjnych wytrawnych, patrzących wdal i świadomych, iż upokorzony dziś obywatel może jutro zgarnąć, jak nic, dostojną tekę ministra.

Jak sprawa ta rozpłynęła się „po kościach”— nie będę już opisywał. W przeciągu trzech dni po awanturze stałem się znowu rzeczywistym i pełnowartościowym członkiem społeczeństwa. Wraz ze mną Morela, de Bajo, Kusz, Kałataj i Pafcio, z których każdy na swoją rękę rozwijał działalność sanacyjną.

A August?… Nie śmiałem nawet pytać o Augusta. Zdawało mi się, iż w sprawie naszej jest to element nie do uratowania, element, z którym musi nawet skończyć społeczeństwo, pomimo wszelkie sentymenty osobiste niektórych swoich członków. Tak jest! opuściłem Augusta i czułem, że to samo uczynili inni.”

Ferdynand Goetel “Humoreski”

Ferdynand Goetel "Humoreski"

Wiecie czasem tak bywa, że jedno przeczytane zdanie, jakaś krótka notka może doprowadzić do odkrycia czegoś ciekawego, czegoś niespodziewanego. Ja tak miałem z Ferdynandem Goetlem, o którym znalazłem informację w „Fantastyce” z roku 1984. Mieli tam rubrykę o polskich pisarzach fantastycznych i podciągnęli pod nią Goetla, który napisał groteskowo – fantastyczną sztukę komediową „Król Nikodem”. Niestety egzemplarza sztuki nie miałem u siebie w bibliotece, ale miałem „Humoreski”.

Przyznam się bez bicia, że nie miałem pojęcia o istnieniu tego pisarza, który przed wojną był bardzo znany i popularny, a po wojnie na emigracji również odegrał znaczącą rolę. Biografia Goetla jest niezwykle barwna, ciekawa, pełna niejasności i wątpliwości. Poczytałem sobie trochę o nim i muszę przyznać, że mam ochotę przeczytać inne jego książki.

„Humoreski” wybrałem, bo tytuł ciepło kojarzyłem z niedawno przeczytanymi „Humoreskami” Capka. I nie zawiodłem się. Co prawda może tematyka historyjek Goetla jest inna, inaczej są pisane, ale skrzą się podobnym humorem i ironią. Dziś „Humoreski” to świetny zapis fragmentów międzywojennego życia, widzianego oczyma literata.

„Ostatni bój” to przezabawna opowiastka o tęsknocie za młodością,  autorytetami oraz zwykłym mordobiciem. Grupka statecznych i szanowanych obywateli nieznanego nam miasta (Kraków pasuje idealnie) spotyka swego dawnego kompana z lat studenckich. I razem wyruszają w tytułowy „ostatni bój” w jednej z restauracji. Dramatyczna akcja, barwne opisy, napięcie i zaskakujący finał – to wszystko (oczywiście z przymrużeniem oka) dostaniemy w tej historyjce.

„Dziecko, które zabili” – męki twórcze literata i pisarza lub dramaturga (zależy kto dzwoni z ofertą wydawniczą). Satyra na środowisko pisarskie, aktorskie, teatralne, wydawnicze. Świetnie napisana z autoironicznym zacięciem oraz sporą szyderą ze środowiska.

 „Z teki redaktora sportowego” – Goetel opisuje zapewne z własnych doświadczeń ciężki los redaktorów gazety sportowej, którzy muszą zmagać się zarówno z konkurencją jak i ze sportowcami, mającymi ambicje dziennikarskie. Co gorsze zatrudniając korespondentów z mniejszych miast niechcący wywołają zamieszki. Dziennikarze – od zawsze wszystko wyolbrzymiali, od zawsze byli nierzetelni i z wybujałą wyobraźnią.

„Mój mąż umiera” – ech, kobiety, kobiety. Co robi piękna Rosjanka, która męża ma w stanie agonalnym? Ano wybiera się na spacery z urzędnikiem, który do niej maślane oczy robi. Niestety chłop jest zbyt uczciwy i porządny, żeby wychwycić wszystkie sygnały jakie Rosjanka mu przekazuje. Tym sposobem przechodzi mu koło nosa okazja do bardzo miłego spędzenia czasu z ponętną kobietką, która jak tylko mąż wyzdrowieje natychmiast zapomina o urzędniku.

 „Humoreski” to świetny zbiorek bardzo dobrze napisanych krótkich opowieści. Błyskotliwe, zabawne sytuacje. Satyra na dobrze znane autorowi środowisko artystyczne, pisarskie międzywojennej Polski. Bawiłem się wyśmienicie podczas lektury, która w ogóle nie wydawała mi się pokryta patyną czasu i zatęchła. Może poza pewnymi manierami słownymi charakterystycznymi dla międzywojnia. Ogólnie Goetel dał radę, nawet po tylu latach.

Sergiusz Piasecki “Zapiski oficera Armii Czerwonej”

Sergiusz Piasecki "Zapiski oficera Armii Czerwonej"

Sergiusz Piasecki “Zapiski oficera Armii Czerwonej”

Nie będę poruszał tutaj tematów, które obecnie zajmują wszystkie media. Powiem tylko, że opinia jest jak dupa i każdy ma swoją.

Chciałbym napisać o książce, którą skończyłem czytać dosłownie przed chwilką. Zanim będzie o książce to troszkę o autorze, czyli Sergiuszu Piaseckim. Człowiek ten urodził się na początku 20 wieku na Białorusi. Już na starcie nie miał lekko bo był nieślubnym dzieckiem szlachcica. Przeżył rewolucję w Rosji, walczył w wojnie polsko – bolszewickiej (po naszej stronie :). Później był przemytnikiem, pracował w naszym wywiadzie na kresach. Narkoman, hulaka, za napady z bronią w ręku skazany na śmierć. Wyrok zmieniono na 15 lat ciężkich robót. W więzieniu zaczął opisywać swoje awanturnicze przygody. To tam powstał “Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” – książka, która przyniosła mu popularność. Po wojnie ścigany przez UB, osiadł w Anglii gdzie dalej pisał. Zmarł na raka w 1964 roku. Aż dziw mnie bierze, że o nim wcześniej nie słyszałem. Ano taki ze mnie oczytany człowiek. Żywot Sergiusza starczyłby dla kilku ludzi.

“Zapiski…” to satyra na sowiecki “Way of life”. Treść książki stanowi dziennik oficera Armii Czerwonej, który jest zapisem jego przygód podczas II wojny światowej. Książka w ironiczny, sarkastyczny obficie podlany czarnym humorem sposób rozprawia się z mentalnością ludzi wychowywanych w Związku Radzieckim. Autor obnaża schematyczne myślenie, głęboko zakorzeniony strach i nienawiść do wszystkiego co nie sowieckie. Uwypukla mechanizmy propagandy radzieckiej, która skutecznie potrafiła zaćmić umysły poddanych Stalina.

Główny bohater to “WYKSZTAŁCONY” przez radzieckie szkoły oficer, który jest zwyczajnym chamem, brak mu ogłady towarzyskiej. Ale nie brakuje mu sprytu i inteligencji. Ale jeśli mówimy o inteligencji to takiej, która pozwala mu przetrwać, dostosowywać się do zaistniałej sytuacji. Zubow bije pokłony temu kto wydaje mu się silniejszy – Stalin, Hitler a nawet Sikorski nie robią mu różnicy liczy się tylko fakt, kto w danej chwili jest silniejszy i przy kim można mieć pewność, że się przeżyje. Jego spaczone spojrzenie na świat każe dopatrywać się w każdym szpiega, sabotażysty i ogólnie element wywrotowy, zagrażający trwaniu Czerwonego Imperium. Pozornie budzący sympatię, okazuje się jednak zwykłym mordercą i skurwysynem.

Ogromnym plusem książki jest język. Pozwala on wczuć się w tok myślenia Zubowa, jego pokrętnej, wypaczonej logiki. Takim językiem posługuje się człowiek od dziecka musztrowany, poddawany praniu mózgu.

Co mnie trochę drażniło to przesada w drugą stronę – pokazanie jacy Ci Polacy są zajebiści i w ogóle. Pomogą nawet największemu wrogowi, bo tak im nakazuje chrześcijański obowiązek.

Książka świetna, czyta się bardzo dobrze, wywołuje często śmiech, jest po prostu zabawna. Książka oprócz uśmiechu wywołuje również zadumę. Opisuje bowiem wydarzenia dla Polaków smutne i tragiczne. Jest to taki śmiech przez łzy.

Na koniec zacytuję sam początek bo jest on reprezentatywną próbką języka całej książki:

“Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra. Lecz nie ma siły na świecie, która by powstrzymała żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej, idących dumnie i radośnie wyzwalać z burżuazyjnego jarzma swych braci: chłopów i robotników całego świata”