“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 31

Biblioteka słowiańska w New York Public Library. Źródło: https://flic.kr/p/5JQ9UC

Biblioteka słowiańska w New York Public Library. Czy czytano tam pana Barwickiego? Źródło: https://flic.kr/p/5JQ9UC

Po ponad pół roku blogowej ciszy, wróciły! Znalazłem kolejną “książkę najgorszą”! A przynajmniej artykuł tak zatytułowany.

Dzisiejszy wpis sponsoruje pan Barwicki Mieczysław i jego Wskazania moralno – etyczne ku uporządnieniu człowieka.

Continue reading

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 30

Tytuł książki omawianej to "Rusałka". Macie więc wiślaną rusałkę autorstwa Krystyny - Szalewskiej - Gałdyńskiej. Źródło: http://kpbc.umk.pl/dlibra/doccontent?id=75051

Tytuł książki omawianej to “Rusałka”. Macie więc wiślaną rusałkę autorstwa Krystyny – Szalewskiej – Gałdyńskiej. Źródło: http://kpbc.umk.pl/dlibra/doccontent?id=75051

Hej, odnalazłem po długiej przerwie kolejny odcinek “Książek najgorszych”. Z licznika jaki zawarłem w tytule widać, że to już trzydziesty raz jak przytaczam Wam “perły” literatury polskiej okresu międzywojennego.

Dzisiaj Stefan Krzywoszewski i jego “Rusałka”

Wiadomości Literackie nr 4, 24 stycznia 1926 roku.

Continue reading

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 29

Się czasem rubryka o nazwie “Książki najgorsze” skryje pod innym tytułem. Na szczęście Charlie uważny bywa i taką książkę hyc! Przyuważy i dla Was drodzy czytelnicy do czytania przygotuje.

Tym razem recenzent wziął na warsztat dramat pana Kazimierza Brończyka Hetman Stanisław Żółkiewski.

Wiadomości Literackie nr 93, 11 października 1925 roku.

Czytaj Dalej->

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 28

I kolejny odcinek “Książek najgorszych” – nie było lekko w międzywojniu i każdy literat starał się wydawać jak najwięcej i jak najczęściej. Niestety bardzo często byli oni później smagani bezlitosnym biczem w “Wiadomościach Literackich”. Tak jak pan Józef Maciejowski i jego “Kobietka. Aforyzmy — Uwagi — Myśli.”

 Wiadomości Literckie nr 34(86), 23 sierpnia 1925 roku.

WL_1925_nr34(86)_dn23VIII_najgorsze_kobietka

Czytaj dalej ->

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 27

Obrodziło w sierpniu roku tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego książkami, które w “Wiadomościach Literackich” zyskały niesławny przymiotnik “najgorsze”. Zaiste powiadam Wam, że ludzie garnęli się do piór tak samo chętnie jak obecnie garną się do klawiatur.

Pan Maciej Lutecki i jego książka “W odmęcie łez i krwi”!

Wiadomości Literackie nr 33(85), 16 sierpnia 1925 roku.

WL_1925_nr33(85)_dn16VIII_najgorsze_krwi

Czytaj dalej ->

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 26

Hej! Ku mojej radości i uciesze już w następnym numerze “Wiadomości Literackich” pojawiły się “Książki Najgorsze”. Mam tylko nadzieję, że ten wysyp będzie trwał jak najdłużej. Choć z drugiej strony jeśli będziemy mieć taki wysyp książek najgorszych to nie za dobrze będzie ten fakt świadczył o literaturze międzywojnia (taki żart).

Dzisiaj bracia Franciszek i Marian Kolasińcy i ich dramat “Na zgliszczach”.

Wiadomości Literackie nr 32, 9 sierpnia 1925 roku.

Czytaj dalej->

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 25

Są! Przybyły! Nareszcie po niemalże dwóch miesiącach od ostatniego odcinka znów powróciły! Na szczęście literatura polska nie zawodziła i nie zawodzi i wciąż dostarcza kiepskich jakościowo produktów czy też dzieł o znikomej i wątpliwej jakości. Oczywiście pamiętajcie, że krytyk z “Wiadomości Literackich” nie był, ani nawet nie bywał nieomylnym Panem zasiadającym na Niebiańskim Tronie wśród chórów archaniołów i nie miał monopolu na prawdę.

Pisał o książkach, które jego zdaniem były najgorsze. A często robił wycieczki osobiste pod adresem autorów co podobno krytykowi nie przystoi, lecz niewątpliwie dodawało ostrości i zadziorności jego artykułom.

Mam wrażenie, że przez te dwadzieścia pięć odcinków wytwory przedwojennych literatów jakie tu prezentowano na owo miano (książek najgorszych) zasługiwały, choć nie zdobyłem się na to, aby którąkolwiek z prezentowanych książek przeczytać w całości.

Dzisiejszym bohaterem jest Kazimierz Brzeski i jego “Poezja buduaru”

Wiadomości Literackie nr 31(83), 2 sierpnia 1925.

Czytaj dalej->

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 24

Ha! I na wtorkowy, październikowy dzionek (w Krakowie słonecznie jest) “Książki najgorsze”!

Dzisiaj będzie o książce “Nowy pogląd na przyrodnicze skarby świata. Ustrój fizjologiczno – psychiczny” napisanej przez pana Franciszka Małysza.

Wiadomości Literackie nr 21, 24 maja 1925 roku

Nie wiem jak odczytujecie rubrykę, ale tutaj “druk ekranu” (taki żarcik) jest całkiem spory i raczej nieczytelny dlatego polecam transkrypcję:)

WL1925nr21dn24V_najgorsze

Książki najgorsza

 

“Nowy pogląd na przyrodnicze skarby świata. Ustrój fizjologiczno – psychiczny”. Napisał Franciszek Małysz. Cieszyn, 1917.

Jest to jedna z tych książek, które się nie starzeją: jak była w r. 1917 najgorszą polską książką, tak też i pozostała najgorszą w r. 1925, pomimo tylu złych książek, które nadrukowano od tego czasu.

Niech książka p. Małysza mówi zresztą sama za siebie. Cytuję najpierw część rozdziału zatytułowanego „Ręce szóstym zmysłem głównym”. „Nauka przyjęła dotychczas pięć zmysłów u człowieka… Szóstym — i to głównym zmysłem, są bezsprzecznie „ręce” — które znowu pięcioma odrębnymi jakby eks-zmysłami są obdarzone, i które tu w następującym porządku podaję: 1) zmysł uzupełniający dotyk, 2) zmysł mistrzowski, 3) zmysł muzykalny, 4) zmysł dźwigni, 5) zmysł równowagi.

„Pierwszy ten eks-rączy (!) zmysł, możnaby nazwać uzupełniający dotyk, ponieważ… człowiek może się całem ciałem drugich ciał dotykać, lecz czyni (!) to bardzo niedołężnie, a rękami uzupełnia on tę czenność (!) w bardzo łatwy sposób.

„Drugi zmysł byłby „zmysł mistrzowski!” Zmysł ten sam w sobie się rozumi (!), są to ręce same, które przy pomocy mózgownicy wszelkie sztuki i największe dzieła świata wyrzeźbiły.

„Trzeci zmysł muzykalny”. Zmysł ten aczkolwiek jest też (!) od słuchu zależny, to jednakowoż największą rolę w tej czynności odgrywa ręka, — a względnie palce, ponieważ ta sama ręka, która przedewszystkiem instrument wykonała, uzupełnia też całą technikę muzykalną, a ucho tworzy tylko melodyjną całość. Ręka potrafi nawet bez słuchu mechanicznie różne głosy i kawałki odegrać, a słuch sam bez ręki w muzyce jest martwy. Jest niezbity dowód, że prawie cały zmysł muzykalny w rękach się znajduje.

„Piąty „zmysł równowagi”. Ręce mają jeszcze w swym posiadaniu jeden ważny czennik (!), a mianowicie równoważnik. Nauka poczeniła (!) spostrzeżenia u zwierząt morskich „chełbi” i odkryła u nich szósty zmysł równowagi; natomiast zapomniano zupełnie o człowieku „lino-skoczku”, który również tem (!) zmysłem równowagi jest obdarzony. Człowiek po linie chodzący, reguluje ruchy nóg rękami i utrzymuje cały swój ruchomy ciężar w równowadze. Cyklista, jadący na rowerze, reguluje znowu cały swój — i roweru ciężar nogami w biegu, – coby miało świadczyć o dalszym jego zmyśle, ale ponieważ w tej czynności rowerowej są pomocne ręce, — a w chodzeniu po linie są one głównem (!) czynnikiem równowagi, dlatego wypada cały ten zmysł równowagi na nie przenieść”.

Inny rozdział traktuje o darwinizmie. Jako człowiek prawdziwie „moderne” p. Małysz jest przeciwnikiem Darwina. Ale stanowisko swoje uzasadnia w sposób szczególny; mniema, że rodzaj ludzki nie mógł powstać ze skrzyżowania ras zwierzęcych, które posiadają swe własności i obyczaje, — a mianowicie: „Z doświadczenia zwierzęcego życia wiemy, że ich obyczajność pod względem płciowem (!), zachowuje się jaknajbardziej w karbach praw natury. Dlatego wydaje się niesłusznem i wprost krzywdzącem najwyższych uczuć (!), jeżelibyśmy takie przypuszczenia twierdzić bezkrytycznie chcieli”. I dodaje jeszcze: „Nie chcąc czenić (!) żadnej ujmy tem (!) boskim stworzeniom, które z nieopisaną dobrocią stoją człowiekowi na usługach, żywią go i ostatnią kroplę krwi bez szemrania w ofierze mu niosą (np. krowa i t. d.)…”

Sporo miejsca p. Małysz poświęca eugenice i higienie, szuka środków dla zapewnienia człowiekowi długowieczności. Środki jego są zresztą dość proste i znane: antyalkohlizm, jarska kuchnia i praca. Środki te są natomiast poparte nieposplitemi argumentami. Co do antyalkoholizmu: „Ludwik Wolcham umarł, mając lat 119. Do śmierci miał wszystkie zęby i ani jednego siwego włosa. Żywił się tylko kartoflami i mlekiem. Wódki nie pił nigdy, ale gdy się raz dał namówić, i opił się wódką, wtedy stracił przytomność i na drugi dzień umarł”. Co do pracy: „Brak zatrudnienia bezwarunkowo skraca życie. Wszyscy inwalidzi pobierający rentę, pensjoniści i t. d. wykazują bardzo wzmożoną śmiertelność”. W sprawie jarskiej kuchni pisze: „Człowiek niezadowolił się przydzielonemi mu (!) jarzynami, ziarnem i mlekiem, przywłaszczył on sobie zdaje się zupełnie bezprawnie mięso z potulnego bydlęcia”. „Potulne bydlęta” mają stać się dla człowieka właśnie wzorem moralności i higjeny: „Możemy ich sobie postawić za wzór, pod wzgl. życia i moralności… żyją one tak, jak przed tysiącami wieków i temisamemi odżywiają się roślinami. Dlatego też są zawsze zdrowe, zęby mają aż do starości dobre, nie widać sztucznej podniety, żadnych wenerycznych chorób i żyją według dawno oznaczonego okresu, będąc stworzeniami, które rozumu nie posiadają”.

Te cytaty powinny wystarczyć: całe 105 stron książki są napisane mniej więcej z tym samym sensem i w tym samym stylu. Najgorsze jest to, że p. Małysz jest człowiekiem myślącym, mającym wyczucie zagadnień doniosłych i ciekawych. To nie jest, jakby zdawało się wskazywać pierwsze wrażenie, człowiek niedorozwinięty, chory, maniak. Jest tylko niedouczony. Wystarczyłoby, żeby przeszedł sumiennie kurs czterech klas gimnazjalnych: jużby wtedy książkę swoją napisał lepiej, a prawdopodobnie nie napisałby jej, lecz uczyłby się dalej. Gdyż nie jest to uczony, któryby cały swój system naukowy chciał zbudować sam bez niczyjej pomocy; jeżeli jakie prace cudze zna, to korzysta z nich; nieszczęściem jego jest, że zna i korzysta głównie z artykułów „naukowych”… „Ilustrowanego Kurjera Codziennego” (podany jak źródło na str. 59). Pisanie książek jest zabawą niewinną i społecznie mało niebezpieczną; natomiast niebezpieczne jest — drukowanie książek. Książki drukowane, zwłaszcza najgorsze, bywają kupowane i czytanie. W sferach naukowych, uniwersyteckich książka p. Małysza nie jest znana; wykazy bibliograficzne nie ujawniły mi jej istnienia. Ale poznałem ją na prowincji, na wsi zapadłej. Dowiedziałem się o niej dopiero w dniu, gdy służący nie podał na czas obiadu, zaczytany w jej rozdziały p. t. „Elektryczność w ludzkim ciele” i „Laska, czyli pręt magiczny”; służący miał książkę od gospodyni, gospodyni od pisarza, pisarz od ogrodnika; wszyscy miejscowi alfabeci (przeciwieństwo analfabetów) zaspakajali tem dziełem swe pragnienie wiedzy…”

Łuk

Książka pana Małysza musi być bardzo interesującą książką. Powiem Wam szczerze, że fragmenty wybrane w rubryce ogromnie mnie zaciekawiły i ja na pewno ją przeczytam. W końcu także łaknę i pragnę wiedzy. Niestety w Jagiellonce nie ma:( Będę starał się książkę znaleźć. Nie ma to tamto:)

Autor w końcu popisał się niespotykaną wyobraźnią i swoistym wdziękiem:)

Wiadomości Literackie przeczytane jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Aha i dzisiaj rozpoczyna się rok akademicki. Także wszystkim studenciakom owocnego! I na koniec wpisu piosenka, którą puszczaliśmy w momentach najwyższego uniesienia duchowego i moralnego. Wyrażała ona nasz pogląd na ten skrawek przestrzeni w akademiku, który należał do nas:)

A puszczaliśmy sobie ją z pliku wideło, bo Youtuba jeszcze niebyło! Mój Boże! Zdałem sobie sprawę, że jak zacząłem studia nie było Youtube! Jak myśmy wtedy żyli? Jak?!

Książki najgorsze – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 23

Wróciły! Prawdopodobnie tylko na chwilkę, ale są! Książki najgorsze, co prawda tak jak poprzednio znów jest o przekładzie, ale to nie zmienia faktu, że są! A tak za nimi tęskniłem (oczywiście żartuję, nie tęsknię za najgorszymi książkami, tęskniłem za rubryką:) Coby długo nie owijać w bawełnę. Dzisiaj przed państwem Michał Asanka – Japołł Mową włoskich  poetów.

Wiadomości Literackie nr 20, 17 maja 1925 roku

WL1925nr2017V

 

Książki najgorsze

Michał Asanka – Japołł. Mową włoskich  poetów. Kraków, 1925; str. 84.

Jest to wiązanka przekładów z poezji włoskiej. Tłumacz poświęcił swe dzieło ministrowi spraw zagranicznych Skrzyńskiemu. Pan Asanka-Japołł tłumaczy wiersz Ugo Foscolo w podobnie bezwstydny sposób:

„Na czole brózdy, w głębi oczu płomień zapału.

 Włos płowy, różowe lica, wygląd pewności…

Warga, czy ząb, gotowe do uniesień szału,

Głowa pochylona, na szyi, ku starości”.

Pozwolę sobie ząb wyrwać, jeżeli w oryginale włoskim jest sportretowany „ząb, gotowy do uniesień szału”. Jak widzimy, w pierwszym wierszu jest za dużo o sylabę, a w pozostałych za mało sensu.

 …„gdy niemasz świątyni, obce świętych twarze,

ani słów matki co mienią świat w obrazki — — —”

Słowa matki zmieniają świat w obrazki! Panie Asanka – Japołł! to już nie obrazki — to obraza boska.

…. rzekę, jak i świat, czas zrodził, w nieskończoności…

użyczając podobieństw z błękitem lazuru;

pełne dziwnej harmonji, chociaż nie z miłości…”

Nie z miłości, tylko dla pieniędzy. A swoją drogą przydałby się jakiś podmiot albo jakieś orzeczenie. Wiersz o Cyganach Buzziego tak brzmi:

“Często ich wiedzie jakaś tęsknota:

W krainę zgoła pustych przestrzeni.

Znów wracają, żebrzą, strudzeni,

Nawrotem w inne strony —” (?)

Kraina zgoła pustych przestrzeni — to głowa tłumacza.

Pan minister Skrzyński, któremu ta książka jest poświęcona, powinien z własnej szkatuły wyznaczyć fundusz potrzebny na wywiezienie p. Asanki – Japołła do Włoch oraz dopilnować, aby Asankę oddano w ręce autorów przez niego tłumaczonych. Na drogę powrotną nie potrzeba ani grosza, bo go Włosi napewno już nie wypuszczą.”

bt

O autorze tych słów można sporo poczytać na Wikipedii. Na poezji się nie znam mówię to od razu, ale prowadzący rubrykę ewidentnie nie lubi jak ktoś szarga (przynajmniej w jego mniemaniu) świętą sztukę słowa pisanego. Chociaż metafora z krainą zgoła pustych przestrzeni i głową tłumacza świetna.

Jak zwykle można przeczytać egzemplarz w Bibliotece Jagiellońskiej. Karta katalogowa pod tym linkiem.

Sponsorem dzisiejszego odcinka jest pan Asanka – Japołł i Małopolska Biblioteka Cyfrowa.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 22

Wróciły! “Książki najgorsze” z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego! Uff, a już się bałem, że polscy grafomani zawiedli na całej linii. Mam nadzieję, że wrócą na dłużej bo dalszych numerów nie przeglądałem, ale nawet jak trafią się od czasu do czasu to i tak nie będzie źle.

Dzisiaj dwaj autorzy sprzed lat. Xawery Glinka. “Zielona furtka. Poezje.” i Zygmunt Nardycz. “Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach”. Z cyklu: „Wojna”.

Rubryka oczywiście z Wiadomości literackich nr 11, 15 marca 1925 roku.

WL1925nr1115III

WL1925nr1115IIIb

WL1925nr1115IIIc

U furtki do „Książek Najgorszych”

“Xawery Glinka. Zielona furtka. Poezje. Warszawa, 1925; str. 126.

Grafomania zaczyna się zwykle od t. zw. łatwości wierszowania. Powstają kilometry rymowanych „snów”, „tęsknot”, „szałów” i t. p., i w sferze tych szablonów obraca się przyszły twórca krócej lub dłużej, w zależności od posiadanego talentu i wyłożonej nad sobą pracy. Sądzę, że młodzieńcze utwory każdego poety dadzą się podciągnąć pod nazwę grafomanii, sądzę nawet, że liczba poetów jest poprostu zależna od liczby grafomanów, że zachodzi tu stosunek wprost – proporcjonalny. Grafomania więc, jako nawóz, z którego wyrastają późniejsi twórcy, jest zjawiskiem dodatniem w kulturalnem życiu społeczeństwa, można ją tolerować, jeżeli chodzi o młode, kiełkujące talenty i talenciki, — inna sprawa jednakże ze starszymi, notorycznymi grafomanami.

Pan Glinka, długo pracując piórem, nie nauczył się niczego, prócz dobierania kiepskich rymów dla banalnej treści; wydaje mu się jednak, że jest poeta. Już pierwszy wiersz jego nowego tomu jest bezwartościowy, a im dalej zapuszczać się w te 126 stron „poezyj”, tern plastyczniej zarysowuje się klasyczne niedołęstwo poetyckie (przy dość wprawnem zresztą operowaniu szablonami), płaskość ideologii, trywialna zmysłowość i nikła inteligencja.

„Poeta, pan, mag wzniosły, co duszę ma wolną” pisze np. takie rzeczy:

„Oparty o mur kościoła

Łazarz samotny stał.

Mija go gawiedź wesoła,

Pachnących spódniczek szał “

W tym samym czasie „Krakowskiem idzie pachnąca panna — szesnaście lat” i ni z tego ni z owego:

„Panna się brata z Łazarzem.

Z wiosną brata się trup!

Przed Boga wielkim ołtarzem

Mistyczny pełni się ślub”.

Mistyka, ten stary wykręt grafomanów, przydaje się również, gdy chodzi o bardzo konkretne cele, t. zw. „erotyczne”:

„Pani ręce są jak relikwie

W milczeniu świątyń podziwiane.

Całując końce Pani palców —

Jak Hostię z nich przyjmuje pranę”…

Patriotyzm p. Glinki gatunkowo nie jest cięższy od jego „mistyki”. Wiersz p. t. „Antychryst” pod względem treści jest kiepską trawestacją tego, co przez parę lat napisała „Dwugroszówka” na temat antychrysta – Żydowina, Lejby Trockiego, pod względem formy zaś — nieudolnem naśladownictwem znanej przed kilkoma laty „Wielkiej Teodory”. Od siebie daje autor tylko tę informację, ze ajentami Trockiego są:

„Lloyd George, Toover, Samuelsy,

Rotschyldy, Barbussy, Wellsy –“

Pan Glinka jako „kochanek” pisze kilkadziesiąt wierszy ordynarnej siewieriańszczyzny pod ogólnym tytułem „Pani”. Oprócz nieodzownych „omdleń”, „upojeń”, „pieszczot”, „róż”, „mórz”, „sleepingów” i francuskich rymów (np. Łan — l’Origan, a nawet biioux — dessous) — nie brak tam i momentów rozweselających, np.:

„ … Jak mysz napoły żywa,

Ze strachu oniemiała —

Radosna i szczęśliwa

Oddajesz mi się cała.

Choć czujesz, że za chwilę

Zatracę Cię w niebycie…”

Pan Glinka ma podobno jedwabną pyjamę i błękitną kanapę. — wogóle jest (ho! ho!) per-wer-syj-ny!…

„…Wino w kieliszkach — przekąska –

Kusi mnie pończoch twych ażur

I solferino podwiązka…

Przewlekłą drażnię pieszczotą

Różowe piersi Twych końce”…

Poprzestajemy na tem. Sądzimy, że zajęcia p. Glinki nie wymagają tak dokładnego opisu, upstrzonego owemi osławionemi „tęsknotami”, „niebytem”, „powiewami wiosny”, — niesmaczną „liryką” i poślednią „mistyką”. Ani życie bowiem, ani poezja nie dadzą się sfałszować.

Zygmunt Nardycz. Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach. Z cyklu: „Wojna”. Warszawa, 1925; str. 49 i 1nl.

Przepis kuchenny Zygmunta Nardycza na dramat: 1) rzeczowniki: zgroza, niebyt, nieukój, dal, rozpacz, mistyczność, smętek, bezpowrót; 2) czasowniki: unicestwiać, szarpać, zwiewać, omdlewać. znikać; 3) przymiotniki: niesamowity, skołatany, podzwonny, skłębiony, milczący, ukojony; — do tego trochę kropek i przecinków, dużo, jak najwięcej myślników; dobrze zamieszać i po godzinie wyjąć z pieca świeży filozoficzno – mistyczny, fajn – ekspresjonistyczny dramat.

Jeden z aktów kończy się tak:

„Poeta (spojrzał tu i owdzie, pokiwał niewiadomo dlaczego głową)

(wychodzi)

(Zasłona)”

Pan Nardycz też spojrzał tu i owdzie, słyszał lub czytał to i owo, rozumiejąc piąte przez dziesiąte, i niewiadomo dlaczego uważa się za dramaturga. A dajże pan spokój!

Wb.”

Ja tam na poezji się nie znam, to się nie wypowiem o panu Glince. Krótkie przeszukanie Sieci i słowników zaowocowało informacjami, o tym że pan Glinka trochę pisał w czasach międzywojennych i wojennych oraz, że osiadł w Londynie. Dla zainteresowanych poezją Jagiellonka ma egzemplarz tutaj i można też sobie kupić książkę. Na Allegro aukcja jest tutaj. Powiem tyle, że ja zakupów czynić nie zamierzam:)

A pan Nardycz też jest w Jagiellonce do przeczytania tutaj. Za wielu informacji o nim nie znalazłem.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.