“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 31

Biblioteka słowiańska w New York Public Library. Źródło: https://flic.kr/p/5JQ9UC

Biblioteka słowiańska w New York Public Library. Czy czytano tam pana Barwickiego? Źródło: https://flic.kr/p/5JQ9UC

Po ponad pół roku blogowej ciszy, wróciły! Znalazłem kolejną “książkę najgorszą”! A przynajmniej artykuł tak zatytułowany.

Dzisiejszy wpis sponsoruje pan Barwicki Mieczysław i jego Wskazania moralno – etyczne ku uporządnieniu człowieka.

Continue reading

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 29

Się czasem rubryka o nazwie “Książki najgorsze” skryje pod innym tytułem. Na szczęście Charlie uważny bywa i taką książkę hyc! Przyuważy i dla Was drodzy czytelnicy do czytania przygotuje.

Tym razem recenzent wziął na warsztat dramat pana Kazimierza Brończyka Hetman Stanisław Żółkiewski.

Wiadomości Literackie nr 93, 11 października 1925 roku.

Czytaj Dalej->

Książki najgorsze – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 23

Wróciły! Prawdopodobnie tylko na chwilkę, ale są! Książki najgorsze, co prawda tak jak poprzednio znów jest o przekładzie, ale to nie zmienia faktu, że są! A tak za nimi tęskniłem (oczywiście żartuję, nie tęsknię za najgorszymi książkami, tęskniłem za rubryką:) Coby długo nie owijać w bawełnę. Dzisiaj przed państwem Michał Asanka – Japołł Mową włoskich  poetów.

Wiadomości Literackie nr 20, 17 maja 1925 roku

WL1925nr2017V

 

Książki najgorsze

Michał Asanka – Japołł. Mową włoskich  poetów. Kraków, 1925; str. 84.

Jest to wiązanka przekładów z poezji włoskiej. Tłumacz poświęcił swe dzieło ministrowi spraw zagranicznych Skrzyńskiemu. Pan Asanka-Japołł tłumaczy wiersz Ugo Foscolo w podobnie bezwstydny sposób:

„Na czole brózdy, w głębi oczu płomień zapału.

 Włos płowy, różowe lica, wygląd pewności…

Warga, czy ząb, gotowe do uniesień szału,

Głowa pochylona, na szyi, ku starości”.

Pozwolę sobie ząb wyrwać, jeżeli w oryginale włoskim jest sportretowany „ząb, gotowy do uniesień szału”. Jak widzimy, w pierwszym wierszu jest za dużo o sylabę, a w pozostałych za mało sensu.

 …„gdy niemasz świątyni, obce świętych twarze,

ani słów matki co mienią świat w obrazki — — —”

Słowa matki zmieniają świat w obrazki! Panie Asanka – Japołł! to już nie obrazki — to obraza boska.

…. rzekę, jak i świat, czas zrodził, w nieskończoności…

użyczając podobieństw z błękitem lazuru;

pełne dziwnej harmonji, chociaż nie z miłości…”

Nie z miłości, tylko dla pieniędzy. A swoją drogą przydałby się jakiś podmiot albo jakieś orzeczenie. Wiersz o Cyganach Buzziego tak brzmi:

“Często ich wiedzie jakaś tęsknota:

W krainę zgoła pustych przestrzeni.

Znów wracają, żebrzą, strudzeni,

Nawrotem w inne strony —” (?)

Kraina zgoła pustych przestrzeni — to głowa tłumacza.

Pan minister Skrzyński, któremu ta książka jest poświęcona, powinien z własnej szkatuły wyznaczyć fundusz potrzebny na wywiezienie p. Asanki – Japołła do Włoch oraz dopilnować, aby Asankę oddano w ręce autorów przez niego tłumaczonych. Na drogę powrotną nie potrzeba ani grosza, bo go Włosi napewno już nie wypuszczą.”

bt

O autorze tych słów można sporo poczytać na Wikipedii. Na poezji się nie znam mówię to od razu, ale prowadzący rubrykę ewidentnie nie lubi jak ktoś szarga (przynajmniej w jego mniemaniu) świętą sztukę słowa pisanego. Chociaż metafora z krainą zgoła pustych przestrzeni i głową tłumacza świetna.

Jak zwykle można przeczytać egzemplarz w Bibliotece Jagiellońskiej. Karta katalogowa pod tym linkiem.

Sponsorem dzisiejszego odcinka jest pan Asanka – Japołł i Małopolska Biblioteka Cyfrowa.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 22

Wróciły! “Książki najgorsze” z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego! Uff, a już się bałem, że polscy grafomani zawiedli na całej linii. Mam nadzieję, że wrócą na dłużej bo dalszych numerów nie przeglądałem, ale nawet jak trafią się od czasu do czasu to i tak nie będzie źle.

Dzisiaj dwaj autorzy sprzed lat. Xawery Glinka. “Zielona furtka. Poezje.” i Zygmunt Nardycz. “Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach”. Z cyklu: „Wojna”.

Rubryka oczywiście z Wiadomości literackich nr 11, 15 marca 1925 roku.

WL1925nr1115III

WL1925nr1115IIIb

WL1925nr1115IIIc

U furtki do „Książek Najgorszych”

“Xawery Glinka. Zielona furtka. Poezje. Warszawa, 1925; str. 126.

Grafomania zaczyna się zwykle od t. zw. łatwości wierszowania. Powstają kilometry rymowanych „snów”, „tęsknot”, „szałów” i t. p., i w sferze tych szablonów obraca się przyszły twórca krócej lub dłużej, w zależności od posiadanego talentu i wyłożonej nad sobą pracy. Sądzę, że młodzieńcze utwory każdego poety dadzą się podciągnąć pod nazwę grafomanii, sądzę nawet, że liczba poetów jest poprostu zależna od liczby grafomanów, że zachodzi tu stosunek wprost – proporcjonalny. Grafomania więc, jako nawóz, z którego wyrastają późniejsi twórcy, jest zjawiskiem dodatniem w kulturalnem życiu społeczeństwa, można ją tolerować, jeżeli chodzi o młode, kiełkujące talenty i talenciki, — inna sprawa jednakże ze starszymi, notorycznymi grafomanami.

Pan Glinka, długo pracując piórem, nie nauczył się niczego, prócz dobierania kiepskich rymów dla banalnej treści; wydaje mu się jednak, że jest poeta. Już pierwszy wiersz jego nowego tomu jest bezwartościowy, a im dalej zapuszczać się w te 126 stron „poezyj”, tern plastyczniej zarysowuje się klasyczne niedołęstwo poetyckie (przy dość wprawnem zresztą operowaniu szablonami), płaskość ideologii, trywialna zmysłowość i nikła inteligencja.

„Poeta, pan, mag wzniosły, co duszę ma wolną” pisze np. takie rzeczy:

„Oparty o mur kościoła

Łazarz samotny stał.

Mija go gawiedź wesoła,

Pachnących spódniczek szał “

W tym samym czasie „Krakowskiem idzie pachnąca panna — szesnaście lat” i ni z tego ni z owego:

„Panna się brata z Łazarzem.

Z wiosną brata się trup!

Przed Boga wielkim ołtarzem

Mistyczny pełni się ślub”.

Mistyka, ten stary wykręt grafomanów, przydaje się również, gdy chodzi o bardzo konkretne cele, t. zw. „erotyczne”:

„Pani ręce są jak relikwie

W milczeniu świątyń podziwiane.

Całując końce Pani palców —

Jak Hostię z nich przyjmuje pranę”…

Patriotyzm p. Glinki gatunkowo nie jest cięższy od jego „mistyki”. Wiersz p. t. „Antychryst” pod względem treści jest kiepską trawestacją tego, co przez parę lat napisała „Dwugroszówka” na temat antychrysta – Żydowina, Lejby Trockiego, pod względem formy zaś — nieudolnem naśladownictwem znanej przed kilkoma laty „Wielkiej Teodory”. Od siebie daje autor tylko tę informację, ze ajentami Trockiego są:

„Lloyd George, Toover, Samuelsy,

Rotschyldy, Barbussy, Wellsy –“

Pan Glinka jako „kochanek” pisze kilkadziesiąt wierszy ordynarnej siewieriańszczyzny pod ogólnym tytułem „Pani”. Oprócz nieodzownych „omdleń”, „upojeń”, „pieszczot”, „róż”, „mórz”, „sleepingów” i francuskich rymów (np. Łan — l’Origan, a nawet biioux — dessous) — nie brak tam i momentów rozweselających, np.:

„ … Jak mysz napoły żywa,

Ze strachu oniemiała —

Radosna i szczęśliwa

Oddajesz mi się cała.

Choć czujesz, że za chwilę

Zatracę Cię w niebycie…”

Pan Glinka ma podobno jedwabną pyjamę i błękitną kanapę. — wogóle jest (ho! ho!) per-wer-syj-ny!…

„…Wino w kieliszkach — przekąska –

Kusi mnie pończoch twych ażur

I solferino podwiązka…

Przewlekłą drażnię pieszczotą

Różowe piersi Twych końce”…

Poprzestajemy na tem. Sądzimy, że zajęcia p. Glinki nie wymagają tak dokładnego opisu, upstrzonego owemi osławionemi „tęsknotami”, „niebytem”, „powiewami wiosny”, — niesmaczną „liryką” i poślednią „mistyką”. Ani życie bowiem, ani poezja nie dadzą się sfałszować.

Zygmunt Nardycz. Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach. Z cyklu: „Wojna”. Warszawa, 1925; str. 49 i 1nl.

Przepis kuchenny Zygmunta Nardycza na dramat: 1) rzeczowniki: zgroza, niebyt, nieukój, dal, rozpacz, mistyczność, smętek, bezpowrót; 2) czasowniki: unicestwiać, szarpać, zwiewać, omdlewać. znikać; 3) przymiotniki: niesamowity, skołatany, podzwonny, skłębiony, milczący, ukojony; — do tego trochę kropek i przecinków, dużo, jak najwięcej myślników; dobrze zamieszać i po godzinie wyjąć z pieca świeży filozoficzno – mistyczny, fajn – ekspresjonistyczny dramat.

Jeden z aktów kończy się tak:

„Poeta (spojrzał tu i owdzie, pokiwał niewiadomo dlaczego głową)

(wychodzi)

(Zasłona)”

Pan Nardycz też spojrzał tu i owdzie, słyszał lub czytał to i owo, rozumiejąc piąte przez dziesiąte, i niewiadomo dlaczego uważa się za dramaturga. A dajże pan spokój!

Wb.”

Ja tam na poezji się nie znam, to się nie wypowiem o panu Glince. Krótkie przeszukanie Sieci i słowników zaowocowało informacjami, o tym że pan Glinka trochę pisał w czasach międzywojennych i wojennych oraz, że osiadł w Londynie. Dla zainteresowanych poezją Jagiellonka ma egzemplarz tutaj i można też sobie kupić książkę. Na Allegro aukcja jest tutaj. Powiem tyle, że ja zakupów czynić nie zamierzam:)

A pan Nardycz też jest w Jagiellonce do przeczytania tutaj. Za wielu informacji o nim nie znalazłem.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

 

“Przekłady najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”

Biję się w piersi, kajam się przed Wami, bom zapomniał o “Książkach najgorszych” z “Wiadomości Literackich”, ale na usprawiedliwienie dodam, że w kilku numerach z 1925 roku “Książki najgorsze się nie pojawiły”. Czy to znak, że w roku 1925 literatura polska przestała wypuszczać na świat poronione płody domorosłych literatów? Chyba raczej redakcja czasopisma zrezygnowała z tej rubryki. Ale pojawiła się jaskółka nadziei, bo znalazłem jeden artykuł zatytułowany “Przekłady najgorsze” i dotyczy właśnie jednego tłumaczenia “Ballad” Fryderyka Shillera” w przekładzie Stanisława Kaczkowskiego.

WL1925nr14I
WL1925nr14Ib

Przekłady najgorsze

Fryderyk Schiller. Ballady. Przełożył Stanisław Kaczkowski. Łódź, 1924; str. 47 i  1nl.

“Dlaczego na tytułowej stronie zbiorku ballad p. Stanisława Kaczkowskiego, wydrukowano „Fryderyk Schiller”, a autor figuruje jedynie jako tłumacz – niewiadomo. Pewne jest tylko, że Fryderyk Schiller, gdyby żył, wytoczyłby p. Kaczkowskiemu proces o bezprawne używanie jego nazwiska.

Jakto, więc to ma być Schiller? Ten wielki romantyk, poeta, którego nazwisko znajduje się pośród największych talentów XIX stulecia który chlubą okrył poezję niemiecką, i którego w jego ojczyźnie może jeden Goethe, jako poeta, przewyższył; ten Schiller, którym każą się nam w szkole zachwycać, pisał tak straszliwie niezgrabne głupstwa? Czy może ballady Schillera zawsze należało traktować jako utwory humorystyczne? Bo inaczej, niż humorystycznemi, nie można nazwać przekładów p. Kaczkowskiego.

Wiersz straszliwy. Jak gdyby ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z poezją, zawziął się klecić rymy. Skróty, nieistniejące w języku polskim, jak „spojrzał w spód” zamiast „spojrzał w dół”, kończenie wierszy dziwnemi, źle użytemi przysłówkami, jak np.: „ten puhar złoty rzucam wraz”, używanie fałszywie skróconych form przymiotnikowych: „z. trwogi głuch” — a wszystko to dla rymu, który, niestety, w poezji jest konieczny,— oto metody wierszowania p. Kaczkowskiego. Przekłady jego roją się od błędów gramatycznych; za przykład służyć może następujące zdanie z ballady „Żórawie Ibikusa”:

„A gdzie u ludzi włosów zwoje

Przyjemnie ocieniają czół (?),

Tam żmije wyprężają w kół (?)

 Jadem nabrzękłe brzuchy swoje”.

Niezmiernie zabawnie brzmi po polsku rozmówka wyrodka (tyrana) Dioniza z Damonem w balladzie „Poręka” (przypuszczalnie — sądząc z tytułu — ,,Die Bürgschaft”):

„Coś chciał uczynić”? tyran wrzasł.

 A mściciel na to odrzekł wraz:

„Miasto uwolnić od wyrodka (?)”

 „Śmierć cię na krzyżu za to spotka”

 Nazwać tyrana — „wyrodkiem” świadczy o zbyt daleko posuniętej beztrosce tłumacza.

Jednakże błędy znaczeniowe i gramatyczne, skróty, przekręcone wyrazy i inne podobne machinacje nie wystarczyły p. Kaczkowskiemu. Widocznie Schiller ma język tak niezmiernie wyszukany, że ballad jego nie można przełożyć na polski bez uciekania się do „neologizmów” Czytamy w balladzie „Walka ze smokiem”:

„Dosiadam potem, gdyż stał zbliska,

Wyćwiczonego swego ciska”.

Ponieważ wyrazu „cisek” nie znamy, sprawdzamy w oryginale i znajdujemy dobrze znany wyraz „Rappenn. Na pytanie, dlaczego „Cisek” ma oznaczać konia, odpowiedź daje objaśnienie autora, które przytaczamy dosłownie: „Walka ze smokiem”. W. 164: „ciska” zam. „cisaka” neologizm na wzór „siwka”.

A więc nazwa dla konia „cisak” jest nie dosyć oryginalna, musi być koniecznie „cisek”, bo inaczej nic byłoby neologizmu. A coby było, gdyby „cisek” przypadkiem nie stał „zbliska”? Wziąłby w łeb nie tylko piękny neologizm, ale z nim cała ballada, bo dzielnemu rycerzowi nie udałoby się dosiąść konia, a więc zwalczyć i uwolnić kraj od potwora. Możeby to było z pożytkiem dla czytelników.

 Sam fakt wydania po polsku najbardziej znanych i czytywanych przy nauce literatury niemieckiej ballad Schillera wzbudza obawę, że przekłady p. Kaczkowskiego prędko zawędrują do szkół tem bardziej, że niska cena książeczki (40 groszy), zły papier i brzydki wygląd będą temu sprzyjały.”

Artykuł pochodzi z Wiadomości Literackich, nr 1, 4 stycznia 1925 roku.

A gdyby ktoś chciał poczytać sobie “Ballady” w przekładzie pana Kaczkowskiego można je znaleźć w Bibliotece Jagiellońskiej. O tu

Znalezione tradycyjnie w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 17

Dobry wtorek macie? Ja mam dobry:) Jeśli nie macie dobrego wtorku to postaram się  choć  trochę  przyczynić do poprawy nastroju. Dlatego przytaczam Wam kolejny odcinek “Książek najgorszych”.

Co prawda lwią część pracy wykonał przed osiemdziesięciu laty dziennikarz Wiadomości Literackich, który przeczytał książkę niejakiego pana Stanisława Salkowskiego i opisał swoje wrażenia. Ja tylko skromnie wyciągam ponownie na światło dzienne ową zacną rubrykę.

O ciężkiej pracy pana Salkowskiego również trzeba wspomnieć, bo on w końcu tę książkę napisał.

Stanisław Salkowski “Dźwięki duszy. Sonety”.

Wiadomości Literackie nr 26, 29 czerwca 1924 roku.

WL1924nr2629VI

Książki najgorsze

“Dr. Stanisław Salkowski. Dźwięki duszy. I. (Sonety). Poznań, 1924; str. 114 i 6nl.

Nie wiem czego doktorem jest p. Salkowski, czy medycyny czy filozofii, ale w każdym razie minął się z powołaniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że powinien być poetą, nie: p. Salkowski powinien zostać poprostu królem. Gdyby istniało królestwo grafomanów. Salkowski byłby tam czczonym i ubóstwianym monarchą.

Jak nędzne wobec „Dźwięków duszy” wydają się książki innych grafomanów. Trzeba nieraz parę stron przerzucić, żeby znaleźć jakiś idiotyzm. A jeśli i się już znajdzie, to są to przeważnie małe, biedne głupstewka w porównaniu z potęgą głuptactwa, zawartą w każdym sonecie Salkowskiego. Jego najwyższy majestat, najjaśniejszy pan grafomanji wielki książę na bzdurze, cesarz kretynizmu, doktór Stanisław Salkowski daje w swym małym tomiku temat do wielotomowych dociekań nad zwyrodnieniem umysłu ludzkiego i niepożyty żer dla stu tysięcy satyryków Europy i Ameryki.

Postarajmy się z całym spokojem i powagą zastanowić nad sonetem p. t. „Akademja”. w którym p. Salkowski powiada o Niemcach:

„Kuli szowinistyczne kultury frazesy

O niemieckiej wyższości, hakaty piwonię (!!)

Krzewiąc sztucznie, aby nas prowadzić w agonię

Przez Akademję Poznańską, rządów ekscesy”.

Co to znaczy? „Piwonie hakaty” — jakie to świetne i głębokie ujęcie rasy germanofilskiej. Pan Salkowski nie dla rymu zastosował słowo „piwonia”; o, nie — piwonia ma w sobie coś z piwa, więc budzi naturalną asocjację z Prusakami. Świetności tego wyrażenia nie zaćmią nawet ostatnie dwie linie wiersza, pozbawione pozornie sensu logicznego i gramatycznego.

Każdy przedmiot, każde wrażenie jest powodem do nowego utworu. Salkowski staje przed Bazarem w Poznaniu i z serca jego wyrywa się taki okrzyk:

„W Bazarze bawił Paderewski w wyzwolenia

Chwili, a później Haller i drugi Prezydent

Państwa. Od lat wielu Bazar życia ośrodek

Stanowi w Poznaniu, kultury swej nie zmienia.

W nim każdy w mieście ważniejszy incydent

Znajduje swoje miejsce, jak w pamięci przodek!”

Jest to porywające jako niezwykła melodyjność i polot, ale dlaczego Salkowski to, co jest poza nami, nazywa przodkiem?

Czasem obrazy jego wymagają wielkiej wnikliwości i sprytu. W wierszu p. t. „Rybacy” głupstwem jest, że autor mówi o łodzi, że „nie plami swego nazwiska”, trudniej jest jednak zrozumieć, co autor miał na myśli, pisząc o rybach:

„Ryby beztroskie na wierzch, chociaż oporne.

Podpłyną, sieć je pochwyci, jakby szydeł

Setki szyły obuwie na śmierci brankę (????)”

A więc sieć tak chwyta ryby, jakby setki szydeł szyty obuwie na śmierci brankę!

Powoli. Branka śmierci — jest to ktoś, kto jest w niewoli u śmierci, tedy ktoś umierający. A więc łapanie ryb czyni na p. Salkowskirn wrażenie, podobne do tego, jakie się ma, patrząc na stu szewców szyjących obuwie dla umierającej kobiety. Wielki umysł! Co za niepospolita łatwość narzucania obrazów. Płytki satyryk powiedziałby, że tylko szewc może mieć podobne myśli, kiedy patrzy na ryby, — ale my ze szczerym podziwem schylamy głowę przed tym potężnym kretynizmem.

W wierszu p. t „Serce” poeta mówi, że „zwalone trupy usuną krwi pszczółki”, ale jest to niczem w porównaniu do drugiego sonetu p. t. „Serce” (warjant), w którym niema ani jednej zbytecznej litery poza literą „n” w słowie „warjant”.

Pan Salkowski pojechał do Czech i tam zauważył, że „ze sklepień i ścian spływa odrodzenia rosa”, że:

„Katedra strzeże z zamkiem dróg poczynań jawy,

Nepomucen Święty oddala nieszczęść paszcze.

Palacky zbudził twych ziomków, w Germanji haszcze

Splątanych, niszczy Masaryk wrogie obławy”.

Są to wszystko rzeczy zupełnie zrozumiałe i jasne, i każdemu z nas podróż do Czech niewątpliwie nasunęłaby podobne wrażenia. Atoli pewne ustępy wymykają się mej spostrzegawczości. P. Salkowski wyznaje:

„Sen zwolna się skrada. Z siebie tworzymy pociąg.

Lokomotywę pierwszy przy oknie stanowi.

Wagony inni łączą przez głowę i nogi.

Z podróżnymi się bawi Morfeusz W rurociąg

Snu. Odpływ. Zaspany się zwraca ku domowi,

Zabłyśnie lęk, śmiechu łódź wiezie spokój jogi”.

Najbardziej zastanawia zabawa w „rurociąg”, którą uprawia Morfeusz. Co znaczy nagłe słowo „odpływ”? Łódź śmiechu, wioząca spokój jogi, przeraża mnie. Gdzie ona płynie?

Po czem można poznać, że jest zrobiona ze śmiechu? Dlaczego joga jest taki spokojny?

Jestem zmęczony i wyczerpany do ostatnich granic. Błagam czytelników „Wiadomości” o pomoc. W następnym numerze ogłoszę kilkanaście dalszych fragmentów dr. Salkowskiego. Kto nadeśle najlogiczniejsze i najdowcipniejsze objaśnienie tekstu, otrzyma 50 złotych, książkę p. Salkowskiego i uścisk ręki autora „Książek najgorszych””

bt.

Dostało się panu Salkowskiemu dostało. A przecież jego poezja jest mocno awangardowa i wydaje się sięgać, gdzie wzrok nie sięga. Wydaje się…


Konkurs został ogłoszony w następnym numerze. Ja Wam go przybliżę w następnym wpisie.

Książkę pana Salkowskiego można przeczytać w Bibliotece Jagiellońskiej. Tu jest karta katalogowa.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 8

Dzień dobry! We wtorek na  rozruch kolejna książka “najgorsza”. Dziś wspomnimy autora, któremu dostało się głównie za błędy językowe. Przed Wami Władysław Kwiatkowski i “Pierwsza miłość Heli”

Wiadomości Literackie nr 9, 2 marca 1924 rok

WL1924nr92III

“Książki najgorsze

Pierwsza miłość Heli. Zebrał (!) i wydał Władysław Kwiatkowski, profesor (!!) psychologii (!!!). Stanisławów. Leon Dankiewicz, 1924; str. 32

„Pies przybiegł. Helenka mu ją rzucila na piasek, który z zadowoleniem schwycił kuropatwę i poniósł swojemu panu” (str. 7).

Piasek chwycił kuropatwę i poniósł z zadowoleniem swemu panu? Kto jest panem piasku? Dlaczego piasek był zadowolony, i co robił pies z Helenką?

„Pan Ozierski zapalił wonnego cygara” (!) (str. 7).

„Ale on nie poszedł do domu, tylko do kawiarni i w rozpaczy wychylił kilka koniaków. Te go trochę rozweseliły” (str. 19)

„Ta się czuła do szpiku kości obrażoną, bo podobno posądził ją, że zdradzała Ozierskiego z jakimś żonatym hrabią. Ta chcąc zmyć z siebie prawdziwe posądzenie, wołała: Stasiu, Stasiu, ratuj mojego honoru! Wyzwij tego obłudnika na pojedynek, niech kula gębę mu zamknie!” (str. 30)

„Po dobrej chwili pierwsze słowo wymówił: Proszę wody, wziął w usta i tę ledwie przełknął. Poczęła go prosić, żeby się na otomanę położył, bo on wzrokiem tej szukał” (str. 24)

„Narzekał na ból głowy, po której go Helenka często całowała” (str. 18)

„…nie przyznał się do choroby, która całą silą pakowała się w młody organizm” (str. 5).

Pan Kwiatkowski napakował podobnych kwiatków bardzo dużo do swojej książeczki. Powinien się pan stanowczo przyznać do choroby umysłowej, ukrywanie tego komplikuje życie i naraża na nieprzyjemności rodzinę.

Ostatnie zdanie książki brzmi dosłownie: „Nie było dnia słodkiego, lub ciężkiego mrozu, w którym by Hela nie odwiedzała grobu, kwiatkami przez nią przybranego na powązkach, pierwszej i ostatniej swojej miłości” (str. 32).

Autor powiada najwyraźniej, że pierwszą i ostatnią miłością Heli byt cmentarz na Powązkach. Cóż to za niewytłumaczona słabość do cmentarzy? Dlaczego Powązki. Uważam, że „Helę” powinni byli pochować na Brudno, zanim została przepisana na czysto i wydrukowana.”

Niestety nie znalazłem żadnych informacji o profesorze psychologii Władysławie Kwiatkowskim, które mogłyby przybliżyć nam sylwetkę autora.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 7

Na Nowy Rok, “Książki Najgorsze”. Tym razem mamy jednak do czynienia z odpowiedzią, na recenzję jednej z książek. Otóż pan Zajde Malinowski, o którego książce możecie przeczytać tutaj. Napisał do redakcji “Wiadomości Literackich” list, w którym domaga się przeprosin. Jak możecie się domyśleć przeprosin nie otrzymał, wręcz przeciwnie bardziej zbesztany został.

Wiadomości Literackie, nr 8 24 lutego 1924 r.

WL1924nr824II

 

“Książki najgorsze

Od p. Ignacego Zajde-Malinowskiego, którego książkę p. t. „Czerwona suknia” omówiliśmy w nr. 3 „Wiadomości Literackich”, otrzymaliśmy list następującej treści, datowany 11 lutego b. r.

Szanowny Panie Redaktorze. W poczytnem piśmie Pana umieszczono ordynarną napaść na moją osobę, gdzie anonimowy sprawca oskarża mnie bezpodstawnie o skradzenie nowelki Ewersa. Po pierwsze nie czytałem nigdy Ewersa, po drugie nowelka ta ma inny koniec, po trzecie zaś mogę przedstawić świadka, p. Hermana Weinberga (Mickiewicza 3), który może poręczyć, że wszystkie tomy napisałem w jego obecności i w jego mieszkaniu, gdzie nie było ani jednej książki.

Prosząc na podstawie art. 22 przepisów prasowych o wydrukowanie tej odpowiedzi, kreślę się z szacunkiem

Ignacy Zajde-Malinowski.

To usprawiedliwianie się przypomina nam pewnego oskarżonego o stłuczenie dzbanka chłopca, który dowodził, że po pierwsze wcale go nie widział na oczy, po drugie, że dzbanek już był stłuczony, kiedy go pożyczył, po trzecie, że przecież dzbanek oddał. Interesuje nas w tym liście osoba p. Hermana Weinberga. Człowiek, który nie ma w mieszkaniu ani jednej książki i asystuje p. Zajde stale przy pisaniu, robi na nas ponure wrażenie. Jakie są myśli tego człowieka? Co robi przesiadując długie godziny u boku p. Malinowskiego? Dom przy ul Wólczańskiej nr. 3 jest podejrzanym lokalem, a p. Weinberg jest obłąkany. Policja powinna otoczyć ten dom kordonem i nie pozwolić p. Zajde zajść tam nawet na chwilę. W przeciwnym bowiem razie znowu ukaże się tom nędznych bredni i nikczemnych plagiatów. Redakcja.”

Redakcja stanowczo broni swoich racji. I chyba pomyliła się w adresie pod którym można zastać człowieka nie mającego w mieszkaniu ani jednej książki.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej. 

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 5

I kolejne “Książki najgorsze”. Tym razem ocenione przez samego Antoniego Słonimskiego. Nie tylko ocenione, a nawet zobrazowane. No może nie książki, ale autorzy owych książek zostali narysowani ręką Słonimskiego.

Dwóch Henryków dziś. Henryk Sel “Kwitnąca radość. Poezje” i Henryk Rosenberg “Okruchy śnień”. Wiadomości Literackie, nr 6 10 luty 1924r.

Książki najgorsze

Henyk Sel. Kwitnąca radość. Poezje.  Warszawa, Wydawnictwo „Ars Artis”; str. 59 i 5nl. — Henryk Rosenberg. Okruchy śnień. Winjetę tytułową malował prof. T. Korpal. Kraków, Księgarnia Jagiellońska, 1924; str. 73 i 5nl.

Sel wprowadza krańcowo różne pierwiastki do swych poezyj. Od cichej zadumy aż po „zwariowane szatanskyje chychoty”. Sel jest demoniczny, — Rosenberg tylko smutny, bardzo smutny i delikatno uczuciowy. Sel jest dziki, roztańczony, rozkapryszony sowremiennyj jewrej. Za mało mu plugawych wierszy, które czyni na ziemi, — zwraca się on do słońca z głupkowatą pogróżką:

„Pytasz, jaki będzie zysk,

Gdy wreszcie cię dostanę?

Ja na twojem miejscu stanę

Albo tęgo lunę w pysk”.

Gdyby nam dano do wyboru słońce i osobę p. Sela, skłonni jesteśmy przypuszczać, że słońce nie dostanie po pysku.

„Jutro rano stanę na balkonie

 I opluję kapelusze pięknym damom”

Rosenberg nigdyby nie powiedział czegoś tak ordynarnego. Subtelna, czysta dusza tego nieskazitelnego okazu szwalbizmu, lubuje się raczej w niedomówieniach i niedokładnościach językowych. Nawet o krzesełku wyraża się on z uznaniem:

„A przecież aksamitne są twoje krzesełka. Aksamitne… Jak przeguby twojego ciała… Jak wibracja twoich nerwów…”

Ujuj… Słowem, powiada p. Rosenberg, że wibracja nerwów tej damy przypomina mu krzesełko. Czasami tylko Rosenberg znajduje silne akcenty pokrewne Selowi:

„Wejdźcie do pierwszej z brzegu ulicznej [kokoty,

 A później, psiakrew, lata mrzyjcie na [suchoty!”

Dlaczego na suchoty? O boska przesado!

P. Rosenberg miał bardzo gorzkie przeżycia:

„Nie rozumiem dlaczego, kiedy mnie ujrzała, odruchowo, jakby bezwiednie, wstała i odeszła…”

A ja to w zupełności rozumiem. Nie znam powodów, które ją do tego skłoniły, ale je pochwalam.

„Ja cię nie znam, ale mi się zdaje,

Że cię kocham, dziewczynko zprzeciwka”

Sel bierze życie bardziej poprostu; przyznaje się on szczerze:

„Na lato muszę jechać do badu [Kołobrzegu,

By w słońcu wygrzać sobie bajecznie [wklęsły brzuch”.

A jedź pan do stu par djabłów!

 Niech pan wsiądzie w opisywaną przez siebie „kulawą dorożkę” i niech pan jedzie prosto na cmentarz starozakonnych, bo i tak wcześniej czy później zatłuką pana kijami za podobne ohydy. Ale nawet dorożka, ten niewinny środek lokomocji, została splugawiona:

„Trzęsie, wstrząsa niczem febra, Mdło mi już, choruję.

Dosyć tego! Złamiesz żebra — Ej! bo zwymiotuje”.

Istotnie. Ma pan rację. Dosyć. Można zwymiotować. Niech pan wyjedzie możliwie szybko i możliwie daleko i niech pan nie zapomni wziąć ze sobą Rosenberga.

Antoni Słonimski.”

Dużą antypatią pan Antoni obdarzył dwóch Henryków.

Gdyby ktoś mieszkał w Krakowie i chciał sobie przeczytać zbiorek poezji Henryka Sela jest dostępny w Bibliotece Jagiellońskiej. Katalog kartkowy, wypełniamy formularz i możemy się przekonać czy Słonimski miał rację co do pana Henryka Sela.

W ten sam sposób (katalog kartkowy) można zobaczyć i przeczytać “dzieło” drugiego pana Henryka.

Tradycyjnie znalezione w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 4

Witam Was moi drodzy w piątkowy poranek, mocno w Krakowie zimowy.

Znów książka “najgorsza”. I kolejny raz recenzent nie zostawia suchej nitki na Bogu ducha winnym autorze robiąc przy tym aluzje mocno kryminalne. A może autor nie jest całkiem bez winy?

Pan Jan Piołuniewicz i jego “Rozstajne drogi”. Wiadomości Literackie nr 5, 3 luty 1924r.

Książki najgorsze

Jan Piołuniewicz. Rozstajne drogi. Powieść. Kraków, nakładem własnym, 1923; str. 160 i 4nl.

„Gdy Juliusz był jeszcze niemowlęciem przy piersi, odczuwał już pierwsze dreszcze fizjologiczne…” (str. 14).

Jest to zupełnie normalny objaw. Małe dzieci są nawet pod tym względem dośćć chętne. Chyba, że autor chciał co innego powiedzieć, mówiąc o fizjologii – w takim razie jest to nędzne kłamstwo, co się zresztą potwierdza na stronie następnej.

„Małemi piąsteczkami gładził z lubością piersi mamki i przepojony słodką ciekawością (!), wglądał w jej łono (?)”

Ładny ananas. Bohater powieści mając parę miesięcy już się zabiera do roboty, nic więc dziwnego, że skarży się na str. 39:

„Na pozór pełen życia, nie mogę pani jednak obiecać faktycznych realnych rozkoszy (!?)”.

Wogóle postać Juliana Gorlicza jest dziwną mieszaniną instynktów zwierzęcych i taktu towarzyskiego.

„Poprosił Kazię, żeby się odwróciła, bo krawat miał za ciasno zawiązany. Jako człowiek z towarzystwa, zachowywał formy nawet w tej spelunce” (str. 44).

Popatrzmy, czem się zajmuje ten człowiek z towarzystwa w zdaniu następnem:

„Rzucił się na nią i ugryzł ją w ucho. Poczuł smak odgryzionego ciała — wypluł zawartość ust (?!), ale zebrało mu się na wymioty (!).

Autor bierze pełną odpowiedzialność za czyny swego bohatera, powiada bowiem najwyraźniej:

„Uderzmy się w piersi! Kto z nas nie świnił się (!) i nie znęcał lubieżnie, nad niewinnemi dziewczętami ulicy” (str. 54).

Jeśli w najbliższej przyszłości w kronikach policyjnych spotkam się z nazwiskiem autora „Dróg”, nie zdziwi mnie to bynajmniej.

Uważam tylko, ze prokuratura powinna zapobiec przestępstwu i zaaresztować p. Piołuniewicza przed zrealizowaniem wszystkich łajdactw, do których jest zdolny. Zdaje mi się, że nie cofnie się on również przed kradzieżą z włamaniem. Ciekaw jestem, czy p. P. nie był przypadkowo w Skolimowie w czasie zbiorowego morderstwa? Kto wie, może wreszcie w niedalekiej przyszłości policja będzie mogła, wyjawić nazwisko tajemniczego mordercy z ulicy Mazowieckiej.

bt.”

Widać, że recenzent nie ma zrozumienia dla przejawów ewentualnego dekadentyzmu głównego bohatera, i brzydzi się przesadnym epatowaniem okrucieństwem i fizjologią.

Nie znalazłem nigdzie wzmianki o autorze książki Janie Piołuniewiczu.

Tradycyjnie znalezione już w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”