Charlie w Chorwacji i na Adriatyku. Część I…

Widok z miejskich murów Dubrownika.

Dzień dobry! W Krakowie wieje jakiś orkan, rok akademicki się już dawno rozpoczął na szczęście dzięki silnym wiatrom smogu brak. Dlatego też dzisiaj będzie kolejna atrakcja, którą Wam obiecałem, czyli krótka relacja z mojego urlopu na Chorwacji. Będzie to bardzo krótka opowieść jak zostałem bibliotekarzem – żeglarzem i dlaczego Chorwacja jest taka piękna. Zostanie ona rozłożona na części, bo moja przygoda z żeglowaniem trwała prawie dwa tygodnie i ciężko będzie opowiedzieć wszystko w jednym długim wpisie.

A oto nasz dzielny “SMREK”

W skrócie jeszcze w grudniu zeszłego roku mój przyjaciel (obędzie się bez nazwisk i pseudonimów) wysłał maila z propozycją dwutygodniowego wypadu na jacht na Chorwację, a że chłop jest doświadczonym żeglarzem i ma na to certyfikaty (pewnie więcej niż cztery) to szybko się skrzyknęła grupka pięciu chłopaków, którzy chcieli przeżyć męską przygodę.

I tak mijał czas, mijał czas, aż w końcu nadszedł sierpień. I naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że dojdzie mi w tym roku IFLA (to był taki rzut na taśmę), a urlop planowany był na koniec sierpnia i początek września. Także cudem udało mi się połączyć obydwie rzeczy i wyruszyć w najdłuższą podróż na jachcie w moim życiu.

Dubrownik

Zaczęliśmy od odebrania naszego jachtu o jakże dumnej nazwie „Smrek” w marinie w Dubrowniku. Zapomniałem Wam też powiedzieć, że to był mój pierwszy raz w Chorwacji, więc wszystko było nowością i chciałem jak najwięcej zobaczyć. Na szczęście znalazła się chwila podczas pakowania do łajby, żeby zerknąć na Dubrownik. Miasto z długą przeszłością, z pięknym Starym Miastem, z cudownymi uliczkami, wąskimi, krętymi na których jest mnóstwo kotów. I oczywiście wszędzie wycieczki z „Gry o tron” – poniżej trochę zdjęć.

Takie widoczki

Dubrownik przeuroczy, ale straszliwie zatłoczony. Turysta na turyście, turystka pod turystką, dzieci turystyczne przed i za innymi dziećmi turystycznymi, a w tym wszystkim my. Zwiedzający na chybcika, bo jutro wyruszamy i trzeba odpocząć, a jednocześnie chce się jak najwięcej zobaczyć!

Koty, wszędzie koty :)

Bardzo wcześnie rano wyruszyliśmy na południe do Czarnogóry, bo chcieliśmy odwiedzić miasto KOTOR. Przeszliśmy odprawę w porcie Cavtat. To ostatni port celny na południu Chorwacji. Później całodzienny rejs do KOTORU. Miasteczko leży na samym krańcu Zalewu Kotorskiego. A z trzech stron otoczone jest masywami górskimi (Lovćen, Vrmac i Dobrota) – uwierzcie mi widok tych zboczy wyrastających wprost z brzegu robi to wrażenie.

Skoro świt bandera zaczęła powiewać.

A to kotek.

Zeszliśmy na ląd i od razu poszliśmy zwiedzać. Historia miasta sięga tysięcy lat wstecz. Grecy, Rzymianie, Bułgarzy, Serbowie, Włosi rządzili tymi terenami na zmianę. Stare Miasto pełne jest zabytkowych budowli, a spacer jego krętymi i wąskimi uliczkami robi wrażenie. Dodam tylko, że wieczorem i w nocy te ciasne uliczki pełne są ludzi, którzy słuchają koncertów odbywających się w knajpach, jedzą, piją i odpoczywają. Z ochotą również oddaliśmy się tym przyjemnościom ciała i ducha, bo zmęczenie po całodziennym rejsie dało się nam we znaki, ale to nie znaczy, że nie bawiliśmy się do białego rana :D Chociaż może raczej nie do białego, bo o godzinie 2 w nocy wszystkie knajpy są zamykane, koncerty przerywane i tylko miejscowi wiedzą gdzie jeszcze można się pobawić. Na szczęście spotkaliśmy takich miłych autochtonów i udało się przedłużyć wieczorne harce.

I kolejny kotek.

A rankiem wyszliśmy na wzgórze, na którym znajdują się resztki fortecy i resztki murów obronnych. Widok zaiste przecudowny na Zatokę Kotorską oraz na miasteczko. Powiem Wam, że taki spacer to idealne lekarstwo na skutki, które zwykle się odczuwa po spożyciu większych ilości piwa, wina i herbaty. Gdy już się wczołgałem na szczyt byłem świeżutki jak poranna bryza.

I jeszcze.

Spędziliśmy w Kotorze cały prawie dzień i po południu wyruszyliśmy z powrotem na Chorwację. Plan był prosty – będziemy płynąć NOCĄ, maksymalnie ile się da wypłyniemy w adriatyckie morze, by później znów zawitać do Cavtatu, aby się zameldować, że wróciliśmy z Czarnogóry. I tak też się stało moi drodzy. Płynęliśmy całą noc. Trzymaliśmy wachty.

Nie ma nic gorszego moi drodzy niż tak zwana „psia wachta” – od północy do czwartej rano trzeba we dwóch czuwać nad dobrym kierunkiem, rozglądać się czy czasem nie płyniemy kursem kolizyjnym z innymi nocnymi markami. Jest w płynięciu nocą pewna magia – rozgwieżdżone niebo, szum fal (jeśłi płynie się na żaglach), cisza i spokój. Ale stan fizyczny człowieka, któremu chce się spać nie pozwala w sposób pełny cieszyć się tą atmosferą. Nie pomaga trzecia kawa, nie pomagają nocne rozmowy o życiu. Zwyczajnie głowa opada na klatkę piersiową, a oczęta same się zamykają.

Wiecie co może człowieka w takim momencie pobudzić do życia? Co nagle wyrwie Cię z lekkiego otępienia i stanu półsnu? I przyprawi niemalże o zawał serca? Tym czymś jest nagły hałas za burtą, coś jak szczeknięcia psa, po którym słychać plusk. Taki dźwięk na środku morza podczas nocki to gwarantowany szok. A wiecie co to było? To były DELFINY! Płynęłiśmy na żaglach, więc jacht był cicho i delfiny podobnież lubią podpływać do jachtów, które traktują jak większych kolegów. Muszę Wam powiedzieć, że to było jednocześnie przerażające i niesamowite doświadczenie. Całe stado w środku nocy otoczyło nasz jacht i płynęło z nami przez kilkanaście dobrych minut. I pożegnały się z nami swoim charakterystycznym szczekaniem, a nam jakoś udało się dotrwać do czwartej nad ranem.

Wpłynęliśmy do Cavtatu z samego rana. Odbębniliśmy niezbędne formalności, i popłynęliśmy dalej, a co przeżyliśmy dowiecie się w następnej części.

One thought on “Charlie w Chorwacji i na Adriatyku. Część I…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook