Michał Puczyński “Odmiana przez przypadki i inne opowiadania”

Edward Munch "Angst" czyli "Niepokój" - grafika - chyba

Edward Munch “Angst” czyli “Niepokój” – grafika – chyba

Ech, miałem wrócić do wirtualnej rzeczywistości, a tu nawet nie ma kiedy. W czwartek (22.10.2015) miałem seminarium na 19 Targach Książki w Krakowie. Wraz z koleżanką opowiadaliśmy zainteresowanym osobom (a była ich całkiem spora grupka) o literackich grach miejskich. Mam wrażenie, że prezentacja wypadła całkiem nieźle, ale wracając do braku czasu – udało mi się wieczorami uszczknąć trochę minut i w ramach odprężenia czyszczę sobie czytnik. Czyszczę w tym sensie, że czytam stare artykuły i wpisy, które w czytnikowych odmętach gdzieś się zapodziały. I w ten sposób trafiłem na antologię Michała Puczyńskiego.

Continue reading

Milena Moser “Księga samotnic”

Do książki będą pasować ilustracje kobiet łamiących stereotypy. Tutaj Maud Wagner pierwsza tatuażystka w Stanach Zjednoczonych. Źródło: http://ubersuper.com/a-history-if-women-and-tattoo/

Do książki będą pasować ilustracje kobiet łamiących stereotypy. Tutaj Maud Wagner pierwsza tatuażystka w Stanach Zjednoczonych. Źródło: http://ubersuper.com/a-history-if-women-and-tattoo/

Dzień dobry moi Wielce Szanowni Czytelnicy. Dzisiaj kolejna książka, którą ukończyłem w tak zwanym cugu kończenia. Naprawdę w jednym tygodniu skumulowało mi się kilka książek. I nie dlatego, że tak szybko czytam, ale po prostu tak się trafiło. A nie piszę
o nich bo zwyczajnie czasu ostatnio nie mam.

Continue reading

Adrian Markowski “Sąsiady”

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

Adriana Markowskiego już na swoim blogu raz przedstawiałem, TUTAJ możecie przeczytać o jego poprzednim zbiorku 13 opowiadań o króliku. Dzisiaj będzie o swoistej kontynuacji tego zbiorku zarówno tematycznej jak i stylistycznej oraz narracyjnej.

Continue reading

Jan Stanisław Bystroń “Komizm”

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKomizm. Czym jest komizm? Definicja słownikowa bardzo łatwo charakteryzuje nam termin komizm jako: 

zdarzenie życiowe lub sytuacyjne, a także właściwość dzieła literackiego lub dzieła sztuki, skłaniające odbiorcę do wesołości i śmiechu, eliminujące negatywne odczucia, takie jak strach, litość, odraza itp. Literacki komizm występuje np. w satyrze, pamflecie, komedii, paszkwilu, farsie, burlesce, trawestacji, grotesce, ironii, dowcipie, żarcie itp.

Mamy więc jasność? Teoretycznie tak, ale z doświadczenia wiem i Wy też pewnie wiecie, że różne rzeczy różnych ludzi śmieszą. Jeden będzie się zaśmiewał z wulgarnego dowcipu o dupie Maryni, drugi z niesmakiem odwróci wzrok i charakterystycznie westchnie nad upadkiem moralnym ludzkości. Ktoś powie, że Monthy Python jest zwieńczeniem i ostateczną  formą humoru absurdalnego oraz brytyjskiego, drugi powie, że to banda pederastów lubiących przebierać się za kobiety. Tacy są ludzie i tak różne są ich charaktery i wrażliwość na różnego rodzaju humor. Dlatego też Jan Stanisław Bystroń pisze we wstępie do swego dzieła:

Teorią komizmu zajmowałem się od szeregu lat. Doradzali mi nieraz znajomi, abym porzucił błahy i mało poważny temat. Nie rozumiałem co prawda nigdy, dlaczego praca nad teorią komizmu ma być czymś mniej poważnym od np. teorii tragizmu, ale ostatecznie pogodziłem się z tym, że wielu rzeczy nigdy nie zrozumiem; co zaś do dobrych rad, to przestałem się nimi przejmować. Zajmowałem się dotychczas dość rozmaitymi zagadnieniami; otóż — o ile pamiętam nie było chyba tematu, którego by mi z różnych stron nie odradzano.

 

W książce niniejszej nie cytuję literatury przedmiotu, nie daję aparatu krytycznego, nie demonstruję erudycji. Czytałem to i owo z obszernej literatury teoretycznej, poświęconej komizmowi ; bardzo często miałem wrażenie, być może niesłuszne, że tematem tym zajmowali się ludzie, którzy nigdy w życiu się nie śmiali. Świadomie więc nadaję książce ton popularnego wykładu ; będę się cieszył, jeżeli czytelnik nie zauważy tych trudności, które na każdym niemal kroku stawały przede mną.

 

Oczywiście, nie mam żadnych złudzeń co do tego, że ogromna większość czytelników będzie traktowała niniejszą książkę jako zbiór mniej lub więcej wesołych opowiadań zabawnych konceptów. Niech i tak będzie ! Jeśli teoria okaże się chybiona, to niech przynajmniej książka w tej niezamierzonej roli okaże się przydatna. Tyle jest książek na świecie, i to z najbardziej dostojnymi tytułami, z których nawet takiego pożytku nie ma!

Zakopane, w lecie 1938.

Już po samym wstępie można nabrać sympatii do autora. A sympatia wzrasta w trakcie lektury jego dość monumentalnego dzieła liczącego sobie prawie sześćset stron w opasłym tomisku. Nie czyta się tej książki jednym tchem, w ciągu jednego lub kilku wieczorów. Ja ją sobie podczytywałem i za każdym razem odkrywałem nowe smaczki, nowe ciekawostki i bogactwo polskiej literatury od czasów średniowiecza do lat trzydziestych dwudziestego wieku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że książka ukazała się w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym.

Zaprawdę powiadam Wam pan Bystroń wziął na warsztat wszystkie rodzaje humoru: słowny, sytuacyjny, rysunkowy podzielił to jeszcze na inne kategorie jak humor przeciwieństw, groteskę, absurd i wiele, wiele innych. Nie wiedziałem, że dawna polska literatura obfitowała w tak ciekawe i wciąż (w większości przypadków) śmieszne przykłady tak wielu rodzajów humoru.

Bystroń starannie i w ciekawy sposób analizuje różne zjawiska, które prowadzą do powstania sytuacji, zdarzenia, gry słownej, które śmieszą. Sypie jak z rękawa anegdotami i dygresjami, przykładami z życia i z literatury. Dużo jest humoru żydowskiego, niemieckiego, książka pisania w międzywojniu w taki humor siłą rzeczy musiała obfitować. Widać także, że Bystroń pisał dla wykształconych ludzi, bo łacińskich sentencji nie tłumaczy, niemieckich także. Cóżem ja się namęczył, żeby posprawdzać niezrozumiałe zdania, bo łacinę to ja znam, ale tylko taką podwórkową.

Jak już wspomniałem lektura książki nie należała do błyskawicznych, ale to bardzo dobrze. Poleciłbym zwłaszcza polonistom, ale przeczytać możecie tylko w Czytelniach, bo książka jest sprzed wojny i raczej większość bibliotek nie wypuszcza książek przedwojennych na świat zewnętrzny. To  była naprawdę ciekawa i wielce pouczająca książka. A teraz będąc tym osobnikiem, który tylko dostrzegł pikantny humor w książce – kilka przykładów dla Was:)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jest tego znacznie więcej i w głównej mierze króluje dowcip pisany, ale postanowiłem Wam dawkować, cobyście nie pękli ze śmiechu.

Andrzej Sapkowski “Mniejsze zło”

Kontynuuję moją przygodę z laureatami Zajdla. Dziś na dywanik do pana bibliotekarza trafił Sapkowski i jego opowiadanie „Mniejsze zło”, które w 1990 roku zdobyło tę nagrodę fandomu polskiego. Geralt z Rivii miał już wtedy cztery latka, bowiem pierwsze opowiadania o nim, a noszące tytuł „Wiedźmin” ukazało się w 1986 roku. Jak na czterolatka to całkiem wyrośnięty chłop, któremu niczego nie brakowało, no może oprócz normalnego wyglądu. Nie wiem czy jest osoba, która przegląda mojego bloga i nie zna opowiadań z cyklu wiedźmińskiego. Jeśli jest, to niech natychmiast rzuci wszystko w diabły i zacznie czytać.

Ja sam czytałem książki pana Andrzeja w liceum. Pamiętam, że byłem pod ogromnym wrażeniem, siły jego wyobraźni i pióra. Naprawdę każda kolejna książka z cyklu wiedźmińskiego była przeze mnie hołubiona i wielbiona (oczywiście bez przesady). Oprócz cyklu wiedźmińskiego Sapkowski napisał trylogię „Narrenturm”, która mnie rozłożyła na łopatki, w tym jak najbardziej pozytywnym aspekcie.

Dobra wracając do „Mniejszego zła”: osią opowiadania jest spotkanie Geralta i czarodzieja Stregebora, który ukrywa się w wieży przed zemstą pewnej księżniczki, którą gdy była jeszcze dzieckiem Stregebor kazał zabić, gdyż podejrzewał, że mała jest mutantem. Mała przeżyła i teraz wraz z bandą zbójców ściga czarodzieja. Gdy Renfri przybywa do Blaviken, gdzie w wieży przebywa czarodziej Geralt stara się namówić ją do porzucenia myśli o zemście. Jej historia jest bardzo smutna i pełna tragizmu dlatego Renfri chce za wszelką cenę dopaść czarodzieja. Dochodzi do krwawego porachunku i Geralt odchodzi w siną dal.

Ciężko uwierzyć, że opowiadanie ma już ponad dwadzieścia lat. Wciąż jest świeżutkie jak bułeczki o szóstej rano w piekarni. Mówię Wam, jeśli do dzisiaj jest takie świeże to jakie wrażenie musiało sprawiać te dwadzieścia lat temu? (Pytanie jest retoryczne). Przewrotność historii o Renfri, która jest bardzo brutalną wersją bajki o królewnie Śnieżce budzi podziw pomysłem. Motywy ze zmutowanymi księżniczkami, które były zamykane w wieżach oraz królewiczach uwalniających owe księżniczki bardzo błyskotliwy i mocno nasycony czarnym humorem. Czarodzieje ukazani jako banda szalonych i bezlitosnych naukowców, którzy wybierając tak zwane mniejsze zło nie mają skrupułów by niszczyć niewinne, dziewczęce życia. Księżniczki zmutowane mające przynieść kres ludzkości dotknięte Przekleństwem Czarnego Słońca, a może księżniczki ofiary nieludzkich eksperymentów popełnianych przez żądnych wiedzy czarodziei? Nic nie jest oczywiste i nic nie jest podane na talerzu. Trzeba dokonać wyboru. Ale co jeśli jest tak jak mówi Geralt:

– Zło to zło, Stregoborze – rzekł poważnie wiedźmin wstając. – Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte. Nie jestem świątobliwym pustelnikiem, nie samo dobro czyniłem w życiu. Ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale. Czas na mnie. Zobaczymy się jutro.

Czy też może jest tak jak mówi Renfri:

Nie wierzysz, powiadasz. Widzisz, masz rację, ale tylko częściowo. Istnieje tylko Zło i Większe Zło, a za nimi oboma, w cieniu, stoi Bardzo Wielkie Zło. Bardzo Wielkie Zło, Geralt, to takie, którego nawet wyobrazić sobie nie możesz, choćbyś myślał, że nic już nie może cię zaskoczyć. I widzisz, Geralt, niekiedy bywa tak, że Bardzo Wielkie Zło chwyci cię za gardło i powie: “Wybieraj, bratku, albo ja, albo tamto, trochę mniejsze”.

Nikt w tym opowiadaniu nie wygrał, no może oprócz Stregebora, który zachował życie, pozbył się śmiertelnego wroga i mógł dalej robić co chciał.

„Mniejsze zło” to bardzo dobre opowiadanie, które czyta się świetnie. Praktycznie idealnie wpisuje się w konwencję fantasy. Baśniowe potwory, księżniczki i czarodzieje, samotny bohater zabijający owe potwory. Tylko tu nie ma happy endu, a krew, nie tylko potworów, leje się strumieniami. Konwencja fantasy nie przeszkadza przewrotnie i z czarnym humorem oraz dużą dawką ironii przenicować na drugą stronę znane wszystkim motywy baśniowe.

Opowiadanie można przeczytać na stronie sapkowski.pl.

Karel Capek “Przypadek prawny”

Kolejny fragment z “Humoresek” Capka:

“PRZYPADEK PRAWNY

— …walę więc na osiemdziesiątce do tego zakrętu, bo droga pusta, oczywiście, był to idiotyzm z mojej strony, zmniejszyłem tylko trochę gaz i biorę wesoło wiraż. I nagle patrzę, w poprzek drogi idzie orszak ludzi. Pogrzeb. Właśnie skręcał do bramy cmentarnej. Nacisnąłem hamulec i… zarzuciło jak cholera! Pamiętam tylko, że czterej ludzie, którzy nieśli trumnę, rzucili ją na drogę i sami hyc! do rowu, a mój wóz trzask! wyrżnął tyłem w trumnę i tak ją stuknął, że przeleciawszy przez rów znalazła się w polu. Wylazłem z maszyny. Jezusie Mario, jeżeli jeszcze rozwaliłem księdza i całą zbolałą rodzinę, to będzie ładna heca! Ale na szczęście nic się nikomu nie stało; po jednej stronie drogi stał chłopiec z krzyżem, a po drugiej ksiądz i familia; wyglądali jak figury woskowe. Dopiero po chwili ksiądz zaczął się trząść ze strachu i jąkał zdenerwowany:

– Panie, co pan wyprawia! Nawet dla zmarłych nie ma pan szacunku!

Ale ja byłem kontent, że nie zabiłem żadnego żywego! Po chwili ludzie opamiętali się; jedni zaczęli mi wymyślać, inni pobiegli na ratunek nieboszczykowi w trumnie; myślę, że to już jest taki instynkt w człowieku. Ale nagle rzucili się z powrotem, wrzeszcząc z przerażenia. Wyobraźcie sobie, w kupie rozbitych desek ruszał się żywy człowiek, rękami macał koło siebie, chcąc usiąść.

 — Co to — powiada – co to? — i ciągle próbuje się podnieść.

Skoczyłem do niego.

– Dziadku — mówię — niewiele brakowało, a byliby was pochowali! — I pomagam mu wydostać się z tych desek. A on tylko mruga i jąka;

– Co? Co? Co?

Ale wstać nie mógł; myślę, że od tego uderzenia zwichnął sobie albo złamał nogę.

Co tu dużo gadać! Wsadziłem dziadka i księdza do maszyny i zawiozłem ich do domu tego nieboszczyka. Za nami szła cała familia w nieutulonym żalu i chłopiec z krzyżem. No i muzyka, oczywiście; ale nie grała, bo nie wiedziała, jak będzie z forsą.

– Za tę trumnę wam zapłacę — powiedziałem — za doktora również. Ale poza tym możecie mi, podziękować, żeście nie pochowali żywego człowieka. — I pojechałem dalej. Prawdę mówiąc, byłem zadowolony, że już to mam za sobą i że nie stało się nic gorszego.

Niestety, teraz dopiero się zaczęło. Najpierw napisał do mnie wójt tej gminy całkiem uprzejmy list: że podobno rodzina tego domniemanego nieboszczyka, niejakiego Antoniego Bartosza, emerytowanego kolejarza, jest niezamożna; że chciała za ostatnie zaoszczędzone grosze dziadka godnie pochować; i że teraz, kiedy dziadek na skutek mej nieostrożnej jazdy powrócił do życia, będą go musieli pochować po raz drugi, na co przy swej niezamożności nie będą mogli sobie pozwolić; żebym więc zwrócił im koszta nieudanego pogrzebu, łącznie z księdzem, muzyką, grabarzem i stypą.

Następnie przyszedł list od adwokata występującego w imieniu owego dziadka: że Antoni Bartosz, emerytowany kolejarz, żąda zwrotu kosztów za zniszczone ubranie, w którym go chowano; następnie kilkaset koron za leczenie złamanej kostki; i wreszcie pięć tysięcy odszkodowania za ból, który spowodowałem. To już mi się wydawało lekką przesadą.

A potem nowy list: że podobno dziadek otrzymywał emeryturę; kiedy oddał ducha Bogu, emeryturę mu oczywiście wstrzymano i teraz urzędy nie chcą mu jej nadal wypłacać, ponieważ mają od powiatowego lekarza potwierdzenie, że umarł. Podobno dziadek chce mnie podać do sądu, bym mu płacił dożywotnią rentę zamiast straconej emerytury.

Ale i to nie koniec. Wkrótce przyszedł jeszcze jeden list: że dziadek od tej chwili, kiedy go wskrzesiłem, czuje się bardzo słaby i że trzeba go intensywnie odżywiać. I w ogóle podobno zrobiłem z niego zupełnego kalekę, nie jest to już ten sam człowiek, jest do niczego. Podobno tylko ciągle w kółko powtarza: „Ja mu tego nie daruję! Musi mi to wszystko wynagrodzić, choćbym miał pchnąć sprawę do najwyższej instancji! Żeby taką krzywdę zrobić biednemu człowiekowi! Za to powinna być taka sama kara jak za zabicie!”

I tak dalej. Ale najgorsze jest to, że wtedy nie miałem zapłaconego ubezpieczenia od wypadku i Towarzystwo Ubezpieczeniowe nie chce nic o tym wypadku słyszeć. I teraz nie wiem. Jak pan myśli? Będę musiał to wszystko zapłacić?”

“Fabryka absolutu” – Rozdział XXV. Największa wojna.

Przedstawiam Wam krótki fragment z książki Capka. Dotyczy on Wielkiej a właściwie tak zwanej Największej wojny jaka się rozpętała na całym świecie, który został opanowany przez Absolut.

 

ROZDZIAŁ XXV

TAK ZWANA NAJWIĘKSZA WOJNA

„Jest to ugruntowane w naszej ludzkiej naturze, że gdy nam się przytrafia coś bardzo brzydkiego, to specjalne zadowolenie znajdujemy w tym, że owo brzydkie, które nas spotkało, jest — jak świat światem — największym w swoim zakresie. Tak na przykład, gdy nas, dręczą upały; gazety pocieszają nas od razu tym, że „jest to najwyższa temperaturą jaką notowano od roku 1881″.

I nie tylko, że nas to pociesza, ale jeszcze mamy trochę złości na ów rok 1881-szy, że nam dorównał. Albo gdy sobie odmrozimy uszy tak setnie, że się po prostu łuszczą, to napełnia nas rodzajem radości to, że „tak ostrego mrozu nie było od roku 1786-go”.

Tak samo bywa też z wojnami. Dana wojna jest albo najsprawiedliwsza, albo najkrwawsza, najkorzystniejsza czy też najdłuższa od takiego a takiego czasu. Taki superlatyw daje nam pewne dumne zadośćuczynienie, że przeżywamy coś nadzwyczajnego i rekordowego.

Otóż wojna, która trwała od 12. lutego 1944 roku do jesieni roku 1953, była naprawdę i bez przesady (słowo daję!) Największą Wojną. Nie odbierajmyż, proszę was, tym, co ją pamiętają, tę jedyną sprawiedliwie zasłużoną uciechę.

Uczestniczyło w tej wojnie 198 milionów ludzi i wszyscy oni polegli, prócz trzynastu. Mógłbym wam przytaczać liczby, przy pomocy których rachmistrze i statystycy próbowali poglądowo przedstawić te masowe straty. Na przykład ile by to było tysięcy kilometrów, gdyby ułożyć trupa przy trupie albo ile godzin musiałby pędzić kurier, gdyby ci polegli byli poukładani zamiast podkładów kolejowych. Albo jeszcze, gdyby pourzynano palce wskazujące wszystkich zabitych i poukładano w pudełkach od sardynek, ile setek wagonów wypełniłby taki towar, i tam dalej. Ale nie zapamiętuję dobrze liczb i nie chciałbym was oszukać ani o jeden marny wagonik statystyczny. Dlatego powtarzam tylko sumarycznie, że była to największa wojna od stworzenia świata i co do wielkości strat i co do rozległości pobojowiska.

Jeszcze raz tłumaczy się kronikarz, że brak mu zmysłu i zdolności do opisów z wielkim rozmachem. Oczywiście powinienby opisać, jak się wojna przewalała od Renu po Eufrat, od Korei do Danii, od Lugano do Haparandy i tam dalej. Zamiast tego z większą przyjemnością nakreśliłby obraz przyjazdu Beduinów do Genewy z głowami nieprzyjaciół nanizanymi na dwumetrowych pikach. Albo miłosne przygody francuskiego poilu w Tybecie, kawalkady rosyjskich kozaków na Saharze; rycerskie harce macedońskich komitadżów z senegalskimi strzelcami na brzegach jezior Finlandii. Jak widzicie materiał jest bardzo bogaty. Zwycięskie pułki Bobineta leciały od jednego rozmachu, śladem Aleksandra Wielkiego, przez obie Indie, do Chin. Tymczasem jednak żółta fala chińska przez Syberię i Rosję dotarła do Francji i Hiszpanii, czym odcięła mahometan walczących w Szwecji od ich baz macierzystych. Pułki rosyjskie ustępując przed miażdżącą przewagą chińską, znalazły, się w północnej Afryce, gdzie Sergiej Nikołajewicz Złoczin założył swoje carstwo. Został jednak zamordowany, ponieważ jego bawarscy generałowie sprzysięgli się przeciwko jego pruskim atamanom, po czym na carski tron w Timbuktu wstąpił Sergiej Fiodorowicz Dranin.

Nasza czeska ojczyzna znajdowała się kolejno pod władzą Szwedów, Francuzów, Turków, Rosjan i Chińczyków, przy czym każdy z tych najazdów wymordował autochtonów do ostatniej duszy. W kościele św. Wita w ciągu tych lat wygłaszali kazania, względnie odprawiali mszę, pastor, adwokat, iman, archimandryta i bonza, oczywiście bez trwałego skutku. Jedyną radosną zmianą było to, że Stary Teatr był stale przepełniony: urządzano tam mianowicie magazyny wojskowe.

Gdy w roku 1951 Japończycy wyparli Chińczyków z Europy Wschodniej, powstało i istniało przez jakiś czas nowe Państwo Środka (jak Chińczycy nazywają swoją ojczyznę), przypadkiem akurat w granicach monarchii Austro-Węgierskiej. W Schönbrunn mieszkał znowu starusieńki władca, stosześcioletni mandaryn Jaja Wir Weana, „ku którego uświęconej głowie z dziecięcym szacunkiem spoglądają radujące się narody”, jak codziennie zapewniała „Wiener Mittagszeitung”. Językiem urzędowym była chińszczyzna, co od razu i na zawsze usunęło spory narodowościowe. Bogiem państwowym był Budda. Uparci katolicy Czech i Moraw wyemigrowali za granicę, ucierpiawszy wiele od chińskich dragonad i konfiskat, co w mierze nadzwyczajnej rozmnożyło liczbę narodowych męczenników.

Natomiast niektórzy roztropniejsi i rozważniejsi czescy patrioci otrzymali na mocy Najwyższego Miłościwego Reskryptu godność mandaryńską, a mianowicie To-Bol-Kaj, Gro-szi i zaiste wielu innych. Ten rząd chiński pozaprowadzał wiele postępowych nowinek, między innymi wydawanie kartek zamiast jedzenia. Ale Państwo Środka rozpadło się niedługo, albowiem zupełnie wyczerpały się zasoby ołowiu potrzebnego do wyrobu kul, skutkiem czego upadł wszelki autorytet władczy. Kilkunastu Chińczyków, którzy nie zostali zamordowani pozostało tu i w czasach pokoju, jaki po wojnie nastał. Zajmowali oni przeważnie stanowiska urzędników prezydialnych.

Tymczasem cesarz Bobinet, przebywający akurat w indyjskiej Simli; dowiedział się, że w niezbadanym dotychczas górnym dorzeczu rzek Irrawadi, Seluinu i Mekongu istnieje kobiece państwo Amazonek; wyruszył tam ze swoją starą gwardią, ale już stamtąd nie wrócił. Według jednej wersji miał się tam ożenić, według innej, królowa Amazonek Amalia urżnęła mu w walce głowę i wrzuciła ją w miech napełniony krwią, mówiąc: „Satia te sanguine, quem tantum sitisti” — nasyć się krwią, której tak pragnąłeś. Druga wersja jest stanowczo łagodniejsza.

Na ostatku stała się Europa widownią bezsensownych walk między rasą czarną, walącą się z wnętrza Afryki, a plemionami mongolskimi. Co się działo w ciągu tych dwóch lat, o tym lepiej nie mówić. Ostatnie ślady cywilizacji znikły. Na przykład na Hradczanach rozmnożyły się niedźwiedzie tak bardzo, że ostatni mieszkańcy Pragi zburzyli wszystkie mosty, nawet most Karola, dla ochronienia prawego brzegu Wełtawy przed tymi krwiożerczymi drapieżnikami. Liczba mieszkańców zmniejszyła się do nieznacznego ułamka. Wyszehradzka kapituła wyginęła po mieczu i po kądzieli. Mistrzowskiemu meczowi Sparta — Viktoria — Żyżków, przyglądało się tylko sto i dziesięć ludzi.

 Ale i na innych kontynentach nie było lepiej. Ameryka Północna straszliwie spustoszała krwawymi walkami Suchych z Mokrymi, stała się japońską kolonią. W Ameryce Południowej następowały kolejno cesarstwa Urugwajskie, Chilijskie, Peruwiańskie, Brandenburskie i Patagońskie. W Australii natychmiast po upadku Anglii założono Państwo Idealne, które tę ziemię obiecaną przemieniło w bezludną pustynię. W Afryce zjedzono przeszło dwa miliony białych; Murzyni zagłębia Kongo rzucili się na Europę reszta Afryki wiła się w zmiennych walkach stu, osiemdziesięciu i sześciu różnych cesarzów, sułtanów, królów, poglawników i prezydentów.

Oto są dzieje dziejów. Każdy z tych setek milionów człowieczków miał przedtem swoje dzieciństwo, swoje miłości, swoje plany. Czasem miewał pietra, czasem bywał bohaterem, ale na ogół był śmiertelnie sfatygowany i z ochotą byłby się ułożył na łóżku upokojonionego świata. Jeśli umierał, to na pewno nie umyślnie. I oto z tego wszystkiego mamy tylko garść danych: bitwa tam i tam, straty takie i takie, wynik taki albo owaki i co najgorsze, że ten wynik o niczym właściwie porządnie nie zadecydował. Dlatego też mówię: nie odbierajcie ówczesnym ludziom tej jedynej pychy, że to, co przeżyli, było Największą Wojną. My, oczywiście wiemy, że za parę dziesiątków lat uda się zmajstrować wojnę jeszcze większą, bo i w tym kierunku wznosi się ludzkość coraz wyżej i wyżej.”

 

Zadziwiającym prorokiem okazał się Capek, który w ostatnim zdaniu pisze o zdolności cywilizacji ludzkiej w majstrowaniu coraz większych i większych wojen. I te kartki zamiast jedzenia!

Wiktor Pielewin “Omon Ra i inne opowieści”

Wiktor Pielewin "Omon Ra i inne opowieści"

Wiktor Pielewin “Omon Ra i inne opowieści”

To moje pierwsze spotkanie z prozą Wiktora Pielewina. Kolejny raz przekonuję się, że czeka na mnie jeszcze mnóstwo dobrych rzeczy i przeraża mnie to, że w tym krótkim danym nam przez Los czasie nie ogarnę wszystkiego. Już nie ogarniam, a co będzie, gdy będę starszy, a wątroba w coraz gorszym stanie? Jak żyć Losie, jak żyć?!

Dobra dość tego. „Omon Ra…” to zbiorek trzech prozatorskich utworów uznanego rosyjskiego pisarza. Pierwsze tytułowe „Omon Ra” jest najdłuższe i jest takim przydługim opowiadaniem. Opowiadaniem szyderczym, śmiesznym (poprzez łzy) i smutnym jednocześnie. Pielewin bezlitośnie wyśmiewa „dokonania” radzieckiej kosmonautyki. W skrócie pewien chłopak od zawsze marzył by zostać zdobywcą kosmosu. Poszedł do Armii Czerwonej i tam wybrali go na kosmonautę. Jednak okazało się, że sławna radziecka automatyka wymaga ludzkiej opieki przez cały czas. I w ten sposób dowiedział się, że musi poświęcić życie dla dobra ZSRR i ludu pracującego. Pielewin cynicznie opisuje działania propagandowe radzieckich towarzyszy i demaskuje mechanizmy stojące za „wielkimi czynami”. Czarny humor zaprawiony goryczą dominuje.

Drugie opowiadanie „Żółta strzała” to opowieść o ludziach, którzy całe życie spędzili w pędzącym do zrujnowanego mostu pociągu. Jak dla mnie alegorie do upadającego imperium radzieckiego jak najbardziej oczywiste. Beznadzieja, bezsens egzystencji. Wieczne czekanie w kolejce na lepszy przedział, który zwalniał się w momencie, gdy jego poprzedni właściciel wyciągnął kopyta. Wszędobylscy kombinatorzy i cwaniacy starający się oszukać kogo się tylko da i zarobić na tym grubą kasę. I główny bohater, który zostaje mistykiem i poszukuje jakiegoś wyjścia z tej bezsensownej sytuacji zwanej pociągiem do życia. Znów dobra dawka ironii i groteski. Świetna karykatura początkującego kapitalizmu i rozpadającego się ustroju.

I trzecie „Samotnik i Sześciopalcy” to bardzo interesujące opowiadanie o… kurach. I nie tylko. To filozoficzna i absurdalna przechadzka po fermie drobiu, na temat granic poznania, tego w jaki sposób definiujemy świat i życie. Oraz o bodźcach, które zmuszają nas do sięgania dalej poza rzeczy widzialne i poznane przez innych i nas samych. Jest też o życiu w grupie i społeczeństwie, które polega na dopchaniu się do korytka z wodą i żarciem. Podobało mi się bardzo. Bardzo interesujące i ciekawe. Po przeczytaniu tłukło mi się w łepetynie pytanie: Czy wszyscy jesteśmy kurczakami przeznaczonymi na rzeź, bezrefleksyjnie starającymi się zająć jak najlepsze miejsca w kolejce dziobania?

Ogólnie jak na moje pierwsze spotkanie z Pielewinem to jestem zadowolony i obiecuję sobie solennie, że przeczytam coś jeszcze. Jak tylko starczy mi żywota mego. Amen albo Omen albo Omon.

Etgar Keret “Rury”

Etgar Keret "Rury"

Etgar Keret “Rury”

Witajcie moi drodzy parafianie! Dawno mnie nie było, a bo i te wakacje trwają i lato, i jakoś tak czasu nie mam zupełnie na czytanie książek. W tym roku urlopu również dłuższego nie będę miał, bo roztrwoniłem dni urlopu swego jak urzędnicy publiczne pieniądze, więc siedzę w pracy.

Dość tych wycieczek osobistych. Będzie o książce z polecenia. Kolejnego dobrego polecenia (warto znać odpowiednich ludzi). Samemu do głowy, by mi nie przyszło aby sięgnąć po jakiegoś izraelskiego współczesnego pisarza. Nie to, żebym coś miał do izraelskich pisarzów (lapsus językowy zamierzony), tak po prostu raczej nigdy nie byli w orbicie moich zainteresowań. A tu bach! Przeczytałem sobie “Rury” właśnie izraelskiego pisarza. Mistrza krótkiej formy jak go nazywają krytycy. Jakie wrażenia? Zdecydowanie mistrzem krótkiej formy Keret jest. “Rury” to zbiór “opowiadań”, “anegdot”, piszę w cudzysłowie, bo często w tym zbiorze mamy do czynienia z opowiadaniem dosłownie na jedną stronę. Ale ta zwięzłość, kondensacja i nasycenie wrażeń jest jak najbardziej na miejscu i zupełnie nie przeszkadza. Przyznam się szczerze, że nie miałem ani razu uczucia niedosytu nawet po najkrótszym tekście.

O czym pisze Keret? O Izraelu, o jego społeczeństwie, ludziach zamieszkujących ten kraj. Robi to jednak poprzez groteskę, czarny humor, ironię podając to wszystko polane surrealizmem. Czytając teksty Kereta często się zastanawiałem na ile autor opisuje swoje własne doświadczenia. Jak wiele w tych “opowiadaniach” zawartych jest osobistych wspomnień Kereta. Oczywiście nie starałem się przekładać jego tekstów na rzeczywistość, tego się po prostu nie da, teksty są zbyt abstrakcyjne. Po prostu przemyślenia na temat osobistych doświadczeń pisarza pojawiały się mimowolnie.

“Opowiadania” Kereta przesiąknięte są smutkiem, fatalizmem oraz bezradnością, jeśli chodzi o człowieczy los. Nie tylko w Izraelu czy Palestynie, ale w takim ogólnym, uniwersalnym wymiarze. I choć czarny humor znacznie łagodzi tę rozpacz dotykającą bohaterów tekstów, można śmiało stwierdzić, że Keret jest piewcą piekła życia na ziemi. Piekła, które może złagodzić sarkazm, ironia i groteska.

Polecam gorąco tę książkę. Warto po nią sięgnąć, nawet po to aby się trochę pośmiać z szalonych pomysłów autora.