Antologia “Legendy polskie”

Światowid ze Zbrucza. Źródło: http://pauart.pl/app/artwork?id=5838225d0cf2844219bff418

Dobry wieczór kochani. Piszę do Was żeby się przed Wami choć trochę ukorzyć, bo cóż się stało z moją obietnicą częstszego pisania? Ano nie została dotrzymana. Może zrobiłem się trochę aktywniejszy na fejsiku, ale to i tak wciąż za mało! Mało, mało i mało! Trochę to dziwne, bo przecież lubię sobie skrobać tutaj te marne słowa (które później okazują się przydatne jeśli chodzi o sięganie po wspomnienia co do przeczytanych książek).

Continue reading

“Polska nowela fantastyczna. T. 1” zebrał Julian Tuwim

Moi drodzy Czytelnicy, którzy wiernie zaglądają na poletko czy też raczej totalny ugór jakim stał się mój blog. Niczym polityk, który mówi, że troszczy się o ludzi, a nie o swoje koryto, tak ja po raz kolejny staram się obiecać Wam, że (jeśli Was to interesuje) odgruzuję mojego bloga i będę starał się zamieszczać regularnie jakieś wpisy. Mam nadzieję, że moja obietnica będzie więcej warta niż słowa polityka. Jeśli tak się nie stanie niech sczeznę ja i pchły moje.

Continue reading

Profesor Tutka znał człowieka głębokiego.

Jedna bardzo krótka historia z profesorem Tutką. Pamiętajcie o ludziach “głębokich” – cokolwiek to znaczy.

Profesor Tutka znał człowieka głębokiego

Rejent powiedział o jakimś artyście, że to artysta — głęboki.

Profesor Tutka podchwycił słowo — «głęboki».

— Znałem — mówił Profesor Tutka — człowieka o wyglądzie bardzo okazałym. Człowiek ten pięknie dekorował swą postacią stół prezydialny, salę teatralną podczas antraktu na premierze lub ucztę, gdy był na nią zaproszony. Cieszył się szacunkiem, gdyż był to człowiek przyzwoity, światły, poważny. Znał się na wielu rzeczach, gdyż, jak powiedziałem, był to człowiek światły. Słyszało się często, że to «umysł krytyczny». Bo często słuchano z uwagą, jak krytykuje.

W zaraniu swej kariery życiowej wpadł na doskonały, chociaż niezbyt oryginalny dowcip: mianowicie zarzucać prawie zawsze brak głębi. Metoda taka nie wzbudza śród słuchaczów sprzeciwu: głąb to coś nieokreślonego; trudno się sprzeciwiać. Metoda taka — oparta jest niewątpliwie na dość prostej znajomości psychologii: wygłoszenie, że komuś brak głębi, wywołuje w słuchaczu wrażenie, że ten, co brak jej zarzuca, jest człowiekiem głębokim. Tak też było z owym okazałym panem: pozyskał opinię — głębokiego.

Człowiek ten, nazywany głębokim — dożył późnej starości. O starości mówią, że jest nieubłagana. Rzadziej ktoś zauważy, iż starość bywa kapryśna, figlarna, złośliwa. Nie wiadomo dlaczego atakuje czasem tylko kawałek człowieka, a wszystko inne zostawia w porządku: dobierze się do nóg, a głowę pozostawia przytomną, a nawet mądrzejszą niż przed laty; to znów atakuje właśnie głowę, a resztę ciała zachowuje w czerstwości. Człowiekowi, o którym mowa, starość zaczęła atakować głowę — pozostawiając w spokoju okazałe ciało, które mogło jeszcze poprowadzić poloneza na balu reprezentacyjnym lub pięknie pomachać dzwonkiem, gdy było zaproszone do prezydialnego stołu.

Z mową już nie najlepiej: coś tam się nie kojarzyło, coś, zamiast skupiać — rozpraszało. Zaćmienie nadchodziło szybko: w tej głowie pozostało tylko zdanie — «w tym nie ma głębi», pozostał konik, na którym pan jeździł przez całe życie, gdy reszta pokaźnej stajni zniszczyła się czy rozbiegła po świecie. Nie dyskutowano z nim, gdyż nie dosłyszał i prawie niczego, o czym mówią, nie rozumiał. Ale jeszcze piękna, jak powiedziała jedna pani — hetmańska jego postać i dość sławna przeszłość robiły swoje: gdy zjawił się raz na premierze teatrzyku marionetkowego — dyrektor powitał go z wielkim szacunkiem i zapytał później o zdanie, jak mu się przedstawienie podobało. Odpowiedział — «pięknie, ale nie ma w tym głębi». Dyrektor odpowiedział z wielkim szacunkiem, iż sam to rozumie, ale jest nadzieja, że jeszcze w tym miesiącu uda mu się pogłębić scenę o półtora metra. Ale pan nie wiedział, czy to ze strony dyrektora — ironia, czy nieporozumienie.

Spotkałem tego człowieka — mówił Profesor Tutka — na wystawie obrazów: poznał mnie nawet i uprzejmie powitał. Staliśmy przed płótnem malarza z dziewiętnastego wieku, przedstawiającym pejzaż wiejski i kobiety w barwnych strojach, które, powracając z targu, rozzuły się i zakasawszy kiecki, przechodziły w bród rzeczkę.

— Niech, co chcą, mówią młodzi malarze — powiedziałem — ten umiał malować.

— Tak — odpowiedział mi sędziwy pan — ale nie ma w tym głębi.

— Gdyby była głębia — zauważyłem — kobiety utonęłyby w rzeczce.

Już tego nie słyszał.

Po jakimś czasie dowiedziałem się, że ów człowiek umarł.

Zmartwiłem się nawet, bo człowiek porządny, światły i głęboki. Postanowiłem odprowadzić zmarłego na cmentarz. Jesień, deszcz padał ze śniegiem, osób bardzo mało, bo pan nie zajmował już żadnego stanowiska, zubożał i nie miał rodziny, której należało wyrazić współczucie. Na cmentarzu w dzielnicy niezamożnych kończono kopać grób. Zjawił się jakiś urzędnik cmentarny i zmierzył głębokość grobu długim kijem z podziałką. Nie było odpowiedniej głębi, kazał kopać dalej. Spojrzeliśmy, goście żałobni, na siebie porozumiewawczo.

A nawet uśmiechnęliśmy się… Nie trzeba dodawać, że wszyscy byli to ludzie dobrze wychowani — więc uśmiech nasz był dyskretny i smutny.”

Jerzy Szaniawski “Profesor Tutka”

Jerzy Szaniawski “Profesor Tutka”

IMAG0536 Bez bicia przyznam się, że o Szaniawskim nie słyszałem nigdy lub moja pamięć nie zanotowała takiego nazwiska, aż do czasu, gdy zacząłem czytać o profesorze Tutce. A nawet sucha notka na Wikipedii mówi o człowieku, który przed wojną był wziętym dramatopisarzem, po wojnie odrzucił socrealizm za co został oficjalnie potępiony i wykreślony z polskiej literatury. Dopiero tak zwana odwilż znów pozwoliła na wydawanie i drukowanie jego utworów. Człowiek, który został na ojcowiźnie, uprawiał rolę i pisał. A którego spuścizna literacka spłonęła wraz z jego rodzinnym dworkiem w Zegrzynku kilka lat po jego śmierci. Barwny życiorys i ciekawa postać.

Nic więc dziwnego, że taki umysł wykreował profesora Tutkę. O którym można powiedzieć, że nie istnieje zagadnienie, myśl, idea na którą profesor Tutka nie mógłby znaleźć przykładu z własnego życia. Dla tego dystyngowanego, starszego pana spędzającego popołudnia w gronie miejskich notabli nie ma tematu, którego nie mógłby skomentować własnym doświadczeniem. Chcecie o malarzach tak się składa, że profesor znał kilku, a może o kobiecie interesującej? Oczywiście, że profesor Tutka znał i to niemało kobiet interesujących. Szereg sądów związanych z codziennym życiem, z drobiazgami, które to życie tworzą, ale także z wielkimi ideami i głębokimi emocjami profesor Tutka potrafi albo wyjaśnić, albo obalić, ale najczęściej robi jednocześnie jedno i drugie. To prawdziwy czarodziej pozostawiania słuchaczy i czytelników w stanie zawieszenia i braku pewności czy czasem nas profesor Tutka nie nabiera. Czy czasem nie chce sprawdzić, czy łatwo łykamy haczyk i przytakujemy mu bezmyślnie, bo wtedy on obnaży naszą ignorancję bezlitośnie.

Krótkie opowiastki profesora Tutki to bardzo ciekawy powrót do świata, którego już nie ma (przynajmniej tak mi się wydaje). Sędzia, doktor, radny i inni nie przesiadują w kawiarni godzinami i nie dyskutują na tak zwane “życiowe” tematy. Te opowiadania mają swoisty mieszczański klimat, którego chyba już się nie odnajdzie. Profesor Tutka natomiast to postać, która budzi pozytywne emocje. Zawsze ma dobry przykład, anegdotkę na każdą sytuację. Niezły też z niego jest i był kobieciarz, bo co chwila wspomina o miłościach, które nim zawładnęły.

Szaniawski dał mi chwilkę lekkiej zadumy i uśmiechu. To taki humor, który nie jest wulgarny, nie jest nachalny, wiele aluzji jest bardzo łatwych do odczytania, co nie znaczy, że wszystko masz człecze wyłożone na tacy. Oj nie. Polecam gorąco! Jako dobrą odskocznię od wszystkiego.

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Małgorzata Szejnert "Wyspa Klucz"

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Bo to nie jest tak, że Charlie nie czyta. Charlie czyta wciąż, ale ostatnio trochę mniej i jakby tak bardziej rozdrobnionym jest w tym swoim czytaniu. Tu stroniczka jakiejś książki, tam rozdzialik i tak zbiera Charlie te okruchy literatury w swojej główce. Może coś mu po tym zostanie a może to wszystko wywietrzeje, zostanie spalone w alkoholowym ciągu. Tego nikt nie wie, tym bardziej Charlie. Jedno jest pewne: “Wyspa Klucz” tak szybko z Charliego głowy nie zniknie. Ten reportaż, ten zbiór esejów, ta książka  jest fantastyczna. Cud, miód i orzeszki – ale proszę nie myśleć, że taka ta książka słodziutka. Oj nie.

Stany Zjednoczone – Imperium Rzymskie naszych czasów. Kraj, który miał i ma ogromny wpływ na kształt współczesnego świata. Ziemia Obiecana dla wszystkich. Stworzona przez przybyszy i imigrantów ojczyzna wolności i swobody. Kraj, w którym możliwe są historie w rodzaju od pucybuta do milionera. My Polacy mamy swoje własne wyobrażenie o USA. O Ojczyźnie dolara. Społeczeństwo amerykańskie zostało opisane w tak wielu rozprawach, książkach, że chyba nie sposób tego ogarnąć. Więc po cóż jeszcze jedna książka o USA? Można powiedzieć, że ta książka jest i nie jest o Ameryce. Bo opowiada ona losy ludzi, którzy dopiero przybywali do tej Ziemi Obiecanej. Opowiada ich dzieje w momencie gdy pierwszy raz stawiali stopę na amerykańskiej ziemi. A ziemią tą była wyspa Ellis. Gdzie przez kilkadziesiąt lat była stacja imigracyjna przyjmująca przybyszów do Stanów. Oczywiście było to w czasach gdy z Europy do Stanów płynęło się statkami. Czyli koniec wieku XIX i pierwsze dekady wieku XX. To wtedy Stany przyjęły najwięcej imigrantów w swej historii. Ale nie przyjmowały wszystkich z otwartymi ramionami.

O, nie było tak łatwo. Wszyscy, którzy przypłynęli z Europy na wielkich parowcach, płynąc w okrutnych warunkach, często gorszych niż w bydlęcych wagonach. Wszyscy ci Niemcy, Rosjanie, Polacy, Włosi, Szwedzi, Żydzi, Cyganie, Ormianie i wiele wiele innych narodowości, szczepów, plemion, nacji pierwsze swe kroki stawiało właśnie na wyspie Ellis. I tutaj byli poddawani “selekcji” i choć to brzydkie słowo tak to się odbywało. Stany Zjednoczone odrzucały chorych, szalonych, wszystkich, którzy mogli stanowić w przyszłości ciężar dla społeczeństwa. Autorka książki w bardzo sugestywny sposób opisuje wszelkie procedury, maluje nam przed oczami wygląd pomieszczeń stacji. Idealnie przedstawia zachowania różnych ludzi. Ja czułem wszystko, czułem strach i przerażenie ludzi, którym każe się robić dziwne rzeczy, zabiera się ich bagaże, każe się rozbierać. Brud, smród i ubóstwo jakie panuje na stacji przedostaje się dzięki słowom Szejnert nie tylko przez strony książki ale przez stulecie. Szejnert skupia się na poszczególnych osobach, zarówno pracownikach stacji jak i przybyszach, nakreśla ich portret i przedstawia dzieje. Poznajemy historie smutne i wzruszające. Historie mające tragiczny finał ale również te z tak lubianym przez nas happy endem.

Ta książka pełna jest wszystkiego: śmierci, bólu, nędzy, rozpaczy, cierpienia ale jednocześnie historii nieprawdopodobnych, wzruszających i dających nadzieję. Losy milionów pokazane na przykładzie losów kilkudziesięciu osób. Pełno w niej faktów i liczb ale to w żaden sposób nie przeszkadza, wręcz przeciwnie pozwala sobie wyobrazić skalę i ogrom przedsięwzięcia jakim przez lata była stacja witająca przybyszów w Nowym Świecie. Książka choć reportażem jest, nie pozbawiona jest poetyckości i metafor. Stojąca tyłem do imigrantów Statua Wolności (tak ją widzą imigranci patrząc na nią z Wysyp Ellis), wydaje się mieć ich w d… Drapacze chmur, które dla dziesięcioletniego włoskiego chłopca i jego brata wydają się masywem górskim. Ogromne znaczenie przedmiotu nazywanego buttonhook, który pierwotnie służył do zapinania guzików a oddał nieocenione usługi służbom medycznym wyspy Ellis.

To rewelacyjna książka. Rzadko gruboskórnego Charliego coś wzruszy, czy tam dotknie wrażliwszej części jego duszy (zresztą facet nie powinien w ogóle o tym wspominać), jednak ta książka go wzruszyła. I to wystarczająca rekomendacja. Polecam tę książkę każdemu. Jest świetna!

Jorge Luis Borges “Powszechna historia nikczemności”

Jorge Luis Borges "Powszechna..."

Jorge Luis Borges “Powszechna…”

O tym pisarzu, którego pełne nazwisko brzmi Jorge Francisco Isidoro Luis Borges Acevedo dużo słyszałem. Uznawany za jednego z najlepszych argentyńskich pisarzy, znany i doceniany na całym świecie. Ale jakoś nigdy w ręce nie wpadła mi żadna jego książka. Ostatnio znalazłem takiego starocia a że dosyć cienkie i całkiem intrygujący tytuł to sobie przeczytałem. A co mi tam.

“Powszechna historia nikczemności” to zbiór esejów, krótkich opowiadań. Dotyczą one historii żywota jakiegoś łotra lub nikczemnika. Poznajemy więc niesławnego przerażającego wybawiciela Lazarusa Morella, który zbiegłym z plantacji bawełny niewolnikom obiecywał wolność a następnie sprzedawał ich na innym targu lub zabijał. Dorobił się pokaźnej fortuny. A opowieści o jego nikczemności do dziś przetrwały w tak zwanych urban legends w całych Stanach. Inna historia opowiada o przywódczyni chińskich piratów, która zbudowała sobie niezłe imperium. Inna opowieść dotyczy rozkwitu gangów Nowego Jorku mamy tam przepięknie opisaną bitwę uliczną:

Bitwa pod Rivington. Około stu bohaterów, niewiele różniących się od fotografii, które więdną w archiwach policji; stu bohaterów przesiąkniętych dymem papierosów i alkoholem; stu bohaterów w słomianych kapeluszach o różnobarwnych wstążkach; stu bohaterów nadwerężonych – jedni mniej, drudzy bardziej – przez wstydliwe choroby, próchnicę zębów, zaburzenia funkcjonalne dróg oddechowych albo nerek; stu bohaterów tak nieistotnych i tak wspaniałych jak ci spod Troi albo Jeny rozegrało tę okrytą mrokiem bitwę w cieniu arkad kolei nadziemnej […] Pod wielkimi arkadami z betonu zostało siedmiu ciężko rannych, cztery trupy i martwy gołąb.”

Borges świetnie opisał jednego z najbardziej znanych rewolwerowców Dzikiego Zachodu czyli Billy the Kida, który  już za życia był chodzącą legendą i który prowadził żywot dziki i bezwzględny oraz bluźnierczy i w taki sam sposób zginął. Jest również przepiękna opowieść o tym jak wiele może wycierpieć japoński samuraj by pomścić honor swojego pana.

Oprócz historii nikczemności Borges napisał króciutkie opowiadania, które można śmiało podciągnąć pod opowiadania fantastyczne, których pierwowzorem były różne książki, które Borges przeczytał między innymi “Baśnie tysiąca i jednej nocy”.

Cały książeczka to swoisty zbiór impresji o nikczemności i podłości. Świat to podłe miejsce i ludzie od zawsze sobie wyrządzali różne świństwa. Historie opisane przez Borgesa to zaledwie wycinek taki maluteńki i to wcale nie najgorszy.

To była moja pierwsza książka Borgesa ale spodobał mi się jego styl pisarski, świadczący o niezwykłej erudycji i inteligencji. Odbierałem jego teksty jak swoistą grę z czytelnikiem nie brak tam również czarnego humoru. Borges pokazał mi jak wiele jest historii, które można opowiedzieć w ciekawy i interesujący sposób. Lektura była bardzo przyjemna i chyba sobie spróbuję jakiejś innej książki tego autora.

(heh, zakończenie wpisu wyszło mi jak z jakiegoś szkolnego wypracowania, czyli do Borgesa to Charliemu jednak w ch*j daleko)