Zygmunt Miłoszewski “Bezcenny”

MiłoszewskiNaziści, skarby kultury i sztuki, piękne złodziejki i szybkie dramatyczne pościgi. Akcja, reakcja, wybuchy i śmiertelne zejścia. Terroryści i brzydcy złodzieje, historia sztuki i historia zbrodni. Polskie polityczne piekiełko i obywatele, którzy chcą wykonywać swoją pracę ku pożytkowi ogółu. To wszystko i jeszcze więcej można znaleźć w „Bezcennym” Miłoszewskiego.

Książka idealna w sam raz na wakacyjny wyjazd. Dynamiczna i wciągająca, chociaż czasem człowiek pokręcił głową z niedowierzaniem na nieprawdopodobne zwroty akcji i wyczyny bohaterów to jednak za chwilę znów zatracał się w świecie, w którym czwórka bohaterów walczy o prawdę historyczną, dobre imię Polski i miłość w tym zimnym i okrutnym świecie.

Miłoszewski znów pokazał, że jest świetnym pisarzem, któremu nie brak fantazji i przede wszystkim umiejętności. „Bezcenny” to świetna mieszanka akcji, sensacji, kryminału i przede wszystkim uszczypliwego względem naszej rzeczywistości ironicznego humoru. A że czasem trochę za szybka i trochę za nierealna? Warto niekiedy przymknąć swój wewnętrzny radar związany ze zdrowym rozsądkiem i warto dać się ponieść akcji. Ja tak zrobiłem i nie żałuję.

Ogromny plus za Karola Estreichera i anegdotkę z imieniem jednego z głównych bohaterów. Zdecydowanie bibliotekarz się w tym może odnaleźć. A tematyka książki ciekawa. Ja nie miałem pojęcia o zaginionym obrazie “Młodzieńca”, który został wywieziony w niewiadomym kierunku i od tamtej pory biedak najprawdopodobniej tuła się po świecie albo cieszy oczy jakiejś tłustej, obrzydliwie bogatej świni, która dorobiła się majątku na handlu bronią. Życie to jednak dziwka i “Młodzieniec” mógłby coś nam o tym powiedzieć, gdyby został odnaleziony i gdyby mógł mówić, bo z tego co się orientuję obrazy na razie jeszcze nie gadają, bo gdyby mogły, to znaczyłoby, że jednak te pigułeczki od pana doktora działają nie tak jak powinny.

W książce roi się od cytatów, drobnych wtrąceń z literatury, muzyki. Szacuneczek za “À Tout le Monde” Megadeth, za wiele uśmiechów uczynionych przez mnie po przeczytaniu zgrabnie wpiętych w akcję fragmentów polskiej literatury. “Bezcenny” wart jest przeczytania, a mi z książek pana Miłoszewskiego został tylko “Domofon” do zapoznania się.

Karel Capek “Fabryka absolutu”

Karel Capek "Fabryka absolutu"  Druga książka Capka przeczytana. Z czym kojarzy się Wam absolut? Mnie może mało finezyjnie i wyrafinowanie, ale ostatnimi czasy z wódką, która ma świetne kampanie reklamowe i jest pyszna (jeśli o wódce można mówić w takich kategoriach).

Capek pisząc swoją książkę raczej marki wódki nie miał na myśli. W powieści absolut to Absolut czyli bezosobowy lub osobowy byt doskonały. W bardzo dużym skrócie Bóg lub bóg (jak kto lubi i uważa). Co się stanie jeśli ludzie będą w stanie sprowadzić na świat Boga/boga? Działającego, sprawiającego cuda poprzez swoich wyznawców? Uzdrawianie, lewitacja, rozmnożenia chleba, metafizyczne objawienia, miłosierdzie i miłość, szczęście i mądrość, mistycyzm. To zapewne otrzymaliby ludzie gdyby mogli obcować z bytem najwyższym. Czy aby na pewno?

A gdy powstanie maszyna, która niewielkim nakładem paliwa będzie produkować praktycznie nieskończone ilości energii? Czy ludzie osiągną szczęście? Mała skrzyneczka wielkości walizki wystarczy do ogrzania całego miasteczka. Brzmi wspaniale i cudownie. Wyobraźcie sobie, że w pewnej alternatywnej rzeczywistości tak się stało. Pewien wynalazca opracował maszynę, która może zapewnić energię całym miastom niewielkim kosztem. Jest jednak pewien szkopuł. Otóż efektem ubocznym pracy maszyny jest Absolut. Bóg/bóg w najczystszej postaci, który zaczyna siać wiarę/zamęt/szczęście/nieszczęście na całym świecie. Ludzie zaczynają czynić cuda, zakładają własne sekty i kościoły. Bogacze rozdają swoje majątki, banki przestają udzielać kredytów i dają wszystko na słowo. Fabryki produkują niewyobrażalne ilości produktów, których nikt nie chce kupować, bo wszystko jest za darmo! Robotnicy nie muszą pracować, bo maszyny napędzane są Absolutem. Pieniądze nie mają żadnej wartości, bo Absolut drukuje je w ilościach przeogromnych. No, po prostu mokry sen każdego socjalisty. Jednak mimo pozornej obfitości wszystkiego ludzkość staje na skraju zagłady. Zadziwiające prawda? Rozpasany za pomocą Boga/boga konsumpcjonizm ponosi klęskę.

Okazuje się nagle, że każdy człowiek, społeczność, naród ma swój Absolut, który przybiera charakter owego narodu. I ich Absolut jest absolutnie „najabsolutniejszy” ze wszystkich. Trzeba więc uświadomić sąsiadowi, znaczenie własnego Absolutu i siłą mu narzucić wyznawanie tegoż. Wybucha wojna totalna, cały świat pogrąża się w chaosie. Brat morduje brata, siostra siostrę, matka ojca zabija przy pomocy kija, dziadek babkę widłami dźga, a po świecie hula Absolut wespół ze śmiercią. I tego Absolutu wciąż przybywa. Łatwego rozwiązania nie będzie.

Capek w ironiczny i nasycony dobrodusznym humorem sposób obśmiewa ludzi. Nie tylko ich indywidualne cechy, ale również sposób funkcjonowania społeczeństwa. „Fabryka Absolutu” to satyra o prawdzie, na prawdę i wbrew prawdzie. Bo czymże jest prawda? Istnieje jakaś jedna najprawdziwsza prawda? Czy może jest tak, że każdy człowiek widzi swój kawałek prawdy i powinien się tego trzymać nie próbując innych do tej prawdy przekonywać siłą, ani też nie powinno się go do innej prawdy przymuszać, bo gdy się okaże, że wszyscy mają rację i prawda każdego jest poparta niezbitymi dowodami, to po której stronie leży owa Prawda?  „Fabryka…” została napisana w roku 1922. Capek okazał się czarnowidzem. I pewnie piszę na wyrost, ale w przedziwny sposób II wojna światowa przypomina tę wojnę z „Fabryki…”.

Ponad 80 lat książki nie wyklucza jej aktualności. Capek zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Na „Fabryce…” na pewno się nie skończy.

 

P. S. W książce jest fragment, w którym okazuje się, że Absolut przybiera formę najbardziej odpowiednio oddającą ducha narodu. Capek pisze, że w Polsce przybrał formę jakiegoś rodzaju alkoholu… Pozostawię to bez komentarza:)

“Powstanie w bluzce w kwiatki”. Film.

Wiadomo jaki dziś dzień.

Już jest po godzinie “W”. W Krakowie syreny zawyły. Nie wiem czy ludzie przystanęli, bo jestem w mieszkaniu.

Dołączę do grona wielu ludzi, która udostępnia film “There is a city”.

Świetnie zrobiony. Nagrania pochodzą z tamtego roku.

Chciałbym Wam polecić inny film. Dokument. Stworzony przez Fundację Feminoteka, która prowadzi wirtualny projekt Muzeum Historii Kobiet.

Tutaj fragmenty na Youtubie:

A tu cały film: “Powstanie w bluzce w kwiatki”.

Wywiady z kobietami, które w momencie Powstania miały od kilkunastu po dwadzieścia kilka lat.

Mocna rzecz. Polecam gorąco.

Kaczor Donald nazistą…

Ech, przepastne czeluście Internetu. Ileż razy zaskoczycie jeszcze Charliego swoimi zasobami? Mam nadzieję, że niejeden raz. Zasada działania powiązanych filmików na Youtube jest dla mnie niezrozumiała, bo jakże to oglądając fragment “The Flinstones” można trafić na antynazistowski film z okresu Drugiej Wojny Światowej a dokładniej z 1943 roku, w którym to Kaczor Donald pracuje w fabryce amunicji w Trzeciej Rzeszy.

Film jest bardzo zabawny, karykaturalne postacie, bardzo wyraźne przesłanie o Trzeciej Rzeszy, jako kraju niewolniczej pracy oraz nieskończonego uwielbienia do Wodza. Końcówka iście psychodeliczna, oraz mocno patriotyczna. Mówię Wam to prawdziwa perełka. Gdzie indziej niż w Sieci zobaczycie Kaczora Donalda zamawiającego pięć piw niczym członkowie pewnej organizacji młodzieżowej parę lat temu? Obejrzyjcie sobie naprawdę warto.

Film nazywa się Der Fuehrer’s Face. Jak można przeczytać w angielskiej Wikipedii, kreskówka była trzymana przez firmę Walt Disney w szafie, ze względu na mocno propagandowy charakter oraz za możliwość odbioru Donalda jako nazisty mimo ewidentnie prześmiewczej roli Donalda.

Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

Stanisław Lem "Szpital..."

Stanisław Lem "Szpital..."

Coraz bardziej wsiąkam i zanurzam się w Lemie. Skończyłem właśnie jego pierwszą książkę napisaną ponad sześćdziesiąt lat temu. U Lema nie ma znaczenia jak dużo wody w Wiśle upłynęło, jego proza wciąż się podoba, wciąż intryguje i zmusza do zastanowienia się nad naszym życiem, krajem, światem, losem. „Szpital…” to historia młodego lekarza, który zostaje zatrudniony w sanatorium dla psychicznie chorych, gdzieś na świętokrzyskim zadupiu. Niby nic takiego, ot młody pan doktór i jego pierwsza posada. Jednak Stefan Trzyniecki rozpoczyna pracę w kraju, przez który właśnie przeszła zawierucha wojenna. I w tym kraju, który utracił niepodległość i uległ niemieckiemu okupantowi istnieje szpital dla wariatów, który zdaje się być punktem zawieszonym w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Owszem plotki o łapankach i wywózkach dochodzą do pracowników. Traktowane są jednak jako przerażające i odległe echa innego świata. Znacznie bardziej dają się we znaki trudności z zaopatrzeniem szpitala w leki i jedzenie. Poza tymi ograniczeniami życie w sanatorium płynie „normalnym” i „zwyczajnym” trybem. O ile można użyć takich słów w przypadku domu wariatów. Stefan jest bystrym obserwatorem i wraz z nim poznajemy zarówno personel szpitala, który stanowi dość szerokie spektrum różnorakich osobowości, od doktora Kautersa, który trzyma książki oprawione w skórę z wewnętrznej strony kobiecych ud, po doktora Marglewskiego, usilnie starającego się wykazać, że geniusze to w istocie szaleńcy. Pacjentów tego ośrodka również poznajemy dzięki Stefanowi. Różni wśród nich są wariaci. Czy też bardziej poprawnie psychicznie chorzy. I tak mijają nam dni. Wraz ze Stefanem dyskutujemy z poetą Sekułowskim na temat życia, człowieczeństwa, wiary, sztuki. Wszystko toczy się zwyczajnie, aż do wstrząsającego i makabrycznego końca. Końca, który zafundowali obłąkanym Niemcy. Lem oddał mistrzowsko atmosferą ostatniej nocy przed przyjazdem plutonu egzekucyjnego. Chaos, panikę, Armagedon w szpitalnych salach. Rozpaczliwe próby ratowania bardziej „zdrowych”. Bezsilność w obliczu śmierci, przerażenie i strach przed agonią. Tchórzostwo i bohaterstwo okazane przed oprawcami. Ostatnie kilkanaście stron powieści to istne pandemonium.

Lem okazał się dla mnie świetnym pisarzem realistycznym. Scena operacji na otwartym mózgu została oddana tak wiernie i plastycznie, że dosłownie stanęła mi przed oczami. Dodatkowo piękny i interesujący styl pisania.

„Potem w biel przesączyło się nieco złota; nastąpił niepokój, potworzyły się perłowe wiry, aż tuman chmur rozciągnął się po horyzont, ścieńczał, opadł, a z pękających chmur łysnął dzień, lśniący jak nagi owoc kasztanu”.

Piękne czyż nie? Było takich opisów świata znacznie więcej.

Nie sposób mówić o tej książce i nie wspomnieć faktu, że Lem napisał ją w 1948. Było to tuż przed ogłoszeniem socrealizmu głównym i jedynie słusznym prądem artystycznym. Lem opowiadał później, że został zmuszony do napisania dalszych części, które nie będą tak kontrrewolucyjne i będą zawierać więcej elementów słusznej walki klas. I tak „Szpital przemienienia” stał się pierwszym tomem trylogii „Czas nieutracony”. Lem stanowczo odciął się później od dwóch tomów i zabronił ich wydawać. Ja mam wydanie z 1955 gdzie jest trylogia. Przeczytam sobie z czystej ciekawości, co też mistrz i jego krytycy tam nawypisywali. Bo „Szpital przemienienia” uznany został za książkę zbyt wywrotową i godzącą w socjalizm. Nic dziwnego, skoro Lem pisze (wkładając słowa w usta Sekułowskiego): „[…] a jeżeli chodzi o teorie rewolucyjne, nędzarze nie mają czasu na takie rzeczy. Tym się zawsze zajmowali renegaci pasibrzuchów. Ludziom jest zresztą zawsze źle.” Jak można tak pisać w czasach, gdy rewolucja socjalistyczna buduje Nową Polskę. Zresztą książkę Lemowi wydali dopiero po siedmiu latach.

Zamierzam również przypomnieć sobie film Edwarda Żebrowskiego „Szpital przemienienia”. Pamiętam go jak przez mgłę.

„Szpital przemienienia” to książka napisana z klasą. Kto zna późniejsze książki Lema, nie będzie w żaden sposób zawiedziony czy rozczarowany. Jest książką inną od późniejszych, ale widać w niej światły i niezwykły umysł pana Stanisława. Polecam gorąco.

Marcin Wolski “Wallenrod”

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski “Wallenrod”

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Warsaw Uprising…

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię uderzać w patetyczne tony. Nie lubię rozdzierania szat i rozpamiętywania klęsk. Jednak ta rocznica jest zbyt ważna, by o niej nie wspominać.

W sieci można znaleźć naprawdę mnóstwo wspaniałych rzeczy dotyczących tego Powstania.

Ja chciałem tylko przekazać drobną część.

Nie będę tutaj dyskutował o Powstaniu, chcę tylko pokazać, w jak różny sposób internauci przypominają tę rocznicę.

Chciałem tylko powiedzieć, że powstaje coraz więcej akcji upamiętniających to wydarzenie w sposób nie patetyczny, nie nudny ale bliski codziennemu życiu.

Muzeum Powstania Warszawskiego odgrywa tutaj ogromną rolę i akcje jakie przeprowadza Muzeum zyskują moje pełne poparcie i uznanie.

Wystarczy zajrzeć na ich stronę: 1944.pl.

Czego tam nie ma: Powstańcza Masa Krytyczna, spotkania z dzieciakami.

Zaproszenie na grę miejską inspirowaną Powstaniem: www.klisza.1944.pl. Coś dla mnie! Szkoda, że nie dam rady być w Warszawie szóstego sierpnia.

I akcja, która mnie powaliła na kolana. Zaprzęgnięcie rzeczywistości rozszerzonej tzw. augmented reality, do tego aby przybliżyć warszawiakom rzeczywistość powstańczą. Coś niesamowitego!

I takie żywe, angażujące ludzi akcje sprawiają, że lepiej poznamy prawdziwe oblicze Powstania. Natomiast historykom zostawmy spory.

Polecam kanał Muzeum na Youtubie. Warto poświęcić chwilkę i przejrzeć materiały tam zamieszczone. Są niesamowite.

Jeden kawałek z tegorocznego wydarzenia muzycznego jakie odbyło się 29 lipca.

Jest jeszcze coś na co czekam z niecierpliwością: Hardkor 44, czyli film o Powstaniu ze stajni Tomasza Bagińskiego.

Może na razie wystarczy tej oficjalnej strony dotyczącej Powstania. Trochę materiałów dostępnych na Youtubie:

Dziwne ale Johnny Cash pasuje bardzo dobrze do zdjęć skompilowanych przez tego użytkownika. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, bo warstwa tekstowa raczej już nie za bardzo.

Trochę inne spojrzenie na powstańcze piosenki:

Przyznam się szczerze, że dostaję dreszczy, gdy słyszę dzieciaki śpiewające te piosenki, tematyka niezbyt dziecięca. Moim zdaniem zbytnio hardkorowe zestawienie. Ale piosenki są świetnie zrobione.

Zespół Raz Dwa Trzy:

Świetna aranżacja.

A teraz mariaż wydawałoby się raczej nie do pogodzenia, ale mnie się podoba:

Całkiem fajnie im to wyszło.

Teraz dla kontrastu oryginał:

I jeszcze nieśmiertelny Jacek Kaczmarski:

Jak już wspominałem bogactwo materiałów jest ogromne. Zachęcam do szperania, czytania, oglądania. Korzystajmy z błogosławieństw SIECI.

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa : rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa…”

Ta książka jeszcze przed jej oficjalnym ukazaniem się wzbudziła ogromne emocje. Cóż trudno nam Polakom przyjąć do wiadomości, że nasi rodacy mogli zachowywać się jak skurwysyny i zabijać, okradać, gnębić Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przecież cała nasza martyrologia z okresu drugiej wojny światowej to walka z Niemcami i bycie tymi dobrymi. Po ukazaniu się książki nie było lepiej, akcja wydawnictwa Selkar, z zawyżaniem ceny książki, oblepianie księgarni sprzedających książkę informacjami jakoby te firmy były antypolskie. Gorące emocje były, oj były. A jak zwykle w naszym społeczeństwie najgłośniej krzyczeli ci, którzy pewnie książki nie przeczytali. Na biblionetce, z której korzystam, książkę oceniło zaledwie dwudziestu kilku użytkowników. Kolejny raz media rozdmuchały sprawę, ludzie się burzyli z zasady, a większość nie podjęła trudu przeczytania.

Od czego by tu zacząć? Hmm… może od tego, że “Złote żniwa” to książka słabo napisana. Naprawdę, widać marny warsztat autora jeśli chodzi o narrację, budowanie napięcia, styl. Czytając niemal czułem jak Gross wychodził ze skóry aby pogłębić wrażenie grozy i okrucieństwa. Czułem te starania Grossa ale nie czułem grozy ani okrucieństwa. Naprawdę pan Gross ma słaby warsztat a jego usilne wmówienie czytelnikom jego wrażeń, poprzez użycie słów – widzimy, czujemy, znamy, rozumiemy wcale w tym nie pomagało.

Druga sprawa to tematyka jaką książka porusza, czyli grabież mienia żydowskiego przez Polaków. Nie zajmowania po wojnie, gdy większość prawowitych właścicieli nie żyła, ale właśnie w trakcie. Bogacenie się na ukrywaniu Żydów, mordowanie i okradanie uciekinierów. Cóż uważam się za człowieka, który trochę zna historię i wiedziałem, że takie rzeczy miały miejsce. Ta książka nie była dla mnie szokiem ani zaskoczeniem. My Polacy jesteśmy wychowani w poczuciu, że to nasz Naród był tym szlachetnym i nie splamił się nigdy takimi podłościami jak Niemcy. A szmalcownictwo i wydawanie ukrywających się Żydów to przypadki z marginesu. Gross podaje KILKA przykładów z wiosek i z uporem maniaka stara się rozszerzyć to na wszystkich. Mamy podane źródła historyczne świadczące o okrutnych czynach jakie popełniali Polacy, i to Polacy będący w lokalnych społecznościach elitą, co dla Grossa oznacza, że pozostali obywatele z elity w innych wsiach też tacy byli.

Punktem wyjścia do książki jest fotografia, na której według autora uwiecznieni zostali kopacze, którzy przeszukiwali okolice obozu koncentracyjnego w poszukiwaniu pozostałości jakicholwek cennych rzeczy. Gross z uporem maniaka powtarza, że ludzie ci to hieny cmentarne najgorszego sortu. Niestety tak naprawdę nie ma żadnych co do tego podstaw. Ale faktem jest, że okolice obozów były przekopywane.

Jest taki fragment w tej książce, który mówi o tym, że Zagłada to była precyzyjna maszyna, i miała wiele “wąskich gardeł” i gdyby ktoś chciał łatwo mógłby sabotować jej działanie. Nie wiem do kogo pije tutaj Gross czy do Niemców czy do pracowników kolei, a może do chłopów polskich. Zagłada to wydarzenie, które nie da się ująć w żadne rozsądne ramy – tutaj zgodzę się z autorem. Kilka milionów ludzi zostało zamordowanych w “fabrykach śmierci”. Kilka milionów ludzi zginęło przy milczącej aprobacie społeczeństw europejskich – to nam chce powiedzieć Gross. Gross czepia się kolejarzy, że wysyłali pociągi do obozów i nic nie zrobili aby sabotować to działanie. Chciałbym zwrócić na coś uwagę – jest taki fragment chyba w “Opowiadaniach” Borowskiego. Dotyczy on wyładunku transportu ludzi z wagonów. Rozdzielającymi transport byli Żydzi. Nagle wybuchła panika i tłum prawie przerwał kordon wartowników. Niemcy, według Borowskiego byli w szoku i nic nie zrobili. Gdyby nie sprawna akcja rozdzielających transport Żydów, którzy przywrócili porządek cały transport mógł uciec. No ale daleko by nie uciekli, bo pewnie chłopi polscy szybko by ich wyłapali (tak napisałby Gross). Nie jestem Żydem, nie widziałem wojny, nie doświadczyłem tego co świadkowie opisywani przez Grossa, więc tak naprawdę nie jestem pewien czy władny jestem wypowiadać się w tym temacie.

Podsumowując książka porusza ważny temat, o którym my Polacy nie chcemy rozmawiać. Robi to jednak w sposób zły jeśli chodzi o styl. Wiem dziwnie to brzmi ale o takich rzeczach powinno się pisać tak aby człowiek czuł coś. Ja tylko czułem narastającą irytację na autora. Książka wzbudziła we mnie niesmak. Nie wydawała mi się żadnym wiarygodnym źródłem wiedzy, choć pełno w niej przypisów do różnych materiałów. Ale pewnie tkwi we mnie zbyt mocno to wychowanie polskie. Książki nie polecam. Chyba, że ktoś chce się dowiedzieć o co był cały ten hałas.

 

Jerzy Kosiński “Malowany ptak”

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Jerzy Kosiński “Malowany Ptak”

Łoj, będzie o książce, która ma w Polsce złą sławę. Podobnież jest na wskroś antypolska i składa się z samych oszczerstw wymierzonych w naród polski, polską wieś oraz Bóg wie co jeszcze polskiego. Taką złą sławę zyskał “Malowany…” w latach sześćdziesiątych czyli po publikacji. Zyskał tylko w Polsce, bo za granicą książka odniosła ogromny sukces. Zresztą została tam wydana, bo autorem co prawda jest Polak ale na stałe mieszkający w Stanach Ju Es Ej. Opinia o książce jako antypolskiej skutecznie blokowała przekład i wydanie “Malowanego…” w kraju. Nic więc dziwnego, że Polacy mogli książkę w oficjalnym obiegu przeczytać dopiero w roku 1989 a więc prawie dwadzieścia pięć lat po publikacji.

Krótko o fabule książki, chociaż może nie o fabule bo książka nie posiada fabuły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Książka to wspomnienia chłopca zmuszonego przez wojenną zawieruchę do poniewierki wśród zapadłych kresowych wiosek. Sam chłopiec pochodzi z żydowskiej rodziny i ma zaledwie 7 lat gdy zmuszony jest tułać się po świecie. Nie wie gdzie są jego rodzice a kolejni “opiekunowie” nie darzą go zbytnią “sympatią” traktując jako cygańskiego podrzutka. Opowieści chłopca to prawdziwy Hardkor przed duże H, duże A, duże R, duże D, duże K, jeszcze większe O i duże R. (Napisałem to po polskiemu bo tak jakoś fajniej brzmi). Okrucieństwo, goni okrucieństwo a barwne opisy krzywd jakich chłopiec zaznaje od wielu ludzi sprawiają, że książka niemal spływa krwią i pokrywa się siniakami. Nienawiść objawiająca się fizycznym znęcaniem się nad “cygańskim ścierwem” jest zupełnie bezzasadna i wynika moim zdaniem z obawy przed innym. Innym, który może sprowadzić nieszczęście zarówno na pojedynczego człowieka jak i na całą społeczność. Sam chłopiec zdaje sobie sprawę jak bardzo różni się od mieszkańców wiosek, przez które zmuszony jest wędrować. Podziela on wiarę zabobonnych chłopów w swoje nieczyste i demoniczne moce. Jego przygody poniekąd potwierdzają tę tezę. Nigdzie nie zagrzeje miejsca na dłużej, zawsze musi się coś stać, wypadek, morderstwo, bójka, które zmuszają go do ucieczki i dalszej tułaczki.

Książka jest pełna opisów zabobonów jakie panują wśród chłopów. Opowieści o duchach, strzygach, demonach walczących na Ziemi zapełniają chłopskie chaty wieczorami. Chłopi wierzą w magiczne napary przygotowywane z najbardziej obrzydliwych składników. A jednocześnie chodzą do Kościoła i modlą się da pana Boga za piecem albo koło łóżka, wszystko jedno gdzie się modlą. Czytając niektóre fragmenty dotyczące przesądów, czułem się jakbym czytał o jakichś afrykańskich plemionach, które sobie gdzieś tam żyją nieodkryte lub ledwo tknięte przez cywilizację. Chłopiec tak samo jak chłopi wierzy we wszystkie możliwe zabobony.  Cały czas stara się poznać tajemnicę świata i przyczynę takiego a nie innego porządku. Często zastanawia się skąd biorą się zło, nienawiść i niesprawiedliwość. Dlaczego silni wyzyskują słabszych i w jaki sposób stać się owym silnym, który będzie mógł gnębić słabeuszy. Raz pełen podziwu jest dla Niemców, którzy potrafią konstruować miny o wielkiej sile rażenia, innym razem z całych sił modli się do Boga bo wierzy, że modlitwa zapewni mu odpust od win już w tym świecie. Kiedy okazuje się, że Bóg raczej jest zajęty czymś innym, chłopiec swoją  duszę zwraca ku złemu czyli Szatanowi. Jednak Szatan to pikuś w porównaniu z wielkim wodzem ludzkości niejakim Józefem S. tak więc dzieciak staje się głęboko i żarliwie “wierzącym” komunistą. Ewidentnie widać tutaj poszukiwania jakiegoś wytłumaczenia i sensu w tym całym bagnie do jakiego trafia co chwila chłopiec. Dziecko chce mieć oparcie w jakimś opiekunie, który da mu ochronę przed krzywdzicielami.

Czy wspomniałem o okrucieństwie i hardkorze? Musiałem wspomnieć, gdyż to jest “mocna” strona książki. Dlaczego “mocna” w cudzysłowie? Bo nie chodzi mi o walor pozytywny, sprawiający, że lektura jest ciekawa. Epatowanie krwią i nieprzyjemnymi opisami najmocniej się rzuca w oczy, bo tworzą one z jakieś osiemdziesiąt procent treści (wyliczenia własne). W trakcie dalszej lektury robi się to czasami nawet nudne ale czytamy dalej wierząc, że to musi czemuś służyć. To ma służyć… już wiem – dalszemu epatowaniu nieuzasadnioną nienawiścią. Chłopak zmaga się z prześladowaniem i brakiem akceptacji (strasznie zniewieściale to zabrzmiało) w środowisku wiejskim, a w tle jeżdżą sobie pociągi z ludźmi, których los jest już przypieczętowany. Pociągi z ludzkimi transportami nie robią ani na dzieciaku ani na chłopach żadnego wrażenia. No, jedynie chyba podziw dla niemieckiej sprawności i świetnej organizacji logistycznej całego przedsięwzięcia.

I dochodzimy tutaj do tego aspektu, który uczynił z “Malowanego…” książkę w Polsce naznaczoną na lata. Czyli jej rzekomej antypolskości – bo przecież to polska wieś opisywana jest przez dzieciaka, to polscy chłopi małorolni i kułaki traktują go jak śmiecia, biją, gnębią, traktują gorzej niż psa. To polska wieś walczy o odzież ludzi wyrzuconych z transportów do obozów zagłady. Rzecz dzieje się przecież podczas drugiej wojny światowej gdzieś na wschodzie Rzeczpospolitej. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś obrońcę naszego narodu ale… uważam, że takie rzeczy mogły się zdarzyć wszędzie. Wszędzie gdzie istnieją zamknięte grupy ludzi, nie lubiące obcych i od wieków żyjący w ten sam sposób. Przyznam się szczerze, że trudno było mi uwierzyć w te wszystkie okrutne czyny jakie opisane zostały na kartach książki. Z drugiej strony złapałem się właśnie na tym – traktowałem książkę jako zapis wspomnień, a przecież Kosiński sam podkreślał, że nie jest to żadna książka autobiograficzna. Nigdy nie powiedział, że przeżył to wszystko. (Przeżycie tak wielu tortur i krzywd było mało prawdopodobne). Eskalacja przemocy i nienawiści jak dla mnie miała służyć przedstawieniu kondycji psychicznej ludzi wówczas żyjących oraz pokazała tworzenie się mechanizmów obronnych przed Innym. Od dawna wiadomo bowiem, że stereotypy pozwalają nam w krótkim czasie określić z jakim zjawiskiem, człowiekiem mamy do czynienia. Dopiero późniejsze dłuższe przebywanie z obiektem, pozwala potwierdzić stereotyp lub go obalić. To samo działo się w przypadku wiejskich chłopów, tylko u nich działało to znacznie silniej. Do przesądów o cygańskich podrzutach dochodził strach przed Niemcami, którzy za przechowywanie żydowskich uciekinierów mordowali całe wsie. A propos mordowania – życie ludzkie nie jest warte funta kłaków, tak przynajmniej wynika z obserwacji chłopca.

Krótko mówiąc – Kosiński nagromadził na ponad dwustu stronach ogromne ilości brudu, syfu, zła, gniewu, krwi, bezduszności, chciwości, małostkowości, nienawiści, sadyzmu, cierpienia, bólu, strachu, pogardy, głupoty, że robi to wrażenie. Książkę przeczytałem, zachwycony szczególnie nie jestem ale książka nie jest zła. Według mnie nie jest pozycją, którą trzeba znać. Obejdzie się ale również jeśli przeczytamy nie będziemy żałować.

Stefan Dąmbski “Egzekutor”

Stefan Dąmnski "Egzekutor"

Stefan Dąmbski "Egzekutor"

Będzie o książce mocnej. Książce, którą Polacy powinni poznać. Nie ze względu na walory artystyczne i estetyczne tekstu. Książka ta porusza temat, który w polskiej świadomości ma odbiór jednoznaczny. Chodzi o drugą wojnę światową. Od maleńkości uczeni jesteśmy jednego. Niemcy to byli ci źli, oni mordowali, gwałcili i popełniali najohydniejsze zbrodnie (co jest prawdą w dwustu procentach). Natomiast dzielni żołnierze z największej armii podziemnej świata czyli Armii Krajowej to rycerze bez skazy, którzy nigdy nie zhańbili się zbrodnią i niepotrzebnym okrucieństwem (tutaj prawda jest mniej jednoznaczna) i właśnie o tej nie do końca wiernej mitowi AK prawdzie opowiada w swych wspomnieniach Stefan Dąmbski.

Autor należał od ’42 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej regionu rzeszowskiego. Wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, donosicielach i Niemcach. Wszystkie zatwierdzone przez dowództwo AK. Po wojnie walczył z Sowietami i emigrował do Ameryki. W roku 1993 popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Wspomnienia zebrane i zredagowane przez Ośrodek KARTA zaczął pisać już w latach 70-tych. Czyli trzydzieści lat po wojnie.

O czym jest ta książka? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Jedno jest pewne – nie można jej traktować jako historycznej, zgodnej z faktami relacji z czasów drugiej wojny światowej. Zbyt wiele jest tam błędów, pomyłek. Ja składam to na karb lat, które upłynęły, nim pan Stefan zaczął spisywać wspomnienia. Stan psychiczny autora, który był praktycznie cały czas pogrążony w depresji również musiał wpłynąć na proces pisania. Skoro nie jest ta książka historyczną relacją to czym jest? Czy możemy poważnie traktować opisy wyroków, wykonywanych z zimną krwią jako prawdziwe skoro udowodnione jest, że bohater wspomnień nie brał udziału w opisywanej akcji? Ja spróbowałbym nie czepiać się tak bardzo zgodności z faktami historycznymi. Gdyż jedno jest pewne – Stefan Dąmbski był żołnierzem i wykonywał wyroki śmierci. Dlatego zapis jego uczuć oraz emocji można traktować jako jak najbardziej wiarygodny.

A jest to zapis przerażający. Młody chłopak trafia do AK bo wychowany w duch patriotycznym pragnie walczyć za Ojczyznę. Poznaje trudy leśnego życia. Z czasem okazuje się, że jest bardzo dobry w likwidacji zdrajców narodu. Zimny, opanowany zawsze bez emocji opowiada o robocie. Naprawdę włosy na karku się jeżą gdy czyta się, jak z zimną krwią wykonuje wyroki.Krytycy mówią nawet, że Stefan Dąmbski przedstawił siebie jako sadystę, dla którego zabić człowieka to jak splunąć. I w książce opisów potwierdzających tę opinię jest naprawdę dużo.

Cała książka jest dla mnie formą spowiedzi, lecz takiej, w której autor nie liczy na przebaczenie. Ciężko jest również wczuć się w emocje jakich doświadczał autor. Bo jak ja chłopaczek, którego największym zmartwieniem w latach nastoletnich było to, że mnie Zosia z równoległej klasy liceum nie kocha albo dostałem trójkę z biologii ma zrozumieć RÓWIEŚNIKA, który miał pecha dorastać podczas wojny totalnej. Ja nie posiadam oprócz zdobytej wiedzy, przeczytanych książek żadnego wykładnika w postaci doświadczenia, którym mógłbym ocenić Stefana. Jedyne co mogę powiedzieć to, to że nie rozumiem. Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy przez lata mieszkali w jednej wiosce nagle stają się śmiertelnymi wrogami tylko dlatego, że jeden to Ukrainiec a drugi Polak. Nie rozumiem jak gwałt zbiorowy na młodej Ukraince można sobie wytłumaczyć jako obowiązek patriotyczny, że Polska wymaga od swoich patriotów by poprzez gwałt udowodnili, jak to kochają Ojczyznę ponad wszystko. Przyznam się, że ta właśnie scena najbardziej mną wstrząsnęła. Najbardziej zapadła mi w pamięć.

Po ukazaniu się “Egzekutora” wśród weteranów z AK zawrzało. Pojawiły się głosy o szarganiu, hańbieniu złotej legendy AK. Że to bzdury wyssane z palca. Na nieszczęście autora, który prawdopodobnie nieświadomie przypisał sobie nie swoje wyczyny, krytycy książki znaleźli solidne argumenty przemawiające za tym, by nie traktować jej poważnie.

Ktoś kto całe życie uczony był o tym, że w AK służyli sami rycerze, dla których hasło “BÓG, HONOR, OJCZYZNA” znaczyło wszystko i według tego hasła żyli, na pewno dozna szoku po tej lekturze. Mnie na mit o bohaterskich partyzantach uodporniła babcia, która swoimi opowieściami o bandach grasujących po lasach, skutecznie zasiała ziarno wątpliwości. Babcia w swych opowieściach nie rozróżniała formacji i poglądów ideowych partyzantów, którzy przychodzili do ich gospodarstwa, po to by rekwirować w imię walki zbrojnej żywność. Jedyne co wspominała, to to, że niektórzy zostawiali kwity, które po wojnie miały być podstawą odszkodowań. To chyba byli Akowcy tak babcia mówiła. Babcia wspominała jeszcze o tym, że jej brata, który sympatyzował z komunistami zastrzelili jak psa partyzanci z NSZ.

Wojna to straszna rzecz i wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Wracając do AK i jej legendy – to była największa organizacja podziemna, wielka armia, w której siłą rzeczy musiały się trafić jednostki wyrodne. Osobnicy, którzy z radością popełniać będą najgorsze zbrodnie i wycierać sobie usta Ojczyzną. Z posiadanej przeze mnie wiedzy wiem, że AK starała się likwidować takie tałatajstwo ze swoich szeregów. No ale czasem trzeba było postępować w myśl zasady “cel uświęca środki” a takie bestie to przydatne narzędzia.

Dyskusja jaka toczy się na temat książki, na forum Ośrodka Karta porusza wiele tematów z reguły oscylujących wokół wielkich słów takich jak Ojczyzna, patriotyzm, męczeństwo, szlachetność. Wiele głosów porusza kwestę czy na bestialstwo można odpowiadać większym bestialstwem po to by przestraszyć przeciwnika. Czy nakręcanie spirali nienawiści może doprowadzić do jakiegoś rozwiązania oprócz eliminacji jednej ze stron konfliktu. Ja przyznam się nie zdawałem sobie sprawy, że tereny wokół Rzeszowa, Przemyśla były aż tak bardzo wymieszane narodowościowo. Owszem wiedziałem o akcji “Wisła”, przesiedleniach, wysiedlaniach ale nie miałem obrazu tych rejonów przed wojną.

Na wojnie nic nie jest pewne. No chyba jedynie to, że rację ma silniejszy. Nie da się dziś odpowiedzieć na pytanie czy gdyby AK nie podjęło akcji odwetowych na Ukraińcach to konflikt by sam wygasł. Czy też może UPA ośmielone brakiem reakcji ze strony AK urządziłoby Polakom jeszcze większą rzeź. Najgorszym zawsze jest to, że kary za zbrodnie nie ponoszą ci, którzy te zbrodnie popełnili. Po obydwu stronach konfliktu cierpią normalni ludzie, dzieci, kobiety. Ręka sprawiedliwości rzadko dopada winowajców.

Ja chciałem zwrócić uwagę na jedną rzecz. W jednym fragmencie pan Stefan wspomina, że dobrze mu w tej partyzantce. Do szkoły nie musi chodzić, pracować nie musi, wszyscy go szanują, dziewczyny same nogi rozkładają przed partyzantem (troszkę cynicznie to napisałem ale sens wypowiedzi taki był). Warto się zastanowić jak wielu dobrych żołnierzy AK szło do lasu, licząc na podobne bonusy. Broń Boże nie oceniam, zwracam tylko uwagę na ten fakt. Żołnierzom przecież należą się pewne przywileje.

Ależ się rozpisałem ale problemów jakie ta książka porusza nie da się streścić w jednym wpisie. Polecam książkę gorąco. Można się z nią nie zgadzać, można ciskać na nią gromy ale znać ją trzeba.

Na koniec zacytuję słowa samego autora z końca książki, ku przestrodze:

Gdy strzelało się do człowieka, który mówi tym samym co ja językiem, którego nieraz znało się od lat, trudno jakoś było wytłumaczyć się przed własnym sumieniem. W imię czego […]? Czy robiło się to “w imię Ojczyzny”, czy był to tak zwany zakres działań wojennych?

[…] Naszym obowiązkiem było pokazać światu, że Polak nigdy się nie podda i że za “waszą i naszą wolność” będzie ginął z uśmiechem na ustach. Ale w rzeczywistości, póki żył, mordował wszystkich, którzy nie byli po jego stronie[…].

Zdaję sobie sprawę, że przy tej lekturze można kręcić głową z niedowierzaniem i posądzać mnie o grubą przesadę.[…]

[…] w końcu uznałem, że doszedłem do tego zwierzęcego stadium głównie przez moje wychowanie w młodych latach – atmosferze do przesady patriotycznej. Każdy z nas rodzi się jak ten prosty kamień, który można uciosać według własnego upodobania. Każdy z nas bez względu na narodowość, jest taki sam.[…]

Pisząc te wspomnienia, próbuję – podając różne przykłady – usprawiedliwić siebie i takich jak ja, gdy chodzi o ogromne krzywdy, jakieśmy w tym czasie wyrządzili rasie ludzkiej. Za późno dziś by prosić kogokolwiek o przebaczenie, tak się ludziom życia nie przywróci. Niech to będzie jeszcze jedno ostrzeżenia dla przyszłych pokoleń i różnych organizatorów politycznych. Niech pamiętają, że każda wojna to tragedia, że w niej zawsze giną ludzie młodzi, mający całe życie przed sobą – i to giną niepotrzebnie. ”