John Wyndham “Poczwarki”

Kokon z poczwarką. Takie zdjęcie z Flickra. Źródło: https://flic.kr/p/525PwA

Kokon z poczwarką. Takie zdjęcie z Flickra. Źródło: https://flic.kr/p/525PwA

Na jednym z moich ulubionych blogów O dystopiach, którego autorka ma cudowny talent do wynajdowania prawdziwych pereł, pojawił się wpis o książce, o której zupełnie nic nigdy nie słyszałem. Zero, null, pustka totalna niczym w głowie większości polskich polityków. Zresztą o autorze tejże książki również nie słyszałem absolutnie nic. Wstyd mnie się zrobiło, bo pan Wyndham zasłużonym pisarzem jest. Napisał na przykład Dzień Tryfidów, który kojarzę tylko i wyłącznie z filmu. Z zadziwiającą jak na mnie szybkością i zdecydowaniem, za grosze zakupiłem Poczwarki na znanym serwisie aukcyjnym i to dosłownie za grosze. Po “Stalowym Szczurze” byłem wygłodniały porządnej lektury. I Poczwarki okazały się strzałem w dziesiątkę. Słuchajcie nie mogłem uwierzyć, że ta książka powstała sześćdziesiąt lat temu.

Continue reading

Alfred Bester “The Demolished Man” (“Człowiek do przeróbki”)

Grafika inspirowana książką Bestera. Źródło: http://www.this-is-cool.co.uk/bastien-lecouffe-deharme-fantasy-artist/

Grafika inspirowana książką Bestera. Źródło: http://www.this-is-cool.co.uk/bastien-lecouffe-deharme-fantasy-artist/

Krętymi ścieżkami podążają moje doświadczenia czytelnicze, chociaż można powiedzieć, że kierunek generalnie ostatnio przyjąłem na klasykę science – fiction. Powoli odkrywam lądy nieznane, a przecież wydawało mi się, że wiem i znam wszystko (taki skromny jestem). Trafiłem przypadkiem na listę iluś tam książek sci-fi, które trzeba przeczytać przed śmiercią. Oczywiście takich list jest mnóstwo i każdy może ułożyć swoją, ale jeśli klikniecie sobie w link z listą (KLIK) zobaczycie, że na piątym miejscu jest książka, o której dzisiaj Wam krótko napiszę.

Continue reading

Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.

Ursula K. Le Guin “Planeta wygnania”

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Odgrzebywania przeszłości ciąg dalszy. Dodam, że nie jest to jakaś przeszłość szczególnie mi bliska i którą darzę szczególną estymą i miłością. Ot, kiedyś się czytało i się podobało. A jak jest dzisiaj? Czy Charlie spojrzy wyniosłym wzrokiem na książki pani Le Guin i powie: a Fe! Ja tutaj „zaczytowywuję” się  Proustem, Shoppenhauerem i Kantem, więc won mi z tą fantastyką won! Ale Charlie nie należy do ludzi, którzy odrzucają bezwzględnie swoje korzenie. I nie należy również do ludzi, którzy uważają za złe czytanie Prousta lub Shoppenhauera i innych tuzów i bossów świata filozofii i literatury. Po prostu Charlie nie czuje się jeszcze gotowy na zmierzenie się z tak poważnymi tematami. A czytanie „Planety wygnania” pani Le Guin, drugiej książki z tak zwanego cyklu „Hain” sprawiło mu mnóstwo radości i bądźmy szczerzy poważnego wyzwania nie stanowi.

Co mamy w tej dość cienkiej, jeśli chodzi o objętość książce? Planetę o ciekawym cyklu rocznym, gdzie jeden rok to całe życie człowieka. Długie Lato dobiegło końca, kończy się Jesień i nadchodzi Zima (Winter is coming! George, Winter is coming! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać), Zima która zmusiła koczowniczy lud Askatewaru do wybudowania sobie zimowego miasta, które pozwoli im przetrwać srogą zimę. Obok tubylców żyją sobie tajemniczy farbornowie, uważani przez koczowników za czarowników i magów. Prawda jak zwykle okazuje się prozaiczna. To nie żadni magowie tylko przybysze z obcej planety (rzeczywiście prozaiczność z tego faktu, aż się wylewa). Przybyli tu przed sześciuset ziemskimi laty i zostali. Okazało się, że Liga ich zostawiła i się nie odzywa. Więc nie wiedzą, co się z Ligą stało. I tak sobie żyją ci farbornowie powoli wymierając, bo planeta dla nich jednak, aż tak gościnna nie jest. Są znacznie lepiej technologicznie rozwinięci od koczowników, ale coraz więcej zapominają i coraz mniej wierzą w jakiś znak od Ligi. Czują, że znikną z powierzchni tej planety, która stała się dla nich więzieniem i jest wciąż obca, mimo, że żyją tu od pokoleń. Wracając do fabuły. Wydawałoby się, że to będzie kolejna długa Zima, podczas, której większość z ludzi umrze, bo już byli starzy, a młodzi dorosną i przejmą ich obowiązki latem i tak zamknie się cykl życia. Niestety ghalowie, tacy jeszcze gorsi barbarzyńcy od koczowników, którzy co roku ciągną na południe uciekając przed Zimą, pokrzyżują im plany. Tegoroczni wędrowcy zdecydowali się bowiem połączyć swe wszystkie siły i maszerują ogromną hordą, paląc, grabiąc i mordując wszystkie inne Zimowe miasta. I tak zacznie się walka o przetrwanie w niegościnnej aurze pogodowej i z dość zaciekłym przeciwnikiem. Nie obędzie się bez wątku miłosnego aktywnie angażującego dwie rasy humanoidalne. Zarówno cieleśnie jak i umysłowo. Okazało się, że farbornowie potrafią się posługiwać telepatią, a nauczyli się tego na planecie zwanej Światem Rocannona. Nie będę ukrywał, że skończy się to wszystko happy endem. A jutrzenka nowego blasku zaświeci zarówno dla przybyszów z gwiazd jak i tubylców.

Książka w porównaniu ze „Światem Rocannona” wydawała mi się pełniejsza, bardziej żywa i lepiej napisana. Wciągnęła mnie ponownie. W trakcie czytania miałem gwałtowne błyski odświeżanych wspomnień. To aktywowały się szare komórki, które wydawałoby się już dawno poległy w szlachetnej, lecz beznadziejnej walce z demonem alkoholu. Muszę podziękować pani Le Guin za odratowanie niektórych elementów, które składają się na całościowy obraz Charliego.

Napiszę jeszcze o zderzeniu dwóch cywilizacji. Jedna to barbarzyńcy, którzy nawet nie wynaleźli koła i dla nich czas to

“[…] był ten jeden bieżący dzień nieogarnionego umysłem Roku. Nie znali słów na określenie zaszłości historycznych – wszystko działo się albo „dziś”, albo w „przedczasie”. Jeśli wybiegali myślami w przyszłość, to nie dalej niż do następnej pory Roku. Nie patrzyli na czas jak na coś zewnętrznego, ale tkwili wewnątrz niego, jak lampa w ciemności nocy, jak serce w żywym ciele.[…].”

Drudzy natomiast to potomkowie kosmicznych wędrowców, którzy pochodzą z tej samej planety co Rocannon. Co prawda zmuszeni są do przestrzegania Embarga Kulturowego i nie mogą wykorzystywać swej technologicznej przewagi w kontaktach z tubylcami. Co jest trochę absurdem, bo kurde przybyli z gwiazd i posiadają wiedzę wykraczającą poza wszelkie wyobrażenia tubylców. Znają koło, szkło, a nawet bieżącą wodę, a więc Embargo Kulturowe już dawno cholera złamali.  Wiedzą, że są na Kolonii Gamma Smoka III. Wiedzą, że Ziemia jest ich prawdziwym “Domem”! I te dwie kultury i społeczeństwa żyły obok siebie przez sześćset ziemskich lat we względnym spokoju. Przybysze z gwiazd nawet, gdy utracili nadzieję na kontakt ze swoimi pobratymcami z Ligi to wciąż przestrzegali Praw i Kodeksów Ligii. I w ogóle ani razu nie korciło ich, aby podbić tę planetę. Co mnie trochę jednak dziwi znając naturę humanoidów. W końcu mieli możliwości, przynajmniej na początku. No, ale na początku była nadzieja, że Liga wróci. W końcu Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Cię nie zdradzi, ale czasem Cię zapomni. A na szczęście czas pokazał, że natura i ewolucja są potężnymi siłami i nawet przybysze z gwiazd poczuli się w końcu jak w domu.

To tyle moi drodzy. Idę spać, bom zmęczony, a długi weekend is coming.

Ursula K. Le Guin “Świat Rocannona”

Ursula K. Le Guin "Świat..."

Ursula K. Le Guin "Świat..."

Czasem moi kochani czytelnicy warto wrócić do klasyki, którą kiedyś się czytało, lecz czas w swej pracowitości (w moim przypadku czas plus alkohol) zatarł praktycznie wszystkie wspomnienia o książce. Dlatego, gdy ostatnio wpadła w oczęta me krótkowzroczne, książka znanej i uznawanej za kultową pisarkę science – fiction i fantasy, czyli pani Ursuli K Le Guin nie wahałem się użyć mojej zdolności odbioru informacji jaką jest umiejętność czytania. Książkę tę na pewno czytałem w latach mej młodości. Przyznam Wam się jednak, że nie pamiętałem z niej nic. Dopiero ponowne odkrywanie stronic trochę rozświetliło mi mrok i pobudziło do życia uśpione szare komórki.

W latach dziewięćdziesiątych wolny rynek wtargnął do Polski jak pijany Anglik do krakowskiego pubu. To znaczy głośno, buńczucznie i chwiejąc się na swych zachodnich nóżkach, ale to wtedy ów wolny rynek wyzwolił prawdziwą falę i wywołał zalew zagranicznej fantastyki (pijany Anglik wyzwala inne fale i wywołuje odmienne zalewy). Szczęście to było w nieszczęściu. Bo choć dotarła do Polski klasyka science – fiction, której większość społeczeństwa (czytającego społeczeństwa) nie znała i której ludzie wyczekiwali jak kania dżdżu to często te książki były tłumaczone na szybko, zbyt niedbale i niechlujnie. Ale takie gnojki jak ja tym się nie przejmowały i chłonęły setkami stron książki pochodzące najczęściej ze stajni Wydawnictwa Amber. Ach, te wszystkie Stalowe Szczury, czarownice, smoki i lasery, nosz do cholery! To były piękne czasy… Chlip… Chlip…

Ale dość rozczulania się nad przeszłością, bo nic jej już nie wróci, a raz przeczytana książka nigdy nie będzie mieć tego powabu świeżości i tajemnicy. Dlatego ponowna lektura książki Le Guin była przeżyciem dość sentymentalnym, ale bez żadnych fajerwerków. Gdy spojrzałem na datę pierwszego wydania tej książki, uświadomiłem sobie jak daleko była Polska, jeśli chodzi o literaturę fantastyczną. Le Guin wydała „Świat Rocannona” w sześćdziesiątym szóstym roku! Polscy czytelnicy poznali go dopiero w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym… No, ale ważne, że poznali.

Liga Wszystkich Światów to Unia Międzyplanetarna większości humanoidalnych ras, dzierży władzę w kosmosie i nie pozwala sobie grać na nosie. Cały czas zbiera siły na walkę z tajemniczym wrogiem. Zbiera siły w taki sposób, że ściąga haracze od zacofanych planet, których największym osiągnięciem technologicznym jest koło młyńskie… (Jaki jest sens zabierania tubylcom daniny w złocie przez wysoce rozwiniętą cywilizację kosmiczną nie wiem, ale widocznie humanoidy to strasznie chciwe, inteligentne bestie). Przylecieli więc na planetę zamieszkaną przez kilka inteligentnych ras, które tkwią sobie w głębokim średniowieczu, poza jedną rasą, które siedzi cały czas w jaskiniach i coś tam kombinują z przemysłem. Liga przez chwilę bywa na tej planecie, jednym pomaga w rozwoju. Od innych ściąga tę daninę… Jednak postanawiają ją zostawić, bo pewien entograf stwierdził, że dobrze byłoby się im przyjrzeć na spokojnie, bez wypalania ich pastwisk silnikami rakietowymi.

Dobra, nie będę tutaj się rozpisywał o fabule. W skrócie jest tak, że etnograf z Ligi wraca na ową planetę i odkrywa, że jacyś rebelianci założyli sobie tutaj bazę i planują podbić prymitywne ludy. Rocannon wyrusza w epicką podróż przez niemal całą planetę odziany jedynie w swój super wytrzymały kombinezon. Po drodze lata na wiatrogonach (takie gryfy). Płonie na stosie, ale się nie spala. Walczy z wampirami, które wyglądają jak anioły i otrzymuje zdolność telepatii, by w końcu…. A nie będę Wam pisał, bo może ktoś nie czytał.

Ogólnie „Świat Rocannona” można chyba nazwać baśnią science – fiction? Fantasy science? Mamy tutaj przecież podróże podświetlne i nadświetlne, statki kosmiczne i helikoptery, ale jest też podróż z wiernymi towarzyszami wśród różnych niebezpieczeństw. Mamy swego rodzaju artefakt, którym jest klejnot rodowy. I magię, która dla Rocannona jest technologią, ale dla tubylców jest magią najprawdziwszą.

Po latach czyta się to dobrze i miło. Prosty i ładny język, swobodna narracja, ładna opowieść, która może wyzwolić w nas pytania dotyczące narodzin ziemskich mitów i legend oraz baśni. Dobrze było znów sobie przypomnieć książkę pani Le Guin. A czyta się to bardzo szybko, bo książka jest mała objętościowo i bardzo dobrze napisana.

„Świat Rocannona” jest pierwszą książką z tak zwanego cyklu „Hain”. Chyba sobie przypomnę wszystko:)

 

P. S. Czuć trochę ciężar ponad czterdziestu kilku lat od wydania książki. Ale tylko trochę, tak troszeńkę, ociupinkę.

Eugeniusz Dębski “Krótki lot motyla bojowego”

Eugeniusz Dębski "Krótki..."

Eugeniusz Dębski “Krótki…”

Ha! Charlie is back! Niestety może nie z super wypasionym postem ale po prostu z opowieścią o kolejnej przeczytanej książce.

Chciałbym zacząć od wyznania, biję się w piersi, zaniedbałem ostatnio fantastykę, science fiction potwornie. Nie czytam zupełnie a to przecież gatunek, z którym Charlie poznawał świat literatury tak naprawdę. Żadne tam Homery, Balzaki – Charlie był zbyt młody łykał za to Carda, Asimowa, Pratchetta i wielu wielu innych jak młody pelikan. I przyznam się, że brakowało mi lektury fantastyczno naukowej. I tyle się dzieje w świecie owej literatury, na szczęście kupuję sobie “Nową fantastykę” i tam ostatnio trafiam na świetne opowiadania ale to jednak za mało. Więcej książek nie pamiętam a wszystkie serdecznie pragnę przeczytać a Was czytelnicy proszę o wyrozumiałość i zrozumienie.

Dobra powiem Wam co myślę o książce Dębskiego notabene grubej ryby w polskiej fantastyce. Otóż uważam, że mogło być lepiej. Naprawdę bardzo ciekawy pomysł – w przyszłości ludzkość zaprzestała wojen i spętała się rozejmami, których nikt nie chce złamać bo inaczej będzie miał przesrane. Ale jest super tajna jednostka, która toczy wojnę o jakiej nikt nie wie. Ta jednostka to telepaci staczający walkę w swoich główkach. Jednak tak naprawdę do końca nie wiedzą z kim walczą – czy z innymi ziemskimi telepatami, czy z kosmitami a może z demonami!? Ale walczą a przegrana oznacza zniszczenie umysłu i pozostanie tak zwanym warzywkiem. Telepaci to ludzie niedostosowani społecznie, z problemami, którzy znaleźli wreszcie swoje miejsce. To tyle jeśli chodzi o ogólny zarys fabuły. Dobry pomysł, ładnie to się nakręcało jednak później wszystko staje się banalne a finał książki woła o pomstę do nieba. Trochę tak jakby autorowi w miarę pisania się odechciało i dał sobie spokój, machnął na to wszystko ręką i postawił kropkę. A pomysł miał potencjał i można było pociągnąć dalej.

Nie było jednak aż tak źle, książkę czytało się szybko i była na tyle ciekawa, że chciałem ją skończyć. Ach jakże brakowało mi takiej odprężającej lekturki. Pozycja dla lubiących fantastykę, inni mogą sobie spokojnie darować.