Etiopia po powrocie…

Jeden z wielu pięknych widoków w Etiopii. Tutaj akurat niedaleko miasta Konso.

Jeden z wielu pięknych widoków w Etiopii. Tutaj akurat niedaleko miasta Konso.

Przepraszam Was moi drodzy Czytelnicy. Szumnie zapowiadałem relację z mojego pobytu w Etiopii, a tu dupa zbita. Przeliczyłem się zwyczajnie, dlatego teraz, gdy już wróciłem do Krakowa postaram się coś skrobnąć. Bo wrażeń, przemyśleń, opowieści, historyjek, anegdotek mam całe mnóstwo. Oczywiście biję się w piersi i przepraszam, że dopiero teraz, ale uwierzcie mi żywcem nie miałem czasu czegoś napisać.

Continue reading

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Lektura tej książki w moim wykonaniu trwała długo. Ale nie dlatego, że książka jest nudna, zła czy słaba. Po prostu specyficzny styl narracji nie pozwalał mi się wciągnąć zupełnie. Czytając “Kamień…” czułem się tak jakbym rozmawiał z moim dziadkiem jednym lub drugim lub z babciami. Tematy, które znam z własnego doświadczenia dodatkowo sprawiały, że książka odbierana była przeze mnie jako do bólu prawdziwa.

Historia Szymona Pietruszki mogła wydarzyć się u mnie na wsi i jego żywot nie różniłby się niczym od innych żywotów z tej wioseczki. Powiedzieć, że “Kamień…” to książka o życiu jest czymś tak oczywistym jak stwierdzić, że w dzień jest jasno. Znajomych motywów, motywików było mnóstwo, gadulstwo Pietruszki sprawiało, że odnajdywałem co chwilę jakieś zagrzebane wspomnienia  z dzieciństwa. Jak zaczyna się książka – Szymon idzie na targ sprzedać krowę po to żeby mieć za co wybudować grób. Bo jak wiadomo, grób musi być. Co to za człowiek, który przed śmiercią grobu nie ma już przygotowanego. Niechluj z niego i zrzuca najcięższą robotę na innych. Dlatego też gdy dziadek był chory, to z wujkami budowaliśmy dla niego kwaterę na cmentarzu. Miastowi powiedzą, że jak tak można – dziadek przecież jeszcze żył. Ale jesień już była, jeszcze ładna pogoda, jednak nie wiadomo jak długo będzie trwał słoneczny wrzesień. A później kopać tak grób w deszczu, gdzie wieje zimno i plucha. To nawet nie chodzi o wygodę kopiącego ale o robotę dodatkową jaka by nas czekała. A tak to szybko wykopaliśmy grób, wujek murarz postawił wszystko elegancko jak trzeba. Dziadek koło ojca swego spoczął, znaczy się mojego pradziadka. I kiedy na Adama przyszedł czas – miał już mogiłę jak się patrzy. Nie trza było gorączkowo szukać kogoś kto  grób przygotuje. Pamiętam jak dziś, w ósmej klasie podstawówki byłem, sobota, październik marchewkę z babcią wykopywaliśmy kiedy sąsiad przyjechał i powiedział, że z dziadkiem źle i po księdza trzeba dzwonić. To dokończyliśmy tylko to cośmy mieli zaczęte, żeby porządek był i poszliśmy do domu. Sam byłem u babci wtedy bo jedna siostra na zawodach gimnastycznych była a druga nie pamiętam już gdzie się podziewała. Nic nie wygrała a jeszcze sobie nogę jakoś tak uszkodziła, że miesiąc w łóżku przeleżała. Śmiałem się później, że jak dziadek umierał to ją jeszcze popchnął za to, że marchewki nie zbiera tylko się po zawodach włóczy. Wracając do Szymona – żywot ciekawy chłop wiódł, i dużo przeżył a niezły był z niego hultaj. W partyzantce był, niejednego zabił a ze śmiercią kilka razy zatańczył tak, że ona sama się zakręciła i zamiast zabrać go do siebie zostawiała na tym łez padole. I kobiety lubił a i one go lubiły. Umiał chłop i wypić i zatańczyć a w miłości też był niczego sobie. Wiele dziewek chciałoby go za swego chłopa ale jemu ani w głowie żeniaczka. Niecierpliwy był na to za bardzo. Brały go czasem takie złości, że nie mógł się opanować i reagował jak wściekły byk. Nie myślał wtedy zupełnie – jak ja gdy rzuciłem się na gościa na zabawie we wsi. Burak będzie mi tu kozaczył i panienkę co to ją sobie upatrzyłem na wieczór zagadywał, a znał mnie i wiedział, że ja się koło niej kręcę. Skoczyłem do gościa, zdzieliłem w ryj i byłoby po wszystkim bo juchą się zalał i dalszej ochoty do walki nie wykazywał. Ale z koleżkami przyjechał i tamci doskoczyli do mnie. Dobrze, że na zabawie kuzyni moi byli to poradziliśmy sobie z hołotą i na kopach wyprosiliśmy ich z remizy. Mimo kilku uszkodzeń na moim ciele ja i dziewczynka wieczór możemy wpisać w poczet udanych. Pietruszka również z kościołem był na bakier, w gminie działał. Ślubów udzielał a robił to pięknie i zgrabnie lepiej nawet od samego księdza. Nie dziwota, że ludzie do niego garnęli i śluby w gminie brać zaczęli. Na koniec jako stary i schorowany człowiek poszedł jednak do księdza, bo przecież miejsce na grób trzeba mieć. Pietruszka szedł pełen obaw ale ksiądz przywitał go niemal po przyjacielsku i godne miejsce na pochówek za darmo oddał. Fakt ten wprawił Szymona w zdumienie. I trochę Pietruszka spokorniał ale tylko trochę.

Taka jest cała ta książka, wątki i opowieści przeplatają się, cofamy się w czasie i przeskakujemy naprzód. Dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o świecie i człowieku. Piękne to i fascynujące. Polecam każdemu tę książkę. Można dzięki niej nabrać dystansu do nas samych i zrozumieć sporo.

Cóż mi piekło, księże proboszczu, jak byłem na ziemi.”

P. S. Przytoczone w tekście wspomnienia należą do Charliego :)

Jerzy Kosiński “Malowany ptak”

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Jerzy Kosiński “Malowany Ptak”

Łoj, będzie o książce, która ma w Polsce złą sławę. Podobnież jest na wskroś antypolska i składa się z samych oszczerstw wymierzonych w naród polski, polską wieś oraz Bóg wie co jeszcze polskiego. Taką złą sławę zyskał “Malowany…” w latach sześćdziesiątych czyli po publikacji. Zyskał tylko w Polsce, bo za granicą książka odniosła ogromny sukces. Zresztą została tam wydana, bo autorem co prawda jest Polak ale na stałe mieszkający w Stanach Ju Es Ej. Opinia o książce jako antypolskiej skutecznie blokowała przekład i wydanie “Malowanego…” w kraju. Nic więc dziwnego, że Polacy mogli książkę w oficjalnym obiegu przeczytać dopiero w roku 1989 a więc prawie dwadzieścia pięć lat po publikacji.

Krótko o fabule książki, chociaż może nie o fabule bo książka nie posiada fabuły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Książka to wspomnienia chłopca zmuszonego przez wojenną zawieruchę do poniewierki wśród zapadłych kresowych wiosek. Sam chłopiec pochodzi z żydowskiej rodziny i ma zaledwie 7 lat gdy zmuszony jest tułać się po świecie. Nie wie gdzie są jego rodzice a kolejni “opiekunowie” nie darzą go zbytnią “sympatią” traktując jako cygańskiego podrzutka. Opowieści chłopca to prawdziwy Hardkor przed duże H, duże A, duże R, duże D, duże K, jeszcze większe O i duże R. (Napisałem to po polskiemu bo tak jakoś fajniej brzmi). Okrucieństwo, goni okrucieństwo a barwne opisy krzywd jakich chłopiec zaznaje od wielu ludzi sprawiają, że książka niemal spływa krwią i pokrywa się siniakami. Nienawiść objawiająca się fizycznym znęcaniem się nad “cygańskim ścierwem” jest zupełnie bezzasadna i wynika moim zdaniem z obawy przed innym. Innym, który może sprowadzić nieszczęście zarówno na pojedynczego człowieka jak i na całą społeczność. Sam chłopiec zdaje sobie sprawę jak bardzo różni się od mieszkańców wiosek, przez które zmuszony jest wędrować. Podziela on wiarę zabobonnych chłopów w swoje nieczyste i demoniczne moce. Jego przygody poniekąd potwierdzają tę tezę. Nigdzie nie zagrzeje miejsca na dłużej, zawsze musi się coś stać, wypadek, morderstwo, bójka, które zmuszają go do ucieczki i dalszej tułaczki.

Książka jest pełna opisów zabobonów jakie panują wśród chłopów. Opowieści o duchach, strzygach, demonach walczących na Ziemi zapełniają chłopskie chaty wieczorami. Chłopi wierzą w magiczne napary przygotowywane z najbardziej obrzydliwych składników. A jednocześnie chodzą do Kościoła i modlą się da pana Boga za piecem albo koło łóżka, wszystko jedno gdzie się modlą. Czytając niektóre fragmenty dotyczące przesądów, czułem się jakbym czytał o jakichś afrykańskich plemionach, które sobie gdzieś tam żyją nieodkryte lub ledwo tknięte przez cywilizację. Chłopiec tak samo jak chłopi wierzy we wszystkie możliwe zabobony.  Cały czas stara się poznać tajemnicę świata i przyczynę takiego a nie innego porządku. Często zastanawia się skąd biorą się zło, nienawiść i niesprawiedliwość. Dlaczego silni wyzyskują słabszych i w jaki sposób stać się owym silnym, który będzie mógł gnębić słabeuszy. Raz pełen podziwu jest dla Niemców, którzy potrafią konstruować miny o wielkiej sile rażenia, innym razem z całych sił modli się do Boga bo wierzy, że modlitwa zapewni mu odpust od win już w tym świecie. Kiedy okazuje się, że Bóg raczej jest zajęty czymś innym, chłopiec swoją  duszę zwraca ku złemu czyli Szatanowi. Jednak Szatan to pikuś w porównaniu z wielkim wodzem ludzkości niejakim Józefem S. tak więc dzieciak staje się głęboko i żarliwie “wierzącym” komunistą. Ewidentnie widać tutaj poszukiwania jakiegoś wytłumaczenia i sensu w tym całym bagnie do jakiego trafia co chwila chłopiec. Dziecko chce mieć oparcie w jakimś opiekunie, który da mu ochronę przed krzywdzicielami.

Czy wspomniałem o okrucieństwie i hardkorze? Musiałem wspomnieć, gdyż to jest “mocna” strona książki. Dlaczego “mocna” w cudzysłowie? Bo nie chodzi mi o walor pozytywny, sprawiający, że lektura jest ciekawa. Epatowanie krwią i nieprzyjemnymi opisami najmocniej się rzuca w oczy, bo tworzą one z jakieś osiemdziesiąt procent treści (wyliczenia własne). W trakcie dalszej lektury robi się to czasami nawet nudne ale czytamy dalej wierząc, że to musi czemuś służyć. To ma służyć… już wiem – dalszemu epatowaniu nieuzasadnioną nienawiścią. Chłopak zmaga się z prześladowaniem i brakiem akceptacji (strasznie zniewieściale to zabrzmiało) w środowisku wiejskim, a w tle jeżdżą sobie pociągi z ludźmi, których los jest już przypieczętowany. Pociągi z ludzkimi transportami nie robią ani na dzieciaku ani na chłopach żadnego wrażenia. No, jedynie chyba podziw dla niemieckiej sprawności i świetnej organizacji logistycznej całego przedsięwzięcia.

I dochodzimy tutaj do tego aspektu, który uczynił z “Malowanego…” książkę w Polsce naznaczoną na lata. Czyli jej rzekomej antypolskości – bo przecież to polska wieś opisywana jest przez dzieciaka, to polscy chłopi małorolni i kułaki traktują go jak śmiecia, biją, gnębią, traktują gorzej niż psa. To polska wieś walczy o odzież ludzi wyrzuconych z transportów do obozów zagłady. Rzecz dzieje się przecież podczas drugiej wojny światowej gdzieś na wschodzie Rzeczpospolitej. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś obrońcę naszego narodu ale… uważam, że takie rzeczy mogły się zdarzyć wszędzie. Wszędzie gdzie istnieją zamknięte grupy ludzi, nie lubiące obcych i od wieków żyjący w ten sam sposób. Przyznam się szczerze, że trudno było mi uwierzyć w te wszystkie okrutne czyny jakie opisane zostały na kartach książki. Z drugiej strony złapałem się właśnie na tym – traktowałem książkę jako zapis wspomnień, a przecież Kosiński sam podkreślał, że nie jest to żadna książka autobiograficzna. Nigdy nie powiedział, że przeżył to wszystko. (Przeżycie tak wielu tortur i krzywd było mało prawdopodobne). Eskalacja przemocy i nienawiści jak dla mnie miała służyć przedstawieniu kondycji psychicznej ludzi wówczas żyjących oraz pokazała tworzenie się mechanizmów obronnych przed Innym. Od dawna wiadomo bowiem, że stereotypy pozwalają nam w krótkim czasie określić z jakim zjawiskiem, człowiekiem mamy do czynienia. Dopiero późniejsze dłuższe przebywanie z obiektem, pozwala potwierdzić stereotyp lub go obalić. To samo działo się w przypadku wiejskich chłopów, tylko u nich działało to znacznie silniej. Do przesądów o cygańskich podrzutach dochodził strach przed Niemcami, którzy za przechowywanie żydowskich uciekinierów mordowali całe wsie. A propos mordowania – życie ludzkie nie jest warte funta kłaków, tak przynajmniej wynika z obserwacji chłopca.

Krótko mówiąc – Kosiński nagromadził na ponad dwustu stronach ogromne ilości brudu, syfu, zła, gniewu, krwi, bezduszności, chciwości, małostkowości, nienawiści, sadyzmu, cierpienia, bólu, strachu, pogardy, głupoty, że robi to wrażenie. Książkę przeczytałem, zachwycony szczególnie nie jestem ale książka nie jest zła. Według mnie nie jest pozycją, którą trzeba znać. Obejdzie się ale również jeśli przeczytamy nie będziemy żałować.