Marcin Wroński “A na imię jej będzie Aniela”

 Lublin. Wieża ciśnień przy ul. Teatralnej. 1940. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20335/2354ed7d08876ba174fad10ab2574332/

Lublin. Wieża ciśnień przy ul. Teatralnej. 1940. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20335/2354ed7d08876ba174fad10ab2574332/

A nie mówiłem, że Was zasypię! Wróciłem na chwilkę do Wrońskiego – to tak w ramach odstresowania się. I przyznam się, że to był strzał w dziesiątkę. Wroński w trzecim tomie cyklu o Maciejewskim daje radę.

Continue reading

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Lektura tej książki w moim wykonaniu trwała długo. Ale nie dlatego, że książka jest nudna, zła czy słaba. Po prostu specyficzny styl narracji nie pozwalał mi się wciągnąć zupełnie. Czytając “Kamień…” czułem się tak jakbym rozmawiał z moim dziadkiem jednym lub drugim lub z babciami. Tematy, które znam z własnego doświadczenia dodatkowo sprawiały, że książka odbierana była przeze mnie jako do bólu prawdziwa.

Historia Szymona Pietruszki mogła wydarzyć się u mnie na wsi i jego żywot nie różniłby się niczym od innych żywotów z tej wioseczki. Powiedzieć, że “Kamień…” to książka o życiu jest czymś tak oczywistym jak stwierdzić, że w dzień jest jasno. Znajomych motywów, motywików było mnóstwo, gadulstwo Pietruszki sprawiało, że odnajdywałem co chwilę jakieś zagrzebane wspomnienia  z dzieciństwa. Jak zaczyna się książka – Szymon idzie na targ sprzedać krowę po to żeby mieć za co wybudować grób. Bo jak wiadomo, grób musi być. Co to za człowiek, który przed śmiercią grobu nie ma już przygotowanego. Niechluj z niego i zrzuca najcięższą robotę na innych. Dlatego też gdy dziadek był chory, to z wujkami budowaliśmy dla niego kwaterę na cmentarzu. Miastowi powiedzą, że jak tak można – dziadek przecież jeszcze żył. Ale jesień już była, jeszcze ładna pogoda, jednak nie wiadomo jak długo będzie trwał słoneczny wrzesień. A później kopać tak grób w deszczu, gdzie wieje zimno i plucha. To nawet nie chodzi o wygodę kopiącego ale o robotę dodatkową jaka by nas czekała. A tak to szybko wykopaliśmy grób, wujek murarz postawił wszystko elegancko jak trzeba. Dziadek koło ojca swego spoczął, znaczy się mojego pradziadka. I kiedy na Adama przyszedł czas – miał już mogiłę jak się patrzy. Nie trza było gorączkowo szukać kogoś kto  grób przygotuje. Pamiętam jak dziś, w ósmej klasie podstawówki byłem, sobota, październik marchewkę z babcią wykopywaliśmy kiedy sąsiad przyjechał i powiedział, że z dziadkiem źle i po księdza trzeba dzwonić. To dokończyliśmy tylko to cośmy mieli zaczęte, żeby porządek był i poszliśmy do domu. Sam byłem u babci wtedy bo jedna siostra na zawodach gimnastycznych była a druga nie pamiętam już gdzie się podziewała. Nic nie wygrała a jeszcze sobie nogę jakoś tak uszkodziła, że miesiąc w łóżku przeleżała. Śmiałem się później, że jak dziadek umierał to ją jeszcze popchnął za to, że marchewki nie zbiera tylko się po zawodach włóczy. Wracając do Szymona – żywot ciekawy chłop wiódł, i dużo przeżył a niezły był z niego hultaj. W partyzantce był, niejednego zabił a ze śmiercią kilka razy zatańczył tak, że ona sama się zakręciła i zamiast zabrać go do siebie zostawiała na tym łez padole. I kobiety lubił a i one go lubiły. Umiał chłop i wypić i zatańczyć a w miłości też był niczego sobie. Wiele dziewek chciałoby go za swego chłopa ale jemu ani w głowie żeniaczka. Niecierpliwy był na to za bardzo. Brały go czasem takie złości, że nie mógł się opanować i reagował jak wściekły byk. Nie myślał wtedy zupełnie – jak ja gdy rzuciłem się na gościa na zabawie we wsi. Burak będzie mi tu kozaczył i panienkę co to ją sobie upatrzyłem na wieczór zagadywał, a znał mnie i wiedział, że ja się koło niej kręcę. Skoczyłem do gościa, zdzieliłem w ryj i byłoby po wszystkim bo juchą się zalał i dalszej ochoty do walki nie wykazywał. Ale z koleżkami przyjechał i tamci doskoczyli do mnie. Dobrze, że na zabawie kuzyni moi byli to poradziliśmy sobie z hołotą i na kopach wyprosiliśmy ich z remizy. Mimo kilku uszkodzeń na moim ciele ja i dziewczynka wieczór możemy wpisać w poczet udanych. Pietruszka również z kościołem był na bakier, w gminie działał. Ślubów udzielał a robił to pięknie i zgrabnie lepiej nawet od samego księdza. Nie dziwota, że ludzie do niego garnęli i śluby w gminie brać zaczęli. Na koniec jako stary i schorowany człowiek poszedł jednak do księdza, bo przecież miejsce na grób trzeba mieć. Pietruszka szedł pełen obaw ale ksiądz przywitał go niemal po przyjacielsku i godne miejsce na pochówek za darmo oddał. Fakt ten wprawił Szymona w zdumienie. I trochę Pietruszka spokorniał ale tylko trochę.

Taka jest cała ta książka, wątki i opowieści przeplatają się, cofamy się w czasie i przeskakujemy naprzód. Dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o świecie i człowieku. Piękne to i fascynujące. Polecam każdemu tę książkę. Można dzięki niej nabrać dystansu do nas samych i zrozumieć sporo.

Cóż mi piekło, księże proboszczu, jak byłem na ziemi.”

P. S. Przytoczone w tekście wspomnienia należą do Charliego :)

Stefan Dąmbski “Egzekutor”

Stefan Dąmnski "Egzekutor"

Stefan Dąmbski "Egzekutor"

Będzie o książce mocnej. Książce, którą Polacy powinni poznać. Nie ze względu na walory artystyczne i estetyczne tekstu. Książka ta porusza temat, który w polskiej świadomości ma odbiór jednoznaczny. Chodzi o drugą wojnę światową. Od maleńkości uczeni jesteśmy jednego. Niemcy to byli ci źli, oni mordowali, gwałcili i popełniali najohydniejsze zbrodnie (co jest prawdą w dwustu procentach). Natomiast dzielni żołnierze z największej armii podziemnej świata czyli Armii Krajowej to rycerze bez skazy, którzy nigdy nie zhańbili się zbrodnią i niepotrzebnym okrucieństwem (tutaj prawda jest mniej jednoznaczna) i właśnie o tej nie do końca wiernej mitowi AK prawdzie opowiada w swych wspomnieniach Stefan Dąmbski.

Autor należał od ’42 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej regionu rzeszowskiego. Wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, donosicielach i Niemcach. Wszystkie zatwierdzone przez dowództwo AK. Po wojnie walczył z Sowietami i emigrował do Ameryki. W roku 1993 popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Wspomnienia zebrane i zredagowane przez Ośrodek KARTA zaczął pisać już w latach 70-tych. Czyli trzydzieści lat po wojnie.

O czym jest ta książka? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Jedno jest pewne – nie można jej traktować jako historycznej, zgodnej z faktami relacji z czasów drugiej wojny światowej. Zbyt wiele jest tam błędów, pomyłek. Ja składam to na karb lat, które upłynęły, nim pan Stefan zaczął spisywać wspomnienia. Stan psychiczny autora, który był praktycznie cały czas pogrążony w depresji również musiał wpłynąć na proces pisania. Skoro nie jest ta książka historyczną relacją to czym jest? Czy możemy poważnie traktować opisy wyroków, wykonywanych z zimną krwią jako prawdziwe skoro udowodnione jest, że bohater wspomnień nie brał udziału w opisywanej akcji? Ja spróbowałbym nie czepiać się tak bardzo zgodności z faktami historycznymi. Gdyż jedno jest pewne – Stefan Dąmbski był żołnierzem i wykonywał wyroki śmierci. Dlatego zapis jego uczuć oraz emocji można traktować jako jak najbardziej wiarygodny.

A jest to zapis przerażający. Młody chłopak trafia do AK bo wychowany w duch patriotycznym pragnie walczyć za Ojczyznę. Poznaje trudy leśnego życia. Z czasem okazuje się, że jest bardzo dobry w likwidacji zdrajców narodu. Zimny, opanowany zawsze bez emocji opowiada o robocie. Naprawdę włosy na karku się jeżą gdy czyta się, jak z zimną krwią wykonuje wyroki.Krytycy mówią nawet, że Stefan Dąmbski przedstawił siebie jako sadystę, dla którego zabić człowieka to jak splunąć. I w książce opisów potwierdzających tę opinię jest naprawdę dużo.

Cała książka jest dla mnie formą spowiedzi, lecz takiej, w której autor nie liczy na przebaczenie. Ciężko jest również wczuć się w emocje jakich doświadczał autor. Bo jak ja chłopaczek, którego największym zmartwieniem w latach nastoletnich było to, że mnie Zosia z równoległej klasy liceum nie kocha albo dostałem trójkę z biologii ma zrozumieć RÓWIEŚNIKA, który miał pecha dorastać podczas wojny totalnej. Ja nie posiadam oprócz zdobytej wiedzy, przeczytanych książek żadnego wykładnika w postaci doświadczenia, którym mógłbym ocenić Stefana. Jedyne co mogę powiedzieć to, to że nie rozumiem. Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy przez lata mieszkali w jednej wiosce nagle stają się śmiertelnymi wrogami tylko dlatego, że jeden to Ukrainiec a drugi Polak. Nie rozumiem jak gwałt zbiorowy na młodej Ukraince można sobie wytłumaczyć jako obowiązek patriotyczny, że Polska wymaga od swoich patriotów by poprzez gwałt udowodnili, jak to kochają Ojczyznę ponad wszystko. Przyznam się, że ta właśnie scena najbardziej mną wstrząsnęła. Najbardziej zapadła mi w pamięć.

Po ukazaniu się “Egzekutora” wśród weteranów z AK zawrzało. Pojawiły się głosy o szarganiu, hańbieniu złotej legendy AK. Że to bzdury wyssane z palca. Na nieszczęście autora, który prawdopodobnie nieświadomie przypisał sobie nie swoje wyczyny, krytycy książki znaleźli solidne argumenty przemawiające za tym, by nie traktować jej poważnie.

Ktoś kto całe życie uczony był o tym, że w AK służyli sami rycerze, dla których hasło “BÓG, HONOR, OJCZYZNA” znaczyło wszystko i według tego hasła żyli, na pewno dozna szoku po tej lekturze. Mnie na mit o bohaterskich partyzantach uodporniła babcia, która swoimi opowieściami o bandach grasujących po lasach, skutecznie zasiała ziarno wątpliwości. Babcia w swych opowieściach nie rozróżniała formacji i poglądów ideowych partyzantów, którzy przychodzili do ich gospodarstwa, po to by rekwirować w imię walki zbrojnej żywność. Jedyne co wspominała, to to, że niektórzy zostawiali kwity, które po wojnie miały być podstawą odszkodowań. To chyba byli Akowcy tak babcia mówiła. Babcia wspominała jeszcze o tym, że jej brata, który sympatyzował z komunistami zastrzelili jak psa partyzanci z NSZ.

Wojna to straszna rzecz i wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Wracając do AK i jej legendy – to była największa organizacja podziemna, wielka armia, w której siłą rzeczy musiały się trafić jednostki wyrodne. Osobnicy, którzy z radością popełniać będą najgorsze zbrodnie i wycierać sobie usta Ojczyzną. Z posiadanej przeze mnie wiedzy wiem, że AK starała się likwidować takie tałatajstwo ze swoich szeregów. No ale czasem trzeba było postępować w myśl zasady “cel uświęca środki” a takie bestie to przydatne narzędzia.

Dyskusja jaka toczy się na temat książki, na forum Ośrodka Karta porusza wiele tematów z reguły oscylujących wokół wielkich słów takich jak Ojczyzna, patriotyzm, męczeństwo, szlachetność. Wiele głosów porusza kwestę czy na bestialstwo można odpowiadać większym bestialstwem po to by przestraszyć przeciwnika. Czy nakręcanie spirali nienawiści może doprowadzić do jakiegoś rozwiązania oprócz eliminacji jednej ze stron konfliktu. Ja przyznam się nie zdawałem sobie sprawy, że tereny wokół Rzeszowa, Przemyśla były aż tak bardzo wymieszane narodowościowo. Owszem wiedziałem o akcji “Wisła”, przesiedleniach, wysiedlaniach ale nie miałem obrazu tych rejonów przed wojną.

Na wojnie nic nie jest pewne. No chyba jedynie to, że rację ma silniejszy. Nie da się dziś odpowiedzieć na pytanie czy gdyby AK nie podjęło akcji odwetowych na Ukraińcach to konflikt by sam wygasł. Czy też może UPA ośmielone brakiem reakcji ze strony AK urządziłoby Polakom jeszcze większą rzeź. Najgorszym zawsze jest to, że kary za zbrodnie nie ponoszą ci, którzy te zbrodnie popełnili. Po obydwu stronach konfliktu cierpią normalni ludzie, dzieci, kobiety. Ręka sprawiedliwości rzadko dopada winowajców.

Ja chciałem zwrócić uwagę na jedną rzecz. W jednym fragmencie pan Stefan wspomina, że dobrze mu w tej partyzantce. Do szkoły nie musi chodzić, pracować nie musi, wszyscy go szanują, dziewczyny same nogi rozkładają przed partyzantem (troszkę cynicznie to napisałem ale sens wypowiedzi taki był). Warto się zastanowić jak wielu dobrych żołnierzy AK szło do lasu, licząc na podobne bonusy. Broń Boże nie oceniam, zwracam tylko uwagę na ten fakt. Żołnierzom przecież należą się pewne przywileje.

Ależ się rozpisałem ale problemów jakie ta książka porusza nie da się streścić w jednym wpisie. Polecam książkę gorąco. Można się z nią nie zgadzać, można ciskać na nią gromy ale znać ją trzeba.

Na koniec zacytuję słowa samego autora z końca książki, ku przestrodze:

Gdy strzelało się do człowieka, który mówi tym samym co ja językiem, którego nieraz znało się od lat, trudno jakoś było wytłumaczyć się przed własnym sumieniem. W imię czego […]? Czy robiło się to “w imię Ojczyzny”, czy był to tak zwany zakres działań wojennych?

[…] Naszym obowiązkiem było pokazać światu, że Polak nigdy się nie podda i że za “waszą i naszą wolność” będzie ginął z uśmiechem na ustach. Ale w rzeczywistości, póki żył, mordował wszystkich, którzy nie byli po jego stronie[…].

Zdaję sobie sprawę, że przy tej lekturze można kręcić głową z niedowierzaniem i posądzać mnie o grubą przesadę.[…]

[…] w końcu uznałem, że doszedłem do tego zwierzęcego stadium głównie przez moje wychowanie w młodych latach – atmosferze do przesady patriotycznej. Każdy z nas rodzi się jak ten prosty kamień, który można uciosać według własnego upodobania. Każdy z nas bez względu na narodowość, jest taki sam.[…]

Pisząc te wspomnienia, próbuję – podając różne przykłady – usprawiedliwić siebie i takich jak ja, gdy chodzi o ogromne krzywdy, jakieśmy w tym czasie wyrządzili rasie ludzkiej. Za późno dziś by prosić kogokolwiek o przebaczenie, tak się ludziom życia nie przywróci. Niech to będzie jeszcze jedno ostrzeżenia dla przyszłych pokoleń i różnych organizatorów politycznych. Niech pamiętają, że każda wojna to tragedia, że w niej zawsze giną ludzie młodzi, mający całe życie przed sobą – i to giną niepotrzebnie. ”