Ziemowit Szczerek “Rzeczpospolita Zwycięska. Alternatywna historia Polski”

Zabłudów, ulica Białostocka. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/146700/f740a246c2b02aa3e8704507f21e0891/

Zabłudów, ulica Białostocka. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/146700/f740a246c2b02aa3e8704507f21e0891/

Tym razem zmiana optyki i będzie zaledwie troszkę, troszkę science and fiction, bo chociaż książka Ziemowita Szczerka ma być historią alternatywną to jednak forma w jakiej jest napisana sprawia, że ciężko mi nie myśleć o tej pozycji jako o swobodnym eseju lub bardzo długaśnym felietonie w stylu co by było gdyby…. Bardzo lubię Ziemowita Szczerka, jego pisarstwo, jego reportaże i artykuły. Możecie sobie o tym poczytać TUTAJ i TUTAJ.

Continue reading

Jacek Inglot “Quietus”

Jacek Inglot "Quietus"

Jacek Inglot "Quietus"

Historie alternatywne to jedna z moich lubionych gałęzi literatury fantastycznej. Uwielbiam dywagacje rodzaju; Co by było gdyby… Oczywiście, jeśli takie dywagacje są dobrze napisane, spójne i interesujące.

Kolejna książka z serii Narodowego Centrum Kultury „Zwrotnice czasu”. Ja przeczytałem do tej pory trzy pierwsze. Książka Jacka Inglota jest piątą w kolejności. Czwartą jest książka pana Wolskiego, ale jego sobie na razie daruję. „Quietus” to alternatywne dzieje Europy i świata. Autor pokusił się o stworzenie uniwersum, w którym Rzym nie upadł, nie ma chrześcijaństwa, a Imperium trwa i wydaje się, że trwać będzie wiecznie.

Bardzo interesujący punkt widzenia. Pamiętam, że dawno temu czytałem opowiadanie, które stało się kanwą opowieści o Quietusie, (który tak naprawdę długo w powieści nie zabawił). Dwóch jest głównych bohaterów, dwie drogi do poznania tego interesującego świata. Jeden z nich to Marcus Corejmus – retor i bibliotekarz (sic!) w głównym wenetyjskim mieście Calisia. Gość jest sceptykiem i cynikiem, nade wszystko ceni sobie kufel wenedyjskiego piva, które według niego nie jest już takie jak dawniej, straciło na  jakości. Sympatyczny, lecz to tylko pozory. Marcus by wyruszyć w podróż życia robi rzecz podłą i plugawą. Wyrusza jednak w tę podróż życia, można powiedzieć, że załapuje się na ofertę last minute. I podróżuje do państwa Nipu, czyli Japonii w poszukiwaniu resztek chrześcijan, bo trzeba Wam wiedzieć, że chrześcijaństwa w tym świecie nie ma. Rozprawił się z tą sektą cesarz Julian Apostata wyrzynając wszystkich w pień. Marcus dociera do Nipu znajduje to co chciał, a nawet więcej. Drugim bohaterem jest Sewer Flawiusz, namiestnik Wenedii potomek dawnych władców słowiańskich plemion. Polityk, Rzymianin pełną gębą, czasem zastanawia się nad swoją przynależnością etniczną i kulturalną. Sewer nie lubi Rzymu, ale wie, że bez Rzymu Wenedia byłaby niczym. Chyba, że znajdzie się jakaś idea, która pozwoli Wenedom zachować jedność i godność. Tą ideą według autora miałoby być chrześcijaństwo. W książce mamy dwa odłamy chrześcijan. Jedni niosą wiarę z mieczem w ręku, inni głoszą, że miłość zapanuje nad światem. Kto zwycięży? Tego się nie dowiemy…

Inglot bardzo zręczniee opisał nam Rzym, który zamiast upaść trwa i rozwija się dość dynamicznie. Świat w książce jest w miarę spójny, logiczny i interesujący. Bardzo zgrabnie przedstawiony. Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów. Wenedowie jakoś tak za bardzo swą mentalnością przypominają dzisiejszych Polaków, którzy są murem broniącym pogańskiego Rzymu przed innymi pogańskimi plemionami, ale ogólnie nie razi to bardzo.

Nie jestem żadnym purysta językowym (co zresztą po moim blogu widać:) Ale w tekście zwróciłem uwagę na nie pasujące do fabuły książki opisy. Na przykład jest mowa, o tym, że wspomnienia bohatera wyświetlają się mu jak obrazy na ekranie? (sic!), lub jak w kalejdoskopie. Niby nic, ale zwróciło to moją uwagę.

Książka Inglota jest książką dobrą, czytało mi się całkiem fajnie, ale bez szału. Może przez fakt, że trochę za dużo było tej metafizyki i wiary, jakoś tak mnie to odstręczało. Opowiadanie zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie. Dało się w nim wyczuć ogromny potencjał, trochę w książce zmarnowany.

„Zwrotnice czasu” stają się jedną z moich ulubionych serii.

Marcin Wolski “Wallenrod”

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski “Wallenrod”

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Szczepan Twardoch “Wieczny Grunwald : powieść zza końca czasów”

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald..."

Szczepan Twardoch “Wieczny Grunwald…”

Ach! Rycerzem być, turnieje, białogłowy, miecze, zbroje, konie w zbrojach, miecze, krew, odcinane głowy, białogłowy, szacunek ludzi gościńca, czy wspomniałem już o białogłowach? To wszystko mieli w średniowieczu ludzie pasowani na rycerzy. Honor, męstwo, duma, kodeks rycerski, chanson de geste, szlachetność. Roland, Zawisza Czarny, Ryszard Lwie Serce, król Artur. To były ikony swoich czasów. Kolesie do których wzdychały wszystkie panienki.Taki obraz rycerstwa wśród większości ludzi współcześnie żyjących jest zakorzeniony.

Rycerz to miał klawe życie. Nauczył się za młodu napierdalać mieczem, toporem, kopią czy co tam było pod ręką, wyjechał na wojenkę i jeśli przeżył to się nieźle obłowił. A później tylko lansik na turniejach, jakaś tam dama serca, jakaś tam chusteczka i bujamy się od zameczku do zameczku.

Szczepan Twardoch w swojej książce, która została wydana w serii Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu” (Ta seria coraz bardziej mi się podoba, ale promocja tych książek jest kiepska jeśli nie powiedzieć żadna. A przecież czytałem z tej serii “Burzę” Parowskiego i książka ta podobała mi się bardzo) wracając do autora, otóż on nam trochę ten obraz rycerstwa obnaża, odziera z tego całego mitu, splendoru pokazując, że chodzi o zabijanie. Oczywiście nie on pierwszy i nie on ostatni. Twardoch zrobił to naprawdę świetnie. Widać i czuć podczas lektury, że człowiek ten włożył ogrom pracy w książkę.

Krótkie wprowadzenie co do istoty fabuły: historię swojego życia czy też żyć opowiada nam Paszko, bękart króla Kazimierza Wielkiego i jakiejś tam niemieckiej mieszczki. Otóż ten Paszko zginął pod Grunwaldem ale nie poszedł ani do raju, ani do piekła. Został skazany na Przezwieczne bytowanie. Otóż Przezwieczne bytowanie polega na tym, że Paszko przeżywa wszelkie możliwe wersje historii świata. Wszelkie strumienie alternatywnych rzeczywistości Paszko doświadcza. I tutaj Twardoch pokazał kunszt – jego książka jest inna niż “tradycyjne” historie alternatywne. Dzięki Paszkowi poznajemy naprawdę fascynujące światy, w których dzieje się wszystko. I choć są one tylko tłem do głównej historii życia Paszki to spokojnie większość z nich nadaje się do zrealizowania w formie całych książek. Dodatkowo Paszko opowiada jeszcze o świecie, w którym dwa kraje, dwa narody, sąsiedzi od stuleci toczą ze sobą wojnę bez końca i bez rozstrzygnięcia. To Matka Polska i Niemcy. Mit naszej odwiecznej walki z Niemcami przeniesiony nie wiadomo do jakiej wersji historii. Totalnie odjechana wizja – Matka Polska to ziemia, to dworki szlacheckie, to łąki płaskie i jej dzieci, które słuchają tylko jej Rozkazu, na Rozkaz ten umierają i na Rozkaz powoływani są do życia. Niemcy z kolei to Blunt, to krew, to gotyckie zamczyska z mózgami, to fabryki żołnierzy. Tak się ścierają te dwie potęgi, które zdominowały cały świat i żadne z nich nie wygra bo pokonanie przeciwnika oznaczałoby utratę sensu istnienia i racji bytu.

Wracając do “oryginalnej” wersji żywota Paszki. Otóż nie miał chłopak łatwo. Bo choć był królewskim synem to miał takiego pecha, że Kazimierz wyciągnął kopyta zanim niemiecka mieszczka się zorientowała, że król nie tylko jej “dotknął” ale też zostawił po sobie pamiątkę. Biedna matka Paszki została skazana na żywot dziwki w krakowskim burdelu, Paszko dorastał wśród kurew, nieszczęścia, zła i ogólnie patologii totalnej. Ale, że był dzieckiem znajdował czasem i dobre chwile. Po śmierci matki, został wysłany do Niemiec, gdzie zaopiekował się nim mistrz szermierki. I Paszko jak dorósł to wrócił do Krakowa bo bardzo, ale to bardzo chciał zostać rycerzem. Czuł, że to jego przeznaczenie, że należy mu się to z racji królewskiego pochodzenia. Niestety nie udało mu się. Nie lubił on (tak eufemistycznie powiem) Polaków i nie lubił Niemców. Wśród każdej z tych nacji czuł, że jest obcym, mieszańcem i nigdy nie osiągnie wysokiej pozycji społecznej i nie zdobędzie szacunku. Dlatego z zemsty, pod Grunwaldem zabijał walczących po obu stronach. I zginął i trafił w Przezwieczne bytownie. To w takim mocnym skrócie.

Historia Paszki to opowieść niosąca uniwersalne przesłanie – ludzie to zwierzęta i zawsze będą zabijać. Zabijać innych, zabijać wrogów, zabijać przyjaciół. Zabijanie jest naszym pierwszym i najważniejszym instynktem. Twardoch kreśli świat okrutny, świat, który w każdej wersji jest przejebany. Bo taka jest natura ludzka i nic tego nie zmieni.Paszko często zwraca się do nas, do ludzi z naszej rzeczywistości, bo my jesteśmy jego słuchaczami. Oto co mówi o zabijaniu:

“Wielu z was wyobraża sobie zabijanie i umieranie jako wyjątkowe sprawy. A ja wiem, że w tym nie ma nic wyjątkowego, umieranie jest jak oddychanie, chodzenie, jak picie i żarcie, i sranie, jak kopulacja i lektura książek. Normalnie, umiera się. Śmierć nie jest niczym wyjątkowym.”

Twardoch odwalił kawał niezłej i na pewno mrówczej pracy. Paszko często mówi w średniowiecznej polszczyźnie. I jest to świetne doświadczenie, tak sobie przeczytać jakiś fragment w takim języku napisany i domyślać się co ten tekst znaczy. Jednak czasem przesadzał i za dużo tych fragmentów było. To jedyny mój zarzut jeśli chodzi o lekturę tej książki.

Generalnie polecam bardzo, książka nie jest na pewno żadną szybciutką lekturką na wakacje ale jest warto poświęcić jej uwagę.

Maciej Parowski “Burza. Ucieczka z Warszawy ’40”

Maciej Parowski "Burza..."

Maciej Parowski “Burza…”

No i zaczęła się ta brzydka słota i paskudna jesień. Zlało mnie dzisiaj tak podczas powrotu z pracy, że nawet czułem jak rowerowi się robi zimno. No ale za dużo było tej cudnej, złotej polskiej – teraz przyszła jej znacznie ale to znacznie brzydsza siostra, która ma za zadanie zdołować ten naród tuż przed wyborami, żeby im się słoneczko Peru kojarzyło jak najprzyjemniej. No ale dość tych dywagacyji bezsensownych. Czas napisać o przezajebistej książce, którą skończyłem czytać.

Na początek garść informacji ogólnych o autorze. Parowski to postać bardzo znana w polskim światku fantastyki (nie wiem czy mam pisać świecie bo chyba ten polski nie jest jakiś taki znowuż duży). Pisarz, twórca komiksów, że tak wspomnę choćby przesławnego Funky’ego Kovala, redaktor Nowej Fantastyki. “Burza…” to pierwsza jego książka przeczytana przeze mnie. I od razu strzał w dziesiątkę!

Kurde nie wiem ileż to razy powtarzałem na tym moim blogu, że uwielbiam historię alternatywną. A ta książka, jak dla mnie jest idealnym przykładem właśnie historii alternatywnej. A więc mamy doskonale oddany świat, świat w którym podłe faszystowskie świnie dostały konkretny wpierdol od dzielnych ułanów, sowieckie sołdaty nawet nie mieli okazji zajrzeć w nasze wschodnie granice. Natomiast świat Zachodni pokazał honorową twarz i ruszył do boju wtedy, kiedy kurwa powinien, nawet Francuzi dzielnie walczyli. A wszystko to moje drogie czytelniczki i czytelnicy dzięki tytułowej BURZY, która nadeszła z początkiem września i jebała żabami aż do października. Natarcie niemieckie się załamało, a Polacy wykorzystali swoją szansę i złoili świńskim blond ryjkom dupska, aż miło. W takim świecie w kwietniu roku tysiąc dziewięćset czterdziestego w zwycięskim kraju, jego stolicy czyli we Warszawie odbywa się konferencja dotycząca wydarzeń z września ’39. Zwycięscy sojusznicy oraz pokonani wrogowie wspólnie sobie dyskutują kto, co i dlaczego, a w ogóle i w szczególe. Na konferencję zjeżdżają światowej sławy pisarze, politycy, artyści, wojskowi a gospodarzami są ich polscy odpowiednicy. Odbywają się odczyty, pokazy filmów dokumentalnych, narady wojskowe. Jakże przyjemnie się czytało dyskusję młodego maturzysty Lema z pisarzami światowymi czy też Hitchcocka z Witkacym. Mamy jeszcze jasnowidzów, pogańskich niemieckich czarowników, do tego dochodzą ci jebani Sowieci i Niemcy, którzy hmm… są Niemcami, więc raczej ciężko było im przełknąć porażkę. A wiosenną, kwietniową Warszawę i jej mieszkańców nawiedzają przebijające się tu i ówdzie wizje jak gdyby z innego świata, świata w którym już nic nie wygląda tak różowo.

Parowski odwalił kawał solidnej pracy podczas pisania tej książki. Postacie tak wielu ludzi, którzy nie przeżyli wojny wydają się żywe i wydawało mi się, że tak zachowywaliby się gdybyśmy jednak wygrali tę nieszczęsną wojnę. Czytałem tę wizję Parowskiego z ogromną przyjemnością albowiem podatny bardzom jest na wszelkie dobrze napisane wersje alternativ a jeśli jeszcze w takich wersjach nasi są górą to miód na moje serduszko. W sposób genialny Parowski pisze co by było gdyby… Wszystko ma swoje miejsce i wydaje się logiczne. Przyznam się szczerze, że czytając na przykład o planach obozów zagłady, które polski wywiad wykrył u Niemców, a które na szczęście nie zostały wcielone w życie miałem ciary bo niestety inaczej to wyglądało w tej naszej rzeczywistości.

Żeby nie było tak różowo jest kilka potknięć. Parowski czasami zbyt nachalnie puszcza oko do czytelnika wprowadzając odniesienia do naszej współczesności. Wychodzi mu to raz lepiej raz gorzej ale nie jest na tyle irytujące by zepsuć całą lekturę.

Książka rewelacyjna! Polecam każdemu, nie tylko fanom fantastyki.

Jacek Dukaj “Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe”

Jacek Dukaj "Xavras..."

Jacek Dukaj “Xavras…”

Książka napisana dosyć dawno, w roku 1997. Ja czytałem wznowienie, wydane w trochę innej formie. Tutaj mamy mikropowieść pod tytułem “Xavras Wyżryn” i 3 opowiadania dotyczące tych fikcji narodowych.

Dukaja znam, czytałem sporo jego opowiadań i trzeba o nim powiedzieć, że ma chłop fantazję jak mało kto. Światy, które tworzy są niesamowite i powalające. Jest świetny w tworzeniu takiej rasowej science – fiction ale również w zabawianiu się w coby było gdyby…? Czyli tak zwanej historii alternatywnej.

A historia alternatywna to jest coś co Charlie lubi bardzo, nawet bardziej od historyi prawdziwej zapisanej na kartach dziejopisarzy.

O czymże to postanowił napisać w 97 roku Dukaj? Ano o pewnym wydarzeniu z 1920 roku, którego na nasze nieszczęście w jego wersji historii nie było. Otóż Pan Jacek zupełnie nie zważając, iż może obrazić Matkę Boską postanowił nie dopuścić do “Cudu nad Wisłą”. I nasz kraj, który ledwo co się ogarnął dostał się pod panowanie sowieckiej zarazy. A sowiecka zaraza to jednak nie carska ochrana tylko znacznie gorsze skurwysyństwo. To wszystko jest wspomniane tylko w mikropowieści jako tak zwane tło historyczne, albowiem faktyczna akcja ma miejsce w roku 1996.

Jak przedstawia się rok 1996 w książce Dukaja – powiem krótko nieciekawie. Wielka Wojna rozegrała się pomiędzy III Rzeszą, Francją i Anglią a ZSRR. Odbyła się trochę później i w ruch poszły atomówki, które spadły głównie na nas. Chiny to potęga, która wciąż ostrzy sobie zęby na ruskich. Ogólnie teren naszego kraju to EWZ – European War Zone. Brud, smród i ubóstwo oraz kilkadziesiąt lat prześladowań stalinowskich oprawców jednak nie dało rady naszemu narodowi i wciąż walczymy o niepodległość. Najbardziej znanym, najpopularniejszym, najlepszym, najzajebistszym partyzantem jest Xavras Wyżryn! To on prawie odbił Kraków, to on wciąż pokazuje Czerwonoarmiejcom gdzie ich miejsce. To on jest medialną twarzą polskiej sprawy narodowej. To o nim kręcą filmy we Hollywoodzie. To on uświadamia sytemu Zachodowi, że Polacy choć dopuszczają się okrucieństw to są do tego zmuszeni i dlatego nie należy ich nazywać terrorystami.

Poznajemy Xavrasa dzięki korespondentowi wojennemu ze Ameryki. Ian Smith, bo tak nasz dzielny dziennikarz się nazywa ma polskie korzenie a jego babuszka pochodziła z Chrzanowa. Jest on 24 – godzinnym obserwatorem nadającym reportaże z akcji Xavrasa. Reportaże, które biją rekordy oglądalności. Cała powiastka to głównie dysputy i spieranie się człowieka Zachodu – który przemoc i krew widział tylko na ekranie z partyzantem polskim, który codziennie musi patrzeć na eksterminację swego narodu.

Dysputy te zacne są i mądre wielce,  pięknie i jakże trafnie opisuje Dukaj  charakter nasz narodowy, przywary i cnoty nasze wyssane z mlekiem matki. Tylko jeszcze bardziej je wyolbrzymia dodając do tego około 70 lat braku wolności, absolutnego terroru i ciągłej wojny.

Plastyczne opisy, świetne tło poboczne to znaczy różnego rodzaju wydarzenia polityczne, historyczne mają solidne podbudowanie. Czytając odnosi się wrażenie, że tak mogło być. Zresztą na jakim my świecie teraz żyjemy, może tylko trochę mniej hardkorowym od tego w “Xavrasie”. Oczywiście bez metafizyki nie mogło się obejść. Pełno nawiązań do romantyków (ciekawskim radzę spojrzeć na datę urodzin Xavrasa). Zakończenie interesujące i całkiem zaskakujące.

Czytało się to świetnie, do zarzucenia mam, jak to zwykle Dukajowi właśnie to nadmierne dyskutowanie i zbędne pieprzenie (moim zdaniem). Właśnie przez to nie skończyłem “Lodu” bo mnie po prostu znudził. No ale może wrócę do niego, bo pomysł alternatywnej rzeczywistości w “Lodzie” po prostu boski.

Trzy pozostałe opowiadanka to takie tam trochę ciepłe kluchy. Jedno o romantycznym spisku na początku XIX wieku w celu zabicia cara, jest całkiem interesujące. Ze względów na narzędzie jakim posłużyli się polscy zamachowcy. Ale nie będę zdradzał szczegółów.