Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

Stanisław Lem "Szpital..."

Stanisław Lem "Szpital..."

Coraz bardziej wsiąkam i zanurzam się w Lemie. Skończyłem właśnie jego pierwszą książkę napisaną ponad sześćdziesiąt lat temu. U Lema nie ma znaczenia jak dużo wody w Wiśle upłynęło, jego proza wciąż się podoba, wciąż intryguje i zmusza do zastanowienia się nad naszym życiem, krajem, światem, losem. „Szpital…” to historia młodego lekarza, który zostaje zatrudniony w sanatorium dla psychicznie chorych, gdzieś na świętokrzyskim zadupiu. Niby nic takiego, ot młody pan doktór i jego pierwsza posada. Jednak Stefan Trzyniecki rozpoczyna pracę w kraju, przez który właśnie przeszła zawierucha wojenna. I w tym kraju, który utracił niepodległość i uległ niemieckiemu okupantowi istnieje szpital dla wariatów, który zdaje się być punktem zawieszonym w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Owszem plotki o łapankach i wywózkach dochodzą do pracowników. Traktowane są jednak jako przerażające i odległe echa innego świata. Znacznie bardziej dają się we znaki trudności z zaopatrzeniem szpitala w leki i jedzenie. Poza tymi ograniczeniami życie w sanatorium płynie „normalnym” i „zwyczajnym” trybem. O ile można użyć takich słów w przypadku domu wariatów. Stefan jest bystrym obserwatorem i wraz z nim poznajemy zarówno personel szpitala, który stanowi dość szerokie spektrum różnorakich osobowości, od doktora Kautersa, który trzyma książki oprawione w skórę z wewnętrznej strony kobiecych ud, po doktora Marglewskiego, usilnie starającego się wykazać, że geniusze to w istocie szaleńcy. Pacjentów tego ośrodka również poznajemy dzięki Stefanowi. Różni wśród nich są wariaci. Czy też bardziej poprawnie psychicznie chorzy. I tak mijają nam dni. Wraz ze Stefanem dyskutujemy z poetą Sekułowskim na temat życia, człowieczeństwa, wiary, sztuki. Wszystko toczy się zwyczajnie, aż do wstrząsającego i makabrycznego końca. Końca, który zafundowali obłąkanym Niemcy. Lem oddał mistrzowsko atmosferą ostatniej nocy przed przyjazdem plutonu egzekucyjnego. Chaos, panikę, Armagedon w szpitalnych salach. Rozpaczliwe próby ratowania bardziej „zdrowych”. Bezsilność w obliczu śmierci, przerażenie i strach przed agonią. Tchórzostwo i bohaterstwo okazane przed oprawcami. Ostatnie kilkanaście stron powieści to istne pandemonium.

Lem okazał się dla mnie świetnym pisarzem realistycznym. Scena operacji na otwartym mózgu została oddana tak wiernie i plastycznie, że dosłownie stanęła mi przed oczami. Dodatkowo piękny i interesujący styl pisania.

„Potem w biel przesączyło się nieco złota; nastąpił niepokój, potworzyły się perłowe wiry, aż tuman chmur rozciągnął się po horyzont, ścieńczał, opadł, a z pękających chmur łysnął dzień, lśniący jak nagi owoc kasztanu”.

Piękne czyż nie? Było takich opisów świata znacznie więcej.

Nie sposób mówić o tej książce i nie wspomnieć faktu, że Lem napisał ją w 1948. Było to tuż przed ogłoszeniem socrealizmu głównym i jedynie słusznym prądem artystycznym. Lem opowiadał później, że został zmuszony do napisania dalszych części, które nie będą tak kontrrewolucyjne i będą zawierać więcej elementów słusznej walki klas. I tak „Szpital przemienienia” stał się pierwszym tomem trylogii „Czas nieutracony”. Lem stanowczo odciął się później od dwóch tomów i zabronił ich wydawać. Ja mam wydanie z 1955 gdzie jest trylogia. Przeczytam sobie z czystej ciekawości, co też mistrz i jego krytycy tam nawypisywali. Bo „Szpital przemienienia” uznany został za książkę zbyt wywrotową i godzącą w socjalizm. Nic dziwnego, skoro Lem pisze (wkładając słowa w usta Sekułowskiego): „[…] a jeżeli chodzi o teorie rewolucyjne, nędzarze nie mają czasu na takie rzeczy. Tym się zawsze zajmowali renegaci pasibrzuchów. Ludziom jest zresztą zawsze źle.” Jak można tak pisać w czasach, gdy rewolucja socjalistyczna buduje Nową Polskę. Zresztą książkę Lemowi wydali dopiero po siedmiu latach.

Zamierzam również przypomnieć sobie film Edwarda Żebrowskiego „Szpital przemienienia”. Pamiętam go jak przez mgłę.

„Szpital przemienienia” to książka napisana z klasą. Kto zna późniejsze książki Lema, nie będzie w żaden sposób zawiedziony czy rozczarowany. Jest książką inną od późniejszych, ale widać w niej światły i niezwykły umysł pana Stanisława. Polecam gorąco.

10 thoughts on “Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

  1. czytałam, niestety mam wydanie tylko ze “szpitalem przemienienia” fajnie by było dowiedzieć się, co jest w pozostałych częściach :). Sięgnęłam po tą książkę pod wpływem fascynacji książką “solaris”, chciałam skonfrontować jak autor czuje się przedstawiając teraźniejszość i przeszłość. W książce jest wiele niejasności i niedowiedzeń, ale główny bohater musi się zmierzyć z niełatwą rzeczywistością. Ciekawe doświadczenie literackie.

  2. Ja też jakoś bardzo wcześnie przeczytałam “Szpital przemienienia”. Zapada w pamięć – po tylu latach przypominam sobie te obrazy, sceny, o których piszesz. Operacja… Złudzenia, że Niemcy, że kultura przecież i zdobycze nauki, że nic złego nie może się stać. Książkę odebrałam wtedy jako wyjątkowo odmienną od głównego nurtu pisarstwa Lema, jedynym ogniwem łączącym ją z mającymi-się-napisać dziełami byłaby postać ojca. Nie wiem, czy dobrze pamiętam – ale widzę go jako zapowiedź różnych wielkich konstrukcyonistów :) Trzeba by wrócić – ciekawe, jak dziś odczytam “Szpital”.

    I chciałam jeszcze powiedzieć, że z wielką przyjemnością odkrywam wiele stycznych punktów na naszych czytelniczych ścieżkach!
    Pozdrawiam!

    • Te złudzenia co do Niemców zostawały szybko rozwiewane. Tak samo było w przypadku Sonderaktion Krakau. Profesorom Uniwersytetu w życiu do głowy nie przyszło, że potomkowie Goethego mogą postąpić barbarzyńsko.

      Miło, że punkty wspólne się znajdują:) Mam nadzieję, że będzie ich więcej:)

    • W książce akcja dzieje się na świętokrzyskim zadupiu. A Kobierzyn mógł być jakimś wzorem, przykładem.

      Lub może film był kręcony w Kobierzynie:) Tak jak wspominałem muszę film znów obejrzeć:)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook