Antologia – “Spekulacje”

Jednorożec z profilu Public Domain Revivew na Flickr. Źródło: https://flic.kr/p/e8pdoC

Dobry wieczór, a teraz ostatnio przeczytana przeze mnie książka. Na dniach można powiedzieć. Co mnie skłoniło do przeczytania tej książki? Otóż skłoniło mnie to, że byłem ją zakupiłem w krakowskim antykwariacie szukając zupełnie czegoś innego, ale przy okazji rzuciła mi się okładka w oczy i rysunek. Charakterystyczny dla pewnej serii wydawniczej, którą mam zamiar kiedyś całą przeczytać.

Continue reading

Libraries: We share shit…

Tytuł posta mocny. Zainspirowany tym oto zdjęciem:

Libraries. We share shit. Eli

Tłumaczenie na polski tych zdań nie ma sensu. Po angielsku brzmi to znacznie lepiej.

Nie piszę często o mej pracy w bibliotece na tym blogu. A przecież bibliotekarzem jestem i staram się, by nic co bibliotekarskie nie było mi obce. Dlatego w swoich RSS mam trochę bibliotekarskich serwisów z zagranicy i z Polski.

Fotka pochodzi z wpisu na stronie Kathryn Greenhill, która wykłada na Curtin University w Perth, to jest Zachodnia Australia. Wpis dotyczył jej doświadczeń po konferencji zorganizowanej przez organizację non-profit VALA, zajmującej się bibliotekarstwem, informacją naukową, technologią i wieloma innymi rzeczami.

A zdjęcie zrobiła podczas prezentacji Eliego Neilburgera zatytułowanej “Access, schmaccess: libraries in the Age of Information Ubiquity”. W moim wolnym tłumaczeniu “Dostęp, srostęp: biblioteki w dobie wszechobecności informacji”.

Nagranie wideło z całej prezentacji obejrzyjcie sobie TUTAJ!!!!

Polecam Wam gorąco. Niestety prezentacja po angielsku. A dotyczy zmian jakie nastąpiły w dostępie do informacji, wiedzy, dzieł sztuki, muzyki, filmów, książek, zdjęć ogólnie całego tego szajsu i wspaniałości, które jest w stanie stworzyć człowiek. Codziennie ilość informacji jaka jest umieszczana w sieci jest nie do ogarnięcia. Eli mówi o memach internetowych, mówi o prawach autorskich, mówi o dzieleniu się treścią i piractwie. Mówi również o roli jaka przypada w dwudziestym pierwszym wieku bibliotekom, które muszą zaoferować pokoleniu cyfrowemu coś zupełnie innego niż zwykłe udostępnianie zbiorów. W czasach gdy tak zwany “content” przestaje być materialny, czyli traci swój fizyczny nośnik, a istnieje w wirtualnej chmurze, która jest dostępna dla każdego, biblioteki muszą zapewnić swoim czytelnikom zupełnie nową jakość usług. Eli zwraca tutaj uwagę na unikatowość działań, nowe doświadczenia jakie mogą czytelnicy zyskać dzięki odwiedzaniu biblioteki. Eli mówi o mnóstwie interesujących rzeczy, które dzieją się na naszych oczach, na ekranach naszych “maszyn liczących” i w światłowodach sieci informatycznej. Warto sobie obejrzeć.

Polecam nie tylko bibliotekarzom.

Przyznam się, że ta prezentacja podsunęła mi pewien pomysł i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Mariusz Kaszyński “Rytuał”

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

 Jak wspominałem przy “Tańcu…” wreszcie mam czas zająć się książkami leżącymi odłogiem. “Rytuał” zacząłem czytać przed moim karnawałem z Martinem i teraz postanowiłem dokończyć.

Co mamy moi drodzy w tym horrorze? Grupkę pracowników jednego oddziału banku, którzy zaczynają ginąć w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach przyrody i nie tylko. Dlaczego giną? Czy powodem jest zemsta zza grobu, psychopata czający się gdzieś w mroku, a może krasnoludki, które wreszcie przestały sikać do mleka i zajęły się poważniejszą robotą? Nie powiem Wam, choć szczerze mówiąc sprawca morderstw praktycznie zaraz się ujawnia i jeśli był jakiś element zaskoczenia i napięcia to ja go przegapiłem. Dobra powiem Wam, to pradawny Zły, który żre ludzi od tysiącleci i ma nas za pokarm i plugastwo. Nie ma tutaj praktycznie żadnej zagadki i nastroju grozy. Wszystko takie schematyczne i przewidywalne. No, może okoliczności przyrody są w miarę ciekawe. Choć niektóre zgony są mocno naciągane (koty, które zadrapały młodą kobietę na śmierć? Serio?!). Ale mamy przecież do czynienia z potężnym Złym, który lubi krwawe porachunki i to akurat mię cieszyło. Było bowiem całkiem sporo krwi i flaków, dość barwnie opisanych.

Główny bohater Grzegorz Natanowski mnie irytował. Facet ma przyjaciółkę od dzieciństwa, przez młodzieńcze lata, a teraz nawet pracują razem i w ogóle się nie zorientował, że Renata jest napalona na niego jak Arab na kurs pilotażu. Co za matoł! Ale na szczęście później walczy ze Złym jak prawdziwy heros i załatwia paskudę, a nawet jego potomka:)

Książka nie była zła, ale nie była również dobra. Ot, do przeczytania na raz. W miarę dobrze napisana, kilka niezłych tekstów, kilka trafnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej nam Polski, kilka literówek. Ogólnie taka obojętna. A to chyba źle, bo jak mawiał pewien apostoł, który podobno ostro eksperymentował z różnymi substancjami psychotropowymi, przed prawie dwoma tysiącami lat:

“Znam Twoje czyny, że ani zimny, ani gorący jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni ani gorący, ani zimny – chce Cię wyrzucić z mych ust.” (Ap. 3,15-16)

Ja mam wrażenia letnie po lekturze książki Kaszyńskiego. Ot, przeczytałem i znam. A za jakiś czas pewnie zapomnę. Ale okładka bardzo fajna.

 

P. S. Baj De Łej wczoraj minęły drei jahren od założenia mojego bloga. Jak ten czas szybko leci. A moja wątroba choć w strzępach to jednak jakoś się trzyma:) I szarych komórek jakby trochę mniej…

Marcin Wolski “Wallenrod”

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski “Wallenrod”

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Jacek Dukaj “Król Bólu”

Jacek Dukaj "Król Bólu"

Jacek Dukaj “Król Bólu”

Mam problem z czytaniem. Otóż za dużo tych książek jest! Pałętają się wszędzie, nowości, klasyki, arcydzieła i szmirowate, kiczowate powieści, które chciałoby się czytnąć, wchłonąć, poznać. A tu jeszcze przydałoby się jakiś filmik obejrzeć, pójść na piwko, pojeździć na rowerze. I poza tym pracować… Life is too short…  Nie załamuję się jednak i dzielnie podnoszę rękawicę i nadstawiam drugi policzek okrutnemu losowi, który zmusza mnie do podejmowania coraz trudniejszych wyborów.

Jacek Dukaj – na blogu pisałem o „Xavrasie” i „Wrońcu”, jeśli klikniecie to zrozumiecie, że pisałem praktycznie same peany:) Inne jego opowiadania i powieści czytałem wcześniej, więc nie ma po nich śladu na blogu. Odczucia pozostawiły po sobie bardzo pozytywne.

Jakie wrażenia po „Królu Bólu”, najnowszym zbiorze opowiadań? No cóż, wrażenia są mieszane. Po pierwsze primo chciałem nadmienić, że „Król…” leżał u mnie na półce już od wakacji. Podczytywałem go sobie w wolnych chwilach, ale odłożyłem na dłużej, bo nie mogłem przebrnąć przez pierwsze opowiadanie pod tytułem „Linia oporu”. Po drugie primo, w tym opowiadaniu Dukaj naprawdę popłynął. Niczym Chruszczow, który zaczął napieprzać butem w siedzibie ONZ podczas przemówienia w okresie kryzysu kubańskiego. Zwyczajnie nie mogłem tego czytać. Zero fabuły, bełkot – co prawda świetnie wystylizowany – jednak nie zmienia to faktu, że dla mnie to był bełkot. Po trzecie primo ultimo udało mi się jednak przełamać wstręt i czytanie wznowiłem, z czego jestem ogromnie zadowolony i proszę o nagrodę szanowną komisję d/s mobilizacji czytelniczej.

Na szczęście podczas dalszej lektury było już lepiej. Opowiadania „Oko potwora” nie dało się nie porównać do lemowskiej fantastyki. Statki kosmiczne ze stosami atomowymi, członkowie załogi znani tylko ze względu na swoją funkcję. Kosmos jakiego nie powstydziłby się Lem. Ponadto świetnie oddana atmosfera paranoi, podejrzliwości, klaustrofobii jaka musiałaby panować na takich statkach kosmicznych. Wszystkie te plusy przysłania jeden minus. Otóż Dukaj znów zaczyna popadać w nadmierne filozofowanie i całe fragmenty tego opowiadania znów stają się filozoficzną kupą słów, dla mnie osobiście nie do strawienia. Prosty ze mnie człowiek i proste lubię przyjemności.

Tytułowy „Król Bólu i pasikonik” to Dukaj, którego lubię. Świetnie opisana Ziemia, która podzieliła się na strefy, których nie można przekraczać, ze względu na różnice w DNA mieszkańców. A wszystko przez bioterroryzm. Dukaj znów zachwycił ogromem wyobraźni i rozmachem opisywanego świata. Czytając miałem wrażenie, że czytam opis bardzo prawdopodobnej przyszłości ludzkości. Zresztą Dukaj we wszystkich swoich opowiadaniach poruszył problem przyszłości ludzkiego gatunku. Zarówno jeśli chodzi o rozwój technologii i nauki jak i sferę filozoficzną i egzystencjalną, oraz wszelkie implikacje społeczne, które rozwój danej technologii ze sobą niesie. Czytanie opowiadań Dukaja nie pozostawia nam wątpliwości, że pan pisarz sporo nad tym główkował i główkuje dalej. A zasób wiedzy, jaki wydaje się posiadać daje mu do tego główkowania pełne usankcjonowane prawo.

„Aguerre w świcie” to również świat napisany z rozmachem, drobiazgi i szczegóły życia społecznego, obyczajowego przytłaczają i wszystkie opisane rzeczy zdają się mieć sens i swoje miejsce w świecie stworzonym przez Dukaja. Niestety tak jak w poprzednich opowiadaniach autor znów dryfuje w stronę przedziwnych konstrukcji logicznych i filozoficznego. Można się zgubić, ale nie trzeba. Opowiadanie mimo dryfowania świetne.

„Szkoła” opowiadanie to napisał Dukaj mając lat dwadzieścia. Ech, zazdrość tak potężnie Charliem targnęła, że mało co nie zadławiłem się herbatką jak się dowiedziałem o tym fakcie. Świetne, mocne, przez większą część niemal społecznikowskie opowiadanie o slumsach i niedoli dzieci z faveli. Ale końcówka powala i miażdży. I znowuż pomysł genialny i błyskotliwy.

„Serce mroku”. Oglądaliście „Czas Apokalipsy”? Czytaliście „Jądro ciemności”? Zakładam, że tak. Bo przecież blog Charliego elitarnym jest i sama śmietanka internetowego towarzystwa tutaj zagląda:D Trudno więc, żeby ta śmietanka nie znała tak oczywistych pozycji w kulturze i popkulturze. „Serce mroku” utrzymane jest mocno w temacie dwóch wymienionych wyżej tytułów. Zresztą gra słów z nazwą powieści Josepha Conrada oczywista:) Tylko zamiast kongijskiej dżungli, mamy dżunglę obcej planety. A zamiast Marlowa mamy nazistę z Astro Corps. Trzecia Rzesza w kosmosie? Niezły absurd. Mnie się podobało:) Dobre, ciężkie opowiadanie. Czułem duchotę i obcość planety Mrok. Nawet czułem sympatię do nazisty wędrującego przez nieznaną dżunglę, by uciszyć Polaka, który oszalał i nadawał dziwaczne sygnały ze środka Piekła (dziś trzeba uważać, na to co się pisze i dlatego oświadczam, że sympatia nie była znów taka wielka, raczej maciupeńka).

„Crux” można powiedzieć, że opowiadanie z naszego podwórka, bo i o Polsce i takie zabawne wręcz. Radosna i przyjemna chwila wytchnienia po ciężkich klimatach poprzednich opowiadań. Czytało się dobrze, ironia i humor skrzyły się bardzo wyraźnie i pomysł również fantastyczny. Dukaj w wersji soft albo light. Jak kto woli.

„Piołunnik” też z naszego podwórka. Klimat dosyć interesujący. Służba Bezpieczeństwa, osiemdziesiąty szósty rok. Wybuch w Czarnobylu i zmarli powstający z grobów, lasów, pól. I jeden wódz rewolucji wie skąd jeszcze. A we wszystko to wplątany kapitan SB, co to miał misję jechać do Krakowa, na Wawel. I w razie gdyby nasi wielcy królowie i wodzowie powstali z umarłych strzelić im po kuleczce w potylicę. Ech te komuchy i ich metody rozwiązywania problemów. Opowiadanie również przyjemne i bardzo dobrze się czytało.

Cóż można rzec o całym zbiorze? To co napisałem na początku – wrażenia mieszane. Z jednej strony zachwyca ogromna i szalenie ciekawa oraz płodna wyobraźnia pisarza. Z drugiej raziła mnie maniera filozofowania i zbędnego ględzenia. Jestem jednak zadowolony, że skończyłem „Króla Bólu”. Mogę z czystym sumieniem rzec, że Dukaj jest jednym z najciekawszych pisarzy science-fiction w Polsce i nie tylko.

New generation…

Od czasu do czasu Charlie ma przemożną chęć i pragnienie, aby napisać coś mądrego. Tekst, który swą przenikliwością i ostrością spojrzenia na otaczający świat powali na kolana Czytelników. Nie mówię, że tym razem tak będzie. Jednak chciałem zwrócić Wam uwagę na pewne zjawisko.

Poruszę temat interesujący i na czasie. New generation. Nie chodzi mi o Pepsi Generation Next (swoją drogą pamiętacie te reklamy?) Chodzi o generację tak zwanych cyfrowych tubylców, czyli pokolenie urodzone i wychowywane w erze cyfrowych urządzeń, komputerów, komórek, Internetu. Termin ukuł dekadę temu Marc Prensky w swoim “Digital Natives, Digital Immigrants”. Od tamtej pory określenie cyfrowego tubylca i imigranta zrobiło zawrotną karierę. Zwłaszcza wśród ludzi zajmujących się edukacją, jej przyszłością oraz zmianami, które w edukacji zachodzą. Ale ja nie o tym, nie o tym.

Po Youtube krążą ostatnio filmiki z małymi dziećmi, które bawią się Ipadami, jak my kiedyś klockami. Filmiki te stały się podstawą do kolejnej fali dyskusji o pokoleniu cyfrowym. Na początek pokażę jeden z nich:

Co sądzicie o tym filmiku? Moim zdaniem ojciec trochę przesadził z tym kodowaniem OS (Operation System) dziecka. Ipad to po prostu błyszcząca, migająca, grająca zabawka. To chyba oczywiste, że jednoroczne dziecko będzie bardziej zainteresowane czymś co się rusza i reaguje na dotyk niż czymś statycznym. Wiele dziecięcych zabawek wydaje dźwięki, gdy coś się naciśnie. Ojciec jest trochę za bardzo podekscytowany i podjarany swoim odkryciem, że Jobs mu dziecko przeprogramował. Małe podrośnie, zacznie się orientować co jest co i czar kodowania pryśnie. Pozostanie jedynie oswojenie z cyfrowymi urządzaniami.

Z ręką na sercu przyznaję, że przeczytałem dziesiątki komentarzy pod tym filmikiem. Nie było to łatwe zadanie. Oddzielanie ziarna od plew to prawdziwa mordęga. Zaprawdę powiadam Wam, moderatorzy na forach internetowych mają ciężkie zadanie i powinni dostawać dodatki za pracę w ciężkich warunkach. Osiemdziesiąt procent komentarzy nie dotyczyła absolutnie tematu filmiku, czyli podejścia dziecka do gazety, jako zepsutego Ipada. Komentarze wykpiwały umiejętność nagrywania filmu (zamiast w normalnej pozycji film jest nakręcony pod złym kątem), inne wyśmiewały Jobsa i produkty firmy Apple. Jeszcze inne broniły tych produktów. Większość to pewnie zwykły trolling, jednak czytanie bolało. Zdarzały się nawet komentarze, że Ipady uchronią środowisko naturalne przed degradacją, bo czytanie książek i czasopism na tablecie oszczędza drzewa (!). Zaledwie kilka przeczytanych przeze mnie komentarzy poruszało problem oswojenia się dziecka z cyfrowym światem. Z tych kilku większość wyrażała podobną opinię do mojej. Kilka mocno beształa młodego ojca za nadmierną ekscytację i brakiem podstawowych informacji o wychowaniu dzieci. Moim zdaniem z tego filmiku wniosków o przeprogramowaniu OS dziecka nie można wyciągnąć.

Takie wnioski mogą pojawić się po obejrzeniu następnego filmu:

Tutaj mamy dwuletniego dzieciaczka, który “bawi” się swoim Ipadem. Tak przynajmniej w opisie podał autor filmiku. Nawiążę do komentarzy, których również przejrzałem mnóstwo. Zaczynam się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne. Ludzie są straszni, gdy myślą, że są anonimowi. A przecież w Googlach już prywatności nie ma! Komentarze poruszały w kolejności: powątpiewanie w wiek dziecka, które dopiero co skończyło 2 latka, wyśmiewanie się z imienia chłopczyka, które brzmi Bridger. Mamy jeszcze falę komentarzy od wielbicieli Apple i ich przeciwników. Na szczęście pojawiają się również głosy w miarę poważnej dyskusji. Jedni użytkownicy martwią się o dzieciaka, który nie wychodzi na zewnątrz, a rodzice powinni mu kupić kredki, bo dzieciak będzie nienormalny, gdyż za dużo czasu spędza przed tabletem, a nie na zewnątrz. Inni internauci walczą z tą opinią wskazując prosty fakt, że filmik ma zaledwie kilka minut, nie wiemy jak dziecko jest wychowywane i czy Ipad jest dla Bridgera całym życiem. I żeby przestali atakować ojca, jako nerda i freaka, bo kupił młodemu (bardziej sobie) Ipada. Czytanie komentarzy to droga przez mękę:)

Co ja o tym filmiku myślę? W przeciwieństwie do tego pierwszego mamy tutaj świadome korzystanie z urządzenia zwanego Ipadem. Użytkownik jest prawdopodobnie w wieku lat dwóch. I choć ma rzeczywiście dziwne imię śmiga po Ipadzie bardzo sprawnie i bez problemów. Potrafi uruchamiać aplikacje przeznaczone do kompletnie różnych rzeczy. Rysowanie, odtwarzanie filmów video, włączenie multimedialnej bajeczki. Co o tym myśleć? Parafrazując powiedzenie Starków z “Gry o tron” powiem tyle, “FUTURE IS COMING”. Nie jestem pediatrą, nie znam się na dzieciakach, ale wydaje mi się, że  takie rzeczy będą się działy i to jest naturalna konsekwencja dorastania w cyfrowym świcie. Kto wie z jakich urządzeń będzie korzystał Bridger, gdy będzie nastolatkiem. Ja w wieku 2 lat biegałem w tetrowych pieluchach, w kraju socjalistycznej szczęśliwości i bawiłem się, tym co było pod ręką. W wieku piętnastu lat biegałem (już nie w pieluchach) do kumpli na Internet z modemu:). I też pewnie moim rodzicom nie śniło się, że po pierwsze będę dorastał w wolnej Polsce, a po drugie, że będą mogli do mnie dzwonić z każdego miejsca naszego pięknego kraju. Kolejna uwaga – dzieci lepiej łapią wszelkie nowinki technologiczne niż dorośli. Ja sam pamiętam, że w domu mym rodzinnym, byłem jedyną osobą, która potrafiła obsługiwać magnetowid (programować kanały, programować nagrywanie, czy też ustawić zegarek:), dodam, że nauczyłem się tego bez żadnej instrukcji, bo była ona w języku germańskim. Bridger należy już do nowego, czy wspaniałego, świata, tego nie jestem w stanie określić.

Jako bibliotekarz mogę tylko stwierdzić, że trzeba wyjść z podniesionym czołem i stawić czoła przyszłości tak, jak Starkowie stawiają czoła zimie. (Nie żebym nawoływał do walki z przyszłością:) Uważam, że nie należy się jej bać, trzeba ją adaptować i przyswajać. Bo ja również należę do cyfrowych tubylców, ale czuję, że między mną, a Bridgerem rośnie przepaść, której nie chciałbym pogłębiać.

To tyle od mnie:)

P. S. Przebrnąwszy przez niezliczone komentarze znalazłem wpis o tak zwanym “United States Patent 6506148″. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale sam fakt, że istnieje metoda pozwalająca na manipulację ludzkim systemem nerwowym za pomocą zmiennego pola elektromagnetycznego z monitorów i TV brzmi strasznie. Patent dotyczy wyżej wspomnianej metody manipulacji obrazem video w taki sposób, by emitować określoną częstotliwość oddziałującą na nasz mózg!, Patent dotyczy również programu komputerowego i jego różnych wersji, który pozwala na ingerencję w system nerwowy osoby znajdującej się blisko monitora. Można go sobie zakupić i stosować. Badania potwierdziły, jakąś tam skuteczność! Nie jestem panikarzem, ale nie brzmi to zbyt przyjemnie.