Filip Springer “Miedzianka. Historia znikania”

Widok na Miedziankę z Janowic, Źródło: http://jbc.jelenia-gora.pl/dlibra/doccontent?id=1942

I kolejna świeżynka przeczytana przeze mnie :) Ogarnąłem temat i przeczytałem pierwszą książkę Springera, o innej piszę TUTAJ. Jak możecie sprawdzić Źle urodzone… zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Czy Miedzianka zrobiła podobne? Czytajcie dalej…

Continue reading

Marcin Wroński “A na imię jej będzie Aniela”

 Lublin. Wieża ciśnień przy ul. Teatralnej. 1940. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20335/2354ed7d08876ba174fad10ab2574332/

Lublin. Wieża ciśnień przy ul. Teatralnej. 1940. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20335/2354ed7d08876ba174fad10ab2574332/

A nie mówiłem, że Was zasypię! Wróciłem na chwilkę do Wrońskiego – to tak w ramach odstresowania się. I przyznam się, że to był strzał w dziesiątkę. Wroński w trzecim tomie cyklu o Maciejewskim daje radę.

Continue reading

Adolf Nowaczyński “System doktora Caro : utopja humorystyczna”

Bal w Akademii Sztuk Pięknych. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/126136/7527166c4c0fbdb4faff756076ec0b77/

Bal w Akademii Sztuk Pięknych. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/126136/7527166c4c0fbdb4faff756076ec0b77/

Całkiem niedawno przeczytałem inną książkę Nowaczyńskiego. Postać autora na tyle mnie zainteresowała, że obiecałem sobie przeczytać coś jeszcze, kiedyś, gdzieś. Zadziwiająco jak na mnie dość szybko (wcale nie tak szybko, bo po trzech miesiącach) odkurzając mój czytnik (w przenośni oczywiście) zobaczyłem, że mam plik z książką pana Adolfa. Zerknąłem, zacząłem czytać i już postanowiłem skończyć.

Continue reading

Marcin Wroński “Kino Venus”

IMAG0549Pamiętam, że przed rokiem, gdy miałem okazją na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału porozmawiać z panem Marcinem Wrońskim obaj podzieliliśmy się wspólną pasją przeglądania przedwojennych gazet, które nam wydają fascynującym zapisem tamtych czasów.

Dlatego wdzięczny jestem Bibliotekom Cyfrowym i ludziom, którzy je tworzą za ich trud przybliżania przeszłości szerokim masom czytelniczym!

Dobra dość tego. Wracamy do książki pana Wrońskiego. Drugie spotkanie z Zygą Maciejewskim, którego los zesłał na posterunek w żydowskiej dzielnicy, bo nowy szefo stwierdził, że nie będzie miał wichrzyciela i niesubordynowanego pana komisarza. Na tym posterunku nie jest różowo, trzeba w mundurze chodzić, trzeba biurokracją się zajmować. Nic tylko pić z rozpaczy i się stoczyć. I pan Maciejewski się stacza. Jego dawni podwładni pijąc z nim wódkę zauważają, że ów twardy chłop coraz częściej jęczy na los, narzeka i płacze nad sobą jak za przeproszeniem jakiś „yntelygent” bez jajec. A Zyga po prostu cierpi i stara się owo cierpienie uzewnętrznić. Niestety dookoła niego nie ma ani jednej osoby, która go zrozumie.

Wiem jak to zabrzmi, ale na szczęście dla Zygi pojawia się trup. Zwłoki młodej dziewczyny żydowskiego pochodzenia. I ten policjant z krwi i kości odzyskuje trochę wigoru, rozwiązuje (przynajmniej tak mu się wydaje) zagadkę i osiada na przysłowiowych laurach z piękną kobietą u boku „we willi” na przedmieściach Lublina. Nie ma się co Maciejewskiemu dziwić, ale trochę szkoda chłopa. W książce dowiemy się również, że nie ma to jak przyjaciele, którzy są gotowi pomóc zawsze i wszędzie.

I znów pan Wroński stanął na wysokości zadania. Tematyka kryminału bardzo aktualna. Handel młodymi dziewczętami, które oszukane przez różnego rodzaju łowców zamiast do raju trafiają do burdeli albo na ulicę “zarabiać” ciałem. Takie szajki handlarzy żywym towarem działały prężnie w międzywojniu. Wtedy znacznie łatwiej było upolować biedną, niewykształconą dziewczyną z prowincji i obiecać jej złote góry. Przepraszam, że posługuję się tutaj terminologią łowiecką, ale pasuje ona do działań tych zwyrodnialców.

W książce czuć duszną atmosferę dzielnicy żydowskiej, głównie dzięki świetnym opisom, ale także przede wszystkim dzięki dialogom, które przybliżą polskiemu czytelnikowi jak brzmiał jidysz. Bieda, alkohol, „pracujące” na ulicach dziewczyny i poczucie beznadziei oto dwudziestolecie międzywojenne w pełnej krasie. Żadne tam: nie oddamy guzika i Polska od morza do morza. Cały czas się dziwię ludziom piejącym peany na cześć tego okresu. Miał swoje plusy, ma po latach urok świata, który był i już nie wróci, ale to była epoka taka jak wszystkie – zapełniona ludźmi, którzy się nie zmieniają. I Wroński świetnie tę prawdę wyciąga i pokazuje. W książce jest nawet wątek podziemia pornograficznego, dla wielu ludzi może się to wydawać zaskoczeniem, ale przypomnę słowa, że ludzie się nie zmieniają. I każdy nowy wynalazek potrafią wykorzystać na wiele sposobów. Spotkałem się z opinią, że porno przecież dopiero pojawiło się później w drugiej połowie dwudziestego wieku. Cóż skoro istniało prawo antypornograficzne w międzywojniu to musiała istnieć pornografia rozpowszechniana na różnych nośnikach.

Dobra książka, może trochę mniej tajemnicza i w sumie od początku wiemy o co chodzi to jednak sposób jej przedstawienia zasługują na duży plus. Dobra i wciągająca lektura do pociągu wiozącego na daleki Krym (i nie tylko).

P. S. Bardzo chciałbym, aby tematyka książki, czyli handel żywym towarem należały już do przeszłości jednak tak nie jest i zapewne niewiele się w tej kwestii zmieni, i są to tylko moje pobożne życzenia.

 

Zygmunt Miłoszewski “Ziarno prawdy”

milosz Ja jak zwykle czytam książki na czasie:) Premiera “Ziarna prawdy” miała miejsce w roku dwa tysiące jedenastym, a ja dopiero teraz sobie czytnąłem. Ale to dobrze, minął bowiem cały medialny szum. Czas na wyznanie – przeczytałem książkę w jeden wieczór!

Jest dobrze, jest świetnie. Książka wciągnęła mnie jak bagno. Bardzo dobry styl pisania, znowu mnóstwo szczegółów z przestrzeni miasta tym razem Sandomierza, znowu Szacki, który czasem wkurwia, czasem irytuje, ale jednak z reguły człowiek mu przytakuje. Szacki, który dostał od życia kopa (kopa całkiem zasłużonego) i teraz męczy się on warszawiak w małym, powiatowym miasteczku, które miało być dla niego nowym początkiem, a jest zesłaniem. Szacki usycha, usycha z nudów chociaż całkiem sprawnie idzie mu zdobywanie kolejnych kobiet, i to najlepszych partii w mieście. Z czego jest wielce niezadowolony (SERIO!?), nie wiem jak to jest być czterdziestoletnim mężczyzną, ale Szacki zdecydowanie przesadza żeby narzekać na to, że w jego łóżku przebywa z wielką ochotą o kilkanaście lat młodsza kobieta. Zresztą Szacki cały bidak jest połamany psychicznie i ma niezłe wahania nastrojów i emocji. Chyba zbliża się do niego kryzys wieku średniego, a rozwód nie pomaga, oj nie pomaga. Na szczęście dla pana prokuratora pojawiają się zwłoki. Zwłoki, które swym wyglądem od razu wskazują, że to nie są zwykłe menelskie porachunki.

Zaczyna się karuzela zbrodni, pojawiają się kolejne makabrycznie sprawione zwłoki, a w całym kraju narasta medialny szum dotyczący żydowskich mordów rytualnych.

“Ziarno prawdy” to dobrze skrojony kryminał, w którym Szacki ma u mnie plusa za chodzenie na koncerty Kultu w młodości. Podobały się znów jak w “Uwikłaniu” wstępy przed rozdziałami składające się z krótkich informacji prasowych co się w danym dniu działo. I refleksja moja: informacje dotyczą roku dwa tysiące dziewiątego, a ja nic nie pamiętam. Chciałoby się rzec za klasykiem “Ach, jak zapierdala czas” (nie wiem jaki to klasyk powiedział, ale na pewno ktoś musiał to już powiedzieć). Sandomierz w książce znów jawi się przed oczyma. Nigdy tam nie byłem, “Ojca Mateusza” nie oglądam, ale nabrałem ochoty odwiedzić to miasto. Co można jeszcze znaleźć w książce – celne uwagi dotyczące naszej rzeczywistości, współczesności. Bardzo dużo ciekawostek z historii, które Miłoszewski skutecznie przemycił do książki. Wspominałem na początku o stylu – język książki jest na wskroś współczesny, mnóstwo zwrotów frazeologicznych, którymi na co dzień się ludzie posługują dodały książce kolejnego rysu autentyczności.

Humor! Zapomniałbym o tym, że wielokrotnie się śmiałem z jakiegoś zdania, sytuacji, anegdotki czy też z samych myśli Szackiego, który jak na takiego ponuraka zadziwiająco często rzucał lub myślał celny ironiczny komentarz o otaczającej go rzeczywistości lub osobach, które spotykał.

Trudne problemy społeczne też są, cała otoczka zbrodni to wzajemne stosunki polsko – żydowskie. Historie pogromów, legendy o mordzie rytualnym, druga wojna światowa i lata tuż po niej. To nie są łatwe tematy, oj nie. Szacki prezentuje postawę zdroworozsądkową, stara się trzeźwo oceniać sytuację i niczym prawdziwe narzędzie Temidy oceniać ludzi po czynach, a nie po tym skąd pochodzą, kim byli ich rodzice i dlaczego jest to niby takie ważne. Zresztą w książce przytoczony jest wers  Szymborskiej o tym, że “tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Dlatego tak ciężko powinno być ludziom wydawać sądy ostateczne o wydarzeniach sprzed lat. Jednak sądy ostateczne mają to do siebie, że wydaje się je bardzo łatwo. Podobała mi się postać rabina z Lublina (nie czuję kiedy rymuję), ciekawe czy wzorowana na kimś istniejącym w naszej rzeczywistości.

Oczywiście nie jest tak różowo. Zirytowałem się gdy dowiedziałem się kto jest zabójcą i w jaki sposób chciał uniknąć kary. Tyle w tym temacie coby nie spoilerować za bardzo.

“Ziarno prawdy” to bardzo udana kontynuacja “Uwikłania”. Nawet bardziej niż udana. Jak wspomniałem na początku książkę przeczytałem w jeden wieczór. A na koniec fragment, o najbardziej polskim wyrazie. Mnie rozwaliło:)

“- Wziąłem ostatnio, wyobraźcie sobie państwo, udział w konkursie na najbardziej polski wyraz. Wiecie, co zaproponowałem?

Chuj-kurwa-złamany, pomyślał Szacki, uśmiechając się uprzejmie.

– Żółć – powiedział z emfazą Klejnocki – Z dwóch powodów. Po pierwsze, składa się ono z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla języka polskiego i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności. […] – Po drugie, mimo że wyraz ten językowo jest tak dystynktywny, zawiera pewne treści uogólniające, w symboliczny sposób stanowi o naturze wspólnoty, która się nim, przyznajmy, że niezbyt często, posługuje. Oddaje pewien charakterystyczny nad Wisłą stan mentalno-psychiczny. Zgorzknienie, frustrację, drwinę podszytą złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na “nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie.”

Mikołaj Łoziński “Książka”

Mikołaj Łoziński "Książka"

Mikołaj Łoziński "Książka"

Laureat „Paszportu Polityki” w dziedzinie literatura za 2011, to już  powinno mi coś mówić. Rozchwytywany pisarz młodego pokolenia. To również powinno mi coś mówić. Autor „Reisefieber” to też powinno mi coś mówić. Powinno mówić, a nie mówi, psia jego mać! Ignorancją się wykażę i przyznam do indolencji czytelniczej. Nie znałem i nie słyszałem nazwiska Łoziński w kontekście „pisarzowania” do czasu, aż przeczytałem, że wyżej wspomniany literat dostał „Paszport” Polityki. Ale  za to nazwisko Łoziński poznałem dzięki ojcu pana Mikołaja Marcelemu, który jest reżyserem i którego dokumenty oglądałem kiedyś tam. Jeden szczególnie mnie zachwycił. Linka wrzucę Wam na końcu wpisu.

Pan Mikołaj (rocznik 1980), napisał książkę o tytule „Książka”. W tej książce o tytule „Książka” autor przybliża nam historię swej rodziny. Historię rodziny na tle wielkich wydarzeń dziejowych oraz zwykłej, szarej codzienności PRL. Robi to przy pomocy przedmiotów codziennego użytku oraz krótkich historii. Owe przedmioty są powiązane z wydarzeniami, które na łamach książki o tytule „Książka” opisuje nam autor. Fragmentarycznie i zupełnie nie chronologicznie poznajemy członków rodziny pana Mikołaja. Ojca, matkę, babcie i dziadków. O każdym możemy się dowiedzieć czegoś interesującego. Autor nie opowiada nam jednak wszystkiego. Przypomina to trochę podglądanie kogoś przez dziurkę od klucza. Niby coś widzimy, ale obszar jaki dostrzegamy nie jest zupełny i nie daje nam możliwości zobaczenia całości.. Książka o tytule „Książka” nie jest żadnym reportażem odsłaniającym mroczne i brudne tajemnice rodziny Łozińskich. Choć wiele w niej historii bolesnych, smutnych i tragicznych. Książka o tytule „Książka” jest wędrówką w czasie i przestrzeni, gdzie poznajemy pogmatwane losy bliskich autorowi osób.

Książkę o tytule „Książka” czytało mi się bardzo dobrze, szybko i miło. Jednak pozostał jakiś niedosyt. Nie do końca wiem z czym on jest związany. Owo uczucie jest bliżej nie określone i nie pozwala się schwytać w okowy słów. Uważam książkę o tytule „Książka” za interesującą, poprawną i dobrą, lecz nie powalającą na kolana. Wrażenia jak najbardziej pozytywne, tylko to uczucie gdzieś swędzi i nie pozwala w pełni odczuwać uczucia zachwytu.

Aha, i czasem zupełnie gubiłem się i nie wiedziałem, o kim czytam. Czy o babci ze strony mamy, a może o sąsiadce z naprzeciwka. To jednak był tylko drobny mankament. Fajnym pomysłem były prośby członków rodziny o opisanie czegoś lub kogoś, lub kategoryczne zakazy pisania o pewnych sprawach. Nadały książce o tytule “Książka” rys naturalności i realizmu.

Teraz obiecany link do filmu ojca Mikołaja Łozińskiego. Dokument nazywa się „Wszystko może się przytrafić”. Głównym bohaterem jest najmłodszy brat Mikołaja Łozińskiego Tomek, który w parku zaczepia starszych ludzi i z nimi rozmawia. Pełen ciepła, dziecięcej naiwności zderzonej z doświadczeniem starych ludzi. Momentami radosny, momentami smutny. Bardzo dobry. Polecam gorąco. W powiązanych dalsze części:

Marcin Wolski “Wallenrod”

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski “Wallenrod”

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Joanna Olczak-Ronikier “Korczak: Próba biografii”

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Joanna Olczak-Ronikier “Korczak…”

Korczak w moim życiu funkcjonował do tej pory na zasadzie postaci mitycznej, znanego pedagoga, który zginął wraz z dziećmi, którymi się opiekował. Taki obraz wyniosłem ze szkoły. Sąd dziecięcy, nowatorskie metody wychowawcze, heroiczna śmierć i „Król Maciuś Pierwszy”. Taki schematyczny i bardzo płytki obraz Janusza Korczaka funkcjonował w mym umyśle. Och! Naiwności niemalże dziecięca, która sprawia, że spłycamy i upraszczamy tak wiele rzeczy. Na szczęście warto się Ciebie pozbywać dzięki lekturom takich książek jak opisywana poniżej.

Najsmutniejsza książka jaką przyszło mi czytać od bardzo dawna. Przeczytałem dzieje życia Korczaka z wciąż obecną w zakamarkach mego umysłu świadomością losu, jaki go spotkał. Nie udało mi się odciąć od tej wiedzy. I nawet wtedy, gdy autorka prowadziła mnie przez jego lata dziecięce z ojcem i matką, którzy jako Żydzi, walczyć musieli o uznanie w polskim środowisku. Nawet wtedy, gdy autorka poruszała interesujący moim zdaniem epizod w życiu Korczaka, który polegał na włóczeniu się po najgorszych melinach Warszawy, picia wódki z szemranym towarzystwem, nawet wtedy wciąż widziałem finalną scenę z filmu Wajdy. Świadomość końca Korczaka nie opuszczała mnie również, gdy czytałem o jego sukcesach, spełnianiu się marzeń, sławie literata, sukcesach pedagogicznych i naukowych. Zresztą sama autorka nie pozostawia nam żadnych złudzeń, co do przyszłości. Nawet w chwilach szczęśliwych, opisach dzieci, które wreszcie mogą się cieszyć życiem czai się widmo Zagłady.

W tej próbie biografii pełno jest ludzi ważnych dla Polski, ważnych dla naszej historii. Niektóre postacie nakreślone zostały bardzo wyraziście i mocno. Pełno jest również ludzi, których można określić jako ziarna, które zmielone zostały przez żarna młyna historii. Gdyby nie „Pamiętnik” i inne pisma Korczaka nikt nie pamiętałby o dzieciach, które zginęły straszną śmiercią tylko dlatego, że były małymi żydkami. Nikt nie znałby ich imion i cech, które na zawsze zostały uwiecznione przez pióro i ołówek Korczaka. I to jest w tej książce najbardziej wzruszające.

Podziwiam autorkę za styl, w jakim napisana i opowiedziana jest historia Korczaka, czyli Henryka Goldszmita. Jest rzeczowy i spokojny, ale nie suchy i beznamiętny. W sposób wyciszony i nie natarczywy prowadzi nas autorka przez kolejne siódemki lat życia pedagoga. (Ważny motyw w życiu Korczaka, który podzielił swe losy na okresy siedmioletnie). Przy okazji poznajemy świetnie nakreślony obraz społeczeństwa polskiego i problemów, które dotykały zasymilowanych Żydów. Korczak również stykał z nienawiścią i antysemityzmem, który w Polsce tuż przed wojną osiągnął naprawdę spore rozmiary. Jego reputacja wybitnego pedagoga, literata często przegrywała z atakami antyżydowskich środowisk. Dodatkowe nieprzyjemności powodował fakt, że należał do loży masońskiej (kolejna ciekawostka z życia Korczaka, o której nie miałem pojęcia). Wszystkie ataki brał na siebie i obracał na swą korzyść z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru.

Czytałem tę książkę i byłem wzruszony. Czytałem tę książkę i byłem pełen podziwu dla siły Korczaka. Czytałem tę książkę i byłem przerażony. Czytałem tę książkę i byłem pełen bezsilnej złości na świat i ludzi. Czytałem tę książkę i obiecywałem sobie, że będę lepszym człowiekiem.  Czy coś z tych obietnic składanych samemu sobie zostanie zrealizowanych? To będę wiedział tylko ja, ale jak mawiał Stary Doktor w marzeniach tkwi siła.

P. S. Wybrałem zdjęcie okładki bez obwoluty, moim zdaniem lepiej wygląda. Bardziej pasuje do treści.

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa : rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa…”

Ta książka jeszcze przed jej oficjalnym ukazaniem się wzbudziła ogromne emocje. Cóż trudno nam Polakom przyjąć do wiadomości, że nasi rodacy mogli zachowywać się jak skurwysyny i zabijać, okradać, gnębić Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przecież cała nasza martyrologia z okresu drugiej wojny światowej to walka z Niemcami i bycie tymi dobrymi. Po ukazaniu się książki nie było lepiej, akcja wydawnictwa Selkar, z zawyżaniem ceny książki, oblepianie księgarni sprzedających książkę informacjami jakoby te firmy były antypolskie. Gorące emocje były, oj były. A jak zwykle w naszym społeczeństwie najgłośniej krzyczeli ci, którzy pewnie książki nie przeczytali. Na biblionetce, z której korzystam, książkę oceniło zaledwie dwudziestu kilku użytkowników. Kolejny raz media rozdmuchały sprawę, ludzie się burzyli z zasady, a większość nie podjęła trudu przeczytania.

Od czego by tu zacząć? Hmm… może od tego, że “Złote żniwa” to książka słabo napisana. Naprawdę, widać marny warsztat autora jeśli chodzi o narrację, budowanie napięcia, styl. Czytając niemal czułem jak Gross wychodził ze skóry aby pogłębić wrażenie grozy i okrucieństwa. Czułem te starania Grossa ale nie czułem grozy ani okrucieństwa. Naprawdę pan Gross ma słaby warsztat a jego usilne wmówienie czytelnikom jego wrażeń, poprzez użycie słów – widzimy, czujemy, znamy, rozumiemy wcale w tym nie pomagało.

Druga sprawa to tematyka jaką książka porusza, czyli grabież mienia żydowskiego przez Polaków. Nie zajmowania po wojnie, gdy większość prawowitych właścicieli nie żyła, ale właśnie w trakcie. Bogacenie się na ukrywaniu Żydów, mordowanie i okradanie uciekinierów. Cóż uważam się za człowieka, który trochę zna historię i wiedziałem, że takie rzeczy miały miejsce. Ta książka nie była dla mnie szokiem ani zaskoczeniem. My Polacy jesteśmy wychowani w poczuciu, że to nasz Naród był tym szlachetnym i nie splamił się nigdy takimi podłościami jak Niemcy. A szmalcownictwo i wydawanie ukrywających się Żydów to przypadki z marginesu. Gross podaje KILKA przykładów z wiosek i z uporem maniaka stara się rozszerzyć to na wszystkich. Mamy podane źródła historyczne świadczące o okrutnych czynach jakie popełniali Polacy, i to Polacy będący w lokalnych społecznościach elitą, co dla Grossa oznacza, że pozostali obywatele z elity w innych wsiach też tacy byli.

Punktem wyjścia do książki jest fotografia, na której według autora uwiecznieni zostali kopacze, którzy przeszukiwali okolice obozu koncentracyjnego w poszukiwaniu pozostałości jakicholwek cennych rzeczy. Gross z uporem maniaka powtarza, że ludzie ci to hieny cmentarne najgorszego sortu. Niestety tak naprawdę nie ma żadnych co do tego podstaw. Ale faktem jest, że okolice obozów były przekopywane.

Jest taki fragment w tej książce, który mówi o tym, że Zagłada to była precyzyjna maszyna, i miała wiele “wąskich gardeł” i gdyby ktoś chciał łatwo mógłby sabotować jej działanie. Nie wiem do kogo pije tutaj Gross czy do Niemców czy do pracowników kolei, a może do chłopów polskich. Zagłada to wydarzenie, które nie da się ująć w żadne rozsądne ramy – tutaj zgodzę się z autorem. Kilka milionów ludzi zostało zamordowanych w “fabrykach śmierci”. Kilka milionów ludzi zginęło przy milczącej aprobacie społeczeństw europejskich – to nam chce powiedzieć Gross. Gross czepia się kolejarzy, że wysyłali pociągi do obozów i nic nie zrobili aby sabotować to działanie. Chciałbym zwrócić na coś uwagę – jest taki fragment chyba w “Opowiadaniach” Borowskiego. Dotyczy on wyładunku transportu ludzi z wagonów. Rozdzielającymi transport byli Żydzi. Nagle wybuchła panika i tłum prawie przerwał kordon wartowników. Niemcy, według Borowskiego byli w szoku i nic nie zrobili. Gdyby nie sprawna akcja rozdzielających transport Żydów, którzy przywrócili porządek cały transport mógł uciec. No ale daleko by nie uciekli, bo pewnie chłopi polscy szybko by ich wyłapali (tak napisałby Gross). Nie jestem Żydem, nie widziałem wojny, nie doświadczyłem tego co świadkowie opisywani przez Grossa, więc tak naprawdę nie jestem pewien czy władny jestem wypowiadać się w tym temacie.

Podsumowując książka porusza ważny temat, o którym my Polacy nie chcemy rozmawiać. Robi to jednak w sposób zły jeśli chodzi o styl. Wiem dziwnie to brzmi ale o takich rzeczach powinno się pisać tak aby człowiek czuł coś. Ja tylko czułem narastającą irytację na autora. Książka wzbudziła we mnie niesmak. Nie wydawała mi się żadnym wiarygodnym źródłem wiedzy, choć pełno w niej przypisów do różnych materiałów. Ale pewnie tkwi we mnie zbyt mocno to wychowanie polskie. Książki nie polecam. Chyba, że ktoś chce się dowiedzieć o co był cały ten hałas.

 

Jerzy Kosiński “Malowany ptak”

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Jerzy Kosiński “Malowany Ptak”

Łoj, będzie o książce, która ma w Polsce złą sławę. Podobnież jest na wskroś antypolska i składa się z samych oszczerstw wymierzonych w naród polski, polską wieś oraz Bóg wie co jeszcze polskiego. Taką złą sławę zyskał “Malowany…” w latach sześćdziesiątych czyli po publikacji. Zyskał tylko w Polsce, bo za granicą książka odniosła ogromny sukces. Zresztą została tam wydana, bo autorem co prawda jest Polak ale na stałe mieszkający w Stanach Ju Es Ej. Opinia o książce jako antypolskiej skutecznie blokowała przekład i wydanie “Malowanego…” w kraju. Nic więc dziwnego, że Polacy mogli książkę w oficjalnym obiegu przeczytać dopiero w roku 1989 a więc prawie dwadzieścia pięć lat po publikacji.

Krótko o fabule książki, chociaż może nie o fabule bo książka nie posiada fabuły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Książka to wspomnienia chłopca zmuszonego przez wojenną zawieruchę do poniewierki wśród zapadłych kresowych wiosek. Sam chłopiec pochodzi z żydowskiej rodziny i ma zaledwie 7 lat gdy zmuszony jest tułać się po świecie. Nie wie gdzie są jego rodzice a kolejni “opiekunowie” nie darzą go zbytnią “sympatią” traktując jako cygańskiego podrzutka. Opowieści chłopca to prawdziwy Hardkor przed duże H, duże A, duże R, duże D, duże K, jeszcze większe O i duże R. (Napisałem to po polskiemu bo tak jakoś fajniej brzmi). Okrucieństwo, goni okrucieństwo a barwne opisy krzywd jakich chłopiec zaznaje od wielu ludzi sprawiają, że książka niemal spływa krwią i pokrywa się siniakami. Nienawiść objawiająca się fizycznym znęcaniem się nad “cygańskim ścierwem” jest zupełnie bezzasadna i wynika moim zdaniem z obawy przed innym. Innym, który może sprowadzić nieszczęście zarówno na pojedynczego człowieka jak i na całą społeczność. Sam chłopiec zdaje sobie sprawę jak bardzo różni się od mieszkańców wiosek, przez które zmuszony jest wędrować. Podziela on wiarę zabobonnych chłopów w swoje nieczyste i demoniczne moce. Jego przygody poniekąd potwierdzają tę tezę. Nigdzie nie zagrzeje miejsca na dłużej, zawsze musi się coś stać, wypadek, morderstwo, bójka, które zmuszają go do ucieczki i dalszej tułaczki.

Książka jest pełna opisów zabobonów jakie panują wśród chłopów. Opowieści o duchach, strzygach, demonach walczących na Ziemi zapełniają chłopskie chaty wieczorami. Chłopi wierzą w magiczne napary przygotowywane z najbardziej obrzydliwych składników. A jednocześnie chodzą do Kościoła i modlą się da pana Boga za piecem albo koło łóżka, wszystko jedno gdzie się modlą. Czytając niektóre fragmenty dotyczące przesądów, czułem się jakbym czytał o jakichś afrykańskich plemionach, które sobie gdzieś tam żyją nieodkryte lub ledwo tknięte przez cywilizację. Chłopiec tak samo jak chłopi wierzy we wszystkie możliwe zabobony.  Cały czas stara się poznać tajemnicę świata i przyczynę takiego a nie innego porządku. Często zastanawia się skąd biorą się zło, nienawiść i niesprawiedliwość. Dlaczego silni wyzyskują słabszych i w jaki sposób stać się owym silnym, który będzie mógł gnębić słabeuszy. Raz pełen podziwu jest dla Niemców, którzy potrafią konstruować miny o wielkiej sile rażenia, innym razem z całych sił modli się do Boga bo wierzy, że modlitwa zapewni mu odpust od win już w tym świecie. Kiedy okazuje się, że Bóg raczej jest zajęty czymś innym, chłopiec swoją  duszę zwraca ku złemu czyli Szatanowi. Jednak Szatan to pikuś w porównaniu z wielkim wodzem ludzkości niejakim Józefem S. tak więc dzieciak staje się głęboko i żarliwie “wierzącym” komunistą. Ewidentnie widać tutaj poszukiwania jakiegoś wytłumaczenia i sensu w tym całym bagnie do jakiego trafia co chwila chłopiec. Dziecko chce mieć oparcie w jakimś opiekunie, który da mu ochronę przed krzywdzicielami.

Czy wspomniałem o okrucieństwie i hardkorze? Musiałem wspomnieć, gdyż to jest “mocna” strona książki. Dlaczego “mocna” w cudzysłowie? Bo nie chodzi mi o walor pozytywny, sprawiający, że lektura jest ciekawa. Epatowanie krwią i nieprzyjemnymi opisami najmocniej się rzuca w oczy, bo tworzą one z jakieś osiemdziesiąt procent treści (wyliczenia własne). W trakcie dalszej lektury robi się to czasami nawet nudne ale czytamy dalej wierząc, że to musi czemuś służyć. To ma służyć… już wiem – dalszemu epatowaniu nieuzasadnioną nienawiścią. Chłopak zmaga się z prześladowaniem i brakiem akceptacji (strasznie zniewieściale to zabrzmiało) w środowisku wiejskim, a w tle jeżdżą sobie pociągi z ludźmi, których los jest już przypieczętowany. Pociągi z ludzkimi transportami nie robią ani na dzieciaku ani na chłopach żadnego wrażenia. No, jedynie chyba podziw dla niemieckiej sprawności i świetnej organizacji logistycznej całego przedsięwzięcia.

I dochodzimy tutaj do tego aspektu, który uczynił z “Malowanego…” książkę w Polsce naznaczoną na lata. Czyli jej rzekomej antypolskości – bo przecież to polska wieś opisywana jest przez dzieciaka, to polscy chłopi małorolni i kułaki traktują go jak śmiecia, biją, gnębią, traktują gorzej niż psa. To polska wieś walczy o odzież ludzi wyrzuconych z transportów do obozów zagłady. Rzecz dzieje się przecież podczas drugiej wojny światowej gdzieś na wschodzie Rzeczpospolitej. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś obrońcę naszego narodu ale… uważam, że takie rzeczy mogły się zdarzyć wszędzie. Wszędzie gdzie istnieją zamknięte grupy ludzi, nie lubiące obcych i od wieków żyjący w ten sam sposób. Przyznam się szczerze, że trudno było mi uwierzyć w te wszystkie okrutne czyny jakie opisane zostały na kartach książki. Z drugiej strony złapałem się właśnie na tym – traktowałem książkę jako zapis wspomnień, a przecież Kosiński sam podkreślał, że nie jest to żadna książka autobiograficzna. Nigdy nie powiedział, że przeżył to wszystko. (Przeżycie tak wielu tortur i krzywd było mało prawdopodobne). Eskalacja przemocy i nienawiści jak dla mnie miała służyć przedstawieniu kondycji psychicznej ludzi wówczas żyjących oraz pokazała tworzenie się mechanizmów obronnych przed Innym. Od dawna wiadomo bowiem, że stereotypy pozwalają nam w krótkim czasie określić z jakim zjawiskiem, człowiekiem mamy do czynienia. Dopiero późniejsze dłuższe przebywanie z obiektem, pozwala potwierdzić stereotyp lub go obalić. To samo działo się w przypadku wiejskich chłopów, tylko u nich działało to znacznie silniej. Do przesądów o cygańskich podrzutach dochodził strach przed Niemcami, którzy za przechowywanie żydowskich uciekinierów mordowali całe wsie. A propos mordowania – życie ludzkie nie jest warte funta kłaków, tak przynajmniej wynika z obserwacji chłopca.

Krótko mówiąc – Kosiński nagromadził na ponad dwustu stronach ogromne ilości brudu, syfu, zła, gniewu, krwi, bezduszności, chciwości, małostkowości, nienawiści, sadyzmu, cierpienia, bólu, strachu, pogardy, głupoty, że robi to wrażenie. Książkę przeczytałem, zachwycony szczególnie nie jestem ale książka nie jest zła. Według mnie nie jest pozycją, którą trzeba znać. Obejdzie się ale również jeśli przeczytamy nie będziemy żałować.