O Janku, który chciałby zostać lotnikiem, ale…

Taką reklamę znalazłem w numerze krakowskiego “Czasu” z roku 1938.

Biedny Janek...

Biedny Janek…

Chwyta za serce, a srebrzysty cokół uratowałby marzenia Janka. Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Janusz Zajdel “Cylinder van Troffa”

Takie ładne zdjęcie sobie znalazłem i chciałbym go użyć. Źródło: https://flic.kr/p/93DoSr

Takie ładne zdjęcie sobie znalazłem i chciałbym go użyć. Źródło: https://flic.kr/p/93DoSr

Kolejny raz po wpisie Fraa sięgnąłem po książkę, a właściwie dłuższe opowiadanie. Fraa przeczytała sobie “Cylinder van Troffa” i ja też sobie go przeczytałem. Dzięki Ci o Fraa!

“Cylinder…” czytałem dawno, dawno temu. W zamierzchłych i pokrytych patyną nostalgii latach dziewięćdziesiątych. I szczerze mówiąc z motywu opowieści pamiętałem tylko opis opuszczonych zautomatyzowanych miast i przekleństwo o straszliwym brzmieniu “ty docencie!”.

Continue reading

Jakie życie – taki zgon…

Wielu publicystów, felietonistów płacze, że dzisiejsi dziennikarze to zaledwie namiastka tych, którzy byli dawniej. Brak warsztatu, brak umiejętności w posługiwaniu się językiem. Żerowanie na ludzkiej krzywdzie i cierpieniu. Bezlitosne wykorzystywanie każdej okazji, byle tylko napisać chwytliwy artykuł z jeszcze bardziej chwytliwym nagłówkiem. Jak zwykle takie głosy opiewające i gloryfikujące przeszłość nieodparcie wywołują na mej twarzy uśmieszek pobłażania. Jestem co prawda zwykłym, szarym bibliotekarzem, ale mam dostęp do starej prasy. Lektura tych czasopism i gazet pozwoliła mi nabrać dystansu do dzisiejszego świata. Jak mantrę powtarzam słowa, że wszystko już było.

Przedstawię Wam mały artykuł, notkę prasową z tytułem, który mnie powalił… Pragmatyczny i kuriozalny, wręcz osobliwy w swej rzeczowości. Tytuł artykułu mówi wprost, że kara spotka każdego adekwatnie do trybu życia jaki prowadził. I choć mnie kojarzy się tylko z wersem pijackiej piosenki, to może osiemdziesiąt lat temu “Jakie życie – taki zgon” miało trochę inny wydźwięk. Dziś takiego tytułu chyba raczej nie uświadczymy.

IKC1925nr57

IKC1925nr57

Jeśli będzie kontynuacja historii opryszka dam Wam znać. Kto wie jaka była opowieść złodzieja w wojskowym mundurze. Może to weteran wojny 1920 roku, pozbawiony pracy i środków do życia. Zmuszony do zejścia na ciemną stronę mocy? Zupełnie jak Sergiusz Piasecki. Szkoda, że raczej  nie będzie nam dane poznać jego losów, które doprowadziły go do takiego zgonu. I tej “indentyczności” której nie stwierdzono:) Ech, ci dziennikarze małpowali każde słowo z zachodu bez żadnego zastanowienia…

Artykuł pochodzi z “Ilustrowanego Kuriera Codziennego” rok 1925 z 26 lutego.

I jeszcze jedna króciutka notka z “Czasu” krakowskiego sprzed stu lat. Demoralizacja młodzieży to temat żywy i obecny w mediach. Jak wiadomo zdziczenie nastolatków jeszcze nigdy nie osięgnąło takich rozmiarów jak w naszych czasach…

Czy ja nie wspominałem, że wszystko już było? Nastolatki tnące się nożami w wyniku kłótni również…

Czas1912nr74

Czas1912nr74

W Krakowie noże były i są bardzo częstym sposobem “rozwiązywania” problemów. Ja tam mam nadzieję, że będzie lepiej w przyszłości niż sto lat temu i obecnie, choć wątpię w to. LUDZIE BYLI I SĄ TACY SAMI. Czy to sto lat temu, czy dziś.

“Ilustrowanego…” i “Czas” można znaleźć w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”

Telefon przyszłości…

Moi drodzy czytelnicy. Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość – czas jako linia, czas jako pączek z otworem, czas jako podziurawiona skarpeta czy też tak zwany tunel lub z angielskiego wormhole. Podróże w czasie i w przestrzeni, przeskakiwanie epok w tę i z powrotem. Wehikuły, maszyny czasu, czy to samochód, budka telefoniczna – to wszystko blednie przy możliwościach jakie dają nam biblioteki cyfrowe. Siadasz przed kompem, przeglądasz codzienne gazety i dziwisz się. Dziwisz się temu, że tamten świat sprzed lat stu nie był inną planetą, nie zamieszkiwali go zupełnie inni od Ciebie ludzie. Wręcz przeciwnie. WSZYSTKO JUŻ BYŁO. Koncepcje wynalazków oraz możliwe drogi rozwoju ludzkiej myśli technicznej podążają zadziwiająco podobnymi ścieżkami. I oto daję Wam fragment “Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z roku 1925. I telefon przyszłości. Zadziwiające jak blisko trafili w swej futurystycznej wizji:)

Telefon przyszłości.

Telefon przyszłości.

Znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

P. S. Zdaję sobie sprawę, że mnóstwo ostatnio pojawia się takich fragmentów, ale ten znalazłem sam i dzielę się nim z Wami:)

Tempus Fugit tom 1

Tempus Fugit

Tempus Fugit

Moi drodzy w łapki Charliego wpadła antologia, o której słyszał wcześniej ale dopiero teraz mógł ją przeczytać. Cóże to za zbiór opowiadań, czegóż dotyczący. Otóż wydawnictwo Fabryka Słów zebrało kilku polskich autorów fantastyki oraz science-fiction i kazała im napisać opowiadania dotyczące czasu, jego upływu, jego przepływu, uciekania i tak dalej. Tytuł antologii “Tempus fugit” to początek (tak mi się przynajmniej wydaje) łacińskiej maksymy “Tempus fugit, aeternitas manet” czyli “Czas ucieka, wieczność pozostaje”. Ech, Ci Rzymianie mieli chłopaki łeb do sentencji.

Dobra, wracamy do antologii. Kilka opowiadań, kilku pisarzy i jednej pisarki, niektórych kojarzyłem, innych nie.

Pierwsze opowiadanie to “Zegarmistrz i łowca motyli” Jarosława Grzędowicza, którego znam, i którego “Pan lodowego ogrodu” powalił mnie swego czasu na kolana i mało co nie zawaliłem egzaminu, bo zamiast się uczyć przeczytałem pierwszy tom. Opowiadanko spoko, fajny pomysł ale naprawdę jak na Grzędowicza to bez szału, bez szału.

Następna w kolejce to pani Milena Wójtowicz, z jej zabawną “Załatwiaczką”. Tak jak wspomniałem zabawną i dosyć przyjemną, to chyba jest tak zwane fun fantasy. Lekkie, łatwe i przyjemne.

Trzecie opowiadanie wysmażył Eugeniusz Dębski “Najważniejszy dzień w tym roku” i było całkiem, całkiem interesujące. Przyszłość jaką wykreował Dębski trochę mnie przerażała i mam nadzieję, że nie dane mu jest zostać prorokiem w swoim własnym kraju.

Czwórka to dzieło pana Pawła Majki, o którym nic nigdy nie słyszałem i naprawdę żałuję. Jego “Poświat” to świetne opowiadanie, dokładnie to co Charlie lubi – Majka nakreślił świat interesujący i tak ciekawy, że bardzo było mi przykro, że opowiadanie się skończyło. “Poświat” to materiał na jakąś wypasioną sagę albo przynajmniej trylogię. Bo pomysłów tam było mnóstwo i widać, że Paweł Majka ma łeb nie od parady. Dla mnie najlepsze opowiadanie z całej antologii.

Marcin Wroński i jego “Niewiele brakowało” nie wywarło na Charliem oszałamiającego wrażenia, ot takie sobie do przeczytania.

“Matka Gromów” Sebastiana Uznańskiego już znacznie lepsza, pomysł interesujący, ładnie napisane, ale stanowczo za długie. Pod koniec wiało już schematem, choć zakończenie interesujące.

“Odnaleźć Annę” Cezarego S. Frąca nie było złe, ale również nie powaliło na kolana. Pomysł interesujący choć miałem wrażenie jakbym czytal jakieś opowiadanie z lat osiemdziesiątych. Nie wiem skąd mi się to wzięło ale tak było.

Antologia jak to antologia – jedne opowiadania słabsze, inne lepsze. Ja gorąco polecam “Poświat” – Majka miał świetny pomysł i super wykonanie, naprawdę warto to przeczytać. Ogólnie zbiór godny polecenia.

Poul Anderson “Stanie się czas”

Poul Anderson "Stanie się czas"

Poul Anderson “Stanie się czas”

No dobra dzieciaczki dawno mnie nie było ale to nie znaczy, że Charlie przestał czytać książki czy też przestał oddychać! Żyję, mam się całkiem dobrze a zresztą podobno jest dobry news dla mnie, więc chciałbym się podzielić z wami kolejną przeczytaną książką.

Poul Anderson to bardzo płodny i zasłużony pisarz jeśli chodzi o książki z gatunku science – fiction. Laureat nagród Nebuli czy też Hugo. A książeczka o której będę pisał była swego czasu bardzo popularna na Zachodzie.

I właśnie stwierdzenia “swego czasu” będę się uporczywie trzymał. Albowiem mamy tutaj opowieść o podróżniku w czasie! Ten podróżnik sobie skacze w te i we wte po epokach i próbuje jakoś tam zarobić na życie. Jest to jedno z niespełnionych marzeń ludzkości, które tak naprawdę objawiło się dopiero po książce Wellsa, czyli po “Wehikule czasu”. Ach, móc tak wrócić się do przeszłości i zmienić przyszłość. Nie znam nikogo kto nie oparłby się takiej pokusie. Temat podróży w czasie został wyeksploatowany zarówno jeśli chodzi o literaturę jak i X muzę czyli kino, o telewizji nie wspominając. “Powrót do przyszłości” czy wiele, wiele innych filmów lub seriali ukształtowało pewien sposób myślenia na temat podróży w czasie.

W książce Andersona, która została napisana w latach siedemdziesiątych, podróże w czasie to wynik mutacji genetycznej. Na przestrzeni wieków po prostu trafiali się goście, którzy mogli cofać się w czasie jak i przeskakiwać do przyszłości. Narratorem opowieści jest lekarz z małego amerykanckiego miasteczka, który opiekował się takim właśnie chłopczykiem co posiadł ową niespotykaną zdolność. No i mamy historię – kolo skacze sobie w przód i w tył i mówi, że będzie nuklearna wojna i ogólnie zagłada ludzkości a później znów będzie fajnie. W to wszystko jest jeszcze zamieszana organizacja, założona przez innego podróżnika w czasie z dziewiętnastego wieku co chce urządzić przyszłość po swojemu. Główny bohater czyli ten chłopczyk, który oczywiście dorasta, najpierw należy do organizacji ale później się buntuje i z organizacją walczy aż po czasu kres.

W książce nomen omen najbardziej daje się odczuć upływ czasu. Otóż Anderson wieszczył wojną na atomówki między Wschodem a Zachodem. Wojna miała wybuchnąć na początku lat dziewięćdziesiątych. Uff… Na szczęście jego wieszczenie można o kant dupy rozbić i dziś Charlie może pisać swojego bloga będąc w miarę spokojnym o przyszłość.

Książka to takie typowe czytadło. Szybko, łatwo, bezboleśnie i w miarę przyjemnie. Kilka pomysłów jeśli chodzi o podróże w czasie całkiem spoko. Anderson wykombinował, że mamy ograniczenie miejsca. A więc można zmieniać czas ale nie miejsce. A więc nie można sobie z Krakowa dwudziestego pierwszego wieku przeskoczyć do Nowego Orleanu wieku dziewiętnastego. Trzeba być fizycznie obecnym w miejscu gdzie się chcemy cofać. Ogólnie lektura spoko ale bez żadnej rewelacji. Taka tam popierdółka a nie Kiler.