Dzięki Ci Internecie!

Teraz będzie wpis pochwalny. Wpis sławiący Internet, jego zasoby, ludzi którzy go tworzą. Tak, nie mylicie się będę chwalił ludzi, którzy tworzą Internet. Ludzi, których jedynym pragnieniem jest dzielenie się tym co lubią, znają i kochają. Ulubioną muzyką, książką, filmem, obrazkiem czy zdjęciem kota rozwalonego na kanapie w pozie mam wyjebane na wszystko, bo jestę kotę.

Dzięki Ci Paulu Baranie za koncepcję rozproszonych sieci. Dzięki Ci Uniwersytecie Kalifornijski za Advanced Research Project Agency, składam Ci pokłony Jonie Postelu, który scaliłeś protokoły TCP/IP, a od podstaw stworzyłeś DNS. Bądź pochwalon Timie Bernersie – Lee oraz Robercie Cailliau za World Wide Web. Niech Was anieli pieszczą Wy wszyscy anonimowi programiści, specjaliści, informatycy, administratorzy, którzy tworzyliście i tworzycie zręby i podstawy tego wiekopomnego wynalazku jakim jest światowa Sieć.

Skąd ten mój wybuch entuzjazmu? Z zupełnie błahej przyczyny. Jak zauważyliście na swoim blogu rzadko piszę o muzyce. O muzyce nie umiem pisać. Ja jej mogę tylko słuchać. Dziś będzie wyjątek. Ostatnio zasłuchuję się w takiej oto składance:

http://en.wikipedia.org/wiki/Rogue%27s_Gallery:_Pirate_Ballads,_Sea_Songs,_and_Chanteys

 Płyta została wydana przy okazji kręcenia Piratów z Karaibów część druga. Przeróżni artyści zagrali swoje wersje różnych morskich ballad, szant czy pijackich pieśni. Jest tam jedna piosenka wykonana przez niejakiego Loudona Wainwrighta III p.t. „Good ship Venus”. Piosenka jest z przezabawnym, mocno obscenicznym tekstem. Macie tu linka do piosenki:

A tu macie pełen tekst:

“On the good ship Venus

By Christ you should have seen us
The figurehead was a whore in bed
Sucking a dead man’s penis

The captain’s name was Lugger
By Christ he was a bugger
He wasn’t fit to shovel shit
From one ship to another

And the second mate was Andy
By Christ he had a dandy
Till they crushed his cock on a jagged rock
For cumming in the brandy

The third mate’s name was Morgan
By God he was a gorgon
From half past eight he played till late
Upon the captain’s organ

The captain’s wife was Mabel
And by God was she able
To give the crew their daily screw
Upon the galley table

The captain’s daughter Charlotte
Was born and bred a harlot
Her thighs at night were lily white
By morning they were scarlet

The cabin boy was Kipper
By Christ he was a nipper
He stuffed his ass with broken glass
And circumcised the skipper

The captain’s lovely daughter
Liked swimming in the water
Delighted squeals came when some eels
Found her sexual quarters

The cook his name was Freeman
And he was a dirty demon
And he fed the crew on menstrual stew
And hymens fried in semen

And the ship’s dog was called Rover
And we turned the poor thing over
And ground and ground that faithful hound
From Teneriff to Dover

When we reached our station
Through skillful navigation
The ship got sunk in a wave of spunk
From too much fornication

On the good ship Venus
By Christ you should have seen us
The figurehead was a whore in bed
Sucking a dead man’s penis”

Trochę w klimacie Morskich Opowieści. Domyślałem się, że pan Louden zagrał swoją wersję tej piosenki i z ciekawości wpisałem tytuł w wujka Googla. Oto co mi wyszło:

http://en.wikipedia.org/wiki/Good_Ship_Venus

Daję Wam tutaj wersję Sex Pistols. Najsłynniejszą wersję tej piosenki.

W linku do Wikipedii o piosence możecie znaleźć informacje o innych wersjach. Sprawdziłem sobie jeszcze Toniego Montano (serbskiego punk rockowca), który nagrał swoją wersję piosenki Sex Pistols z innym tekstem (niezwykle pomocnym okazał się Google Translator, który pozwolił zrozumieć sens słów).

Tutaj macie link do wersji Toniego:

W Wikipedii jest jeszcze informacja, że „Good ship Venus” zwłaszcza w refrenie śpiewana jest na melodię „In and Out the Windows”. Co to jest również postanowiłem sprawdzić:

 

Niezła psychodela muszę Wam przyznać.

Zatrzymałem się jednak przy Tonim Montano. Serbską, a raczej jugosłowiańską muzykę to ja kojarzyłem jedynie z projektów Yougoton i Yougopolis i tyle.

Kliknąłem sobie jeszcze jeden jego link na chybił trafił:

Znowu nieodzowny Google Translator, coby sprawdzić mniej więcej o czym on śpiewa, bo jeśli chodzi o muzykę to nawet ja nie posiadający absolutnie żadnego słuchu muzycznego poznałem melodię Smokie – Who the fuck is Alice.

W powiązanych przy piosence Toniego miałem zespół o intrygującej nazwie Partibrejkers. Sobie kliknąłem i zostałem pochłonięty. Utknąłem pomiędzy wsłuchiwaniem się w kolejne kawałki, a sprawdzaniem tekstu w Google Translatorze. Serbski choć podobny do polskiego, to jednak inny, a ja lubię mniej więcej wiedzieć o czym sobie tam podśpiewują:

Mógłbym Was tak zarzucać linkami, ale może to co wrzucę, choć trochę Was zainteresuje.

I wybaczcie, że piszę tak gorączkowo i chaotycznie. Jeśli ktoś słucha serbskiego punk rocka, a przypadkiem przeczyta te moje wypociny niech się nie zgorszy, bo to pisanina totalnego ignoranta, jeśli chodzi o ten kraj i jego punk rock. Nie wiem, które piosenki są najbardziej znanymi piosenkami Partibrejkers, działam w tym momencie trochę na oślep. Podążając za białym kursorem i podpowiedziami Youtube. Może jak mi gorączka poszukiwacza skarbów minie zajmę się tym trochę bardziej metodycznie. Jest przecież jeszcze tyle zespołów do odsłuchania.

Jest już druga godzina, jutro do pracy, a ja korzystam garściami z możliwości jakie daje mi Internet. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, którzy bezinteresownie, bez żadnej chęci zysku podzielili się swoją ulubioną muzyką wrzucając ją na Youtube lub napisali artykuły na Wikipedii, Charlie byłbym ciut uboższy duchowo. Przedziwne są cyfrowe ścieżki. Oto bowiem od wulgarnej pijackiej piosnki dotarłem do serbskiego punk rocka. I bądź tu człowieku mądry.

Jest mnóstwo zła w Sieci, ale jest również mnóstwo dobra. Internet to soczewka, w której skupia się cała ludzkość. Soczewka powiększająca i potęgująca WSZYSTKIE nasze cechy. Te złe i te dobre. Ja dziś doznałem od strony Internetu samej dobroci, rozumianej jako potężna dawka ciekawej i interesującej muzyki oraz emocji towarzyszących odkrywaniu na własną rękę czegoś zupełnie nowego (nie wspominam tutaj o jutrzejszym niewyspaniu). I Wy również doznawajcie samej dobroci w Sieci. Niech tak będzie dla mnie i dla Was wszystkich. Teraz i na wieki wieków. Amen. Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.

 

 P. S. A do zapoznania się z przyczyną tego całego bałaganu, czyli Rogue’s Gallery: Pirate Ballads, Sea Songs and Chanteys zachęcam gorąco. Znajdziecie tam Nicka Cave’a, Bono, Stinga i wielu, wielu innych. Tu jest cała playlista.

P. S. 2 Wpis ma charakter emocjonalny, dlatego nie będę na chłodno opisywał Wam innych dobroci Internetu. Choćby owych bibliotek cyfrowych, z których również korzystam obficie. Nie było i nie będzie żadnej dogłębnej analizy Sieci.

 

Egzekucja z przeszkodami…

Zajęcie kata nigdy nie należało do najłatwiejszych. W średniowieczu osoba taka była pariasem, wyrzutkiem i odludkiem. Nikt nie chciał mieć nic wspólnego z katem. Ktoś jednak to zajęcie musiał wykonywać, by sprawiedliwości stawało się zadość. Czasem na drodze tej sprawiedliwości wyrastały różne przeszkody. I tak też było w roku 1925 w Belgradzie. Jak donosił Ilustrowany Kurier Codzienny pewien bandyta pożył trochę dłużej, bo… sąd nie wypłacił katu należnej kwoty za poprzednią egzekucję! A kat się zirytował, powiedział pier..lę nie robię, zabrał swój topór i poszedł do domu…

IKC1925nr40

 

 

 

Wojciech Tochman “Jakbyś kamień jadła”

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Wojciech Tochman “Jakbyś kamień jadła”

Są książki przyjemne, miłe, wesołe. Takie, po lekturze, których człowiek od razu nabiera pozytywnej energii, wiary w świat i ludzi. Ale są też książki, które walą Cię w łeb, z prawego sierpowego. I mówią weź się kurwa otrząśnij. Po lekturze, których cała wiara w piękno tego świata pryska jak mydlana bańka. A zostaje tylko uczucie, że ludzie to bestie i nie zasługują na to aby stąpać po tej ziemi. “Jakbyś kamień jadła” jest taką książką.

Tochman pojechał do Bośni, po niemal dziesięciu latach od konfliktu bałkańskiego, który wybuchł w połowie lat dziewięćdziesiątych i był efektem rozpadu wieloetnicznej Jugosławii. Tochman napisał reportaż o kobietach, które przetrwały wojnę. O kobietach tylko, bo mężczyzn nie za wielu zostało. Serbowie już się o to postarali. Bałkański kocioł po raz kolejny zawrzał, tylko nie wyszło z tego żadne miłe dla wszelkich ludzi poprawnych politycznie multi-kulti. Serbowie mordowali bośniackich muzułmanów, ci również nie pozostawali dłużni. I tak nakręcała się spirala nienawiści i morderstw wśród niedawnych sąsiadów. Tochman skupił się na losie bośniackich, muzułmańskich kobiet. Losy bohaterek książki są tak smutne, okropne i przerażające, że wszelkie zrozumienie dla ich oprawców nie powinno istnieć. A ci oprawcy wciąż żyją, mieszkają teraz nawet w domach bośniackich, z kolei Bośniacy mieszkają w dawnych serbskich domach. Bo tak nakazało ONZ i Unia Europejska. Książka również obnaża, moim zdaniem zwykłe skurwysyństwo i hipokryzję państw zachodu, głównie USA, które dla swoich politycznych celów namieszało w tym bałkańskich kotle. A teraz wielce niesie humanitarną pomoc przy zbieraniu kości i identyfikacji ciał. A podczas wojny siły międzynarodowe nie kiwnęły palcem aby bronić cywili. Po raz kolejny na przykładzie takich konfliktów można zobaczyć jak słabe i głupie jest ONZ. W połowie lat dziewięćdziesiątych w samym sercu Europy znów stanęły obozy! Szlag mnie trafia na pieprzonych polityków, gdy pomyślę co przeszli ci ludzie. To politycy namieszali zwykłym ludziom, którzy mieszkali obok siebie przez dziesiątki lat, że należy pozbyć się “obcych” i “innych”. A “zwykli” ludzie bardzo szybko zasmakowali w okrucieństwie, taplali się w morzu krwi. Pokochali gwałty i upajali się władzą nad życiem i śmiercią. Płaszczyk cywilizacji jak widać bardzo łatwo jest zrzucić.

Tochman nie zagłębia się, w polityczne przyczyny konfliktu. On w sposób bardzo oszczędny relacjonuje, opisuje kobiety, które szukają swoich dzieci, które pragną pochować swoich mężów. Nie musi się nad tym rozwodzić, wdawać w szczegóły. Ten oszczędny, można rzec schludny styl narracji dodatkowo potęguje grozę podczas lektury. Bo Tochman sprawia tym stylem, że czytelnik zaczyn używać swojej wyobraźni, autor nie zmusza go siłą do wpatrywania się w tysiące worków z kośćmi. On tylko lapidarnie stwierdzi czym są plastykowe worki i napomknie, że za każdym workiem kości kryję się historia. Z reguły makabryczna i przerażająca.

Byłem zbyt młody bo kojarzyć wydarzenia na bieżąco z masowych morderstw w Srebrenicy i innych miejscowościach, później już tylko człowiek gdzieś tam przeczytał jakiś reportaż o wojnie i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Po lekturze nadrobiłem trochę zaległości. Ciężko jest połapać się w skomplikowanych układach narodowościowych, religijnych i politycznych w tym regionie świata. Podczas lektury pada całkiem sporo dat i nazw miejscowości. Warto sobie sprawdzić co mówią o tych miejscowościach podręczniki lub encyklopedie.

Lektura “Jakbyś kamień jadła” nie należy do przyjemnych ale należy do lektur, które każdy powinien poznać. Nie można zamykać się bowiem na fakty. A fakty są takie, że prawie dwadzieścia lat temu kilkaset kilometrów od nas koszmar wojny obudził się na nowo. I ciekawe czy pójdzie spać. Książka Tochmana potwierdza powiedzenie, że “Ziemia to piekło innej planety”. (Nie wiem kto jest autorem tegoż powiedzenia).

P. S. Po lekturze takich książek jestem wdzięczny, że Polska jest państwem praktycznie jednonarodowym i co najwyżej pobijemy się o jakiś krzyż, ale nikt nie ma zamiaru nikomu z tego powodu strzelać w tył głowy. Można się spierać czy sposób w jaki Polska po wojnie stała się jednonarodowa (akcja “Wisła”, wysiedlanie Niemców), był moralnie uzasadniony. Ale żyjemy teraz w takiej a nie innej rzeczywistości i jest ona pokłosiem tamtych akcji.