Lajfstajl w pełni. Książka na wskroś polska, młotek z Rosji, pióro z Chin, wkręty z Chin, podkładka z Łotwy, kubek z Polski, a kawa zbożowa jak najbardziej z Polski.

Heloł, heloł moi drodzy. Jak tam Wam życie płynie? W tej Polsce pięknej, acz czasem brzydkiej, w tej Polsce, w której przez uszanowanie do przestrzeni zakazane jest brzydkich rzeczy stawianie (oczywiście ironia, bo brzydkich rzeczy w Polsce mnóstwo jest).

Dzisiejszy wpis będą ilustrować zdjęcia moje i różne pokazujące Kraków. Wrzutka z okazji Olimpiady.

I dzisiaj będzie o książce, która zajmuje się polską przestrzenią. Będzie to moja trzecia książka pana Filipa. O dwóch poprzednich możecie przeczytać tutaj i tutaj. Tym razem pan Filip wziął na warsztat polską przestrzeń publiczną, miejską, wiejską i opisuje co myśmy jej zrobili przez te ponad dwadzieścia lat transformacji ustrojowej tak zwanej.

Tak zwana 5 dzielnica budowana przy Wrocławskiej (zdjęcie z zimy -teraz to zupełnie inaczej wygląda). Kilka tysięcy ludzi – jedna ulica Wrocławska.

Są  teksty o ładzie przestrzennym, którego tak naprawdę w Polsce nikt nie przestrzega. Ludzie uciekają z miast do szeregowych domków z jedną ulicą dojazdową i później męczą się dojeżdżając i wracając w ogromnych korkach, a nie ma sklepów i innej infrastruktury w pobliżu, bo deweloperzy nie myślą w takich kategoriach.

Są teksty o kiczu, o dziwnych pomysłach architektów, o zupełnie nieprzystających do warunków lokalnych tworach, dużo jest o pastelozie na osiedlach (która dzieli ludzi – niektórym się podoba, innym znacznie mniej), jest o billboardach, o nielegalnych szpecących miasta wszystkie nasze powszednie reklamach, o banerach, plakatach.
W większości nielegalnych, ale kary za to są takie śmieszne, że nikt tym się nie przejmuje.

A takie coś zobaczyłem pewnego ranka w Parku Jordana. Przejaw ogromnej odwagi ideterminacj (tfu!). W Krakowie jest też inicjatywa Pogromcy Bazgrołów i robią świetną robotę. Na szczęście te bazgroły już zniknęły.

Mocny artykuł o hotelu w Karpaczu, który pokazał bezradność władz samorządowych
w stosunku do „przedsiębiorcy” stawiającego hotel zupełnie niezgodny z wytycznymi, czy też władze miasta zmieniające plany miejscowego zagospodarowania pod nową inwestycję hotelową.

Ciekawy i poruszający jest reportaż o rzekach w polskich miastach, których już nie ma. Nie wiedziałem, że Łódź ma ich 17! A w Krakowie koryta Białuchy, Dłubni, Rudawy, czy też dawna Młynówka to ostatnie korytarze przewietrzania w tym mieście i tak coraz szybciej znikające, bo tereny tam są baaardzo atrakcyjne. Książka Spingera jest z 2013 i już wiem, że sporo w grodzie Kraka się zmieniło.

A tutaj mamy takie cudo przy wiadukcie Josepha Conrada. Ogródki działkowe, tam ktoś chyba mieszka. Nigdy nie zajrzałem, a za każdym razem sobie obiecuję, że zerknę.

Jest o płotach polskich, o osiedlach grodzonych, o modzie, która w sumie niewiele ma wspólnego z bezpieczeństwem, a znacznie utrudnia życie ludziom, innym mieszkańcom miasta. Ostatnio w Krakowie pojawiły się idealne przykłady takiego grodzenia bez sensu, totalnie wystrzelonego w kosmos i nie związanego z żadnymi w miarę racjonalnymi argumentami. Ciężko mi to zrozumieć, bo z miasta tworzy się przestrzeń, której nie da się na piechotę pokonać.

I ostatni artykuł to słodko – gorzka opowieść o oddolnych działaniach mieszkańców, którzy zmieniają na tyle na ile mogą swoje miasto. Ponad dziesięć lat temu w Łodzi działa taka grupka. Nazwali się bardzo fajnie Grupa Pewnych Osób i walczyli o bardziej przyjazne miasto dla mieszkańców. Często w swoich akcjach ośmieszając urzędniczą indolencję
i powszechne „nie da się”.

Na przykład pokazywali, że wystarczy worek cementu i kilka godzin pracy i już są podjazdy pod wysokie krawężniki. Takich inicjatyw w polskich miastach jest coraz więcej, niestety często są efemeryczne i rozbijają się o urzędniczy beton.

Al. 29 listopada. Wjazd od Warszawy.

To smutna książka, smutna w tym kontekście, że przebija się przez nią prawda stara jak świat – kto ma pieniądze może wszystko. I jeśli jakiś „biznesmen” czy też „deweloper” ma chrapkę na określony teren to nagle okazuje się, że wszystkie plany miejscowe, wszystkie ograniczenia związane z ochroną środowiska i ekologią czy też z prawem budowlanym nie mają znaczenia i wszystko „da się”. Zresztą w Wolnym Królewskim Mieście Kraków można rozebrać zabytkowy fort w doskonałym stanie i nie ma za to ŻADNYCH konsekwencji, można budować bez pozwolenia i z zakazem sądowym całkiem sporą inwestycję i też nie bać się niczego… Przykładów jest mnóstwo. I gdy tylko jakaś aferka wybuchnie to nie znajdzie się żadna osoba odpowiedzialna za błędy w urzędzie. Nikt nic nie wie, nikt nie wyrażał zgody, nikt nic nie podpisywał. Czasem się wtedy zastanawiam – po cóż ci urzędnicy są w takim układzie nam potrzebni? U mnie
w bibliotece, gdybym coś zrobił niezgodnie z przepisami bardzo łatwo można byłoby mnie podciągnąć do odpowiedzialności, bo zwyczajnie podpisuję różne dokumenty!

To samo miejsce, kawałek dalej.

Nie będę się stresował, bo przed nami kolejny długi weekend, a więc życzę Wam odpoczynku i życzę Wam tego byście mieszkali w pięknej okolicy – pamiętajcie jednak, że Wy też możecie się do wyglądu tej okolicy znacznie przyczynić :)

A książka choć smutna jest po prostu świetna!

P. S. A jeśli bardzo chcecie się pomęczyć i popatrzeć jaka ta Polska brzydka polecam fanpage POLISH ARKITECZER tylko ostrzegam oczy bolą!

P. S. 2 Na osłodę piękna piosenka Bohdana Smolenia :)

Comments (3)

  1. Odpowiedz

    Nie wbiło mi poprzedniego komentarza. Ja mieszkam na pograniczu małopolsko – świętokrzyskim, w małym miasteczku, ale muszę przyznać, że mimo rewitalizacji, pewnie „odpryski” ludzkiej wyznaczalności są obecne, pozdrawiam !

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.