O Karelu Capku w przedwojennych “Wiadomościach Literackich”

Cieszą mnie takie znaleziska, które pozwalają z perspektywy osiemdziesięciu ponad lat spojrzeć na autora, którego się ceni. Na artykuł o Capku natrafiłem w numerze 27 (79) “Wiadomości Literackich” z roku 1925. Kto chce może sobie przeczytać artykuł bezpośrednio na stronie Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej (KILK).

Z współczesnej literatury czeskiej

Karol Capek

Krytyk, autor dramatyczny, powieściopisarz

capek11“W literaturze czeskiej po wojnie wypłynęły rozmaite nowe talenty. Między młodymi autorami najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem dojrzałości literatury czeskiej wobec Europy, młodym rycerzem, torującym jej drogę w świecie, jest Karol Capek.

Próby jego twórczości niczem nic zapowiadały, że zostanie nagle sławą nie tylko swej ojczyzny, lecz autorem znanym w Europie, prawie na całym świecie. Próby te były wprawdzie ciekawe, lecz o tyle, o ile ciekawa była działalność jego poprzedników, z pokolenia niepopularnych pisarzy, którzy przyszli po starych twórcach przedwojennej czeskiej literatury.

Początki twórczości Capka sięgają na parę lat przed wojną. Krytyka z lat dziewięćdziesiątych kończyła już prawie swe posłannictwo rozwojowe, miała za sobą głównie wojny zaczepne, wynikł szereg indywidualności, wojujących już nie ze swymi poprzednikami, lecz z przyjaciółmi. Na stanowiskach pozostali tylko krytycy społeczeństwa, walczący na dwa fronty: burzyli oni podupadłe życie narodowe i nieustraszenie walili w gmach władzy austrjackiej. Karol Capek, a raczej bracia Capkowie, gdyż równocześnie rozpoczynał pracę literacką Józef, postępowali śladami krytyków społeczeństwa. Nie odziedziczyli wprawdzie zapału narodowego, lecz zaczęli przejmować się gorąco życiem społeczeństwa. Chciwemi oczami ogarniali wszystko, co interesowało ich młode umysły, spragnione, subtelne i szybko się udoskonalające.

Erudycja ich miała orjentację niemiecką i francuską. Zajmowali się literaturą i sztuką (Józef został malarzem), rozwijali się w szybkiem tempie. Studjum w obu dziedzinach pomagały wielce podróże do Paryża i Hiszpanji, rozszerzające ich horyzonty. Literaturę rozpoczęli drobnemi, lekkiemi feljetonami prozą, podpisywanemi „Bracia Capkowie”, lecz następnie, otrzymawszy stałą trybunę w tygodniowym „Przeglądzie”, w którym pracowała ówczesna postępowa inteligencja, rzucili się do krytyki i popierali prądy wszelkich „izmów”, od których roiło się w artystycznej Francji. Następstwa tej intensywnej agitacji ukazały się wkrótce. Za przyczyną Capków założono „Miesięcznik Artystyczny”, organ młodych literatów i artystów, a wkrótce potem Karol Capek, zaledwie dwudziestotrzyletni młodzieniec, został na czas pewien redaktorem pierwszego artystycznego miesięcznika — „Volnych Smerów” („Wolnych Kierunków.”). Bojownicza młodzież trafiła jednak na opór, pozycje się zachwiały, trzeba było szukać współpracy ze starszem pokoleniem. Walczący bracia znaleźli poparcie w propagatorze wolnego wiersza, Otokarze Theer’ze, i w ciągle młodym burzycielu, St. Neumannie. Z nimi, a także z kilku innymi z pośród starszych i młodych, ułożyli z końcem 1913 r. manifestacyjny „Almanach na r. 1914″.

Najdzielniejszym ich pomocnikiem został St. K. Neumami, propagator t. zw. cywilizmu w sztuce. Capkowie powierzyli mu bardzo odpowiedzialną rolę: przygotowanie gruntu dla nowej sztuki wojowniczemi artykułami w robotniczych i ludowych gazetach morawskich. Znaleźli w nim rzeczywiście odpowiedniego człowieka, Neumann uznał ideały młodych za własne i przejął się niemi do tego stopnia, iż stanowi to nowy etap jego niespokojnego rozwoju.

Obaj bracia rozpoczęli twórczość  własną po ukończeniu tego teoretycznego przygotowania. Początkowo byty to tylko eksperymenty, które w druku wyszły dość późno, jako dokumenty przebytych stadjów rozwoju. Przed wojną wydali pierwszą wspólną książkę „Płonące głębie”, obejmującą próby nowel w stylu nowo-klasycznym, który przenikał czeską przedwojenną literaturę. Pod koniec wojny bracia Capkowie ostatni raz wystąpili wspólnie w „Ogrodzie Krakonosza” jest to miły utwór młodociany, pisany pod wpływem niemieckim, podobnie zresztą jak wspomniane już „Płonące głębie”.

capek10

Następnie wystąpił Karol Capek z własną książką p. t, „Boża męka”, która swem filozoficznem, pełnem samoudręki założeniem, zwięzłą formą i dekoratywnością słowa różni się wielce od książki brata Józefa, wydanej w tym samym czasie p. t. „Lelio”.

 Nadeszły lata przykre, i młody teoretyk musiał złożyć broń literacką wobec szalejącej walki narodów; podczas gdy drżał o losy ukochanej Francji, zajmował I się przekładami współczesnej liryki francuskiej, poto tylko, by paść ucho drogiemi mu dźwiękami francuskiej mowy. W tymże czasie zdobył zaszczytne stanowisko redaktora wielkiego dziennika „Narodni Listy”, który reorganizował się pod koniec wojny.

W feljetonach „Narodnich Listów” drukuje swe utwory filozoficzne, zebrane później w książkę „Pragmatyzm, czyli filozofja praktycznego życia”. Tamże otwiera przed czytelnikiem pracownię pisarza, przygotowującego się świadomie do swego zadania w tygodniowych, dowcipnych artykułach, które zebrał potem w książkę p. t. „Krytyka słów”.

Tak było do końca wojny; widoczne jest, że dotychczasowy jego rozwój był tylko przygotowaniem. Przygotowaniem nawet szkolnem, gdyż w tym czasie skończył uniwersytet, został doktorem filozofji, obok francuskiej zaczął studjować i angielską literaturę, a jako krytyk literacki, starannie badał literatury obce i pisał sprawozdania z ukazujących się drukiem przekładów. Lecz książki jego, wydane wspólnie z bratem i osobno, nie szły, nie były popularne, nie interesowała się niemi szersza publiczność, i nie było nadziei, by zainteresowanie wzrosło. Zadziwiająca „Boża męka” zajmowała tylko najmłodszych, którzy do dziś uważają tę książkę Capka za jedyne jego pozytywne dzieło, mające wartość dla młodej sztuki. Niespodzianie wystąpił Karol Capek na polu, gdzieby się go było można najmniej spodziewać — na polu dramatu. Wystawił utwór p. t. „Rozbójnik”. Sztuka miała nadzwyczajne powodzenie. Przedtem jeszcze wspólnie z bratem napisał na wzór włoskiej commedia dell’arte drobną, bibelotkową sztuczkę „Nieszczęśliwa igraszki miłości”. Lecz drobnostka ta, którą zauważyły teatry czeskie dopiero po jego powojennych powodzeniach scenicznych, nie dawały pojęcia o talencie autora „R. U. R.”

W Czechach wytworzyła się ciekawa sytuacja pod koniec wojny i w pierwszych latach powojennych: teatr stał się punktem powszechnego zainteresowania i zupełnie zgasił poprzednie zamiłowania do literatury. Capek wystąpił we właściwej chwili i twórczy wysiłek jego uwieńczyło powodzenie. ”Rozbójnik”, to pomnik postawiony młodocianym wierzeniom w chwili pożegnania się z niemi dojrzałego mężczyzny, to jeszcze utwór młodości, lecz już pełno tam poglądów Europejczyka i poważnego człowieka.

Wszystko, co napisał potem, czy w formie dramatu, czy powieści, bo i na nie się wreszcie odważył, jest niczem innem jak chwilami tęsknym, chwilami rozjaśnionym monologiem praktycznego filozofa, który przenika nawskroś przeszłe społeczeństwo. Pod różnemi maskami i przemianami, dostosowywanemi wprawnie przez tego namiętnego intelektualistę, oczarowanego prądem teoryj artystycznych, przemawia zawsze tylko on sam. Czasem wyimaginuje sobie zmechanizowanie cywilizacji z całą grozą tej ewentualności i opowie w „R. U. R.” nowoczesną bajkę o buncie sztucznych ludzi, dozwalając w końcu zwyciężyć uczuciom nad materią. Czasem wspomni sobie lata, spędzone z bratem, ich wspólne zamiłowania do przyrody, ich studia praktyczne i zbiory motyli i owadów, które dotąd zdobią jego mieszkanie — i stąd powstanie wspólna ferja „Z życia owadów”, która pod postaciami zwierząt kryje dzieje ludzkie, a jednocześnie jest spowiedzią autora, jego sceptycznej niewiary w ludzkość — niewiary nie spłoszonej uwodnem marzeniem, że przeminął groźny sen. To znów rozmyśla o urządzeniach świata, o wiecznie walczących żywiołach, i zamyśli się na temat przedłużenia istnienia człowieka. Żyjemy w czasach poważnych doświadczeń naukowych, lecz Capek wie, jak zniewolić widzów, więc chętniej wyszuka sobie u jakiegoś niegdyś bardzo czytanego autora przedziwne zdarzenie o żonie cudownego starca, i stąd wyniknie „Sprawa Makropulos”! Obok uśmiechu błyskającego z dyskusji o długości świata, pada na tę sztukę przerażający cień głównej postaci, która jakby była uosobioną minioną kulturą, zaprzepaszczoną przez mocnych panów świata, długo wyuzdanie hulających na rachunek słabych, bezbronnych członków społeczeństwa.

Dopiero po powodzeniu dramatów spróbował Capek szczęścia w powieści. Tutaj również jest to monolog autora zmieniającego maski.

Romans-feljeton ,,Fabryka absolutu” jest pełnym ducha wariantem tematów poruszanych w „R. U. R.” i „Z życia owadów”.

W „Krakatit” dotyka tematu masy wybuchowej, przez którąby można zapanować nad światem, niewiarą w cywilizację i kończy, podobnie jak w ,,R.U.R” wiarą w zwycięstwo królestwa bożego na ziemi i uczucia.

Należy podziwiać umiejętność, z jaką Capek przerzuca się z dociekań nad chaosem, wytworzonym przez wojnę, do fantastycznych a ciągle nowych zagadnień, tak jakby czeska myśl twórcza pod wpływem dążeń kulturalnych wydobyła się z kokonu poczwarki, w którą się oprzędła w czasach przedwojennych. Karol Capek jest nowym typem czeskiego pisarza przez swój nieoczekiwany rozpęd, którego nabrał po wojnie. W istocie jednak tkwią w nim wszystkie zdobycze czeskiej literatury współczesnej, które stworzyły państwo czeskie i ukazały mu nowe warunki rozwoju kulturalnego.”

Antoni Vesely

Jeśli ktoś przeczytał dotąd to bardzo mi miło. Ja sam obiecuję sobie, że przeczytam w końcu “R. U. R.”. Utwór, który zapowiada się bardzo ciekawie i smakowicie.

Ale, że pan Antoni określił “Fabrykę absolutu” romansem? Chyba, że wtenczas trochę inaczej pojmowano definicję romansu:)  Pozdrawiam Wam moi drodzy serdecznie w ten deszczowy, listopadowy, wieczór. I niech roboty się nie zbuntują!

Karel Capek “Bajki i przypowiastki”

Karel Capek "Bajki i przypowiastki"

Ogólnie nie lubię narzekać. Co prawda czasem sobie “POUTUSKUJĘ” (właśnie stworzyłem nowe słowo oznaczające narzekanie na obecnego premiera) na rząd, na syf, na pogodę, ale to nie jest ani zbyt rozgoryczone narzekanie, ani zbyt smętne.  Ot, tak coby rozmowę podtrzymać.

Ale irytuje mnie fakt, że człowiek jako istota może się z bogami mierzyć, może rzucać wyzwanie kosmosowi, może skakać z krawędzi owego. A wystarczy grupa stworów ni to wykazujących cechy organizmów żywych, ni to materii nieożywionej, by człowieka powalić. Sprowadzić do roli naczynia pełnego flegmy, śluzu, leżącego w skołtunionej i spoconej pościeli. Kaszlącego, kichającego i ogólnie do niczego.

Mam nadzieję, że tegoroczne święta należały u Was do udanych. U mnie też, ale za to dwa dni po świętach to była masakra. I nie mam na myśli poświątecznego kaca, ani głodu rozszerzonego żołądka. Dopadło mnie jakieś badziewie, któremu wystarczyło kilka godzin, by ze zdrowego, rumianego chłopczyka zrobić wrak. I nie chodzi o wódkę. Wódka niestety nie pomogła w walce z zarazkiem. I zmuszony zostałem swoje odchorować.

Teraz jest już lepiej. Dlatego moja ekshibicjonistyczna natura każe mi się dzielić z wami, owymi mało interesującymi detalami z życia mojego. Sam nie wiem po co, ani dlaczego, bo ludzie mają większe problemy.

Dlatego wracam do ostatniej książki przeczytanej w tym roku. Przeczytanej już przed świętami, ale nie miałem zupełnie czasu, by o niej coś napisać. Dlatego wpis o niej pojawia się dopiero we wciąż jeszcze Nowym Roku 2013. Po kolejnej lekturze książki Capka dochodzę do wniosku, że Karel to musiał być naprawdę mądry człowiek. Pełen nie owej akademickiej, odstającej od życia mądrości, spoglądającej na maluczkich z wysokości katedr uniwersyteckich. A mądrości właśnie dla maluczkich, takiego zdrowego rozsądku i normalnego, racjonalnego podejścia do życia, innych ludzi. Capek jednak nie patrzy na tych bliźnich bezkrytycznie. Bardzo ironicznie i z humorem daje prztyczka w nos społeczeństwu w swoich aforyzmach i opowiastkach.

Bo „Bajki i przypowiastki” to zbiór zarówno wielu aforyzmów stworzonych przez Capka, jak i bajek, opowiedzianych w interesujący sposób. Bajki Capka mają naprawdę zadziwiającą tematykę. Jest bajka o modrej kapuście, o tym jak hodować chmurki. Większość opisuje świat z perspektywy istot, które normalnie w bajkach nie goszczą. Czy ktoś widział, żeby napisać krótkie zdanie o tym, co do powiedzenia ma drewienko na wodzie o pstrągu? Bajki i aforyzmy Capka mają swój urok, spora część trafia w samo sedno i sprawia, że człowiek kiwa głową i myśli: że też ja o tym nie pomyślałem. W zbiorze znajdziemy mnóstwo bajek i aforyzmów na wiele różnych tematów, jest o wojnie, o pokoju, o władzy, o dyplomacji, o wojnie domowej, o przyszłości. Naprawdę mnóstwo.

Przypowiastki to kilka historyjek, których nie było w zbiorze „Humoresek”. Jedną już Wam tutaj na blogu przytoczyłem i będą następne. Bo jest kilka naprawdę świetnych i znakomitych.

 Polecam sobie lekturę dawkować – smakuje wtedy lepiej. Gdy będziemy czytać te aforyzmy jednym ciągiem możemy odczuć znużenie i przeoczyć naprawdę błyskotliwe. Capek moim zdaniem rządzi.

Karel Capek “Antek”

Dziś będzie fragment z książki Capka, którą aktualnie sobie podczytuję – “Bajki i przypowiastki”.

Antek

“Z tym Antkiem to było tak. Raz przyszła nasza ciotunia, czyli siostra mojej żony, niby po to, żebym jej w czymś poradził. Myślę, że to chodziło o konia. Chciała kupić do gospodarstwa konia, więc powiada, wy szwagier, jako kolejarz to znacie kupę ludzi, i tych handlarzy, co to jeżdżą na targi, to może byście się zapytali o jakiego porządnego konia. Zagaduję o gospodarstwie, ale widzę, że ciotka ma pełno w torbie. To będzie pewnie gąska. No, Franiu, myślę sobie, będziesz miał w niedzielę na obiad gęś. Dogadaliśmy się z ciotką, ale ja ciągle myślę o tej gęsi. Mogłaby, panie, ważyć z osiem funtów, to i jakiś smalec by się wyskwarzyło. Ach, ta ciotka to mądra kobita. A ona powiada: tum wam, szwagier, coś za tę pomoc przyniosła. I wyciąga to z torby. A to ci tak zaczęło kwiczeć, że aż podskoczyłem ze strachu jak oparzony. Patrzę, żywe prosię, a drze się jak zarzynane. Piękne prosiątko, co prawda, to prawda. Ta nasza ciotka to taka prosta baba, weźmy na przykład konduktora: taka prowincjonalna kobieta widzi w nim władzę. Konduktor może się na ludzi wydzierać i posyłać ich do wszystkich diabłów, aż im pójdzie w pięty, więc to władza. No to biedna ciotka pomyślała, że się musi nie wiadomo jak postawić. Szanuje mnie, to prawda, a nasze dzieci kocha jak własne, no i powiadam wam, takie prosię przyniosła. Tu macie, szwagier, tu od naszej maciory.

Wiecie, jak to zaczęło kwiczeć, to zaraz przybiegła żona i dzieci. Ale było radości! Chłopak je złapał za ogonek i nie mógł się nacieszyć, jak zaczęło kwiczeć. Andzia je wzięła na kolana i trzymała jak dziecko. Prosię umilkło, zaczęło z zadowoleniem chrząkać i zasnęło, a ta dziewucha to ci siedziała jak posąg, prosię owinęła w fartuch, a oczy to jej się zrobiły jakieś takie tajemnicze. Ja tego nie mogę pojąć, skąd się u takiej siksy bierze tyle macierzyństwa. No to powiadam, trudno, dzieci, musimy uprzątnąć drewutnię i zrobić z niej chlewik dla Antosia. Nie wiem, dlaczego nazwałem to prosię akurat Antoś, ale to imię już mu zostało, dopóki było u nas. Tylko, fakt, kiedy ważyło już ponad dziesięć kilo, zaczęliśmy go nazywać Tosiek, a potem to już był Antek. Nasz Antek. Człowiek by nawet nie uwierzył, jak szybko taki tucznik rośnie. Jak będzie miał swoich siedemdziesiąt kilo, kombinowałem, zrobimy świniobicie. Coś tam się zje, coś wytopi na smalec, a jakiś schab się uwędzi na zimę. Tak go karmiliśmy i hołubiliśmy i przez całe lato się cieszyliśmy na to świniobicie. A Antek to za nami chodził nawet do izby i drapać się pozwalał, no, sto pociech. Niech mi nikt nie opowiada, że świnia to głupie zwierzę.

 A raz koło Bożego Narodzenia powiadam: żono, mógłbym już przecież zawołać rzeźnika.

– Po co? – powiada żona.

– Toć żeby zabił Antka.

Żona tytko na mnie spojrzała ze zdziwieniem, a ja sam poczułem, że to zabrzmiało jakoś dziwnie. – Żeby zabił to prosię – dodałem szybko.

– Antka? – powiada żona i stale tak dziwnie patrzy.

– Przecie po to chowaliśmy, nie? – ja na to,

– To nie trzeba mu było dawać chrześcijańskiego imienia – jęknęła żona. – Ja bym tego nawet nie mogła wziąć do ust. Wyobraź sobie, kiszka z Antka. Albo zjeść ucho Antka. Tego ode mnie nie możesz wymagać. I od dzieci też nie. Człowiek by się czuł jak, z przeproszeniem, ludożerca.

Wiecie, głupia baba. To jej powiedziałem, nie pytajcie nawet, jak. Ale kiedy sam zacząłem rozmyślać, to mi się zrobiło tak jakoś dziwnie. Cholera, zabić Antka, ćwiartować Antka i wędzić Antka, to coś nie tak, sam bym tego nie chciał jeść. Człowiek nie jest przecież nieludzki, no nie? Jak nie ma imienia, to prosiak jest prosiakiem, ale jak to będzie jak raz Antek, to już ma człowiek do niego inny stosunek. Co ja wam będę opowiadał: sprzedałem Antka rzeźnikowi, ale i tak silę czułem jak handlarz żywym towarem. Ani mnie te pieniądze nie cieszyły.

I tak sobie myślę, że ludzie się mogą zabijać, dopóki ten drugi nie ma dla nich imienia. Gdyby wiedzieli, że ten, w którego celują z flinty, nazywa się Franciszek Nowak albo inaczej, powiedzmy Franz Huber albo jakiś Antek czy Wasyl, to myślę, że coś by im w duszy szepnęło: psiakość, nie strzelaj, przecież to Franciszek Nowak! Gdyby wszyscy ludzie na świecie mogli się nazwać swoim prawdziwym chrześcijańskim imieniem, to myślę, że by się miedzy nimi bardzo wiele zmieniło. Ale dzisiaj jakoś ludzie i narody nie mogą znaleźć sobie imienia. I to jest kłopot, panie.”

1937

Karel Capek “Klub wierzycieli barona Bihary’ego”

Zasypuję Was tym Capkiem z “Humoresek”, ale on fajny jest:)

“Klub wierzycieli barona Bihary’ego”

Znów odszedł od nas jeden z naszych członków, stary Pollitzer, wiecie, ten, co to handlował maszynami do pisania. Panie świeć nad lego duszą; prawda, miał już przeszło osiemdziesiąt lat, ale jeszcze mógł z nami pobyć; biedak, tak lubił te nasze wtorki! Gdybyśmy przypuszczali, że nas tak prędko opuści, bylibyśmy go wybrali na prezesa  – nie dlatego, że był z tych większych wierzycieli (miał u pana barona tylko kilka tysięcy), ale żeby mu sprawić przyjemność. Trzeba przyznać, proszę pana, że w naszym gronie panują bardzo dobre stosunki, jak rzadko w którym stowarzyszeniu. Ano, co robić, już za późno; ale kupiliśmy mu wieniec na trumnę; panie, co za wieniec! Przyjemnie było popatrzeć!

Co to za klub? Panie, to długa historia! Był w Pradze taki jeden pan baron Bihary, taki wielki, szlachetnie urodzony pan – włosy krucze, a oczy! No, kobiety za nim po prostu szalały! Wynajmował w Bubenczu całą willę; miał dwa auta, a co do kochanek, to z samych tylko rachunków obliczyliśmy, że ich było siedem; jednym słowem, Don Juan! Podobno miał majątek w Słowacji, ogromne lasy gdzieś tam pod Jasiną, jakąś fabrykę celulozy, hutę szklaną i szyby naftowe gdzieś u Antalowców, jednym słowem, bogacz! Czy może pan sobie wyobrazić, ile traktorów, maszyn, urządzeń kancelaryjnych, czeków, maszyn do pisania, biżuterii i kwiatów? Prawda, utrzymanie takiego majątku wymaga ogromnych pieniędzy, ale też pan baron umiał się pokazać. Wszystko, co robił, robił na wielką skalę – wspaniały człowiek! A potem się okazało, że tej fabryki celulozy nie ma, lasów nie ma i majątku także nie ma; była tylko huta szklana, ale maszyny z niej pan baron już dawno sprzedał. Okazało się także, że pan baron Bihary, nie jest żadnym baronem, tylko zwykłym obywatelem z Pereczyna. Mieliśmy go podać do sądu o oszustwo i takie różne rzeczy, ale gdy się zeszli jego wierzyciele, doszli do przekonania, że wyszliby na tym kiepsko; może dostaliby kilka dywanów i trochę perfum, które były w willi, ale nie uratowałoby to nikogo, widzieliśmy to jasno. „Jeżeli pana barona zamkną, możemy się pożegnać z pieniędzmi — powiedzieli sobie wierzyciele – a nuż jeszcze kiedy zrobi majątek ten łajdak? Świnia to on jest, gębę ma nie od parady, a występować umie jak książę; może się bogato ożeni albo coś takiego – jednym słowem, w takim szczęśliwym wypadku, będzie nam mógł chociaż trochę wypłacić.” Tylko nie wolno nam go zniszczyć, bo wtedy nie zobaczymy ani grosza. I tak odwołaliśmy wszystkie skargi i zawiązaliśmy klub wierzycieli. Było nas około stu siedemdziesięciu – byliśmy jak ci rotaryści, z każdego zawodu przynajmniej jeden: właściciele składów nut, restauratorzy, bankierzy, krawcy, jubilerzy, właściciele kwiaciarni, jeden budowniczy, jeden handlarz koni, właściciel perfumerii, krawcowa, kilku adwokatów, jakaś dziwka i już sam nie wiem kto — w sumie jakieś szesnaście czy siedemnaście milionów koron. Zaczęliśmy urządzać zebrania i radziliśmy, jak pana barona ratować, żeby nie wpadł. Musieliśmy go za wszelką cenę utrzymać na powierzchni, żeby mógł próbować szczęścia, a przy tym trzeba było zwracać baczną uwagę, żeby czego nie zbroił, za co władze musiałyby go przymknąć. Pewnego razu straciliśmy go na jeden dzień z oczu i już gdzieś tam kogoś nabrał, a myśmy to musieli po cichu załagodzić. Tak, tak, proszę Pana, to były czasy pełne emocji! Ten pan baron miał jedną pasję – grę w karty, i to szulerską grę  – ciągle oszukiwał.

Albo znowu chciał się przerzucić na szpiegostwo. Ciągle ktoś z nas musiał go pilnować – ale trzeba mu przyznać, był to niezwykle miły kompan. Zawsze nas zapraszał na wspaniałe uczty, a potem mówił: „Niech pan to zapłaci i dopisze do mojego rachunku.” Co robić! Nigdy chyba nie użyliśmy tak, jak w owych czasach z panem baronem. I przyzwyczailiśmy się do siebie, rozumieliśmy się wszyscy nawzajem doskonale: sami starsi, rozważni, doświadczeni ludzie; wszystko to robili tylko dlatego, żeby jakoś wydobyć pieniądze, które im był pan baron winien.

Po pewnym czasie pan baron nagle znikł. Podobno uciekł do Ameryki, do Hollywood czy gdzieś tam. Cóż, taki to nie zginie, a może jeszcze zrobić karierę; kto wie, a nuż po latach nam zwróci długi? Tylko że my, wierzyciele, bardzośmy się do siebie zdążyli przyzwyczaić, wprawdzie bardzo nam było żal tego pana barona, pieniędzy też, ale jeszcze bardziej żałowalibyśmy, gdybyśmy się mieli ten jeden raz w tygodniu już więcej nie spotykać. Takeśmy sobie zawsze przyjemnie pogadali o różnych gospodarczych kwestiach, wiadomo, jakie to teraz kłopoty, nie ma już w interesach tej solidności, co dawniej bywała; a także dzieliliśmy się doświadczeniami z różnych zawodów. Bo też skąd który z nas mógł wiedzieć, jak wygląda taki na przykład handel samochodami albo sprzedaż kwiatów? A w naszym klubie są te wszystkie branże, jak to się mówi, na jednym pokładzie. Wobec tego powiedzieliśmy sobie: „A niech tam, naszego pana barona diabli wzięli, ale myśmy się dzięki niemu poznali i nadal będziemy się razem trzymać, i basta!” No i schodzimy się co wtorek od dziesięciu lat; zawsze wspominamy naszego pana barona – co on tam biedak w tej Ameryce robi, a potem gadamy sobie o złych czasach, człowiek sobie przynajmniej trochę ulży, i o różnych chorobach. Ba, już dwunastu z nas przeniosło się do wieczności. Bardzo będziemy odczuwać brak starego pana Pollitzera. Szkoda, że pan nigdy nie spotkał pana barona Bihary’ego – mówię panu, to był czarujący człowiek – mógłby pan wtedy należeć do naszego klubu.

“Fabryka absolutu” – Rozdział XXV. Największa wojna.

Przedstawiam Wam krótki fragment z książki Capka. Dotyczy on Wielkiej a właściwie tak zwanej Największej wojny jaka się rozpętała na całym świecie, który został opanowany przez Absolut.

 

ROZDZIAŁ XXV

TAK ZWANA NAJWIĘKSZA WOJNA

„Jest to ugruntowane w naszej ludzkiej naturze, że gdy nam się przytrafia coś bardzo brzydkiego, to specjalne zadowolenie znajdujemy w tym, że owo brzydkie, które nas spotkało, jest — jak świat światem — największym w swoim zakresie. Tak na przykład, gdy nas, dręczą upały; gazety pocieszają nas od razu tym, że „jest to najwyższa temperaturą jaką notowano od roku 1881″.

I nie tylko, że nas to pociesza, ale jeszcze mamy trochę złości na ów rok 1881-szy, że nam dorównał. Albo gdy sobie odmrozimy uszy tak setnie, że się po prostu łuszczą, to napełnia nas rodzajem radości to, że „tak ostrego mrozu nie było od roku 1786-go”.

Tak samo bywa też z wojnami. Dana wojna jest albo najsprawiedliwsza, albo najkrwawsza, najkorzystniejsza czy też najdłuższa od takiego a takiego czasu. Taki superlatyw daje nam pewne dumne zadośćuczynienie, że przeżywamy coś nadzwyczajnego i rekordowego.

Otóż wojna, która trwała od 12. lutego 1944 roku do jesieni roku 1953, była naprawdę i bez przesady (słowo daję!) Największą Wojną. Nie odbierajmyż, proszę was, tym, co ją pamiętają, tę jedyną sprawiedliwie zasłużoną uciechę.

Uczestniczyło w tej wojnie 198 milionów ludzi i wszyscy oni polegli, prócz trzynastu. Mógłbym wam przytaczać liczby, przy pomocy których rachmistrze i statystycy próbowali poglądowo przedstawić te masowe straty. Na przykład ile by to było tysięcy kilometrów, gdyby ułożyć trupa przy trupie albo ile godzin musiałby pędzić kurier, gdyby ci polegli byli poukładani zamiast podkładów kolejowych. Albo jeszcze, gdyby pourzynano palce wskazujące wszystkich zabitych i poukładano w pudełkach od sardynek, ile setek wagonów wypełniłby taki towar, i tam dalej. Ale nie zapamiętuję dobrze liczb i nie chciałbym was oszukać ani o jeden marny wagonik statystyczny. Dlatego powtarzam tylko sumarycznie, że była to największa wojna od stworzenia świata i co do wielkości strat i co do rozległości pobojowiska.

Jeszcze raz tłumaczy się kronikarz, że brak mu zmysłu i zdolności do opisów z wielkim rozmachem. Oczywiście powinienby opisać, jak się wojna przewalała od Renu po Eufrat, od Korei do Danii, od Lugano do Haparandy i tam dalej. Zamiast tego z większą przyjemnością nakreśliłby obraz przyjazdu Beduinów do Genewy z głowami nieprzyjaciół nanizanymi na dwumetrowych pikach. Albo miłosne przygody francuskiego poilu w Tybecie, kawalkady rosyjskich kozaków na Saharze; rycerskie harce macedońskich komitadżów z senegalskimi strzelcami na brzegach jezior Finlandii. Jak widzicie materiał jest bardzo bogaty. Zwycięskie pułki Bobineta leciały od jednego rozmachu, śladem Aleksandra Wielkiego, przez obie Indie, do Chin. Tymczasem jednak żółta fala chińska przez Syberię i Rosję dotarła do Francji i Hiszpanii, czym odcięła mahometan walczących w Szwecji od ich baz macierzystych. Pułki rosyjskie ustępując przed miażdżącą przewagą chińską, znalazły, się w północnej Afryce, gdzie Sergiej Nikołajewicz Złoczin założył swoje carstwo. Został jednak zamordowany, ponieważ jego bawarscy generałowie sprzysięgli się przeciwko jego pruskim atamanom, po czym na carski tron w Timbuktu wstąpił Sergiej Fiodorowicz Dranin.

Nasza czeska ojczyzna znajdowała się kolejno pod władzą Szwedów, Francuzów, Turków, Rosjan i Chińczyków, przy czym każdy z tych najazdów wymordował autochtonów do ostatniej duszy. W kościele św. Wita w ciągu tych lat wygłaszali kazania, względnie odprawiali mszę, pastor, adwokat, iman, archimandryta i bonza, oczywiście bez trwałego skutku. Jedyną radosną zmianą było to, że Stary Teatr był stale przepełniony: urządzano tam mianowicie magazyny wojskowe.

Gdy w roku 1951 Japończycy wyparli Chińczyków z Europy Wschodniej, powstało i istniało przez jakiś czas nowe Państwo Środka (jak Chińczycy nazywają swoją ojczyznę), przypadkiem akurat w granicach monarchii Austro-Węgierskiej. W Schönbrunn mieszkał znowu starusieńki władca, stosześcioletni mandaryn Jaja Wir Weana, „ku którego uświęconej głowie z dziecięcym szacunkiem spoglądają radujące się narody”, jak codziennie zapewniała „Wiener Mittagszeitung”. Językiem urzędowym była chińszczyzna, co od razu i na zawsze usunęło spory narodowościowe. Bogiem państwowym był Budda. Uparci katolicy Czech i Moraw wyemigrowali za granicę, ucierpiawszy wiele od chińskich dragonad i konfiskat, co w mierze nadzwyczajnej rozmnożyło liczbę narodowych męczenników.

Natomiast niektórzy roztropniejsi i rozważniejsi czescy patrioci otrzymali na mocy Najwyższego Miłościwego Reskryptu godność mandaryńską, a mianowicie To-Bol-Kaj, Gro-szi i zaiste wielu innych. Ten rząd chiński pozaprowadzał wiele postępowych nowinek, między innymi wydawanie kartek zamiast jedzenia. Ale Państwo Środka rozpadło się niedługo, albowiem zupełnie wyczerpały się zasoby ołowiu potrzebnego do wyrobu kul, skutkiem czego upadł wszelki autorytet władczy. Kilkunastu Chińczyków, którzy nie zostali zamordowani pozostało tu i w czasach pokoju, jaki po wojnie nastał. Zajmowali oni przeważnie stanowiska urzędników prezydialnych.

Tymczasem cesarz Bobinet, przebywający akurat w indyjskiej Simli; dowiedział się, że w niezbadanym dotychczas górnym dorzeczu rzek Irrawadi, Seluinu i Mekongu istnieje kobiece państwo Amazonek; wyruszył tam ze swoją starą gwardią, ale już stamtąd nie wrócił. Według jednej wersji miał się tam ożenić, według innej, królowa Amazonek Amalia urżnęła mu w walce głowę i wrzuciła ją w miech napełniony krwią, mówiąc: „Satia te sanguine, quem tantum sitisti” — nasyć się krwią, której tak pragnąłeś. Druga wersja jest stanowczo łagodniejsza.

Na ostatku stała się Europa widownią bezsensownych walk między rasą czarną, walącą się z wnętrza Afryki, a plemionami mongolskimi. Co się działo w ciągu tych dwóch lat, o tym lepiej nie mówić. Ostatnie ślady cywilizacji znikły. Na przykład na Hradczanach rozmnożyły się niedźwiedzie tak bardzo, że ostatni mieszkańcy Pragi zburzyli wszystkie mosty, nawet most Karola, dla ochronienia prawego brzegu Wełtawy przed tymi krwiożerczymi drapieżnikami. Liczba mieszkańców zmniejszyła się do nieznacznego ułamka. Wyszehradzka kapituła wyginęła po mieczu i po kądzieli. Mistrzowskiemu meczowi Sparta — Viktoria — Żyżków, przyglądało się tylko sto i dziesięć ludzi.

 Ale i na innych kontynentach nie było lepiej. Ameryka Północna straszliwie spustoszała krwawymi walkami Suchych z Mokrymi, stała się japońską kolonią. W Ameryce Południowej następowały kolejno cesarstwa Urugwajskie, Chilijskie, Peruwiańskie, Brandenburskie i Patagońskie. W Australii natychmiast po upadku Anglii założono Państwo Idealne, które tę ziemię obiecaną przemieniło w bezludną pustynię. W Afryce zjedzono przeszło dwa miliony białych; Murzyni zagłębia Kongo rzucili się na Europę reszta Afryki wiła się w zmiennych walkach stu, osiemdziesięciu i sześciu różnych cesarzów, sułtanów, królów, poglawników i prezydentów.

Oto są dzieje dziejów. Każdy z tych setek milionów człowieczków miał przedtem swoje dzieciństwo, swoje miłości, swoje plany. Czasem miewał pietra, czasem bywał bohaterem, ale na ogół był śmiertelnie sfatygowany i z ochotą byłby się ułożył na łóżku upokojonionego świata. Jeśli umierał, to na pewno nie umyślnie. I oto z tego wszystkiego mamy tylko garść danych: bitwa tam i tam, straty takie i takie, wynik taki albo owaki i co najgorsze, że ten wynik o niczym właściwie porządnie nie zadecydował. Dlatego też mówię: nie odbierajcie ówczesnym ludziom tej jedynej pychy, że to, co przeżyli, było Największą Wojną. My, oczywiście wiemy, że za parę dziesiątków lat uda się zmajstrować wojnę jeszcze większą, bo i w tym kierunku wznosi się ludzkość coraz wyżej i wyżej.”

 

Zadziwiającym prorokiem okazał się Capek, który w ostatnim zdaniu pisze o zdolności cywilizacji ludzkiej w majstrowaniu coraz większych i większych wojen. I te kartki zamiast jedzenia!

Karel Capek “Śmierć Archimedesa”

Idąc za przykładem między innymi Zbyszekspira z bloga “W zaciszu biblioteki”, który umieszcza cyklicznie bardzo interesujące fragmenty różnych książek ja chciałem przedstawić Wam fragment z “Księgi Apokryfów” Karela Capka. Opowiastka tyczy się ostatnich chwil Archimedesa.

ŚMIERĆ ARCHIMEDESA

Owa historia z Archimedesem nie zupełnie tak wyglądała, jak się to pisze: istotnie, został zabity, gdy Rzymianie zdobyli Syrakuzy, ale nie jest zgodne z prawdą, jakoby do jego domu wpadł żołnierz rzymski, aby grabić i jakoby Archimedes, pogrążony w rysowaniu jakiejś geometrycznej konstrukcji, zgryźliwie mu odburknął: „Nie ruszaj mi mych kół”. Przede wszystkim Archimedes nie był jakimś tam roztargnionym profesorem, który nie wie, co się koło niego dzieje: przeciwnie, był to z natury prawdziwy żołnierz, który obmyślał dla Syrakuz machiny wojenne do obrony miasta; po drugie zaś, ten rzymski żołnierzyna to nie był wcale pijany grabieżca, lecz wykształcony i ambitny oficer sztabowy Lucjusz, który wiedział, z kim ma zaszczyt, i nie przyszedł rabować, ale od progu zasalutował i rzekł:

– Bądź pozdrowion, Archimedesie!

 – Archimedes podniósł oczy znad woskowej deseczki, na której rzeczywiście coś rysował, i rzekł

– Co tam?

-Archimedesie – mówił Lucjusz – wiemy, że bez twoich machin wojennych Syrakuzy nie utrzymałyby się ani miesiąca; a tak, tośmy z nimi dwa lata mieli co robić. Czy myślisz, że my, żołnierze, nie potrafimy tego docenić? Wspaniałe machiny. Gratuluję.

 Archimedes machnął ręką.

– Ech, co tam, nic w tym szczególnego. Zwykłe miotające mechanizmy – ot, zabawka. Naukowo nie ma to wybitnego znaczenia.

– Ale wojskowo ma – orzekł Lucjusz. – Słuchaj, Archimedesie, przyszedłem ci zaproponować  współpracę.

– Z kim?

– Z nami, Rzymianami. Widzisz chyba, że Kartagina i tak upadnie. Po cóż im jeszcze pomagać! Zobaczysz, jak teraz pohulamy z Kartaginą! Wy wszyscy powinniście raczej iść z nami!

–  Dlaczego – mruczał Archimedes. – My, Syrakuzanie, przypadkiem jesteśmy Grekami. Dlaczegóżbyśmy mieli iść z wami?

 – Dlatego, że żyjecie na Sycylii, a my Sycylii potrzebujemy.

– Dlaczego jej potrzebujecie?

– Dlatego, że chcemy zawładnąć Morzem Śródziemnym.

– Aha – rzekł Archimedes i spoglądał w zamyśleniu na swą deseczkę. – A po cóż wam to?

– Kto jest panem Morza Śródziemnego – rzekł Lucjusz – jest panem świata. To przecież jasne.

– Czyż musicie być panami świata?

– Tak! Posłannictwem Rzymu jest, aby stał się panem świata. I powiadam ci, że nim będzie!

– Możliwe – rzekł Archimedes i wymazywał coś na woskowej tabliczce. – Ale ja bym wam tego nie radził, Lucjuszu. Posłuchaj, być panem świata – toż tego będziecie musieli kiedyś zawzięcie bronić. Szkoda pracy, jaką będziecie musieli w to włożyć.

– Wszystko jedno: ale będziemy wielkim imperium.

– Wielkie imperium – mruczał Archimedes. – Czy narysuję małe koło, czy wielkie koło – jest to wciąż tylko koło. Znowu ma granice! Nigdy nie będziecie bez granic, Lucjuszu. Czy myślisz, że wielkie koło jest doskonalsze niż małe? Myślisz może, że jesteś większym geometrą, gdy narysujesz większe koło?

– Wy, Grecy, wciąż się bawicie argumentami – zarzucił Lucjusz. – My zaś dowodzimy naszej racji inaczej.

– Czym?

– Czynem. Na przykład: zdobyliśmy Syrakuzy. Ergo: Syrakuzy należą do nas. To chyba jasne?

– Jasne – rzekł Archimedes, skrobiąc się rylcem po głowie. – Tak, zdobyliście Syrakuzy; tylko, że to już nie są i nie będą te Syrakuzy, co były dotąd. Było to wielkie i sławne miasto, mój drogi; teraz już nigdy nie będzie wielkie. Szkoda Syrakuz!

– Za to Rzym będzie wielki. Rzym musi być najsilniejszy na całej kuli ziemskiej.

–  Dlaczego?

– Aby się utrzymał. Im silniejsi jesteśmy, tym więcej mamy nieprzyjaciół. Dlatego musimy być najsilniejsi.

– Co się tyczy siły – mruczał Archimedes. – Ja jestem trochę fizyk, Lucjuszu, i coś ci powiem. Siła się wiąże.

– Co to znaczy?

– To jest takie prawo, Lucjuszu. Siła, która działa, tym samym się wiąże. lm będziecie silniejsi, tym więcej swych sił na to będziecie musieli zużyć, a kiedyś przyjdzie chwila…

– Co chciałeś powiedzieć?

– Ach, nic. Ja nie jestem prorokiem, człecze; jestem tylko fizykiem. Siła się wiąże. Więcej nic nie wiem.

– Słuchaj, Archimedesie, czy nie chciałbyś pracować z nami? Nie masz pojęcia, jakie ogromne możliwości otwarły by się dla ciebie w Rzymie. Budowałbyś najsilniejsze machiny wojenne na świecie.

– Musisz wybaczyć, Lucjuszu: ja już jestem stary człowiek, a jeszcze bym chciał opracować z jeden lub dwa ze swych pomysłów. Jak widzisz, właśnie sobie tu coś rysuję.

– Archimedesie, czy cię nie nęci zdobywanie z nami władzy nad światem? – Dlaczego milczysz?

– Przepraszam – mruknął Archimedes znad swojej deseczki. – Coś powiedział?

– Że człowiek taki, jak ty, mógłby zdobywać władzę nad światem.

– Hm, władza nad światem — rzekł Archimedes zagłębiony w swej pracy. – Nie gniewaj się, ale ja tu mam coś ważniejszego. Wiesz, coś trwałego. Coś, co tu naprawdę zostanie.

– Cóż to jest?

– Uważaj, nie zmaż mi mych kół. To jest sposób, jak można obliczyć powierzchnię wycinka koła.

* * *

Później wydano komunikat, że uczony Archimedes zginął wskutek wypadku.

 (1938)

Księga apokryfów / Karel Capek ; przeł. [z czes.] Helena Gruszczyńska-DubowaPoznań : Wydaw. Zachodnie, 1948

Mariusz Szczygieł “Laska Nebeska”

Mariusz Szczygieł "Laska Nebeska"

Mariusz Szczygieł “Laska Nebeska”

Mariusz Szczygieł i jego pisanie podoba mi się nie od dziś. Dlatego wiedziałem, że wcześniej czy później sięgnę po jego książkę „Laska Nebeska”. Nadarzyła się okazja, bo ostatnia niedziela w Krakowie była jednym z najbrzydszych, najpaskudniejszych dni tej jesieni. Ciemno, zimno, szaro, ponuro i w dodatku leje jak ze strażackiej sikawki. Co w taką niedzielę robić? Upić się? Nie za bardzo, bo po niedzieli następuje niechybnie poniedziałek, a kacowe poniedziałki w pracy mam już zdecydowanie za sobą. Obejrzeć jakiś serial? To dobry pomysł. Ale ileż można oglądać seriali? Trzeba przeczytać jakąś książkę. Najlepiej rozweselającą. Wesołą i jednocześnie mądrą. Szybki przeglądnięcie Kindelka i wyłuskujemy książkę, zakupioną na którymś z portali księgarskich, bo była akurat promocja.

O „Lasce…” coś tam słyszałem wcześniej, dlatego spodziewałem się czegoś dobrego i śmiesznego. Dostałem coś bardzo dobrego i bardzo śmiesznego. Niniejszym dołączam do piewców peanów na temat tej książki. Siedemnaście felietonów o czeskiej literaturze. Napisanych przez przybysza, przez Polaka. I choć Polaka zafascynowanego Czechami i Czechy znającego, to bądź co bądź wciąż obcego.

„Laska…” odsłania nam i przybliża czeską literaturę, sylwetki pisarzy, a także czeską codzienność i mentalność. Prześladowanie Havla przez SB (bardzo uciążliwe i męczące). Walkę innego czeskiego pisarza z tabloidami. I coś tak genialnego, niesamowitego, że nie mogłem uwierzyć  w to co przeczytałem. Czesi mają swojego bohatera narodowego! Geniusza, przy którym Edison, Tesla czy Einstein to trzecia liga nauki. Porównać go można jedynie do Leonardo Di Caprio Da Vinci. Ten geniusz i człowiek renesansu nazywa się Jára Cimrman. Wpiszcie sobie w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, poczytajcie sobie o nim. Naprawdę warto:)

Nie samym śmiechem człowiek żyje i w książce można znaleźć sporo refleksji na temat naszych południowych sąsiadów. Ich podejścia do życia, śmierci, religii i polityki. Czyli bardzo zasadnicze tematy, które u nas natychmiast ustawiają rozmowę w poważnym tonie. A Czesi potrafią  o tym rozmawiać bez zbytniego zadęcia.

Jest w książce mnóstwo fragmentów, które mnie po prostu rozbroiły i sprawiły, że ta paskudna jesienna niedziela zrobiła się znacznie bardziej znośna. Bo w końcu „DOPÓKI ŻYJESZ, JEDZ I PIJ. PO ŚMIERCI JUŻ NIE BĘDZIESZ MIEĆ ŻADNEJ RADOŚCI”. To się nazywa pozytywny cytaty na dziś, jutro i w ogóle do samego końca.

Dodatkowo w książce znajdziemy zdjęcia znanego czeskiego fotografa Frantiszka Dostala, które pokazują nam czeską codzienność z przymrużeniem oka. Na Kindlu nie wyglądały być może zbyt okazale, ale widać je było:)

 Kolejny raz muszę napisać, że bardzo chciałbym spędzić w Czechach trochę więcej czasu. Pomieszkać trochę, poznać język, wypić piwo lub wódkę (ostatnimi czasy to kiepski pomysł). Ogólnie ten kraj znajduje się coraz wyżej na mej liście „must see”. Póki co poznaję ten kraj i jego mieszkańców, jak na razie głównie dzięki książkom Szczygła.

I teraz przejdziemy do mojego największego wstydu i powodu do hańby. Otóż… nie przeczytałem żadnej z wymienionych przez Szczygła książek. Filmy, o których wspomina oglądałem wszystkie, ale książki nie przeczytałem żadnej. Uff… po tym wyznaniu pozostaje mi obiecać poprawę i zabrać się za czeską literaturę niezwłocznie i z wielką ochotą.

„Laskę…” polecam gorąco i z całego serducha!

Mariusz Szczygieł “Zrób sobie raj”

Mariusz Szczygieł "Zrób sobie raj"

Mariusz Szczygieł “Zrób sobie raj”

Po lekturze “Gottlandu” Szczygieł mi się nawet spodobał jako autor. Nie powinno więc dziwić, że sięgnąłem po jego drugą książkę o Czechach. “Zrób sobie raj” jest już inne niż “Gottland” przede wszystkim jest znacznie lepiej napisana i znacznie przyjemniej mi się czytało.

Kolejny raz przekonałem się jak bardzo różnią się od nas Polaków, nasi południowi sąsiedzi! Jak bracia Słowianie mogą patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. Pisząc o Czechach nie można nie mówić o ich poczuciu humoru, które jest genialne. Przecież Czesi to Wojak Szwejk, to osławione czeskie filmy i K***A KRECIK! Tylko taki naród mógł wymyślić Krecika! Gościa, który stworzył Krecika powinni ozłocić a samego Krecika wstawić sobie jako godło!

Czesi uważają, że śmiech pozwala przetrwać najgorsze chwile i to on jest najprawdziwszą reakcją ludzką. Śmiech pozwala przezwyciężyć i przetrwać wszystko – nazim, komunistyczny reżim, który był znacznie ostrzejszy niż u nas, wreszcie rozbuchany kapitalizm. I choć Szczygieł przemyca poglądy, że jest to tak jak z zamiataniem śmieci pod dywan (w końcu kiedyś trzeba będzie sprzątnąć) nie zmienia to faktu, że poczucie humoru Czesi mają.

Szczygieł oprowadza nas po Czechach, w których naprawdę trudno zostać bohaterem (przypadek czeskich Cichociemnych, którzy zabili Heydricha – namiestnika hitlerowskiego na Czechy, Czesi dzisiejsi wciąż umniejszają ich czyn a pomnik niedawno postawili). Zresztą sam opis ich ostatniej walki jest jak fabuła czeskiej komedii. Szczygieł ładnie pokazuje nam czeskie środowisko artystyczne, które wydaje się dużo bardziej hardcorowe niż nasi artyści. (Wiele rzeczy nie przeszłoby w Polsce a takie genitalia na krzyżu, pani Nieznalskiej w Czechach najwyżej spowodowałyby uniesienie brwi).

Dużo uwagi pan Mariusz poświęca wierze Czechów a raczej jej braku. Jezu (sic!) jakie tam są piękne dialogi o Bogu, jak ci Czesi ładnie mówią, że Bóg im niepotrzebny, że po co mają sobie psuć życie jakimiś nakazami. Na bardzo naiwne pytania polskich studentów dlaczego nie wierzą – odpowiadają pragmatycznie i rzeczowo. Na przykład: “Gdy wszyscy Cię opuszczą, do kogo się zwrócisz?” pada odpowiedź: “Jakim człowiekiem musiałabym się okazać gdyby mnie wszyscy opuścili”. Oczywiście Szczygieł dla mnie trochę nachalnie porównuje pod tym względem Polskę i Czechów, ich kraj określając słowami “bezbożni sąsiedzi”. Czy wyobrażacie sobie, że nawet katedra św. Wacława czyli patrona Czech nie należy do kościoła! Tylko do państwa czeskiego! Wyobraźcie sobie taką sytuację na Wawelu. Jak ja bym chciał, żeby w Polsce było jak w Czechach. Tzn. (kościół katolicki zredukowany do roli takiej jaką powinien pełnić – służba wiernym i nic więcej, brak przywilejów, brak odszkodowań majątkowych). A kościoły traktowane są tam jako zabytki sztuki architektonicznej i obiekty historyczne. Żeby być sprawiedliwym czeski reżim komunistyczny ostro tępił kościół w latach komuny. Księża cierpieli prześladowania, takie same prześladowania spotykały wiernych. Ateizacja kraju nie nastąpiła więc tak bardzo z przyczyn naturalnych była po części procesem społecznie wymuszonym. Ale po odzyskaniu wolności i demokracji Czesi nie rzucili się na klęczkach do kościołów. Po prostu kościół również kojarzy im się z organizacją totalitarną!

Dość o sprawach wiary, będzie o książce. Czytało mi się świetnie, moim zdaniem o niebo lepsza od “Gottlandu”. Lepiej napisana, Szczygieł przytacza naprawdę zabawne anegdotki. Oczywiście pokazuje również drugą stronę tego medalu – jeśli zastąpimy wszystko śmiechem nie będzie już szans na żadną refleksję. Podobno nawet dramaty i tragedie w Czechach reklamuje się jako smutne komedie a Czesi na siłę szukają zabawnych momentów. Pan Mariusz bardzo ładnie ukazał specyfikę naszych południowych sąsiadów, ich główne cechy jednak bez operowania zbytnimi stereotypami. Książka Szczygła nominowana została do Nike i dla porównania przeczytam inne pozycje ale już teraz jak dla mnie może spokojnie nagrodę otrzymać! Polecam!

Aż bym sobie wyemigrował do tego kraju, za bardzo jednak jestem Polakiem abym mógł tam swobodnie się czuć. Jednym z postanowień majowych Charliego będzie wizyta w Czechach! I to na dłużej.

AHOJ!

P. S. A wrzucę mój ulubiony odcinek Krecika. Krecik i jego kabrio :)

[