Maciej Zaremba Bielawski “Higieniści: z dziejów eugeniki”

Kiki chowa się za książką, bo jeszcze nie wie co to sterylizacja...

Kiki chowa się za książką, a przecież jeszcze nie wie co to sterylizacja…

Się czasem człowiekowi trafi książka, z którą ma problem. I to nie dlatego, że książka zła, niedobra i do dupy i jak tu o niej coś napisać. Czasem chodzi o książkę, która porusza bardzo kontrowersyjne tematy i człowiek nie wie zwyczajnie co ma na ten temat myśleć! Bielawski pochyla się nad bardzo wstydliwą sprawą, o której wielu Szwedów (zwłaszcza tych będących u steru rządów) chce zapomnieć, czyli przymusowej sterylizacji obywateli czynionej w imię dobra społeczeństwa.

Continue reading

Vincent V. Severski “Nielegalni”

Vincent V. Severski "Nielegalni"

Powieść szpiegowska nigdy nie była moim ulubionym gatunkiem. Przeczytałem kiedyś Ludluma, Clancy’ego czy też Folleta, ale raczej bez większej fascynacji.

Dlaczego w takim razie na tapecie dzisiaj „Nielegalni” powieść napisana przez byłego oficera polskich służb wywiadowczych? Ano została ona nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, która  będzie wręczona na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, na który jako kryminalny bibliotekarz wybieram się i w tym roku.

Jako totalny laik jeśli chodzi o powieść szpiegowską nie będę się zbytnio uzewnętrzniał i postaram się streszczać. „Nielegalni” to opowieść o szpiegach. A szpieg jaki jest każdy widzi:

Wiadomo, że szpieg to zdrajca, kreatura podła i wstrętna co to wściubia nos w nie swoje sprawy i walnie przyczynia się do upadku kraju.

Zarys fabuły książki: polski wywiad dowiaduje się o skrzyni z tajnymi dokumentami NKWD zakopanej w Brześciu na Białorusi. Dokumenty mogą wstrząsnąć polską sceną polityczną (scena to za mocne słowo, bardziej pasuje koryto polityczne). Zaczyna się wyścig z czasem i rosyjskim wywiadem, który również chciałby dostać dokumenty w swoje lepkie rączki. Na szczęście Polacy nie do końca zniszczyli swoje służby specjalne i sytuację może uratować as wywiadu agent Tomek, ups! Przepraszam: major Konrad Wolski co to z niejednego pieca chleb jadł i niejedną  flaszkę obalił. Dodatkowo mamy historię szwedzkiego nielegała (to taki ukryty głęboko szpieg) Hansa, który pod koniec życia dowiaduje się, że… nie będę Wam zdradzał wszystkich wątków i tajemnic, bo może zechcecie książkę przeczytać. To tyle w skrócie jeśli chodzi o fabułę.

Cóż mogę rzec, a raczej napisać o tej książce. Nie będę ukrywał – wciąga. I to wciąga mocno. Jest to cegła gruba (widziałem ją w księgarni, sam czytałem na Kindlu), a wciąga się ją prawie całą jak kreskę porządnej tabaki (tylko takie kreski zdarzało mi się wciągać). Dzieje się sporo i całkiem ciekawie.

Oczywiście nie jest też tak różowo. Momentami zdarzają się dłużyzny, które trochę irytują. Nie ma również bardzo zaskakujących zwrotów akcji, ale być może dzięki temu książka zyskuje. Bo wiadomo, że życie to nie bajka i nie serwuje Ci co chwila trzęsienia ziemi, przynajmniej nie w Polsce. Bohaterowie są do polubienia, bardzo prawdziwi. Choć gdy czytałem o Hansie, który wiódł podwójne życie szpiega i kochającego męża oraz ojca to z ręką na sercu przyznam się, że nie rozumiałem jak można tak żyć. I jeszcze to sobie wytłumaczyć po swojemu i usprawiedliwić.

W książce mocno dostaje się polskim politykom, którzy przez swoją krótkowzroczność oraz chciwość, złodziejstwo,  a przede wszystkim GŁUPOTĘ ustawicznie pracują nad zniszczeniem polskiego wywiadu. Gdy czyta się fragmenty dotyczące polskiego środowiska wywiadowczego pomieszanego z politycznymi układami czuć, że pisał to ktoś, kto zna te sprawy od środka.

Podsumowując dobra książka, można się również sporo dowiedzieć interesujących faktów historycznych dotyczących pracy wywiadów szczególnie sowieckiego. Interesująca i jeszcze raz podkreślam bardzo wciągająca.

 

Henning Mankell “Morderca bez twarzy”

Henning Mankell "Morderca..."

Henning Mankell "Morderca..."

Henning Mankell szturmem podbił rynek kryminałów w Polsce. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie szperając po nieprzebranych, niezmierzonych ludzkich rozumem zasobach Internetu. Zdobył sympatię i wręcz uwielbienie całkiem sporej rzeszy ludzi. A że kryminalnym bibliotekarzem jestem chciałbym wiedzieć o co cały ten hałas. „Morderca bez twarzy” to pierwsza książka z Kurtem Wallanderem jako głównym bohaterem, trochę będącym zerem, szwedzkim policyjnym oficerem, zajadającym się hamburgerem. Dlaczego będącym zerem, a bo mi się tak zrymowało:) Wallander nie jest zerem, jest steranym życiem gliną w niewielkim miasteczku Ystad. Sterany życiem jest, bo żona się z nim rozwiodła, córka mu się z czarnym lekarzem zadaje, a i ogólnie praca policjanta w Szwecji w roku 1990 zaczyna być coraz bardziej niebezpieczna i wymagająca zimnej krwi i bezwzględności. A to się Kurtowi nie podoba.

Koniec tego przydługiego wstępu. Mamy trupa, konkretnie dwa trupy starego małżeństwa zamordowanego w brutalny sposób na jakiejś szwedzkiej pipidówce. (Wybaczcie tę zgryźliwość, tak jakoś pasuje mi dzisiaj). Policjanci zaczynają zbierać informacje, badać każdy trop i ślad. Okazuje się, że praca policjanta to żmudna robota polegająca na ciułaniu okruchów, przeglądaniu setek papierów i łączenia wiadomości, strzępów informacji i dowodów w nieprawdopodobne scenariusze zdarzeń. Lekko nie jest, amerykańskie filmy kłamią, olśnienia nie przychodzą znikąd, ale się zdarzają. Przypadek i mrówcza praca to podstawa. Ogólnie ciężko jest. A gdy się okazuje, że sprawcami mogliby być imigranci zaczyna się obawa przed atakami na uchodźców, które rzeczywiście się zdarzają. Koniec końców po długim i żmudnym śledztwie, które trwało pół roku, po kilku fałszywych tropach i niezłych wpadkach Wallander dowiaduje się kto zabił.

Jak widzicie po mojej pisaninie jakoś szczególnie zachwycony nie jestem. Nie było to złe, ale nie było oszałamiające. Momentami było nawet nudnawe. Czułem te dwadzieścia lat jakie upłynęły od momentu, gdy Kurt Wallander słuchał na kasecie Marii Callas i myślał nad przyszłością Szwecji i Europy. Książka porusza ważne problemy imigracji i osiedlania się w obcym kraju jakoś tak bez ikry i bez przekonania. O Polakach też jest kilka wzmianek, nic to dziwnego, bo przecież do Szwecji jeździło rodaków całkiem sporo. Tfu, jeździ rodaków sporo. Sam chciałbym kiedyś Szwecję odwiedzić. Zaletą książki jest niewątpliwie realizm jeśli chodzi o opisanie pracy policjanta.

To dobra, solidna książka, ale nie powalająca na kolana. A chyba miałem znacznie większe wymagania i oczekiwania  – czasem może to wyjść na złe lekturze.

Stieg Larsson “Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”

Stieg Larsson "Mężczyźni..."

Stieg Larsson “Mężczyźni…”

Charlie ma dla Was książkę, która triumf popularności ma już za sobą. Wspominałem gdzieś, że za kryminałami nie przepadam, a tu bach! Postanowiłem jakoś zaznaczyć, że nie tylko czytuję kurzem pokryte manuskrypty z minionych stuleci, ale również oczęta swe kieruję na cokolwiek nowszą literaturę. Cóż by tu powiedzieć o Larssonie i jego trylogii “Millennium” – wydaje mi się, że raczej czytająca część Polski słyszała co nieco o tym kryminale. Jestem laikiem jeśli chodzi o kryminały, ale to chyba Larsson rozpoczął inwazję kryminałów ze Skandynawii na nasz piękny słowiański kraj. Zalał nas tymi kryminałami jak niegdyś jego przodkowie rozlali się w postaci “Potopu” po Rzeczpospolitej. (Jeśli macie za mało słów kryminał, kryminały w tej wypowiedzi to teraz Wam podrzucam:) Abstrahując od tego szwedzkiego “Potopu”. Z czym Wam się kojarzy Szwecja? Abba, Roxette, zimna, dobra wódka, chłodne blond piękności, które raczej przypominają posągi niż kobiety z krwi i kości? A może z czymś innym? Szwecji z Waszych wyobrażeń raczej w książce Larssona nie uświadczycie.

Krótko o fabule: dziennikarz ekonomiczny, który został skazany za zniesławienie znanego finansisty postanawia się wycofać z aktywnego życia zawodowego. Jak z nieba spada mu zlecenie napisania kroniki rodzinnej znanego w Szwecji rodu przemysłowców. Nestor rodu pod przykrywką tej kroniki zleca mu jednak prowadzenie śledztwa w sprawie zaginionej przed laty siostrzenicy. Mikael nie wierzy, że uda mu się rozwikłać zagadkę, ale podejmuje się wyzwania. Zadanie jest trudne i pracochłonne. Oprócz głównej postaci dziennikarza mamy jeszcze postać młodej niedostosowanej społecznie dziewczyny, Lisabeth. Dziewczę to jest niezłym ziółkiem i najlepszą hakerką w Szwecji. Wspólnie z Mikaelem zajmą się sprawą porwanej Harriet Vagner. Rezultaty ich śledztwa zaskoczą wszystkich, łącznie z głównymi bohaterami.

Tyle o fabule. Przeczytałem to opasłe tomisko. Nawet mi się podobało, ale szału nie było. Zastanawiam się skąd ludzie wzięli te wszystkie bardzo entuzjastyczne opinie i recenzje. Takie tam czytadło – nawet trochę przydługie. Dopiero koło trzechsetnej strony zaczęła mnie troszkę wciągać. Wrażenia po lekturze – stanowczo w Szwecji piją za dużo kawy. Chryste, tam idą spokojnie ze trzy dzbanki kawy na stronę. Ja wiem, że w Szwecji ciężko jest wódkę dostać, ale żeby sobie to odbijać pijąc hektolitry kawy! Druga sprawa – drobiazgowość opisów wszelakiego sprzętu elektronicznego. Naprawdę drażniło mnie to, że gościu ma komputer z dyskiem 60 giga, łączem, podświetlaną klawiaturą i kurwa czytnikiem kart, wszystko opisane i wymienione jak na jakimś folderze reklamowym. Autor starał się widocznie dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców i opisać im wygląd laptopa. (W sumie to zrozumiałe jest – książka była pisana na początku wieku). Co nie zmienia faktu, że mnie to irytowało.

Ogólnie jak napisałem wcześniej – książka mi się podobała. Napisana wartko, strony połykało się bardzo szybko. Jednak świat “Millennium” nie wciągnął mnie, aż tak bardzo. Mam w zasięgu następne dwa tomy, ale dam im trochę poleżeć za nim się do nich zabiorę.

P. S. Całkiem fajny artykuł o Larssonie w “Wyborczej”.