Marcin Wroński “A na imię jej będzie Aniela”

 Lublin. Wieża ciśnień przy ul. Teatralnej. 1940. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20335/2354ed7d08876ba174fad10ab2574332/

Lublin. Wieża ciśnień przy ul. Teatralnej. 1940. Źródło: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20335/2354ed7d08876ba174fad10ab2574332/

A nie mówiłem, że Was zasypię! Wróciłem na chwilkę do Wrońskiego – to tak w ramach odstresowania się. I przyznam się, że to był strzał w dziesiątkę. Wroński w trzecim tomie cyklu o Maciejewskim daje radę.

Continue reading

Marcin Wroński “Kino Venus”

IMAG0549Pamiętam, że przed rokiem, gdy miałem okazją na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału porozmawiać z panem Marcinem Wrońskim obaj podzieliliśmy się wspólną pasją przeglądania przedwojennych gazet, które nam wydają fascynującym zapisem tamtych czasów.

Dlatego wdzięczny jestem Bibliotekom Cyfrowym i ludziom, którzy je tworzą za ich trud przybliżania przeszłości szerokim masom czytelniczym!

Dobra dość tego. Wracamy do książki pana Wrońskiego. Drugie spotkanie z Zygą Maciejewskim, którego los zesłał na posterunek w żydowskiej dzielnicy, bo nowy szefo stwierdził, że nie będzie miał wichrzyciela i niesubordynowanego pana komisarza. Na tym posterunku nie jest różowo, trzeba w mundurze chodzić, trzeba biurokracją się zajmować. Nic tylko pić z rozpaczy i się stoczyć. I pan Maciejewski się stacza. Jego dawni podwładni pijąc z nim wódkę zauważają, że ów twardy chłop coraz częściej jęczy na los, narzeka i płacze nad sobą jak za przeproszeniem jakiś „yntelygent” bez jajec. A Zyga po prostu cierpi i stara się owo cierpienie uzewnętrznić. Niestety dookoła niego nie ma ani jednej osoby, która go zrozumie.

Wiem jak to zabrzmi, ale na szczęście dla Zygi pojawia się trup. Zwłoki młodej dziewczyny żydowskiego pochodzenia. I ten policjant z krwi i kości odzyskuje trochę wigoru, rozwiązuje (przynajmniej tak mu się wydaje) zagadkę i osiada na przysłowiowych laurach z piękną kobietą u boku „we willi” na przedmieściach Lublina. Nie ma się co Maciejewskiemu dziwić, ale trochę szkoda chłopa. W książce dowiemy się również, że nie ma to jak przyjaciele, którzy są gotowi pomóc zawsze i wszędzie.

I znów pan Wroński stanął na wysokości zadania. Tematyka kryminału bardzo aktualna. Handel młodymi dziewczętami, które oszukane przez różnego rodzaju łowców zamiast do raju trafiają do burdeli albo na ulicę “zarabiać” ciałem. Takie szajki handlarzy żywym towarem działały prężnie w międzywojniu. Wtedy znacznie łatwiej było upolować biedną, niewykształconą dziewczyną z prowincji i obiecać jej złote góry. Przepraszam, że posługuję się tutaj terminologią łowiecką, ale pasuje ona do działań tych zwyrodnialców.

W książce czuć duszną atmosferę dzielnicy żydowskiej, głównie dzięki świetnym opisom, ale także przede wszystkim dzięki dialogom, które przybliżą polskiemu czytelnikowi jak brzmiał jidysz. Bieda, alkohol, „pracujące” na ulicach dziewczyny i poczucie beznadziei oto dwudziestolecie międzywojenne w pełnej krasie. Żadne tam: nie oddamy guzika i Polska od morza do morza. Cały czas się dziwię ludziom piejącym peany na cześć tego okresu. Miał swoje plusy, ma po latach urok świata, który był i już nie wróci, ale to była epoka taka jak wszystkie – zapełniona ludźmi, którzy się nie zmieniają. I Wroński świetnie tę prawdę wyciąga i pokazuje. W książce jest nawet wątek podziemia pornograficznego, dla wielu ludzi może się to wydawać zaskoczeniem, ale przypomnę słowa, że ludzie się nie zmieniają. I każdy nowy wynalazek potrafią wykorzystać na wiele sposobów. Spotkałem się z opinią, że porno przecież dopiero pojawiło się później w drugiej połowie dwudziestego wieku. Cóż skoro istniało prawo antypornograficzne w międzywojniu to musiała istnieć pornografia rozpowszechniana na różnych nośnikach.

Dobra książka, może trochę mniej tajemnicza i w sumie od początku wiemy o co chodzi to jednak sposób jej przedstawienia zasługują na duży plus. Dobra i wciągająca lektura do pociągu wiozącego na daleki Krym (i nie tylko).

P. S. Bardzo chciałbym, aby tematyka książki, czyli handel żywym towarem należały już do przeszłości jednak tak nie jest i zapewne niewiele się w tej kwestii zmieni, i są to tylko moje pobożne życzenia.

 

Marcin Wroński “Morderstwo pod cenzurą”

Marcin Wroński "Morderstwo pod cenzurą"

 Jestem już po Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Może zbiorę się by napisać jakąś obszerniejszą relację z tego fantastycznego wydarzenia. Na razie jednak brak mi weny, by w sposób godny i właściwy oddać klimat festiwalu. Powiem krótko: poznałem nowych fenomenalnych ludzi, a z wieloma równie niezwykłymi spotkałem się ponownie. Miałem okazję porozmawiać z wieloma pisarzami, uświadomić sobie, że muszę porzucić doczesny świat na rzecz odludnej jaskini, w której oddam się czytaniu książek. Żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie będę spożywał żadnych pokarmów a żywić się będę wyłącznie strawą duchową, która pozwoli jednocześnie na aktywność 24 godziny na dobę. A jeśli tak nie zrobię, to sczeznę na świadomość, że tyle literatury nigdy nie zostanie przeze mnie poznane.

Dobra wracając do książki, o której chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Zacznę może mało oryginalnie, ale powiem Wam, że „Morderstwo…” to kryminał tak zwany retro. Dziejący się w czasach już minionych, czy słusznie to możecie ocenić sami. Tym razem mamy lata trzydzieste wieku oznaczanego dwoma iksami (XX). Rzecz dzieje się w Lublinie, który wówczas był stolicą województwa lubelskiego leżącego w centralnej Polsce! W tymże Lublinie, który miastem był dość prowincjonalnym ginie redaktor/redaktorzyna* mocno prawicowego czasopisma. Koleś obrażał wszystkich od Żydów a na endecji kończąc. Nic dziwnego, że mógł zaleźć wielu ludziom za skórę. Sprawa śmierdziała na kilometr i nie był to tylko smród gwałtownej śmierci.  Komisarz Maciejewski facet twardy i obdarzony niezwykłym policyjnym zmysłem wyczuwa, że z tego może być grubsza afera. Nie myli się zupełnie.

Dalej dzieje się jeszcze więcej, padają kolejne trupy, leje się wódka, obijane są różnej proweniencji facjaty. Po prostu dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Na szczęście zagadka zostaje rozwiązana, choć obywa się bez stuprocentowego szczęśliwego zakończenia.

Jak kryminał to może trochę o głównej postaci (nie jest nią trup, ani nawet trupy). Komisarz Maciejewski to idealny bohater kryminału. Twardy glina, który sporo w swoim życiu przeżył. Posiada wiedzę i umiejętności pozwalające mu z powodzeniem lawirować między zawiłościami stosunków służbowych i dzięki talentowi do rozwiązywania spraw zdolny jest utrzymać swoje stanowisko. Jego metody nie zawsze zgadzają się z regulaminem, ale współpracownicy go szanują i cenią jego zdolności. Nawet jeśli się nie myje i wygląda jak bandyta z podmiejskich ruder. I ma ciekawy, bardzo ciekawy sposób na sprawdzenie czy jest bardzo skacowany. Dodam, że w sposób zaangażowane są książki. Muszę spróbować.

Lektura należała do przyjemnych. Lublin lat trzydziestych jest żywym miastem, które autor odmalowuje między innymi dzięki smaczkom z międzywojennej prasy serwowanym nam po trochu. Bardzo mi się podobało to odbrązowienie tego okresu. Zawsze się dziwię temu, że tak wielu ludzi gloryfikuje ten czas, choć bywało w nim tak samo jak teraz, a może nawet gorzej. Policjanci są słabo opłacani, nie mają papieru, środków do pisania i tym podobne. Muszą drżeć przed karierowiczami, którzy liżą dupy komu trzeba i w ten sposób awansują. Cwaniactwo, kumoterstwo rządzą. Ja wyczuwam w autorze pokrewną duszę jeśli chodzi o fascynację prasą przedwojenną. Co mnie cieszy ogromnie, bo przede mną trzy książki tego samego autora i na pewno nadrobię zaległości. Tylko muszę znaleźć jakąś celę (ani klasztorną ani więzienną).

 

 

*niepotrzebne skreślić