“Rakietowe szlaki” – antologia

Lądowanie na Księżycu:) Grafika autorstwa Joe Chiodo, 1984

Lądowanie na Księżycu:) Grafika autorstwa Joe Chiodo, 1984

Zagłębiam się coraz bardziej w odmęty szaleństwa… Tfu! W otchłanie klasyki. Ostatnio zacząłem na poważnie zbierać książki. Na studiach nie miałem swego kąta (co roku z akademika trzeba było się wyprowadzać, także nie było gdzie tych książek zostawić) dopiero teraz, gdy nastąpiła mała stabilizacja (obym tego w złej godzinie nie wyrzekł) i w momencie gdy większość ludziów książek się pozbywa ja je zaczynam gromadzić:)

Continue reading

Garść różnych, bardzo różnych fotografii.

Alfred Hitchcock na planie "Ptaków". Fot. Phillippe Halsman, 1962

Alfred Hitchcock na planie “Ptaków”. Fot. Phillippe Halsman, 1962

Zdjęcia zwłaszcza te stare przyciągają mnie jak magnes. Dziękuję codziennie Internetowi, że jest i że za jego sprawą (i ludzi, którym się chce tworzyć sieć) mogę patrzeć w przeszłość. Oglądając na fotografiach rzeczy zwykłe, niezwykłe i niezwykle zwykłe. Tak mnie naszło żeby się z Wami podzielić różnymi fotografiami, które według mnie mają to COŚ.

Continue reading

Elektryczna wizja przyszłości…

Pierwsza strona “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” sprzed dokładnie osiemdziesięciu siedmiu lat. Przecudowne wynalazki, które dzięki geniuszowi ludzkiemu uczynią nasze życie łatwiejszym. Rzecz się tyczy przesyłania energii elektrycznej na odległość. I choć dzisiaj wciąż nie przesyłamy prądu na odległość to nie jest to niemożliwe, a jak na razie po prostu nieopłacalne (albo tak nam próbują wmówić). Prace trwają. A taki Tesla pracował nad czymś co nazwał “Odbiornikiem darmowej energii”.

Zobaczcie jak wyglądać będzie “elektryczna” przyszłość:

 

 

 

 

 

 

Elektryczna wizja przyszłości.

(t) Przed kilku miesiącami zamieściliśmy w llustr. Kurjerze Codz.” rycinę, przedstawiającą automobil, jeżdżący po ulicach Londynu bez szofera. Upiorne to auto było  posłuszne woli swego kierowcy, siedzącego w drugiem aucie, a który wydawał swe rozkazy przy pomocy telegrafii iskrowe]. Ten wynalazek, na razie niepraktyczny, znalazł zastosowanie z pewnymi modyfikacjami już w Ameryce. Oto w pewnym z olbrzymich przedsiębiorstw w stanie Omaha, rozrzuconem na wielkiej przestrzeni, mechanik siedzący w centrali musi od czasu do czasu zmieniać napięcie energii elektrycznej w maszynie oddalonej od niego o dwa kilometry  Otóż zamiast wydawać odpowiednie rozkazy telefoniczne robotnikowi, mówi on do aparatu: “wyłączyć”, albo “załączyć” i automatycznie dzięki aparatowi radio następują odpowiednio zmiany.

Wszystkie te nadzwyczajne cuda techniki elektrycznej nastąpiły w ciągu niewielu lat za naszej pamięci. Postęp na tem polu jest taki szybki, iż nietrudno nam wyobrazić sobie, iż w jakimś niedługim czasie z rozwojem aparatów bezdrutowych, drut, po którym wysyła się siłę elektryczną, będzie niepotrzebny. I oto wizja przyszłości: Jakaś olbrzymia centrala elektryczna (ryc. 1.) wybudowana w miejscu, gdzie się wydobywa węgiel, albo korzystająca ze spadku wód, lub siły fal morskich. Niebosiężne anteny, sypiące wodotryskami iskier wysyłają energię elektryczną w dal… do fabryk, zakładów, okrętów, aeroplanów, które odbierają ją przy pomocy specjalnych widełek (ryc. 2-4). Już niepotrzebna benzyna czy węgiel, obciążające swym ładunkiem owe transportowce… Każdy dom może również nawiązać kontakt z tą elektrycznością z powietrza i zalśnić tylu żarówkami, ile ich potrzebuje. Rolnik wyrusza ze swym traktorem (ryc. 3) w pole, uzbrojonym wyłącznie, tak jak owe aeroplany czy okręty jedynie w aparaty odbiorcze i przemienne. Na roli będzie możliwa nocna praca, a nawet rośliny będą, korzystając ze światła elektrycznego, przyspieszać swój wzrost. Wszystkie motory będą naturalnie znacznie lżejsze, mniej kosztowne, bezwonne, łatwiejsze do obsługi… W kolejach, również pędzonych elektrycznością, podróżni będą wygodnie rozparci w swych fotelach dowiadywać się o najaktualniejszych wiadomościach i oglądać ilustracje, przesłane tą samą drogą i dzięki tej samej sile, tylko w odmienny sposób użytej. (ryc. 5).            .

Tak więc, dzięki tej elektryczności z powietrza, przenoszonej bez drutu, życie stanie się łatwiejsze, piękniejsze i bujniejsze. Oto wspaniałe perspektywy, które genjusz ludzki, nie cofający się przed niczem, ma do zrealizowania…

 

Kurczę, z jednej strony wizja nietrafiona zupełnie. Wciąż nie pozbyliśmy się benzyny, węgla i tym podobnych paliw. A z drugiej strony idea przesyłania informacji bez kabla, która w stu procentach się sprawdziła. Zaiste zadziwiający jest “genjusz” ludzki, który błądząc tworzy cudowności.

A dziś nasza cywilizacja jest uzależniona od prądu w takim stopniu, że się to chyba nawet redaktorom “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nie śniło.

 

“Ilustrowany Kuryer Codzienny”, nr 313 sobota 14 listopada 1925. Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”

Jakub Szamałek “Kiedy Atena odwraca wzrok”

Lubię czytać o tym, że wszystko już było, a ludzie nie zmienili się przez stulecia. Znaczy się nie zmieniły się targające nimi namiętności i emocje. Gdy ktoś pisze lub mówi słowa wpadające w ten deseń (wszystko już było, a ludzie są tacy sami) kiwam potakująco głową i czuję się mądrzejszy, bo sam tak powtarzam od bardzo długiego czasu. Dziwi mnie odkrywanie przez wielu ludzi tej prawdy na nowo i obwieszczanie jej światu jako czegoś niesamowitego. Ja może ze względu na specyfikę mojej pracy, dostęp do informacji z przeszłości mam ułatwiony i od dawna lubię sobie wędrować w przeszłość.

Jakub Szamałek także miał dostęp do przeszłości ułatwiony, bo to archeolog, doktorant Cambridge. I postanowił napisać kryminał osadzony w starożytności. Na MFK pytany o swoją książkę powiedział, że chciał napisać coś, co jemu samemu by się spodobało i przypadło do gustu.

 W antycznej Grecji, dokładniej w Atenach roku pańskiego, ups! Znaczy się roku 430 p.n.e. dzieje się źle. Spartanie dają w kość Ateńczykom, miasto jest pełne uchodźców ze spalonych przez Spartan miejscowości pod Atenami. Syf, brud, smród i ubóstwo. Na dodatek ktoś z Ateńczyków współpracuje ze Spartanami. Leochares człowiek pracujący dla Peryklesa (taki z niego spec od mokrej roboty) ma zająć się tą sprawą. Staje się prawdopodobnie pierwszym ateńskim prywatnym detektywem. Detektywem ze skłonnościami do wpędzania się w kłopoty. A sprawa zdrajcy okaże się znacznie bardziej krwawa, mroczna niż Leochares mógł się spodziewać. Trup ściele się gęsto, przeciwnik naszego bohatera jest sprytnym skurczybykiem i nie daje łatwo za wygraną, zawsze wyprzedzając o krok pomagiera Peryklesa.

Szamałek zafundował mi kilka godzin godziwej rozrywki. I to jest bardzo ważne, bo czymże byłoby życie bez godziwej rozrywki? Podobały mi się jego Ateny – miasto pełne zarówno pięknych świątyń poświęconych wielu bogom, ale pełne również rynsztoków, burdeli i podejrzanych typów na ulicach. Demokracja to pic na wodę, a Perykles korumpuje kogo może, a oszukuje na czym może i gdzie tylko może. Zupełnie jak u nas nad Wisłą.

Pan Jakub stworzył realistyczną wizję przeszłości, w której jest miejsce na wiele rzeczy dziś raczej niewyobrażalnych w naszej kulturze i społeczeństwie. Młodzi mężczyźni będący oficjalnie kochankami starszych, bogatych facetów. Kobiety zamknięte w domach na cztery spusty, z którymi mąż może i robi co tylko mu się zamarzy. Niewolnictwo, gdzie człowieka można sprzedać, zabić, torturować i ogólnie czynić mu rzeczy bardzo nieprzyjemne, bo jest się jego właścicielem. Dla kogoś kto miał podręcznikowe wyobrażenie o starożytnych Atenach książka Szamałka może się wydać obrazoburcza i wyssana z palca.

Podobał mi się język, nasz współczesny, przeplatany jedynie greckimi określeniami. No i przekleństwa, których było całkiem sporo. Książka stała się dzięki temu bardziej krwista i mocniejsza. Dla mnie na plus.

Urzekła, nie to niezbyt dobre określenie, spodobała mnie się postać medyka Menekratesa, który reprezentował całym sobą stan ówczesnej medycyny ateńskiej. Jego poglądy dotyczące kobiet raczej nie zdobyłyby popularności wśród ruchów feministycznych. A jego porady dla ojca, który ma w domu dorastającą córkę naprawdę są bardzo ekstrawaganckie (patrząc z dzisiejszego punktu widzenia).

W książce mamy postacie historyczne takie jak Sokrates, Perykles, Aspazja. Szamałek dodał im trochę kolorytu i stały się one znacznie bardziej żywe, niż z kart podręczników.

„Kiedy Atena…” to interesujący, ciekawy i dobrze napisany kryminał. Intryga nie jest może zbyt zaplątana, bardziej pasuje pod szpiegowskie historie. Ja uważam, że akurat w tej książce nie jest ona (intryga) najważniejsza. Najważniejsze są Ateny i ludzie, którzy w nich mieszkają. Ich problemy, które mogą się różnić od naszych (kupić sobie dwóch niewolników seksualnych czy tylko jednego?), ale nie zmieniły się uczucia i emocje, które rządzą ludźmi.

 

P. S. Pan Jakub Szamałek zdobył Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników na MFK we Wrocławiu.

 

Marcin Wroński “Morderstwo pod cenzurą”

Marcin Wroński "Morderstwo pod cenzurą"

 Jestem już po Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Może zbiorę się by napisać jakąś obszerniejszą relację z tego fantastycznego wydarzenia. Na razie jednak brak mi weny, by w sposób godny i właściwy oddać klimat festiwalu. Powiem krótko: poznałem nowych fenomenalnych ludzi, a z wieloma równie niezwykłymi spotkałem się ponownie. Miałem okazję porozmawiać z wieloma pisarzami, uświadomić sobie, że muszę porzucić doczesny świat na rzecz odludnej jaskini, w której oddam się czytaniu książek. Żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie będę spożywał żadnych pokarmów a żywić się będę wyłącznie strawą duchową, która pozwoli jednocześnie na aktywność 24 godziny na dobę. A jeśli tak nie zrobię, to sczeznę na świadomość, że tyle literatury nigdy nie zostanie przeze mnie poznane.

Dobra wracając do książki, o której chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Zacznę może mało oryginalnie, ale powiem Wam, że „Morderstwo…” to kryminał tak zwany retro. Dziejący się w czasach już minionych, czy słusznie to możecie ocenić sami. Tym razem mamy lata trzydzieste wieku oznaczanego dwoma iksami (XX). Rzecz dzieje się w Lublinie, który wówczas był stolicą województwa lubelskiego leżącego w centralnej Polsce! W tymże Lublinie, który miastem był dość prowincjonalnym ginie redaktor/redaktorzyna* mocno prawicowego czasopisma. Koleś obrażał wszystkich od Żydów a na endecji kończąc. Nic dziwnego, że mógł zaleźć wielu ludziom za skórę. Sprawa śmierdziała na kilometr i nie był to tylko smród gwałtownej śmierci.  Komisarz Maciejewski facet twardy i obdarzony niezwykłym policyjnym zmysłem wyczuwa, że z tego może być grubsza afera. Nie myli się zupełnie.

Dalej dzieje się jeszcze więcej, padają kolejne trupy, leje się wódka, obijane są różnej proweniencji facjaty. Po prostu dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Na szczęście zagadka zostaje rozwiązana, choć obywa się bez stuprocentowego szczęśliwego zakończenia.

Jak kryminał to może trochę o głównej postaci (nie jest nią trup, ani nawet trupy). Komisarz Maciejewski to idealny bohater kryminału. Twardy glina, który sporo w swoim życiu przeżył. Posiada wiedzę i umiejętności pozwalające mu z powodzeniem lawirować między zawiłościami stosunków służbowych i dzięki talentowi do rozwiązywania spraw zdolny jest utrzymać swoje stanowisko. Jego metody nie zawsze zgadzają się z regulaminem, ale współpracownicy go szanują i cenią jego zdolności. Nawet jeśli się nie myje i wygląda jak bandyta z podmiejskich ruder. I ma ciekawy, bardzo ciekawy sposób na sprawdzenie czy jest bardzo skacowany. Dodam, że w sposób zaangażowane są książki. Muszę spróbować.

Lektura należała do przyjemnych. Lublin lat trzydziestych jest żywym miastem, które autor odmalowuje między innymi dzięki smaczkom z międzywojennej prasy serwowanym nam po trochu. Bardzo mi się podobało to odbrązowienie tego okresu. Zawsze się dziwię temu, że tak wielu ludzi gloryfikuje ten czas, choć bywało w nim tak samo jak teraz, a może nawet gorzej. Policjanci są słabo opłacani, nie mają papieru, środków do pisania i tym podobne. Muszą drżeć przed karierowiczami, którzy liżą dupy komu trzeba i w ten sposób awansują. Cwaniactwo, kumoterstwo rządzą. Ja wyczuwam w autorze pokrewną duszę jeśli chodzi o fascynację prasą przedwojenną. Co mnie cieszy ogromnie, bo przede mną trzy książki tego samego autora i na pewno nadrobię zaległości. Tylko muszę znaleźć jakąś celę (ani klasztorną ani więzienną).

 

 

*niepotrzebne skreślić