Gra “Przyczajone słowa – ukryte znaczenie” na portalu mambogram.pl – krótkie podsumowanie.

Nerilka o słowie KOSMOS

Witajcie, moi mili marynarze żeglujący po bezkresach światowego oceanu informacji. Ostatnio zaangażowałem się w pewien projekt, który ma szansę wykiełkować w coś całkiem fajnego. Tutaj możecie przeczytać o mojej grze, gierce “Przyczajone słowa – ukryte znaczenie”, która właśnie się zakończyła.

Continue reading

Michaił Bułhakow “Psie serce”

Cassandra z jej pieskiem Wattem, około 1902 roku. Źródło: https://flic.kr/p/qwCMXv

Cassandra z jej pieskiem Wattem, około 1902 roku. Źródło: https://flic.kr/p/qwCMXv

Już przy Diaboliadzie pisałem, że wpadłem w bułhakowski cug. Psie serce było trudniejsze do zdobycia i musiałem skorzystać z moich super umiejętności bibliotekarza i książkę wypożyczyć w swojej biblio (tak moi drodzy – każdy z Was może posiadać takie super umiejętności i wcale nie trzeba zostawać bibliotekarzem, oto magia bibliotek publicznych).

Continue reading

Michaił Bułhakow “Fatalne jaja”

Artystyczna wizja Kazimierza Pietruszewskiego Seniora. Źródło: https://flic.kr/p/uUgdvm

Artystyczna wizja Kazimierza Pietruszewskiego Seniora. Źródło: https://flic.kr/p/uUgdvm

Fatalnych jajach Bułhakowa słyszałem i czytałem to tu to tam. Odkładałem lekturę tego opowiadania na świętego Nigdy, aż na blogu Setna strona  jego autorka zamieściła nie tylko swoje wrażenia po lekturze, ale także bezpośredni link do Wolnych Lektur (ja też to w tym momencie czynię), z których można ściągnąć sobie ten utwór. To był impuls, który pozwolił mi dzięki kilku kliknięciom zdobyć elektroniczny egzemplarz i już nie było wymówek, trzeba było zacząć czytać. Za co autorce bloga – Agacie serdecznie dziękuję.

Continue reading

Średniowieczne rysunki penisów.

Bazgroły na marginesie. Dość stare bazgroły. (Codex Justinianus, Francja 13/14 wiek. Angers, Bibliothèque municipale, ms. 333, fol. 275v

Bazgroły na marginesie. Dość stare bazgroły.
(Codex Justinianus, Francja 13/14 wiek.
Angers, Bibliothèque municipale, ms. 333, fol. 275v

Pamiętacie mój wpis ze średniowiecznymi rysunkami dup? Jeśli nie to kliknijcie tutaj. A dzisiaj zaprezentuję Wam twórczość związaną z męskim przyrodzeniem, które to (męskie przyrodzenie) jest zadziwiająco wdzięcznym tematem rysunkowym.

Continue reading

Robert Silverberg “Zamek Lorda Valentine’a”

Znalezione na http://wall.alphacoders.com/big.php?i=121793

Znalezione na http://wall.alphacoders.com/big.php?i=121793

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że wracanie do lektur z młodości może mieć dwojakie skutki. Pozytywne lub negatywne. Pozytywne skutki to po prostu ponowna projekcja wszystkich emocji, które doświadczyliśmy podczas czytania książki – dodatkowo wzmocniona naszym doświadczeniami. Negatywny to rozczarowanie, zniechęcenie i zdziwienie, że takie coś mogło się kiedyś podobać. Ja dzisiaj opowiem o kolejnej książce z lat nastoletnich, która kiedyś mnie wciągnęła i wchłonęła jak nałogowego alkoholika darmowa butelka wódki (chociaż to zły przykład, bo to nałogowy alkoholik wciąga i wchłania butelkę wódki). Jeśli chcecie się dowiedzieć jak wypadło spotkanie po latach – zapraszam.

Continue reading

Zbrodniczy zamach ucznia na profesora!

1911 ca. Gilbert, Adolph, John & Helmer

To co? Dobry, bardzo dobry czy… celujący?
Źródło: http://www.flickr.com/photos/tspauld/24945974/

Wielu ludzi z lubością powtarza hasło, że “kiedyś to było lepiej”, a zdziczenie obyczajów w dzisiejszych czasach sięgnęło szczytu szczytów i żyjemy w okropnym okresie, gdzie nikt nie ma szacunku do starszych, dookoła sam seks, złodziejstwo i chamstwo. . . Powtarzają to, bo wiadomo, że dawniej to i trawa była zieleńsza, kwiaty lepiej “pachły”, a tanie wino nie było takie obrzydliwe i dało się je wypić w ilościach niewyobrażalnych.

“Kiedyś było lepiej” to też moje ulubione hasło, ale tylko z tego powodu, że uwielbiam przekonywać siebie i innych, że nigdy nie było lepiej, wręcz przeciwnie “kiedyś to było gorzej”.

Ilustrowany Kuryer Codzienny nr 330, dnia 1 grudnia 1926 roku.

Czytaj dalej->

Walter M. Miller Jr. “A Canticle for Leibowitz” (“Kantyczka dla Leibowitza”)

canticleDziś opowiem wam o książce należącej do klasyki gatunku science-fiction. Klasyki przez duże K. „Kantyczka…” została wydana w 1959 roku, ale jej części składowe ukazały się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Dlaczego piszę o częściach składowych? Otóż Miller napisał swoją książkę na podstawie trzech opowiadań, które ukazały się w jednym z czasopism amerykańskich. Taką też konstrukcję ma ten klasyk. Trzy części, trzy epoki, trzy historie.

Nie da się opowiedzieć Wam o tej książce bez zarysowania fabuły, która przedstawia się następująco. W pierwszej części zatytułowanej „Fiat Homo” znajdujemy się w świecie post nuklearnego holocaustu, dokładniej kilka stuleci po tym, jak Człowiek sprowadził Demona Ognia i Opadu na swój gatunek i całą planetę. Sześć setek lat po nuklearnej wojnie ludzkość, a raczej jej resztki żyje sobie w okresie, który moglibyśmy nazwać Wiekami Ciemnymi. W dawnych Stanach Zjednoczonych nie ma praktycznie żadnych państw, istnieją plemiona, które wierzą w magię, demony, bogów. Ludzie nie pamiętają przeszłości, a wojna nuklearna określana jest mianem Ognistego Potopu. Istnieją plemiona mutantów, które żyją poza nawiasem „cywilizowanego” świata. Bezpośrednio po Armagedonie ci, którzy przetrwali wywarli zemstę na tych, którzy ich zdaniem winni byli wojnie. Rozpoczęto masowe mordowanie ludzi nauki, techniki, kultury, władzy. Palono książki, niszczono wszelkie przejawy wiedzy i kultury. Okres ten nazwany został okresem Prostoty bądź Uproszczenia (ja to tak sobie przetłumaczyłem, bom książkę po angielsku czytał). Skrawki dawnej cywilizacji przetrwały w Kościele Katolickim, który ocalił większość swoich rytuałów, hierarchii i historii. Powstał nawet specjalny zakon, który zajmował się przemycaniem książek („bookleggers” – nawiązanie do „bootleggers” z czasów prohibicji czyli przemytników alkoholu) i próbą ich ocalenia. Przewodził temu zakonowi Leibowitz, inżynier co się na wiarę nawrócił i zginął w mękach zamordowany przez tłum żądny krwi. Kilka stuleci po męczeńskiej śmierci Leibowitza, jego zakon dalej istnieje i zajmuje się przechowywaniem, konserwacją rozmaitych strzępków ludzkiej wiedzy. A młody nowicjusz Franciszek podczas postów na pustyni odkrywa (za sprawą tajemniczego pielgrzyma) schron przeciwatomowy z zachowanymi dokumentami być może będącymi własnością samego Leibowitza. Zaczyna się proces o beatyfikację, a nasz Franciszek odegra dużą rolę w tym procesie.

Wybaczcie, ale trochę o tej fabule będę pisał, bo naprawdę jest interesująca. Druga część nazwana „Fiat Lux” przenosi nas znów o kilkaset lat w czasie. Po ponad tysiącu lat od wojny ludzkość powoli zaczyna odkrywać tajniki nauki, wiedzy, techniki. Ta część może przypominać Renesans. Istnieją już państwa, a nawet mocarstwa, których władcom marzy się panowanie nad światem. A władcy owi zdają sobie sprawę, z tego jak ważna może być przewaga technologiczna nad przeciwnikiem. Powstają świeckie uniwersytety, które zaczynają konkurować z Kościołem Katolickim. Sam Kościół natomiast stał się strukturą skostniałą, niechętną nowościom. Nawet zakon świętego Leibowitza zajmuje się tylko przechowywaniem i bezmyślnym kopiowaniem zgromadzonej wiedzy. Dopiero wizyta świeckiego uczonego, rozrusza trochę zakonników, ale nie obędzie się bez konfliktu pomiędzy tym co boskie, a tym co cesarskie.

I trzecia część „Fiat Voluntas Tua” to już rasowe science-fiction. Ludzkość nie tylko odzyskała wiedzę sprzed wojny, ale prześcignęła naszą cywilizację. Zaczęto kolonizować inne planety. Niestety nawet lekcja sprzed ponad półtora tysiąca lat niczego nie nauczyła włodarzy tego świata. I małpoludy znów stają na krawędzi wojny totalnej. Zakonnicy z zakonu Leibowitza mają do odegrania poważną rolę w ocaleniu ludzkiej wiedzy.

Po tym jakże przydługim wstępie charakteryzującym fabularne wątki książki chciałbym Wam powiedzieć o moich wrażeniach, o tym czym dla mnie była lektura „Kantyczki…”. To książka naprawdę wielowątkowa, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla mnie to opowieść o trudach zdobywania wiedzy, o tym jak łatwo zaprzepaścić dziedzictwo tysięcy lat i wielu pokoleń, w jednym szaleńczym akcie. Miller pisał książkę w latach pięćdziesiątych, „najzimniejszym” okresie zimnej wojny, tuż przed kryzysem kubańskim. Wielu ludzi drżało przed bardzo prawdopodobnym scenariuszem wojny nuklearnej. I w tym kontekście „Kantyczka…” jest książką przenoszącą owe lęki na papier.

 Jest to również opowieść o wierze, która może pozwolić ludziom przetrwać najgorsze czasy. Opowieść o wierze zarówno w Boga, który stworzył ludzi na swoje podobieństwo jak i wierze w naukę, w jej moc pozwalającą ludziom osiągnąć niemal boski status. Tylko, że gdy osiągamy ten niemal boski status okazuje się, że to niemal to dla nas za mało. I dlatego ludzie nigdy nie wejdą do Edenu, bo sami nie wiedzą czym Eden jest. Znajduję w „Kantyczce…” arogancję i pychę  naukowców przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom nauki. Znajduję również arogancję i pychę ludzi Kościoła przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom wiary.

To książka o odwiecznym konflikcie między Kościołem a państwem, przejawiającym się w podejściu do zagadnienia na przykład eutanazji, czy też wykorzystania zgromadzonej wiedzy i odkrytych technologii do celów politycznych i wojskowych. W „Kantyczce…” podobnie jak w naszej historii przez szereg stuleci to członkowie Kościoła mieli dostęp do wiedzy, do książek. I tego dostępu strzegli bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że gdy pojawiają się świeccy naukowcy wątpiący w naukę Kościoła, wytykający mu błędy ignorancji i marnotrawstwa zakonnicy od świętego Leibowitza zaczynają się irytować i denerwować. Jednak co znamienne nie blokują, nie zabraniają innym korzystać ze zgromadzonych ksiąg. Ta postawa bardzo przemawia na ich korzyść.

Znajdziemy w książce powtarzający się cykl wydarzeń. Od narodzin cywilizacji, mozolne wspinanie się coraz wyżej na drabinie technologicznego rozwoju, by z hukiem i błyskiem znów pogrzebać wszystko pod gruzami. Tę cykliczność można zauważyć w wielu religiach, filozofiach. To koło życia, wąż pożerający własny ogon. Na szczęście Miller daje nadzieją dla naszego gatunku w postaci kolonizacji obcych planet. Niestety nie daje gwarancji, że także i na owych obcych planetach ludzkość nie powtórzy owego zaklętego kręgu. Wniosek może nasuwać się taki, że jedyną szansą na przetrwanie naszego gatunku to rozprzestrzenienie się na jak największą liczbę światów. Niestety to daleka, bardzo daleka pieśń przyszłości.

Interesujące w „Kantyczce…” jest również tło polityczno – historyczne nowej cywilizacji. Miller przemycił strzępki informacji o wojnach, państwach, granicach i wydarzeniach w bardzo inteligentny i rozbudzający wyobraźnię sposób. Ja już pisałem, kiedyś, gdzieś, że uwielbiam tło w książkach science-fiction, historiach alternatywnych. Im lepiej zarysowane, im ciekawsze, im bardziej prawdopodobne tym lepiej. A w “Kantyczce…” tło jest przedstawione bardzo zgrabnie i bardzo interesująco.

I mało co a byłbym zapomniał. Książka jest również zabawna. Momentami co prawda, ale humoru jest całkiem sporo. W dodatku tego czarnego, który moim ulubionym rodzajem humoru jest.

Została wydana jeszcze jedna książka Millera, będąca kontynuacją „Kantyczki…” „Saint Leibowitz and the Wild Horse Woman”. Ukazała się ona w roku 1997, już po samobójczej śmierci Millera. Książka została dokończona przez innego pisarza Terry’ego Bissona. Podobno zawiera rozwinięcie drugiej części „Kantyczki…”. Chyba sobie czytnę.

Podsumowując. Nie bez powodu „Kantyczka…” stała się klasyką. Sprzedała się i sprzedaje się dalej w milionach egzemplarzy. Nie bez powodu wielu różnych ludzi znajduje w niej wiele różnych rzeczy. To naprawdę bardzo dobra  literatura.  Polecam gorąco tę książkę.

 

P. S. Tak sobie szperałem po sieci i trafiłem na fascynującą stronę opisującą bardzo możliwy i prawdopodobny scenariusz nuklearnej zagłady. I tym razem nie chodzi o polityków z przerośniętym ego i dostępem do czerwonego guzika. Oj nie. Tym razem chodzi o wybuchy na słońcu, falę promieniowania elektromagnetycznego, która niszczy wszelkie urządzenia elektroniczne i ponad czterysta elektrowni atomowych rozsianych po całym świecie, które w wyniku zniszczenia sieci energetycznej po kilkunastu dniach zaserwują  nam Czarnobyl pomnożony kilkaset razy na całym ziemskim globie.

Przeczytajcie sobie (niestety po angielsku):

400 Chernobyls: Solar Flares, EMP, and Nuclear Armageddon [Fulll Length Version]

 

 

Connie Willis “Przewodnik stada”

Connie Willis "Przewodnik stada"

Connie Willis “Przewodnik stada”

Welcome everybody! Dziś o książce, która w ręce me trafiła dzięki jakże szlachetnej akcji bookcrossingu, w której ma biblioteka aktywnie bierze udział. Książkę wziąłem z półki „Uwolnij książki” przeczytałem i puściłem w obieg dalej. Dlaczego akurat tę? Po pierwsze jako jedyna ze stojących książek była opatrzona symbolem „Nowa fantastyka”. Po drugie wyróżniała się na tle romansów, poradników i tym podobnych książek, które ludzie postanawiają uwalniać. Po trzecie w życiu o niej nie słyszałem. Naprawdę nigdy przenigdy nawet mi się nie obiła o uszy i wleciała oczodołami jakakolwiek wzmianka o tej książce.

Zacząłem czytać, czytałem, trochę się czasem pod nosem uśmiechnąłem i czytałem dalej i w końcu przeczytałem. I po skończonej lekturze zadałem sobie pytanie: WHAT THE FUCK?! Gdzie tu jest fantastyka, gdzie jakieś science i jakieś fiction połączone myślnikiem? Bo fiction i science to może jest, ale nie w tym wydaniu, którego się spodziewałem. „Przewodnik stada” może według mnie zostać uznany za książkę popularnonaukową i tyle. Jakim cudem trafiło to pod opiekę „Nowej fantastyki” to ja nie wiem, albo czegoś nie doczytałem.

Młoda pani doktor, która z uporem maniaka próbuje rozgryźć tajemnicę powstawania mód wszelakich, opisuje swoje przygody w instytucie badawczym. Teraz na tapecie ma modę na krótkie, paziowskie fryzury z lat dwudziestych. Stara się dowiedzieć kto pierwszy? I dlaczego? I po co? I skąd? I jakim cudem to chwyciło? W międzyczasie przypatruje się Ameryce lat dziewięćdziesiątych, zasypuje nas ciekawostkami z życia naukowców i ciekawostkami związanymi z różnymi modami i szaleństwami zbiorowymi jakim ludzkość poddaje się od czasu do czasu. W rozwiązaniu zagadki pomoże jej stado owiec, leniwa asystentka i mężczyzna pozbawiony poczucia gustu. I dużo miłych zdań pada o bibliotece, jako dobrym miejscu:)

„Przewodnik…” to dość zabawna książka będąca satyrą na biurokrację panującą i panoszącą się w instytutach naukowych, to próba wyjaśnienia jak bardzo przypadek pomaga w odkryciu naukowym. I jak śpiewał Kazik: „Czy jest to sprawa Szatana? Czy tylko przypadek, psze pana?” Czy tylko nam się wydaje, że to przypadek, a w istocie jest to wyższy poziom równowagi, a nie zbieg okoliczności (chciałem napisać przypadek, ale chyba za dużo razy użyłbym słowa przypadek w jednym, nieprzypadkowym zdaniu). Można dowiedzieć się z niej kilku ciekawostek dotyczących odkryć naukowych, kilku informacji o dziwacznych modach i tyle. Na szczęście czytało się szybko, choć odczuwam dziwną irytację po skończonej lekturze. Nie wiem skąd ona się bierze, ale coś mnie cały czas kłuje w czaszce (a nie jest to kac). Chyba chodzi o moje oczekiwania względem książki, która coś z fantastyką powinna mieć do czynienia. A nie miała.

Nie wiem czy polecać. Raczej nie. Chyba, że chcecie się dowiedzieć, tego  że Mendelejew uporządkował tablicę pierwiastków w drodze na zjazd serowarów! Ale teraz to już wiecie, bo Wam powiedziałem. I że perednica to przewodnik stada owiec lub innych parzystokopytnych:)