Jacek Dehnel “Saturn: Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya”

Jacek Dehnel "Saturn..."

Jacek Dehnel “Saturn…”

Goya Francisco to znane nazwisko. Nawet prawdziwemu ignorantowi w dziedzinie malarstwa obiło się to nazwisko o ignoranckie uszy. Jakieś tam Spanie rozumu i budzenie się duchów, albo coś o rozstrzelaniu powstańców warszawskich, a może raczej madryckich. W każdym bądź razie Goya wielkim malarzem był i długo żył. (Naprawdę żył długo). Jak mi mówi Wikipedia (licząca sobie dziesięć lat internetowa encyklopedia, bez której polscy uczniowie i studenci nie potrafią się obejść. Przyganiał kocioł garnkowi – nawet ja bibliotekarz korzystam z niej!) Goya był malarzem, który chciał oddać dziejową sprawiedliwość i unowocześnił malarstwo. To krótkie wprowadzenie miało na celu uświadomienie, (w bardzo ograniczonym zakresie) ignorantów w dziedzinie malarstwa, że Goya to nie byle kto!

Trzech mężczyzn, trzy punkty widzenia, trzy istoty ludzkie. Francisco – uznany i rozchwytywany malarz, Javier jego syn z talentem malarskim, ale bez natchnienia. Gdzieś tam w połowie pojawia się Mariano, wnuk Francisca (przepraszam, że tak piszę z hiszpańska, ale po prostu lepiej to brzmi, niż jakiś Franek). Każdy dostał swój głos na kartach książki. I mówią. Jak oni mówią! O swoich bolączkach i radościach! O tym jak Javier nienawidzi ojca, który w jego oczach jest rozpasanym, wyuzdanym capem. Francisco z kolei z pogardą patrzy na syna, apatycznego, kluchowatego i niezdarnego, który cały dzień siedzi w domu i czyta książki. Ani do burdelu nie pójdzie, żadnej dziwki nie przerżnie. Francisco mówi, że on, gdy był w wieku swego syna to żadnej dziewce nie przepuścił. Tak im sakwy trzepał, że nawet grosik nie zostawał, to nie moje to “Testosteron“. Javier ogromny żal do ojca chowa, za brak szacunku do matki, która z milczeniem godzi się na wyczyny męża. Kobiety zresztą na w wypowiedziach trzech pokoleń mężczyzn z rodziny Goi się nie liczą. To opowieść synów o ojcach i ojców o synach. Do tego dochodzi wnuk. Gardzący ojcem, a uwielbiający dziadka. Opowieści tych trzech mężczyzn dotyczą ostatecznego rozrachunku, w którym i tak niedaleko pada jabłko od jabłoni. O zatrutym drzewie genealogicznym, które przekazuje błędy dalej i dalej i dalej. Powielając schematy, którym na początku się zaprzecza. O braku szczerości, niedomówieniach, które nie wyjaśnione nabrzmiewają do ogromnych problemów. Jeśli pojawi się jakiś gest czułości, akceptacji i zrozumienia natychmiast kryje się go pod maską gburowatości. Ot, takie rodzinne życie.

Jaka to świetna książka! To jest literatura przez duże L. Dehnel ma prawdziwy talent. Jakiż zasób słów, jakie piękne teksty. I zazdrość mnie bierze, za ten jego talent. Zazdrość, a jednocześnie radość, że mogę sobie takiego Dehnela poczytać. Podobnie jak w Fotoplastikonie, Dehnel maluje. Maluje słowami jak Goya pędzlem. Wydobywa na świat najczarniejsze barwy i myśli bohaterów. Wszystko takie sugestywne i żywe. PRAWDZIWE. Czytając nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że tak mogły wyglądać relacje rodzinne w domu Goya. Polecam tę książkę każdemu!

Byłbym zapomniał – inspiracją do napisania książki były tak zwane “Czarne obrazy”, malowidła w domu, w którym przebywał Goya na starość. Obrazy są mocno niepokojące i mroczne. Wypowiedzi mężczyzn z rodziny Goya przerywane są interpretacją malowideł. Sugestywną, mocną, niebanalną.

P. S. Autor w związku z ostatnimi rewelacjami dotyczącymi autorstwa dzieł Goi (podobno nie namalował kilku swoich rzeczy) wysnuwa śmiałą tezę, która jest może i podyktowana wyobraźnią Dehnela, ale całkiem prawdopodobna i możliwa. Nie będę zdradzał szczegółów, zachęcam do czytania:)

P. S. 2 Garść obrazów Goi TU i TU. I jeszcze może Europeana. I “Czarne obrazy” z angielskiej Wikipedii.

Jacek Dehnel “Fotoplastikon”

Jacek Dehnel "Fotoplastikon"

Jacek Dehnel “Fotoplastikon”

Moja pierwsza książka Jacka Dehnela, pisarza o dobrej, ugruntowanej pozycji jeśli chodzi o polski i nie tylko świat literacki. “Fotoplastikon” to ponad sto mini opowieści, wariacji snutych przez Dehnela na temat starych fotografii, których Dehnel jest namiętnym zbieraczem i kolekcjonerem.

Większość fotografii pochodzi z przełomów wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Zdjęcia te mają kolory sepii, często są zniszczone, bo losy tych fotografii zapewne bywały pogmatwane. I właśnie losy tych fotografii oraz losy ludzi przedstawionych na tych fotografiach Dehnel próbuje nam opowiedzieć. Zdjęcia są różne, przedstawiają różnych ludzi – wszystkie łączy jedynie wielka niewiadoma. Niewiadoma, którą Dehnel stara się rozwikłać w bardzo interesujący sposób. Jego miniatury literackie na temat każdej fotografii są zastanawiające. Sto miniatur, sto różnych zdjęć. Niektóre teksty zachwyciły mnie bardzo, inne zdenerwowały, bo uważałem, że Dehnel podąża zupełnie nie w tą stronę. Autor książki potrafił jednak wydobyć emocje ze zdjęć, które praktycznie od ponad stu lat były martwe. Martwe, bo krewni już dawno nie żyli, bo wojna wyczyściła wszelkie rodzinne powiązania, albo wojna sprawiła, że zupełnie przypadkowi ludzie stali się właścicielami zdjęć, których nie powinni mieć w posiadaniu.

Dehnel stara się przy całej swojej erudycji, wykształceniu – poznać te zdjęcia. Poznawanie tych zdjęć niekoniecznie musi oznaczać bezapelacyjną akceptację tego co się na nich dzieje. Czasem miałem wrażenie, że autor drwi z  postawy sfotografowanych ludzi, że ma z nich niezłą polewkę. A przecież nie przystoi, minęło tyle lat, takie fotografie wymagają przecież nabożnego podejścia, a tu taki Dehnel się nabija i często robi to w sposób zajebisty. Przecież ludzie na fotografiach nie mają szans żadnych na obronę. Ich kości już dawno spróchniały i tylko te fotografie jako mgnienie przeszłości po nich zostały. Niektóre teksty odbierałem też jako takie popisywanie się Dehnela, że czego to on nie wie, i jakie ma zajebiste skojarzenia i jakże on głęboko potrafi spojrzeć na zdjęcia. Takie małe grafomaństwo. No ale może przemawia przeze mnie zwyczajna zazdrość bo koleś jest tylko starszy ode mnie o cztery lata i uznanym pisarzem już jest.

Osobiście nie rozumiem pasji pana Jacka do zbierania starych fotografii, które nie mają z jego przeszłością nic wspólnego. Ale po lekturze “Fotoplastikonu” na pewno dwa razy się zastanowię albo przynajmniej przyjrzę jakimś fotografiom w stylu vintage.

Polecam książkę, bardzo miła lektura, przenosi nas w dawne czasy, pozwala nabrać dystansu do nas samych, do naszego życia, które tak naprawdę nie różni się niczym od życia ludzi z fotografii. Rządzą nami te same prawa natury, te same namiętności złe i dobre. Dehnel jest świetny właśnie w wydobywaniu tych namiętności.