Andrzejowi Bursie ku pamięci.

bursa2Wy którzy zaglądacie na ten mój ugorek internetowy raczej zdajecie sobie sprawę, że z poezją to ja jestem lekko na bakier. Nie to, że nie znam, ale zwyczajnie to nie moja działka. Jest jednak kilku poetów, którzy nawet mnie, gruboskórnego prostaka chwytają za serce. I do nich należy właśnie Andrzej Bursa.

Czytaj dalej->

Jan Stanisław Bystroń “Komizm”

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKomizm. Czym jest komizm? Definicja słownikowa bardzo łatwo charakteryzuje nam termin komizm jako: 

zdarzenie życiowe lub sytuacyjne, a także właściwość dzieła literackiego lub dzieła sztuki, skłaniające odbiorcę do wesołości i śmiechu, eliminujące negatywne odczucia, takie jak strach, litość, odraza itp. Literacki komizm występuje np. w satyrze, pamflecie, komedii, paszkwilu, farsie, burlesce, trawestacji, grotesce, ironii, dowcipie, żarcie itp.

Mamy więc jasność? Teoretycznie tak, ale z doświadczenia wiem i Wy też pewnie wiecie, że różne rzeczy różnych ludzi śmieszą. Jeden będzie się zaśmiewał z wulgarnego dowcipu o dupie Maryni, drugi z niesmakiem odwróci wzrok i charakterystycznie westchnie nad upadkiem moralnym ludzkości. Ktoś powie, że Monthy Python jest zwieńczeniem i ostateczną  formą humoru absurdalnego oraz brytyjskiego, drugi powie, że to banda pederastów lubiących przebierać się za kobiety. Tacy są ludzie i tak różne są ich charaktery i wrażliwość na różnego rodzaju humor. Dlatego też Jan Stanisław Bystroń pisze we wstępie do swego dzieła:

Teorią komizmu zajmowałem się od szeregu lat. Doradzali mi nieraz znajomi, abym porzucił błahy i mało poważny temat. Nie rozumiałem co prawda nigdy, dlaczego praca nad teorią komizmu ma być czymś mniej poważnym od np. teorii tragizmu, ale ostatecznie pogodziłem się z tym, że wielu rzeczy nigdy nie zrozumiem; co zaś do dobrych rad, to przestałem się nimi przejmować. Zajmowałem się dotychczas dość rozmaitymi zagadnieniami; otóż — o ile pamiętam nie było chyba tematu, którego by mi z różnych stron nie odradzano.

 

W książce niniejszej nie cytuję literatury przedmiotu, nie daję aparatu krytycznego, nie demonstruję erudycji. Czytałem to i owo z obszernej literatury teoretycznej, poświęconej komizmowi ; bardzo często miałem wrażenie, być może niesłuszne, że tematem tym zajmowali się ludzie, którzy nigdy w życiu się nie śmiali. Świadomie więc nadaję książce ton popularnego wykładu ; będę się cieszył, jeżeli czytelnik nie zauważy tych trudności, które na każdym niemal kroku stawały przede mną.

 

Oczywiście, nie mam żadnych złudzeń co do tego, że ogromna większość czytelników będzie traktowała niniejszą książkę jako zbiór mniej lub więcej wesołych opowiadań zabawnych konceptów. Niech i tak będzie ! Jeśli teoria okaże się chybiona, to niech przynajmniej książka w tej niezamierzonej roli okaże się przydatna. Tyle jest książek na świecie, i to z najbardziej dostojnymi tytułami, z których nawet takiego pożytku nie ma!

Zakopane, w lecie 1938.

Już po samym wstępie można nabrać sympatii do autora. A sympatia wzrasta w trakcie lektury jego dość monumentalnego dzieła liczącego sobie prawie sześćset stron w opasłym tomisku. Nie czyta się tej książki jednym tchem, w ciągu jednego lub kilku wieczorów. Ja ją sobie podczytywałem i za każdym razem odkrywałem nowe smaczki, nowe ciekawostki i bogactwo polskiej literatury od czasów średniowiecza do lat trzydziestych dwudziestego wieku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że książka ukazała się w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym.

Zaprawdę powiadam Wam pan Bystroń wziął na warsztat wszystkie rodzaje humoru: słowny, sytuacyjny, rysunkowy podzielił to jeszcze na inne kategorie jak humor przeciwieństw, groteskę, absurd i wiele, wiele innych. Nie wiedziałem, że dawna polska literatura obfitowała w tak ciekawe i wciąż (w większości przypadków) śmieszne przykłady tak wielu rodzajów humoru.

Bystroń starannie i w ciekawy sposób analizuje różne zjawiska, które prowadzą do powstania sytuacji, zdarzenia, gry słownej, które śmieszą. Sypie jak z rękawa anegdotami i dygresjami, przykładami z życia i z literatury. Dużo jest humoru żydowskiego, niemieckiego, książka pisania w międzywojniu w taki humor siłą rzeczy musiała obfitować. Widać także, że Bystroń pisał dla wykształconych ludzi, bo łacińskich sentencji nie tłumaczy, niemieckich także. Cóżem ja się namęczył, żeby posprawdzać niezrozumiałe zdania, bo łacinę to ja znam, ale tylko taką podwórkową.

Jak już wspomniałem lektura książki nie należała do błyskawicznych, ale to bardzo dobrze. Poleciłbym zwłaszcza polonistom, ale przeczytać możecie tylko w Czytelniach, bo książka jest sprzed wojny i raczej większość bibliotek nie wypuszcza książek przedwojennych na świat zewnętrzny. To  była naprawdę ciekawa i wielce pouczająca książka. A teraz będąc tym osobnikiem, który tylko dostrzegł pikantny humor w książce – kilka przykładów dla Was:)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jest tego znacznie więcej i w głównej mierze króluje dowcip pisany, ale postanowiłem Wam dawkować, cobyście nie pękli ze śmiechu.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 22

Wróciły! “Książki najgorsze” z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego! Uff, a już się bałem, że polscy grafomani zawiedli na całej linii. Mam nadzieję, że wrócą na dłużej bo dalszych numerów nie przeglądałem, ale nawet jak trafią się od czasu do czasu to i tak nie będzie źle.

Dzisiaj dwaj autorzy sprzed lat. Xawery Glinka. “Zielona furtka. Poezje.” i Zygmunt Nardycz. “Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach”. Z cyklu: „Wojna”.

Rubryka oczywiście z Wiadomości literackich nr 11, 15 marca 1925 roku.

WL1925nr1115III

WL1925nr1115IIIb

WL1925nr1115IIIc

U furtki do „Książek Najgorszych”

“Xawery Glinka. Zielona furtka. Poezje. Warszawa, 1925; str. 126.

Grafomania zaczyna się zwykle od t. zw. łatwości wierszowania. Powstają kilometry rymowanych „snów”, „tęsknot”, „szałów” i t. p., i w sferze tych szablonów obraca się przyszły twórca krócej lub dłużej, w zależności od posiadanego talentu i wyłożonej nad sobą pracy. Sądzę, że młodzieńcze utwory każdego poety dadzą się podciągnąć pod nazwę grafomanii, sądzę nawet, że liczba poetów jest poprostu zależna od liczby grafomanów, że zachodzi tu stosunek wprost – proporcjonalny. Grafomania więc, jako nawóz, z którego wyrastają późniejsi twórcy, jest zjawiskiem dodatniem w kulturalnem życiu społeczeństwa, można ją tolerować, jeżeli chodzi o młode, kiełkujące talenty i talenciki, — inna sprawa jednakże ze starszymi, notorycznymi grafomanami.

Pan Glinka, długo pracując piórem, nie nauczył się niczego, prócz dobierania kiepskich rymów dla banalnej treści; wydaje mu się jednak, że jest poeta. Już pierwszy wiersz jego nowego tomu jest bezwartościowy, a im dalej zapuszczać się w te 126 stron „poezyj”, tern plastyczniej zarysowuje się klasyczne niedołęstwo poetyckie (przy dość wprawnem zresztą operowaniu szablonami), płaskość ideologii, trywialna zmysłowość i nikła inteligencja.

„Poeta, pan, mag wzniosły, co duszę ma wolną” pisze np. takie rzeczy:

„Oparty o mur kościoła

Łazarz samotny stał.

Mija go gawiedź wesoła,

Pachnących spódniczek szał “

W tym samym czasie „Krakowskiem idzie pachnąca panna — szesnaście lat” i ni z tego ni z owego:

„Panna się brata z Łazarzem.

Z wiosną brata się trup!

Przed Boga wielkim ołtarzem

Mistyczny pełni się ślub”.

Mistyka, ten stary wykręt grafomanów, przydaje się również, gdy chodzi o bardzo konkretne cele, t. zw. „erotyczne”:

„Pani ręce są jak relikwie

W milczeniu świątyń podziwiane.

Całując końce Pani palców —

Jak Hostię z nich przyjmuje pranę”…

Patriotyzm p. Glinki gatunkowo nie jest cięższy od jego „mistyki”. Wiersz p. t. „Antychryst” pod względem treści jest kiepską trawestacją tego, co przez parę lat napisała „Dwugroszówka” na temat antychrysta – Żydowina, Lejby Trockiego, pod względem formy zaś — nieudolnem naśladownictwem znanej przed kilkoma laty „Wielkiej Teodory”. Od siebie daje autor tylko tę informację, ze ajentami Trockiego są:

„Lloyd George, Toover, Samuelsy,

Rotschyldy, Barbussy, Wellsy –“

Pan Glinka jako „kochanek” pisze kilkadziesiąt wierszy ordynarnej siewieriańszczyzny pod ogólnym tytułem „Pani”. Oprócz nieodzownych „omdleń”, „upojeń”, „pieszczot”, „róż”, „mórz”, „sleepingów” i francuskich rymów (np. Łan — l’Origan, a nawet biioux — dessous) — nie brak tam i momentów rozweselających, np.:

„ … Jak mysz napoły żywa,

Ze strachu oniemiała —

Radosna i szczęśliwa

Oddajesz mi się cała.

Choć czujesz, że za chwilę

Zatracę Cię w niebycie…”

Pan Glinka ma podobno jedwabną pyjamę i błękitną kanapę. — wogóle jest (ho! ho!) per-wer-syj-ny!…

„…Wino w kieliszkach — przekąska –

Kusi mnie pończoch twych ażur

I solferino podwiązka…

Przewlekłą drażnię pieszczotą

Różowe piersi Twych końce”…

Poprzestajemy na tem. Sądzimy, że zajęcia p. Glinki nie wymagają tak dokładnego opisu, upstrzonego owemi osławionemi „tęsknotami”, „niebytem”, „powiewami wiosny”, — niesmaczną „liryką” i poślednią „mistyką”. Ani życie bowiem, ani poezja nie dadzą się sfałszować.

Zygmunt Nardycz. Matka. Utwór dramatyczny w trzech odsłonach. Z cyklu: „Wojna”. Warszawa, 1925; str. 49 i 1nl.

Przepis kuchenny Zygmunta Nardycza na dramat: 1) rzeczowniki: zgroza, niebyt, nieukój, dal, rozpacz, mistyczność, smętek, bezpowrót; 2) czasowniki: unicestwiać, szarpać, zwiewać, omdlewać. znikać; 3) przymiotniki: niesamowity, skołatany, podzwonny, skłębiony, milczący, ukojony; — do tego trochę kropek i przecinków, dużo, jak najwięcej myślników; dobrze zamieszać i po godzinie wyjąć z pieca świeży filozoficzno – mistyczny, fajn – ekspresjonistyczny dramat.

Jeden z aktów kończy się tak:

„Poeta (spojrzał tu i owdzie, pokiwał niewiadomo dlaczego głową)

(wychodzi)

(Zasłona)”

Pan Nardycz też spojrzał tu i owdzie, słyszał lub czytał to i owo, rozumiejąc piąte przez dziesiąte, i niewiadomo dlaczego uważa się za dramaturga. A dajże pan spokój!

Wb.”

Ja tam na poezji się nie znam, to się nie wypowiem o panu Glince. Krótkie przeszukanie Sieci i słowników zaowocowało informacjami, o tym że pan Glinka trochę pisał w czasach międzywojennych i wojennych oraz, że osiadł w Londynie. Dla zainteresowanych poezją Jagiellonka ma egzemplarz tutaj i można też sobie kupić książkę. Na Allegro aukcja jest tutaj. Powiem tyle, że ja zakupów czynić nie zamierzam:)

A pan Nardycz też jest w Jagiellonce do przeczytania tutaj. Za wielu informacji o nim nie znalazłem.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

 

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 16

Dzień dobry! Witam Was w poniedziałkowy poranek. Kolejny odcinek “Książek najgorszych” serwuję Wam. Dziwnymi zdaniami piszę, bo po weekendzie polskiego nie znam.

Przyznam się, że wpadłem ostatnio w jakąś hibernację czytelniczą i na razie nic nie czytam, jeno sobie podczytuję. Technicznie rzecz ujmując to jednak czytam:)

Postanowiłem również zrobić sobie detoks od Internetów i na swoje RSS w Google Readerze nie będę zaglądał tak często jak dotychczas. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie nie widzę żadnych objawów odstawienia.

Wracając do “Książek najgorszych”. Dziś książka Bogósia robotnika pod tytułem “Socjalny program zbratania narodów i pokoju wieczystego”.

Wiadomości Literackie nr 24, 15 czerwca 1924

WL1924nr2415VI

WL1924nr2415VIa

Książki najgorsze

“BOGÓŚ (robotnik). Socjalny program zbratania narodów i pokoju wieczystego (poezje). Warszawa, nakładem autora; str. 32.

Właściwie książka ta nie jest najgorsza —jest bowiem na to zbyt krótka. Na trzydziestu stronach, rzadko zapełnionych wierszykami bez rymu, rytmu i sensu, poczciwy autor – robotnik stara się przekonać świat o konieczności zbratania się. Powiada on szczerze i poprostu;

„Ja przez nikogo wybrany

Chcę być posłem poległych

I na takich podstawach

Pragnę mówić przez trzy dni.”

Autor chce, zdaje się, mówić nie przez trzy dni, a poprostu trzy po trzy, i udaje mu się to najzupełniej.

 Z poza mozolnie gładzonych frazesów przegląda co chwila pospolita trywjalność i fałszywa ambicja zwykłego kabotyna. Pan Bogóś niepotrzebnie udaje proroka; sądząc po fotografji i sposobie wyrażania się, lubi sobie wódeczkę i po fajerancie zażera się kapustą z grochem. Jest on z typu tych zabójczych półmędrków chłopskich, co to mówią przy każdem słowie: „Powiem już faktycznie, że Rosjan nie wykazał”.

„A Bóg mówi podług Pisma świętego,

Jeżeli podzieliliście się nazwami:

To Anglik, to Francuz,

To Niemiec, to Rosjan” (!)

Najbardziej fascynujący jest obraz kobiety piorącej:

 „Tym znękanym matkom,

Stojącym przy praniu

Na jednej nodze,

Drugą dziecko kołysze

I śpiewa mu ze łzami

I obiad skromny gotuje,

Cztery roboty naraz,

A ojciec z synami na wojnie

 I za co?

Że jest naród podzielony,

Za to,

 A córkę rozpacz ogarnia,

Że ją spotka to samo”

Co ją spotka? To samo, co naród, to znaczy, że ją podzielą. Zajmuje mnie też matka – ekwilibrystka, która pierze bieliznę, kołysze dziecko, stojąc na jednej nodze gotuje obiad i śpiewa tak wymyślne bzdury jednocześnie. Jestem o tę kobietę spokojny: da ona sobie radę w życiu.

Niedość jest mieć szlachetne tendencje, ale trzeba umieć je wyrazić. To p. Bogóś jako robotnik powinien zrozumieć. Niechby np. p. Bogóś spróbował wyplatać krzesełka, nie mając o tem pojęcia, — napewnoby wyplótł takie brednie, jak w swojej książeczce.”

bt.

Przyznam się Wam, że podczas czytania tego tekstu byłem trochę zły na recenzenta, który być może niesprawiedliwie oceniał robotnika pragnącego równości i sprawiedliwości. I robotnik ów to pragnienie chciał wyrazić najlepiej jak umiał. A tu się z niego śmieją, że wódeczkę i kapusta z grochem.

Obraz kobiety pracującej być może zbyt ekwilibrystyczny, ale nie zmienia to faktu, że kobiety – robotnice miały wtedy naprawdę ciężki los.

Dopiero ostatni akapit złagodził moje poirytowanie na członka redakcji “Wiadomości literackich”. Dziś napisalibyśmy mieć “szlachetne intencje” (zobaczcie jak się język może ciut zmienić).

Książki robotnika Bogósia nie znalazłem w Jagiellonce.

Numer “Wiadomości Literackich” tradycyjnie znaleziony w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 10

Dzień  dobry! Dziś “Książki najgorsze” w poniedziałek. Jak tam u Was? W Krakowie ślisko jak diabli. I mam nadzieję, że z zimna nie dygotaliście, bo dzisiaj będzie o tomiku wierszy “Dygoty duszy” Aleksandra Mella.

Wiadomości Literackie nr 12, 23 marca 1924

WL1924nr1223III

Książki najgorsze

“Aleksander Mell. Dygoty duszy. Kraków, Księgarnia S. A. Krzyżanowski, 1922; str. 32.

Spotykam się często ze zdaniem, że „Książki najgorsze” nie istnieją: „To jest niemożliwe! Pan to napewno zmysla”.

Mam oto przed sobą książeczkę p. A. Mella i z niedowierzaniem czytam:

„i sam nie wiem, gdzie całowałem,

tak ogromnie z miłości szalałem!”

Kto wie: może padłem ofiarą szantażu? Może te wszystkie książki, które mi przysyłają lub które znajduję w księgarni, są pisane umyślnie, aby mnie okpić. Czy naprawdę może istnieć książka „Dygoty duszy”? Na okładce napisane jest wyraźnie: „Nakładem księgarni S. A. Krzyżanowski”. Firma taka istnieje — zwracam się więc do niej z publicznym apelem, aby odpowiedziała, co znaczą te słowa:

„Raz myślę, żem jest podły,

że wielki (!) ze mnie świnia,

a drugi: przecież ja,

ja jestem wcale dobry”.

Niema ani jednego rymu, niema rytmu, niema sensu.

 Czy firma S. A. Krzyżanowski może mi wyjaśnić, w jakiem znaczeniu użyte jest słowo „szczecie” w następującej zwrotce:

 „Chudość twarzy,

Ostrość brody,

Głowy szczecie

Jasne, jasne”.

Czy to jest rzeczownik czy czasownik?

Firma S. A. Krzyżanowski drukuje wierszyk p. Mella, w którym ten elemełe powiada:

„W kabarecie, w gabinecie

przy tetatecie (!?).

Do kabaretów idą śnić

o ideałach wolności,

w ramionach tancerki wódkę pić

do zwierzęcości,

na cześć ludzkości”.

Uuu… potworne!

„Może się wkrótce urznę, utnę (?!),

Może ucieknę w świat daleki,

Może mnie chwyci życie chutne,

Albo upadnę w kalne (?) ścieki”.

Nie upadnie pan w ścieki, bo już pan w nich leży, panie Mell. Nie utnie pan sobie, bo już pan ma niewiele do ucięcia. Żal mi pana.

Powiada pan:

„i sam nie wiem gdzie całowałem”.

 Czyżby pan naprawdę nie wiedział? Czy pan się nie domyśla? Niech pan mi poda swój adres: napiszę panu, “gdzie pan całował” i gdzie pan jeszcze długo powinien całować każdego uczciwego człowieka, który nie pisze wierszy i nie ma „dygotów duszy”.

bt.

Aresztowanie grafomana.

Dowiadujemy się, że ostatnio aresztowano we Lwowie znanego naszym czytelnikom z rubryki „Książek najgorszych” „profesora psychologii”, Władysława Kwiatkowskiego, autora słynnej już dziś ,.Pierwszej miłości Heli”. Przypuszczać należy, że aresztowanie to pozostaje w ścisłym związku z ogłoszonemi w „Wiadomościach Literackich”  fragmentami tego utworu, w każdym razie stwierdzamy z zadowoleniem, że niebezpieczny grafoman osadzony został pod kluczem. Spodziewać się należy, że interwencja policji nie ograniczy się do tego jednego wypadku, i że wkrótce usłyszymy o szeregu dalszych aresztowań.”

Ach, te dygoty duszy, któż z nas ich nie przeżywał, któż nie pragnął spisać tych wszystkich myśli kłębiących się pod czaszką. Pan Mell nie poprzestał tylko na myśleniu o spisywaniu, ale zaczął spisywać. Brawa za odwagę, niestety nie zyskał zbytniego szacunku ze strony recenzenta “Wiadomości Literackich”. Tak bywa…

Świetnie wykorzystana informacja o aresztowaniu Władysława Kwiatkowskiego. Jakąż to potęgą była ówczesna prasa, by doprowadzić do tak poważnych konsekwencji…

Jak zwykle znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.