Śledź przyczyną morderstwa!

Mam nadzieję, że tytuł posta jest dość chwytliwy. Chciałem wprowadzić trochę dramaturgii i sensacji do dzisiejszego wpisu.

Nie wiem w zasadzie po co, bo samo zdarzenie sprzed lat osiemdziesięciu siedmiu jest wystarczająco dramatyczne.

Alkohol plus śledź to związek występujący od dawna. Związek można powiedzieć partnerski. Jeden z drugim może funkcjonować oddzielnie, lecz dopiero połączeni razem dają ogromne korzyści biesiadnikom. Mogę tutaj przytoczyć zupełnie niepasujące biologiczne porównanie do oddziaływania międzygatunkowego zwanego protokooperacją.

Co zrobić gdy śledzia brakuje? Można po niego pójść samemu, można po niego wysłać przyjaciela. Lepiej dla nas (lenistwo) wysłać przyjaciela. Aby przyjaciel poszedł po tego śledzia należy się zwrócić do niego tonem proszącym, a nie rozkazującym. Przyjaciel może nas bowiem nie zrozumieć i się na nas obrazić. My natomiast w pijanym widzie weźmiemy brauninga i przyjaciela zastrzelimy. Brzmi dosyć makabrycznie? Przeczytajcie sobie notkę z Ilustrowanego Kuryera Codziennego nr 47 z 16 lutego 1926 roku.

IKC1926nr4616II

“Krwawy dramat w gmachu komendy Obozu warownego

przy placu św. Magdaleny w Krakowie.

 Sierżant strzałem, skierowanym w serce swego kolegi, kładzie go trupem.

(x). W sobotę późnym wieczorem rozegrała się w gmachu Komendy Obozu Warownego przy Placu Św. Magdaleny w Krakowie, tragiczna scena, w której z ręki swego kolegi sierżanta Bolesława Węgrzyna, zajętego przy referacie oświatowym K. O. W., padł ugodzony w serce kulą rewolwerową, sierżant 2 pułku lotniczego Ignacy Augustyn.

Tło krwawego zajścia.

Przebieg zajścia był następujący: Sierżant Węgrzyn od kilku dni pozostawał już w szpitalu wojskowym na oddziale chorób nerwowych. W sobotę uzyskawszy pozwolenie na chwilowe opuszczenie szpitala, spotkał się na mieście z kierownikiem tego oddziału, oraz z kilku innymi kolegami. Chęć obszerniejszej pogawędki skierowała ich do jednej z restauracyj, gdzie przy libacji spędzili dłuższy czas.

Po zabawie w wesołym stanie sierż. Węgrzyn wraz z kierownikiem przybyli na kwaterę w gmachu Komendy Obozu Warownego, którą wspólnie z Węgrzynem zajmował także sierż. Augustyn. W tem miejscu zaznaczyć trzeba, że sierż. Węgrzyna z sierż. Augustynem, prócz służby wojskowej łączyły węzły przyjacielskie.

Po przybyciu na kwaterę sierż. Węgrzyn wraz z swym towarzyszem szpitalnym, utrudzeni zabawą ułożyli się na łóżkach.

,,Idź mi po śledzia, bo cię zastrzelę”!

Po drzemce przyszło między sierż. Węgrzynem, a sierż. Augustynem do żartobliwej wymiany słów, w czasie której sierż. Augustyn czynił koledze wyrzuty, że się upił. Po chwili sierż. Węgrzyn w tonie rozkazującym wezwał sierżanta Augustyna, aby mu poszedł po śledzia, gdyż jak się wyraził ma po przepiciu ogromny niesmak i drapanie w gardle.

Kiedy sierż. Augustyn nie objawiał chęci zadość uczynienia kolegi, ten jeszcze raz upomniał go słowy: „Idź mi po śledzia, bo cię zastrzelę”.

Śmiertelny strzał w serce.

 Sierżant Augustyn przyjmując żartobliwie groźbę swego kolegi, w dalszym ciągu nie reagował na wezwanie.

W jednej chwili sierż. Węgrzyn widocznie jeszcze pijany. chwycił za leżący na stole brauning i zmierzył w serce Augustyna, będąc pewny, że nie jest nabity, gdyż poprzedniego dnia wspólnie z sierżantem Augustynem go wyładowali.

Wkrótce rozległ się strzał, a kula ugodziła śmiertelnie w serce Augustyna, który zbroczony krwią upadł na ziemię. Po kilku słabych oznakach życia, Augustyn w parę minut zmarł.

 Zajście wywołało duże wrażenie na znajdujących się w gmachu Komendy oficerach i żołnierzach. Przybyła na miejsce zbrodni wojskowa komisja sądowa — Węgrzyna aresztowała i osadziła w więzieniu śledczem. Zwłoki sierżanta  ś. p. Augustyna przewiezione zostały trupiarką do szpitala załogi.”

Bardzo przykra sprawa. W numerze z dnia następnego znajdziemy jeszcze krótką wzmiankę o zajściu.

IKC1926nr4717II

“ECHA KRWAWEGO DRAMATU W GMACH KOMENDY OBOZU WAROWNEGO.

W związku z krwawym dramatem, który rozegrał snę w gmachu K. O. W. przy placu św. Magdaleny w Krakowie, o czem już donosiliśmy we wczorajszym numerze, dowiadujemy się, że ś. p. sierżant I. Augustyn był słuchaczem prawa na tutejszym U. J. — aresztowany zaś sierżant Węgrzyn przed kilku miesiącami zdał maturę gimnazjalną. Jak już wspomnieliśmy, obu łączyła serdeczna przyjaźń i obaj mieli zamiar w przyszłości poświęcić się stanowi duchownemu. Jako żołnierze byli wzorem dla swych współtowarzyszy broni.

Dla wyjaśnienia dodać należy że sierż. Węgrzyn nie pozostawał jeszcze w kuracji w szpitalu wojskowym na oddziale chorób nerwowych, lecz miał się dopiero do leczenia zgłosić. Tem samem odpada nieścisła informacja jakoby miał się zabawiać z kierownikiem tego oddziału w jednej restauracji.

 BURZLIWA NOC KARNAWAŁOWA. W ciągu ubiegłej nocy pogotowie ratunkowe interweniowało w szeregu bójek ulicznych, oraz w jednym wypadku awantury familijnej, w czasie której mąż został raniony siekierą przez swoją małżonkę.”

To musiały być młode chłopaki. I tak pośrednio śledź zakończył życie jednego młodego człowieka, a drugiemu najprawdopodobniej złamał życie na wiele lat.

Zostawiłem doniesienie o burzliwej nocy karnawałowej, bo jest interesujące. Moim zdaniem pokazuje, że nic się nie zmienia.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Polska nie jest suchym krajem, czyli jak pito we Lwowie…

I czasem ma dusza znajdzie w gazetach sprzed wielu lat temat jakże bliski sercu. I tak stało się tym razem, w swych “Listach ze Lwowa” korespondent “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” poruszył temat nocnego, alkoholowego życia we Lwowie:) Zdaję sobie sprawę, że to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej przedwojennych knajp i lokali lwowskich, ale miło poczytać o świecie, którego już dawno nie ma. A który tętnił życiem bardzo kolorowym i ciekawym.

 

“Henryk  ZBIERZCHOWSKI.

LISTY ZE LWOWA.

Gdzie i jak się pije we Lwowie?

Jestem pewny, że list ten wzbudzi wielkie zainteresowanie w całej Polsce, większe nawet, niż wszystkie poprzednie listy, dotykające przeróżnych dziedzin lwowskiego życia. Trudno! Polska nie jest suchym krajem i każdy Polak, jeżeli nie jest chory pije chętnie i lubi dowiedzieć się, gdzie i jak piją jego współrodacy. Więc niejeden wytnie sobie ten feljeton i po przyjeździe do Lwowa używać go będzie jako przewodnika po mieście. Lwów lubiał zawsze pić dużo i dobrze. Pod tym względem nie da się do dzisiejszego dnia zapędzić w kozi róg ani Warszawie, ani Krakowowi, ani Poznaniowi. I jeszcze jedna cecha charakterystyczna lwowskiego pijaństwa: Kraków pije na smutno, Poznań na tęgo, Lwów zaś pije na wesoło. Lwowianin na dnie kieliszka zawsze znajdzie wesołą anegdotę, sprośny żart lub pijacką piosenkę. Więc dlatego nocami jest tak bardzo rozśpiewany od przedmieść, które śpiewają słynny „Bal u weteranów” aż do centrum miasta, które nuci „Walc nocny”. Grzmią więc przedmieścia refrainem:

A muzyczka tirli, tirli

A muzyczka rżnie.

A przy tej muzyczce

 Goście bawią się.

 Wszystko jedno czy to damska

 Czy to męska jest,

Byle tylko rżnęła fest, ach,fest!

a na to im odpowiada zaraz śródmieście:

Gdy ciemność zapada

I światła latarni zapłoną,

Do naszych serc się zakrada

Jakaś tajemna moc.

Hej! serce nam bije.

W wódce niech troski zatoną,

Szerzej i piękniej się żyje —

 Cudną, cudną jest noc.

Więc, gdy ciemność zapada i morze świateł zaleje plac Marjacki, przejdźmy się po Lwowie, ażeby zobaczyć, gdzie i jak piją.

Kto ma dwadzieścia złotych i czysty kołnierzyk, wstępuje do jednej z trzech pierwszorzędnych restauracyj hotelowych: w hotelu George’a  pije ziemiaństwo i złota (pozłacana) młodzież. Nastrój dystyngowany, rozmawia się tylko półgłosem, na stołach koniak i francuskie wino. W hotelu „Imperial” nastrój już więcej demokratyczny i trochę więcej głośny. Tu gromadzi się inteligencja żydowska rozprawiając głośno o procesie Steigera i politycy ukraińscy z Undo raczą się ciagłą fundą. Lecz dopiero w hotelu Krakowskim jest naprawdę przyjemnie. Królewskie sale, a nastrój demokratyczno-cygański. Teatr, literatura, malarstwo i kamieniarstwo, zbiega się tu od czasu do czasu, ażeby nacieszyć się czystym obrusem i świetną muzyczką. Pije się piwo, kawę i śliwowicę, bo to najtańsze. Czasem na jedną karafkę składa się trzech aktorów, dwóch poetów i jeden sekretarz teatru. A kto chce w tajemnicy przed towarzystwem wlać w siebie „dużą mocną”, wymyka się do kuchni, do Walusia, generała od butelek i kropi. Ale często wymykają się za nim chytrzy współtowarzysze i oszczędność bywa ukarana postawieniem całej kolejki. Kredyt łatwy, a uprzejmi gospodarze, pan Tygrys i pan Franio, zbierają karteczki, z których niejedna będzie kiedyś cennym autografem sławnego artysty.

Lwowscy śniadankowicze nie mogą się skarżyć na brak urozmaicenia. W każdej dzielnicy jest jakiś sławny pokój do śniadań, do którego wiatr zimowy zawieje zmarzniętego przechodnie: Szkowron, Musiałowicz, Lasocki, Lewicki, nazwiska szacowne, popularne i nie mające przeciwników politycznych. Partja zielonych (piołunówka) nie pokłóci się tam nigdy z partją białych (żytnia Baczewskiego), a najczęściej wstępują wszyscy solidarnie do klubu K. C. D. (każ coś dać), które posiada imponującą ilość członków i sympatyków. Tam walczy się z moskalami (w chwilach kociokwiku), tam znajdzie się zawsze „jeńca”, gdy pragnienie jest większe od kieszeni. (Jeńcem nazywa się ten, który coś postawi).

Lwowscy piwarze mają swoje własne sanatorium przy ulicy Krakowskiej w lokalu Mariana Kafki. Dzięki tajemnicy piwnic i aparatu, piwo tam zawsze jak śmietana. Piękne tradycje ma ten lokal — asylum ś. p. Tadeusza Pawlikowskiego i jego kochanych aktorów. Pod ciemnemi sklepieniami rodziły się najpiękniejsze pomysły inscenizacyjne, korygowano linje kreacyj po wrażeniach premjery, wiernymi słuchaczami tej teatralnej akademji byli wszyscy ci, co już odeszli na tamtą stronę: Nowacki, Feldman, Jaworski. Hierowski, Okoński. Dzisiaj mieszczaństwo wzięło w arendę tą artystyczną spelunkę, a lwowska „Strzelnica” przypomina sobie swe dawne rycerskie dzieje, walcząc z „bombami” piwa lwowskiego. Czasem nawet sam Król Kurkowy przyjdzie na flaczki i duże lwowskie, a jego marszałek kupi sobie małpę u bufetowego Władzia.

Lwowscy wódczanie, zakrapiacze, mieszańcy, mają swój ulubiony lokalik pod firmą Atlasa. Niejednego Atlasa on już wykończył, bo w wódczanych mieszaninach jest jak magik Cagliostro. A upaść w tym lokalu nie można, bo z przodu podtrzymuje pijaka bufet, a z tylu ściana. Osobliwością lokalu jest śmietankówka i krupnik. I gospodarz, najgrzeczniejszy z lwowskich szynkarzy.

Winiarze lwowscy, potomkowie po kądzieli zacnego Colas Bregnon cztery mają rozkoszne przytułki pod godłem Bakchusa. Winiarnie Ludwika, Stadmullera, Wiksla i Koziołowej, uczą radości życia przez pryzmat złocistego wina.

A ten, kogo o świcie ze wszystkich już knajp wyleją, a do domu iść się boi, znajdzie przystanek u Dickera albo u Icka Spaka. Lecz trzeba być ostrożnym, bo o lokalach tych tak śpiewa piosenka:

Aż tu nagle już nad ranem

Przyszli dwaj cywili,

Włosy pomierzwione,

Wąsy jak badyli.

Nic nikomu nie mówili,

Lampy pogasili ,

Gościom mordy zbili

Taj już, taj już”

 

Naprawdę przecudny felieton. Lekki, przyjemny, ironiczny i zabawny. Wywołał u mnie nieodpartą chęć wycięcia go, wynalezienia wehikułu czasu i udania się w na wycieczkę po wszystkich wymienionych lokalach lwowskich. Na pohybel wątrobie. (Skoro wynajdę wehikuł czasu, to nie będzie problemu z nową wątrobą). Wszak “Polska nie jest suchym krajem” – rozwaliło mnie to stwierdzenie.

Czy i dzisiaj Kraków pije na smutno? Chyba to już się zmieniło, ale głowy lub ręki nie dam sobie za to uciąć, ani tym bardziej wątroby wyciąć.

Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”. “Ilustrowany Kuryer Codzienny, nr 335 z 6 grudnia 1925 roku.

 

 

 

P. S. Znalazłem na Youtubie fragment jakiegoś telewizyjnego programu p. t. “Piosenki lwowskiej ulicy”.

 

Wygląda dość interesująco choć mocno schematycznie. Czy tak śpiewały lwowskie przedmieścia:

http://www.youtube.com/watch?v=_sQxy9P0vXQ&feature=plcp—cz.3

 

 

Elektryczna wizja przyszłości…

Pierwsza strona “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” sprzed dokładnie osiemdziesięciu siedmiu lat. Przecudowne wynalazki, które dzięki geniuszowi ludzkiemu uczynią nasze życie łatwiejszym. Rzecz się tyczy przesyłania energii elektrycznej na odległość. I choć dzisiaj wciąż nie przesyłamy prądu na odległość to nie jest to niemożliwe, a jak na razie po prostu nieopłacalne (albo tak nam próbują wmówić). Prace trwają. A taki Tesla pracował nad czymś co nazwał “Odbiornikiem darmowej energii”.

Zobaczcie jak wyglądać będzie “elektryczna” przyszłość:

 

 

 

 

 

 

Elektryczna wizja przyszłości.

(t) Przed kilku miesiącami zamieściliśmy w llustr. Kurjerze Codz.” rycinę, przedstawiającą automobil, jeżdżący po ulicach Londynu bez szofera. Upiorne to auto było  posłuszne woli swego kierowcy, siedzącego w drugiem aucie, a który wydawał swe rozkazy przy pomocy telegrafii iskrowe]. Ten wynalazek, na razie niepraktyczny, znalazł zastosowanie z pewnymi modyfikacjami już w Ameryce. Oto w pewnym z olbrzymich przedsiębiorstw w stanie Omaha, rozrzuconem na wielkiej przestrzeni, mechanik siedzący w centrali musi od czasu do czasu zmieniać napięcie energii elektrycznej w maszynie oddalonej od niego o dwa kilometry  Otóż zamiast wydawać odpowiednie rozkazy telefoniczne robotnikowi, mówi on do aparatu: “wyłączyć”, albo “załączyć” i automatycznie dzięki aparatowi radio następują odpowiednio zmiany.

Wszystkie te nadzwyczajne cuda techniki elektrycznej nastąpiły w ciągu niewielu lat za naszej pamięci. Postęp na tem polu jest taki szybki, iż nietrudno nam wyobrazić sobie, iż w jakimś niedługim czasie z rozwojem aparatów bezdrutowych, drut, po którym wysyła się siłę elektryczną, będzie niepotrzebny. I oto wizja przyszłości: Jakaś olbrzymia centrala elektryczna (ryc. 1.) wybudowana w miejscu, gdzie się wydobywa węgiel, albo korzystająca ze spadku wód, lub siły fal morskich. Niebosiężne anteny, sypiące wodotryskami iskier wysyłają energię elektryczną w dal… do fabryk, zakładów, okrętów, aeroplanów, które odbierają ją przy pomocy specjalnych widełek (ryc. 2-4). Już niepotrzebna benzyna czy węgiel, obciążające swym ładunkiem owe transportowce… Każdy dom może również nawiązać kontakt z tą elektrycznością z powietrza i zalśnić tylu żarówkami, ile ich potrzebuje. Rolnik wyrusza ze swym traktorem (ryc. 3) w pole, uzbrojonym wyłącznie, tak jak owe aeroplany czy okręty jedynie w aparaty odbiorcze i przemienne. Na roli będzie możliwa nocna praca, a nawet rośliny będą, korzystając ze światła elektrycznego, przyspieszać swój wzrost. Wszystkie motory będą naturalnie znacznie lżejsze, mniej kosztowne, bezwonne, łatwiejsze do obsługi… W kolejach, również pędzonych elektrycznością, podróżni będą wygodnie rozparci w swych fotelach dowiadywać się o najaktualniejszych wiadomościach i oglądać ilustracje, przesłane tą samą drogą i dzięki tej samej sile, tylko w odmienny sposób użytej. (ryc. 5).            .

Tak więc, dzięki tej elektryczności z powietrza, przenoszonej bez drutu, życie stanie się łatwiejsze, piękniejsze i bujniejsze. Oto wspaniałe perspektywy, które genjusz ludzki, nie cofający się przed niczem, ma do zrealizowania…

 

Kurczę, z jednej strony wizja nietrafiona zupełnie. Wciąż nie pozbyliśmy się benzyny, węgla i tym podobnych paliw. A z drugiej strony idea przesyłania informacji bez kabla, która w stu procentach się sprawdziła. Zaiste zadziwiający jest “genjusz” ludzki, który błądząc tworzy cudowności.

A dziś nasza cywilizacja jest uzależniona od prądu w takim stopniu, że się to chyba nawet redaktorom “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nie śniło.

 

“Ilustrowany Kuryer Codzienny”, nr 313 sobota 14 listopada 1925. Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”

“Stowarzyszenie uczciwych ludzi”…

Dziś na pierwszej stronie jednego z najbardziej poczytnych dzienników w Rzeczpospolitej Polskiej czytam sobie o człowieku, który skazany został sześciokrotnie  za różnego rodzaju oszustwa finansowe, a z powodzeniem otworzył parabank obiecując złote góry  (dosłownie) klientom swego parabanku. Jak to zwykle bywa znalazło się mnóstwo chętnych, skuszonych obietnicą łatwego i ogromnego zarobku. I jak to później często okazuje się – owi chętni czekają teraz w kolejkach pod siedzibą owego parabanku i boją się o swoje oszczędności.

Z tonu artykułu można wywnioskować, że pan prezes owego parabanku raczej nie odpowie w żaden sposób za swoje działania, a jelenie, którzy wpłacili mu pieniądze mogą się obejść smakiem. Nie pierwsi oni i nie ostatni…

Co w ludziach siedzi, że tak łatwo dają się omamić? Nie wiem, choć sam jestem bardzo podatnym na wpływy konsumentem, ale na szczęście (nieszczęście) żadnych większych oszczędności nie posiadam, które mógłbym utopić w podobnych przedsięwzięciach.

Dziś informacja o oszustwie sprzed ponad osiemdziesięciu lat…

Prezes „Stowarzyszenia uczciwych ludzi”
osadzony w więzieniu za oszustwo.

Kraków, 9 sierpnia. w Paryżu istnieje, a właściwie istniało „Stowarzyszenie uczciwych ludzi”. Założyciel i najgorliwszy propagator tego stowarzyszenia znalazł się obecnie, o ironjo, w więzieniu za cały szereg oszustw.

Nazywa się on Jan Józef Barnard i karjerę swoją zaczął od założenia czasopisma. Następnie zaczął grupować wokół siebie „uczciwych ludzi” i postarał się o zamieszczenie swej fotografji w pismach ilustrowanych. Prasa śpiewała na jego cześć pochwalne hymny, a ilość ludzi, którzy uważali, że za wkładką 10 franków warto jest uzyskać stempel człowieka uczciwego, wzrastała z dnia na dzień.

Ale p. Bernard przy swojej gorliwej moralizatorskiej działalności nie zapominał także o sztuce. I tak założył on „Theatre de La Maison Moderne”. Wydawał on odezwy i wygłaszał prelekcje, w których zwracał się do urzędników i drobnych rentierów, wzywając ich do dzieła. Mówił, że należy wyrwać teatr z rąk osobników uprzywilejowanych, bo lud powinien sam tworzyć sztukę. Istotnie zdołał on wiele osób przekonać, tych, którzy się wahali, przekupywał tytułami, rozdzielał miejsca radców nadzorczych, kierowników artystycznych, literackich, technicznych i t. d., zapewniał engagements. Ubiegłej niedzieli zaprosił kilkuset dobrodusznych obywateli na małą herbatkę w salonach, które mu miasto Paryż oddało do rozporządzenia. Ostatnie wątpliwości zgromadzonych rozproszyły się pod wpływem świetnej wymowy Bernarda i szampana, który lał się na tej „herbatce” strumieniami.

Świetność ta szybko się jednak skończyła, albowiem pewnego dnia Jan Józef Bernard zniknął ze swego kawalerskiego urządzonego wykwintnie mieszkania. Kilku energicznych urzędników policji zdołało go jednak odszukać i wówczas rozpoczął się rachunek sumienia, prezesa „Stowarzyszenia uczciwych ludzi”. Ogólna suma wyłudzonych przez Bernarda pieniędzy dosięga kwoty 250 tysięcy franków.

Aresztowany cynicznie oświadczył, że po to tylko zorganizował “uczciwych ludzi”, aby ich tem łatwiej z pieniędzy oskubać.

A Wy ile zapłacilibyście za stempel “uczciwego” człowieka?

Tradycyjnie już “Ilustrowany Kuryer Codzienny” z dnia 10 sierpnia 1925 dzięki MBC.

Makabryczna pamiątka po zmarłej…

Myślicie, że żyjemy w dziwnych czasach? Wydaje się Wam, że gorzej i dziwniej nigdy nie było? To przeczytajcie tę historię z roku 1925. Ludzie zarówno Ci żyjący obecnie jak i dawno zmarli nie przestaną mnie nigdy zaskakiwać…

IKC1925nr158

Zrobiłem nawet transkrypcję:)

“Jedno z pism francuskich opowiada następujący niezwykły szczegół z życia zmarłego astronoma-poety Kamila Flammariona. Oto w olbrzymiej bibliotece poety-gwiazd, złożonej z wielu setek tomów znajdowały się dwa jego własne dzieła oprawione w skórę ludzką. Historia tej osobliwej oprawy jest również niecodzienna.

Kamil Flammarion po wydaniu swojej książki ,Stella”, która zyskała ogromny sukces, został w jesieni następnego roku zaproszony na zamek do hrabiny Saint-Ange, aby mógł spokojnie pracować nad nowem dziełem.

Flammarion, który liczył wówczas zaledwie lat 30 w sercu nosił już miłość do swej przyszłej żony i w naiwności swojej nie zauważył nawet zupełnie, że hrabina jest w nim śmiertelnie zakochaną. Hrabina płonęła płomieniem miłości, tem silniejszym, tem gorętszym, że ostatnim w życiu. Ona bowiem sama tylko wiedziała, że prawdopodobnie nie przeżyje zimy. Powierzchowność jej mająca pozory pełności i świeżości, nie zdradzała tego, że hrabina chorą jest na gruźlicę i to nieuleczalnie.

Ostatniego wieczoru pobytu Flammariona na zamku, hrabina pojawiła się przed nim w głęboko wyciętej sukni. Astronom był tak zachwycony pięknością jej ramion i biustu, ze nieśmiało wyszeptał jakiś komplement.

Hrabina Saint-Ange umarła w kilka miesięcy potem, a Flammarion równocześnie z wiadomością o jej śmierci otrzymał maleńki pakunek oraz list od domowego lekarza hrabiny który brzmiał:

„Drogi Mistrzu! Spełniłem ostatnią wolę zmarłej, która pana ubóstwiała. Wzięła odemnie przysięgę, że po jej śmierci prześlę panu skórę jej biustu i pięknych ramion, ponieważ wyraził pan ostatniego wieczoru zachwyt dla nich. Ostatniem pragnieniem zmarłej było, aby pan w tę skórę oprawił “Stellę” oraz pierwszą książkę, która po śmierci hrabiny się ukaże”

Astronom z całym pietyzmem spełnił ostatnią wolę kobiety, która go kochała do szaleństwa. W skórę z pięknych ramion oprawił dzieło “Ziemia i niebo”, podczas gdy skóra przepysznego biustu wystarczyła do oprawy dla egzemplarza ,,Stelli”. Na oprawie wyryto złotemi literami „Souvenir d’une morte” (Pamiątka od zmarłej).”

Wyobrażacie sobie akcję? Kocham pana, mam ładne piersi piękną i gładką skórę, a niedługo umrę. Proszę oprawić swoje książki mną.

Ciekawe co się stało z księgozbiorem Flammariona, który kiedyś był szalenie popularnym pisarzem. (Informacje o księgozbiorze są w artykułach poniżej.)

Oczywiście zastanawiam się czy informacja jest prawdziwa, czy czasem nie jest to jakaś plotka bezmyślnie powtarzana przez dziennikarzy “Ilustrowanego Kuryera Codziennego”.

Ale od czego jest nasz dobry, kochany Wujaszek Google.

Znalazłem kilka artykułów. Tutaj link do artykułu i do innego tutaj i do jeszcze jednego tutaj i “Top 10 książek oprawionych w ludzką skórę możecie znaleźć tutaj.  Po angielsku niestety.

W artykułach tych powtarzana jest informacja, że Flammarion nigdy nie spotkał hrabiny i oprawił “TYLKO” jedną książkę w jej skórę.

Dokładniej tę:

Terres

Wersja w sieci jest bardziej oszczędna i zdecydowanie mniej romantyczna. Możliwe, że francuski dziennik, za którego śladem podaje informację “IKC” trochę ubarwił historię, aby mocniej chwytała za serce. Mnie żadna wersja za serce nie chwyta, a trzymać na półce książkę z ludzkiej skóry, nawet jeśli skóra została ofiarowana dobrowolnie po śmierci to jednak makabra.

P. S. Ciekawe czy u mnie w bibliotece jakieś starodruki mają taką oprawę?

Rozwydrzona seksualność…

Się moi drodzy działo w tej przedwojennej Polsce, oj działo się. Dwudziesty wiek swoimi wstrętnymi, ohydnymi rozpustnymi mackami wdzierał się wszędzie, obłapiał niewinne kobiety za…

IKC1925nr136

Dziś facet biegający po mieście w większości przypadków spódnic nie musiałby zadzierać, kolana są na wierzchu, o ile nie przykryte dżinsami:)

Ciekawe jak wyglądało “badanie” w urzędzie śledczym? Coś mi się zdaje, że nie było zbyt delikatne.

Życie wielkomiejskie nigdy nie sprzyjało zachowaniom moralnie czystym. Zawsze w tym tłumie ludzi znalazł się jakiś wielbiciel damskich kolan, któremu nie wystarczało podziwianie wzrokiem. On musiał jeszcze dać wyraz swemu uwielbieniu w sposób czuły i  jakże wzruszający (mąż pani X na pewno nie widział tego w ten sposób).

Pani X musiała mieć zjawiskowo piękne kolana…

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” 18 maja 1925. Jak zwykle znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Nocni lokatorowie Plant…

Wiosna! Co prawda na razie w dość zimnej, deszczowej szacie, ale nie można zaprzeczyć, że w końcu jest. Wspomniane w tytule Planty zaczynają zielenieć, życie nocne zaczyna rozkwitać, niemal dokładnie jak przed osiemdziesięciu laty, tylko nikt już tej piosenki przytoczonej w zamieszczonych poniżej  “Migawkach” z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” dziś nie śpiewa.

IKC1925nr96

IKC1925nr96

Dziś jest trochę lepiej, bo służby porządkowe dość często patrolują Planty, ale można powiedzieć, że tę notkę spokojnie mógłby wysmarować i dzisiaj jakiś dziennikarz obywatelski. Za tem moi drodzy WIOSNA!

Tradycyjnie już Małopolska Biblioteka Cyfrowa.

Straszliwy rodzaj samobójstwa…

Gdy przeglądam prasę międzywojenną zaskakuje mnie liczba doniesień o samobójcach.

Ciężko znaleźć numer gazety codziennej bez informacji o próbie samobójczej lub udanym zamachu na własne życie.

Obywatele drugiej Rzeczpospolitej często targali się na swoje życia. Sposobów było mnóstwo – najczęściej w użyciu była broń palna. Dostęp do niej był znacznie łatwiejszy niż dzisiaj.

Samobójcy pochodzili ze wszystkich warstw społecznych. Dużo było wśród nich wojskowych, którzy po ujawnieniu skandalu czy to obyczajowego, czy finansowego w celu ratowania swego honoru strzelali sobie w skroń.

Nie wiem i nigdy się chyba nie dowiem, w jakiej sytuacji życiowej był robotnik kopalniany Wióra i co zmusiło go do odebrania sobie życia. Jedno jest pewne zrobił to w sposób makabryczny i – nie chcę  wyjść na jakiegoś chama i prostaka, pozbawionego ludzkich uczuć, ale nie mogę się powstrzymać – robotnik Wióra odszedł z hukiem.

Ilustrowany Kurier Codzienny

IKC1925nr84

Informacja pochodzi z “Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z dnia 25 marca 1925 roku. Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Egzekucja z przeszkodami…

Zajęcie kata nigdy nie należało do najłatwiejszych. W średniowieczu osoba taka była pariasem, wyrzutkiem i odludkiem. Nikt nie chciał mieć nic wspólnego z katem. Ktoś jednak to zajęcie musiał wykonywać, by sprawiedliwości stawało się zadość. Czasem na drodze tej sprawiedliwości wyrastały różne przeszkody. I tak też było w roku 1925 w Belgradzie. Jak donosił Ilustrowany Kurier Codzienny pewien bandyta pożył trochę dłużej, bo… sąd nie wypłacił katu należnej kwoty za poprzednią egzekucję! A kat się zirytował, powiedział pier..lę nie robię, zabrał swój topór i poszedł do domu…

IKC1925nr40

 

 

 

Pszczoły walczą z alkoholizmem…

Ja wiem, że alkohol to zło, a jego nadużywanie prowadzi często do patologii.

Znam jego zgubne skutki na własnej skórze… a może lepiej będzie powiedzieć na własnej wątrobie. Dlatego staram się hołdować zasadzie złotego środka (czasem mi się nie udaje i ponoszę sromotną klęskę, lecz z upadku podnoszę się i podejmuję dalszą walkę).

Nic więc dziwnego, że od zawsze aktywiści, działacze wszelakich lig trzeźwości, lekarze promowali różnego rodzaju kuracje antyalkoholowe, lecz to co wymyślili osiemdziesiąt lat temu Amerykanie…

Ich pomysły walki z alkoholem przerażają i przyprawiają o dreszcze…

IKC1925nr74

IKC1925nr74"

 

“Prawidłowa kuracja lekarska”? Na pewno ukąszenia pszczół były doskonałą terapią szokową i wielu pijaków skutecznie zniechęciły do spożywania nadmiernych ilości trunków wysokoprocentowych. Mając do wyboru: abstynencję albo wielokrotne użądlenie przez pszczoły, wielu wybrałoby abstynencję.

Co do jadu pszczelego, czyli apitoksyny, jako substancji leczniczej, na Wikipedii (wiem, wiem, bibliotekarz a jedzie po najmniejszej linii oporu), znajdziemy informację, że jad pszczeli jest wykorzystywany farmakologicznie, a medycyna ludowa od wieków poleca ukąszenia pszczół. Istnieje również coś takiego jak apiterapia, czyli leczenie produktami pochodzącymi od pszczół. Dziś też można dać się pokąsać przez pszczoły w celach zdrowotnych (oczywiście pod kontrolą lekarza).

Mam nadzieję, że swoim wpisem nie przyczynię się do powrotu pomysłu sprzed lat i nikt w Izbach Wytrzeźwień nie będzie pijaków wrzucał do ulów.

P. S. Tradycyjnie już napiszę Wam, że znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.