Jacek Wojciechowski “O bibliotekach po mojemu”

Dzień dobry! Jak tam misiaczki zima Wam mija? Mam nadzieję, że tak jak chcecie, bo w dzisiejszym świecie to niezwykle trudne jest. Dzieje się dużo i często dobrze, ale też często źle. Ja sam jakoś w sen zimowy zapadam i nie mogę się otrząsnąć. Może to te pochmurne dni w Krakowie, rzadko kiedy rozświetlane promieniami słońca? Kto wie? Kto wie?

Continue reading

Czyściciel języka alias jego puryfikator.

Sto lat temu pewien dziennikarz opisał w humorystyczny sposób spotkanie z niegroźnym szaleńcem. Szaleńcem, który chciał oczyścić polszczyznę z wszelkich naleciałości językowych. Przypomniał mi ten felieton słownik “Barbaryzmów i dziwolągów językowych” Józefa Blizińskiego, który przeczytałem. W tym słowniku autor rozprawia się z dziennikarzami, którzy często ową polszczyznę kalają dziwnymi zapożyczeniami. Przeczytajcie sobie felieton, dość zabawny.

IKC1913nr829IV

IKC1913nr829IVb

IKC1913nr829IVd

IKC1913nr829IVc

 

PURYFIKATOR JĘZYKA. Do mojego stolika, który stale zajmuję popołudniu w pewnej kawiarni zbliżył się z tajemniczą miną jakiś jegomość z siwą brodą, w zapiętym szczelnie pod samą szyję czarnym surducie, skłonił lekko głową i zapytał mnie z wyszukaną uprzejmością, czy może się „przysiąść do mnie”.

Spojrzałem dookoła po pustych stołach, przy których dość było miejsca. Zrozumiał to staruszek i rzekł tonem usprawiedliwienia:

— Tak! jest dość wolnych stolików, ale ja mam szczególną sprawę do szanownego pana! Usadowiwszy się tuż obok mnie zawołał:

Piwniczny!

— Kogo pan woła? — zapytałem.

— Piwnicznego!… po waszemu kelnera.

Poczem dopomagając sobie przyzywającym gestem zwabił kelnera i obstalował szklankę kawy, poczem zwrócił się do mnie:

— Pan jesteś dziennikarzem? Wiem o tem! Dlatego właśnie ofiarowuję panu moją znajomość, na której wiele skorzystać możesz!… Ja panie jestem czyścicielem!…

Żachnąłem się mimowoli. Siedzieć przy jednym stoliku z czyścicielem alias oprawcą nie jest rzeczą bardzo przyjemną. Z drugiej strony jednak ten poczciwy staruszek nie wyglądał na wstrętnego łapacza psów ulicznych. Mój nowy znajomy pospieszył z wyjaśnieniem:

— Jestem czyścicielem języka I… Proszę nie brać mnie za kogo innego!… Staram się piękną naszą mowę oczyścić z rozmaitych naleciałości, z niemczyzny, francuzczyzny, łacińszczyzny. To postanowiłem sobie za środek życia.

 — Jak to środek? Utrzymujesz się pan z tego?

— Nie! broń Boże! — zaprotestował żywo czyściciel – środek życia – mówię w znaczeniu „cel” życia.

 — Więc dlaczego pan nie powie poprostu cel” ?

— Bo to jest niemczyzna!… „Ziel” ! A Brr ! brr!… Uważa pan u mnie to „brr” zastępuje wasze „pfe!” w czem widzę również niemieckie pochodzenie: „pfuj!”… Wracając do rzeczy. Jestem nieubłagany na tej kropce!..

 — Na jakiej kropce?

— Wy mówicie z niemiecka „na tym punkcie”… Otóż gdzie mogę warcholę – (pan by powiedział: agituję) — za tą wzniosłą myślenicą.

— A i był pan i w Myślenicach?

– Nie! nie byłem!… „Myślenica” jest na polskie przełożona „idea”! Ale do rzeczy ! Mogą mnie poczytywać za błędomyślnego, ale ja sobie z tego nic nie robię. Praca moja jest ciężka i niewdzięczna, tem bardziej, te nie widzę dotychczas wyskoku.

– O wyskok możemy się zaraz postarać! Kelner! dwie wódki!.., jaką pan pije?

— Ja wódki nie piję!… „Wyskok” znaczy po polsku rezultat. Pan wie z łaciny: resulto, wyskakuję!… Bo proszę pana, czyż język nasz nie jest dość bogaty, by wystarczył na określenie wszystkich pojęć bez uciekania się do obcej mowy?… Już wychodząc z kropki pięknobajdy — —

— Panie! co to jest „kropka pięknobajdy?”

— Pięknobajda to jest po polsku: estetyka.

— Acha! rozumiem! — zawołałem — niby: bajanie o pięknie !… Niech mi Pan Powie jeszcze coś ze swojego słownika! To takie zabawne!

— Zabawne? nie powiedziałbym! — odparł trochę kwaśno staruszek — to jest konieczne!…

— A więc jak pan nazwie np. logika?

Prawomyślnia!

— A psychologię?

 — Rozumie się: duchobajda.

— Ortografia?

Pisanna!

— Pedagogika?

— Chowanna !

— A waryacya?

— Już raz zaznaczyłem: błędomyślnia !

— A pan dawno chory? Nic panu nie lepiej? No to najlepiej udaj się pan do psychiatry. On z pańskiej blędomyślni zrobi jaką mniej groźną a za to zwyczajną waryacyę. Polecam panu Żuławskiego! Bardzo, bardzo zdolny specyalista!

Porwałem za paltot, kapelusz i laskę i wybiegłem na ulicę. Na rogu dopędził mnie czyściciel mowy.

— Panie! nie mów pan „specyalista”! to nie jest po polsku! — wrzasnął za mną jak opętany — mów pan raczej: szczegółowiec!”

Kruk.

Ów dziennikarz reprezentuje w swoim felietoniku, przynajmniej ja tak myślę, postępową, nowoczesną inteligencję, która z pobłażaniem patrzy na ludzi starających się wyplenić wszelkiego rodzaju obce słowa. Jako przedstawiciel prasy zapewne sam używa w swoich artykułach mnóstwa słów z języków obcych, dlatego jego pobłażliwe nastawienie do staruszka jest nacechowane negatywnie.

Przyznam się Wam, że nie polubiłem autora tego felietonu. Wydał mi się nadętym bucem, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Dziwna ta moja niechęć do człowieka sprzed stu lat, ale naprawdę jakoś tak nie podszedł mi ten dziennikarz.

A co Waszym zdaniem lepiej brzmi: puryfikator czy czyściciel?

Wydaje mi się, że puryfikator został w tytule użyty celowo, aby jeszcze mocniej zaakcentować niegroźną obsesję staruszka i jego niechęć do słów obcego pochodzenia.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 82, 9 IV 1913 roku.

Polska nie jest suchym krajem, czyli jak pito we Lwowie…

I czasem ma dusza znajdzie w gazetach sprzed wielu lat temat jakże bliski sercu. I tak stało się tym razem, w swych “Listach ze Lwowa” korespondent “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” poruszył temat nocnego, alkoholowego życia we Lwowie:) Zdaję sobie sprawę, że to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej przedwojennych knajp i lokali lwowskich, ale miło poczytać o świecie, którego już dawno nie ma. A który tętnił życiem bardzo kolorowym i ciekawym.

 

“Henryk  ZBIERZCHOWSKI.

LISTY ZE LWOWA.

Gdzie i jak się pije we Lwowie?

Jestem pewny, że list ten wzbudzi wielkie zainteresowanie w całej Polsce, większe nawet, niż wszystkie poprzednie listy, dotykające przeróżnych dziedzin lwowskiego życia. Trudno! Polska nie jest suchym krajem i każdy Polak, jeżeli nie jest chory pije chętnie i lubi dowiedzieć się, gdzie i jak piją jego współrodacy. Więc niejeden wytnie sobie ten feljeton i po przyjeździe do Lwowa używać go będzie jako przewodnika po mieście. Lwów lubiał zawsze pić dużo i dobrze. Pod tym względem nie da się do dzisiejszego dnia zapędzić w kozi róg ani Warszawie, ani Krakowowi, ani Poznaniowi. I jeszcze jedna cecha charakterystyczna lwowskiego pijaństwa: Kraków pije na smutno, Poznań na tęgo, Lwów zaś pije na wesoło. Lwowianin na dnie kieliszka zawsze znajdzie wesołą anegdotę, sprośny żart lub pijacką piosenkę. Więc dlatego nocami jest tak bardzo rozśpiewany od przedmieść, które śpiewają słynny „Bal u weteranów” aż do centrum miasta, które nuci „Walc nocny”. Grzmią więc przedmieścia refrainem:

A muzyczka tirli, tirli

A muzyczka rżnie.

A przy tej muzyczce

 Goście bawią się.

 Wszystko jedno czy to damska

 Czy to męska jest,

Byle tylko rżnęła fest, ach,fest!

a na to im odpowiada zaraz śródmieście:

Gdy ciemność zapada

I światła latarni zapłoną,

Do naszych serc się zakrada

Jakaś tajemna moc.

Hej! serce nam bije.

W wódce niech troski zatoną,

Szerzej i piękniej się żyje —

 Cudną, cudną jest noc.

Więc, gdy ciemność zapada i morze świateł zaleje plac Marjacki, przejdźmy się po Lwowie, ażeby zobaczyć, gdzie i jak piją.

Kto ma dwadzieścia złotych i czysty kołnierzyk, wstępuje do jednej z trzech pierwszorzędnych restauracyj hotelowych: w hotelu George’a  pije ziemiaństwo i złota (pozłacana) młodzież. Nastrój dystyngowany, rozmawia się tylko półgłosem, na stołach koniak i francuskie wino. W hotelu „Imperial” nastrój już więcej demokratyczny i trochę więcej głośny. Tu gromadzi się inteligencja żydowska rozprawiając głośno o procesie Steigera i politycy ukraińscy z Undo raczą się ciagłą fundą. Lecz dopiero w hotelu Krakowskim jest naprawdę przyjemnie. Królewskie sale, a nastrój demokratyczno-cygański. Teatr, literatura, malarstwo i kamieniarstwo, zbiega się tu od czasu do czasu, ażeby nacieszyć się czystym obrusem i świetną muzyczką. Pije się piwo, kawę i śliwowicę, bo to najtańsze. Czasem na jedną karafkę składa się trzech aktorów, dwóch poetów i jeden sekretarz teatru. A kto chce w tajemnicy przed towarzystwem wlać w siebie „dużą mocną”, wymyka się do kuchni, do Walusia, generała od butelek i kropi. Ale często wymykają się za nim chytrzy współtowarzysze i oszczędność bywa ukarana postawieniem całej kolejki. Kredyt łatwy, a uprzejmi gospodarze, pan Tygrys i pan Franio, zbierają karteczki, z których niejedna będzie kiedyś cennym autografem sławnego artysty.

Lwowscy śniadankowicze nie mogą się skarżyć na brak urozmaicenia. W każdej dzielnicy jest jakiś sławny pokój do śniadań, do którego wiatr zimowy zawieje zmarzniętego przechodnie: Szkowron, Musiałowicz, Lasocki, Lewicki, nazwiska szacowne, popularne i nie mające przeciwników politycznych. Partja zielonych (piołunówka) nie pokłóci się tam nigdy z partją białych (żytnia Baczewskiego), a najczęściej wstępują wszyscy solidarnie do klubu K. C. D. (każ coś dać), które posiada imponującą ilość członków i sympatyków. Tam walczy się z moskalami (w chwilach kociokwiku), tam znajdzie się zawsze „jeńca”, gdy pragnienie jest większe od kieszeni. (Jeńcem nazywa się ten, który coś postawi).

Lwowscy piwarze mają swoje własne sanatorium przy ulicy Krakowskiej w lokalu Mariana Kafki. Dzięki tajemnicy piwnic i aparatu, piwo tam zawsze jak śmietana. Piękne tradycje ma ten lokal — asylum ś. p. Tadeusza Pawlikowskiego i jego kochanych aktorów. Pod ciemnemi sklepieniami rodziły się najpiękniejsze pomysły inscenizacyjne, korygowano linje kreacyj po wrażeniach premjery, wiernymi słuchaczami tej teatralnej akademji byli wszyscy ci, co już odeszli na tamtą stronę: Nowacki, Feldman, Jaworski. Hierowski, Okoński. Dzisiaj mieszczaństwo wzięło w arendę tą artystyczną spelunkę, a lwowska „Strzelnica” przypomina sobie swe dawne rycerskie dzieje, walcząc z „bombami” piwa lwowskiego. Czasem nawet sam Król Kurkowy przyjdzie na flaczki i duże lwowskie, a jego marszałek kupi sobie małpę u bufetowego Władzia.

Lwowscy wódczanie, zakrapiacze, mieszańcy, mają swój ulubiony lokalik pod firmą Atlasa. Niejednego Atlasa on już wykończył, bo w wódczanych mieszaninach jest jak magik Cagliostro. A upaść w tym lokalu nie można, bo z przodu podtrzymuje pijaka bufet, a z tylu ściana. Osobliwością lokalu jest śmietankówka i krupnik. I gospodarz, najgrzeczniejszy z lwowskich szynkarzy.

Winiarze lwowscy, potomkowie po kądzieli zacnego Colas Bregnon cztery mają rozkoszne przytułki pod godłem Bakchusa. Winiarnie Ludwika, Stadmullera, Wiksla i Koziołowej, uczą radości życia przez pryzmat złocistego wina.

A ten, kogo o świcie ze wszystkich już knajp wyleją, a do domu iść się boi, znajdzie przystanek u Dickera albo u Icka Spaka. Lecz trzeba być ostrożnym, bo o lokalach tych tak śpiewa piosenka:

Aż tu nagle już nad ranem

Przyszli dwaj cywili,

Włosy pomierzwione,

Wąsy jak badyli.

Nic nikomu nie mówili,

Lampy pogasili ,

Gościom mordy zbili

Taj już, taj już”

 

Naprawdę przecudny felieton. Lekki, przyjemny, ironiczny i zabawny. Wywołał u mnie nieodpartą chęć wycięcia go, wynalezienia wehikułu czasu i udania się w na wycieczkę po wszystkich wymienionych lokalach lwowskich. Na pohybel wątrobie. (Skoro wynajdę wehikuł czasu, to nie będzie problemu z nową wątrobą). Wszak “Polska nie jest suchym krajem” – rozwaliło mnie to stwierdzenie.

Czy i dzisiaj Kraków pije na smutno? Chyba to już się zmieniło, ale głowy lub ręki nie dam sobie za to uciąć, ani tym bardziej wątroby wyciąć.

Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”. “Ilustrowany Kuryer Codzienny, nr 335 z 6 grudnia 1925 roku.

 

 

 

P. S. Znalazłem na Youtubie fragment jakiegoś telewizyjnego programu p. t. “Piosenki lwowskiej ulicy”.

 

Wygląda dość interesująco choć mocno schematycznie. Czy tak śpiewały lwowskie przedmieścia:

http://www.youtube.com/watch?v=_sQxy9P0vXQ&feature=plcp—cz.3