Polska nie jest suchym krajem, czyli jak pito we Lwowie…

I czasem ma dusza znajdzie w gazetach sprzed wielu lat temat jakże bliski sercu. I tak stało się tym razem, w swych “Listach ze Lwowa” korespondent “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” poruszył temat nocnego, alkoholowego życia we Lwowie:) Zdaję sobie sprawę, że to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej przedwojennych knajp i lokali lwowskich, ale miło poczytać o świecie, którego już dawno nie ma. A który tętnił życiem bardzo kolorowym i ciekawym.

 

“Henryk  ZBIERZCHOWSKI.

LISTY ZE LWOWA.

Gdzie i jak się pije we Lwowie?

Jestem pewny, że list ten wzbudzi wielkie zainteresowanie w całej Polsce, większe nawet, niż wszystkie poprzednie listy, dotykające przeróżnych dziedzin lwowskiego życia. Trudno! Polska nie jest suchym krajem i każdy Polak, jeżeli nie jest chory pije chętnie i lubi dowiedzieć się, gdzie i jak piją jego współrodacy. Więc niejeden wytnie sobie ten feljeton i po przyjeździe do Lwowa używać go będzie jako przewodnika po mieście. Lwów lubiał zawsze pić dużo i dobrze. Pod tym względem nie da się do dzisiejszego dnia zapędzić w kozi róg ani Warszawie, ani Krakowowi, ani Poznaniowi. I jeszcze jedna cecha charakterystyczna lwowskiego pijaństwa: Kraków pije na smutno, Poznań na tęgo, Lwów zaś pije na wesoło. Lwowianin na dnie kieliszka zawsze znajdzie wesołą anegdotę, sprośny żart lub pijacką piosenkę. Więc dlatego nocami jest tak bardzo rozśpiewany od przedmieść, które śpiewają słynny „Bal u weteranów” aż do centrum miasta, które nuci „Walc nocny”. Grzmią więc przedmieścia refrainem:

A muzyczka tirli, tirli

A muzyczka rżnie.

A przy tej muzyczce

 Goście bawią się.

 Wszystko jedno czy to damska

 Czy to męska jest,

Byle tylko rżnęła fest, ach,fest!

a na to im odpowiada zaraz śródmieście:

Gdy ciemność zapada

I światła latarni zapłoną,

Do naszych serc się zakrada

Jakaś tajemna moc.

Hej! serce nam bije.

W wódce niech troski zatoną,

Szerzej i piękniej się żyje —

 Cudną, cudną jest noc.

Więc, gdy ciemność zapada i morze świateł zaleje plac Marjacki, przejdźmy się po Lwowie, ażeby zobaczyć, gdzie i jak piją.

Kto ma dwadzieścia złotych i czysty kołnierzyk, wstępuje do jednej z trzech pierwszorzędnych restauracyj hotelowych: w hotelu George’a  pije ziemiaństwo i złota (pozłacana) młodzież. Nastrój dystyngowany, rozmawia się tylko półgłosem, na stołach koniak i francuskie wino. W hotelu „Imperial” nastrój już więcej demokratyczny i trochę więcej głośny. Tu gromadzi się inteligencja żydowska rozprawiając głośno o procesie Steigera i politycy ukraińscy z Undo raczą się ciagłą fundą. Lecz dopiero w hotelu Krakowskim jest naprawdę przyjemnie. Królewskie sale, a nastrój demokratyczno-cygański. Teatr, literatura, malarstwo i kamieniarstwo, zbiega się tu od czasu do czasu, ażeby nacieszyć się czystym obrusem i świetną muzyczką. Pije się piwo, kawę i śliwowicę, bo to najtańsze. Czasem na jedną karafkę składa się trzech aktorów, dwóch poetów i jeden sekretarz teatru. A kto chce w tajemnicy przed towarzystwem wlać w siebie „dużą mocną”, wymyka się do kuchni, do Walusia, generała od butelek i kropi. Ale często wymykają się za nim chytrzy współtowarzysze i oszczędność bywa ukarana postawieniem całej kolejki. Kredyt łatwy, a uprzejmi gospodarze, pan Tygrys i pan Franio, zbierają karteczki, z których niejedna będzie kiedyś cennym autografem sławnego artysty.

Lwowscy śniadankowicze nie mogą się skarżyć na brak urozmaicenia. W każdej dzielnicy jest jakiś sławny pokój do śniadań, do którego wiatr zimowy zawieje zmarzniętego przechodnie: Szkowron, Musiałowicz, Lasocki, Lewicki, nazwiska szacowne, popularne i nie mające przeciwników politycznych. Partja zielonych (piołunówka) nie pokłóci się tam nigdy z partją białych (żytnia Baczewskiego), a najczęściej wstępują wszyscy solidarnie do klubu K. C. D. (każ coś dać), które posiada imponującą ilość członków i sympatyków. Tam walczy się z moskalami (w chwilach kociokwiku), tam znajdzie się zawsze „jeńca”, gdy pragnienie jest większe od kieszeni. (Jeńcem nazywa się ten, który coś postawi).

Lwowscy piwarze mają swoje własne sanatorium przy ulicy Krakowskiej w lokalu Mariana Kafki. Dzięki tajemnicy piwnic i aparatu, piwo tam zawsze jak śmietana. Piękne tradycje ma ten lokal — asylum ś. p. Tadeusza Pawlikowskiego i jego kochanych aktorów. Pod ciemnemi sklepieniami rodziły się najpiękniejsze pomysły inscenizacyjne, korygowano linje kreacyj po wrażeniach premjery, wiernymi słuchaczami tej teatralnej akademji byli wszyscy ci, co już odeszli na tamtą stronę: Nowacki, Feldman, Jaworski. Hierowski, Okoński. Dzisiaj mieszczaństwo wzięło w arendę tą artystyczną spelunkę, a lwowska „Strzelnica” przypomina sobie swe dawne rycerskie dzieje, walcząc z „bombami” piwa lwowskiego. Czasem nawet sam Król Kurkowy przyjdzie na flaczki i duże lwowskie, a jego marszałek kupi sobie małpę u bufetowego Władzia.

Lwowscy wódczanie, zakrapiacze, mieszańcy, mają swój ulubiony lokalik pod firmą Atlasa. Niejednego Atlasa on już wykończył, bo w wódczanych mieszaninach jest jak magik Cagliostro. A upaść w tym lokalu nie można, bo z przodu podtrzymuje pijaka bufet, a z tylu ściana. Osobliwością lokalu jest śmietankówka i krupnik. I gospodarz, najgrzeczniejszy z lwowskich szynkarzy.

Winiarze lwowscy, potomkowie po kądzieli zacnego Colas Bregnon cztery mają rozkoszne przytułki pod godłem Bakchusa. Winiarnie Ludwika, Stadmullera, Wiksla i Koziołowej, uczą radości życia przez pryzmat złocistego wina.

A ten, kogo o świcie ze wszystkich już knajp wyleją, a do domu iść się boi, znajdzie przystanek u Dickera albo u Icka Spaka. Lecz trzeba być ostrożnym, bo o lokalach tych tak śpiewa piosenka:

Aż tu nagle już nad ranem

Przyszli dwaj cywili,

Włosy pomierzwione,

Wąsy jak badyli.

Nic nikomu nie mówili,

Lampy pogasili ,

Gościom mordy zbili

Taj już, taj już”

 

Naprawdę przecudny felieton. Lekki, przyjemny, ironiczny i zabawny. Wywołał u mnie nieodpartą chęć wycięcia go, wynalezienia wehikułu czasu i udania się w na wycieczkę po wszystkich wymienionych lokalach lwowskich. Na pohybel wątrobie. (Skoro wynajdę wehikuł czasu, to nie będzie problemu z nową wątrobą). Wszak “Polska nie jest suchym krajem” – rozwaliło mnie to stwierdzenie.

Czy i dzisiaj Kraków pije na smutno? Chyba to już się zmieniło, ale głowy lub ręki nie dam sobie za to uciąć, ani tym bardziej wątroby wyciąć.

Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”. “Ilustrowany Kuryer Codzienny, nr 335 z 6 grudnia 1925 roku.

 

 

 

P. S. Znalazłem na Youtubie fragment jakiegoś telewizyjnego programu p. t. “Piosenki lwowskiej ulicy”.

 

Wygląda dość interesująco choć mocno schematycznie. Czy tak śpiewały lwowskie przedmieścia:

http://www.youtube.com/watch?v=_sQxy9P0vXQ&feature=plcp—cz.3

 

 

3 thoughts on “Polska nie jest suchym krajem, czyli jak pito we Lwowie…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook