Andre Norton “Świt 2250”

Dobry wieczór i tradycyjnie zacznę od kajania się, za nieregularność wpisów, bo przecież nic innego mi nie pozostaje. Dziś podzielę się z Wami książką, którą przeczytałem kiedyś w moich szczenięcych latach i która była jedną z książek objawień, książek, które sprawiły, że chciałem czytać jeszcze więcej, jeszcze mocniej, jeszcze intensywniej. I sprawiła, że nawet próbowałem pisać swoje własne postapokaliptyczne historie, w których to złe mutanty kanibale polują na niewinnych ludzi ocalałych z atomowej zagłady. Na szczęście dla literatury polskiej moje lenistwo sprawiło, że trudna i ciężka praca twórcy została mi oszczędzona.

Grafika z deviantart. Źródło: http://fedzeppelin.deviantart.com/art/Waste-Land-411934737

Wracając do książki Andre Norton. “Świt 2250” to prosta historia, która powstała w roku 1952, a więc w latach, gdy zimnowojenny konflikt nabierał o ile już nie nabrał mocy, a widmo atomowej zagłady spędzało sen z powiek wielu ludziom. I świat kilkaset lat po takiej zagładzie zaserwowała nam pani Norton. Ludzkość jest rozproszona, podzielona na plemiona, które ze sobą rywalizują, wielkie miasta stoją w ruinach, w których grasują dziwne rasy mutantów, a nawet wśród nieskażonych wydawałoby się promieniowaniem zdarzają się wpadki, zwłaszcza jeśli ojciec przyprowadzi sobie żonę spoza plemienia.

Grafika z deviantart. Źródło: http://botteled-wolf.deviantart.com/art/Butterfly-680368530

Główny bohater to chłopak z plemienia Gwiaździstych: potomków grupy naukowców, która w momencie wybuchu atomowej wojny była odizolowana od reszty świata w górach. Kultywują oni szacunek dla nauki, starają się gromadzić, zbierać, opracowywać resztki dawnej nauki i wiedzy. A nasz chłopaczek chociaż synem ważnego człeka w plemieniu jest to jednak przez to, że mutant i w dodatku zadaje się ze zmutowanym kotem to postacią szczególnie lubianą we wiosce nie jest. Wyrusza więc na wyprawę, aby udowodnić plemieniu, że jest godzien nazywać się Gwiezdnym Synem. Po drodze dowiaduje się wielu rzeczy, nie tylko o sobie, ale o świecie, ludziach, przyjaźni, nienawiści.

I znów grafika z deviantart. Źródło: http://aguilas.deviantart.com/art/300-miles-to-heaven-581867115

Książka ma prostą konstrukcję, opowiada niewyszukaną historię o alienacji, odtrąceniu, obcości, konfliktach oraz przede wszystkim o próbach odbudowy cywilizacji, która legła w gruzach, bo ludzie oszaleli i zatracili instynkt samozachowawczy. Czyta się ją bardzo przyjemnie. Oczywiście teraz po latach patrzę trochę z przymrużeniem oka na schematyzm (chociaż czy w latach pięćdziesiątych można już było mówić o schematach?), na prosty język, na kulejące dialogi czy też akcję sztywno rozwijającą się, ale nie zmienia to faktu, że niektóre fragmenty tej książki cały czas były w mej głowie, cały czas je pamiętałem po iluś tam latach od przeczytania. To jest moc! To jest coś niesamowitego, w tym moim mózgu, gdzie szarych komórek coraz mniej, podczas czytania połączenia neuronalne i impulsy z radością odnajdywały znajome fragmenty. Na przykład ten:

W drzwiach Lura trąciła łapą jakiś przedmiot, który poturlał się w głąb zakurzonego wnętrza. Po kilku krokach Fors przystanął przy zawieszonej w przedsionku tablicy. Mimowolnie palce dotknęły wyżłobienia liter.
– Narodowy Bank w Glentown.
Przeczytał głośno napis, a słowa powróciły echem, odbijając się od stojącego pod ścianą pustej hali rzędu budek.
– Narodowy Bank — powtórzył.
Co to jest bank? Domyślał się niejasno, że był to rodzaj składu. Wymarłe miasto zapewne nazywało się Glentown. Lura ponownie dopadła swojej okrągłej zabawki, biegając za nią po spękanej posadzce. W pewnym momencie kula uderzyła w podstawę znajdującej się najbliżej Forsa budki i zatrzymała się. Z na wpół rozbitej czaszki patrzyły oskarżycielsko okrągłe oczodoły. Schylił się i podniósł pusty czerep, po czym położył go na pokrytej grubą warstwą kurzu kamiennej półce. Przypadkowo poruszone, zebrane w stos monety rozsypały się we wszystkich kierunkach, wirując i podskakując z wesołym, metalicznym brzękiem. Pomieszczenie było tego pełne. Połyskujące krążki zalegały rzędy ciągnących się z tyłu boksów półek. Zaczerpnął garść i cisnął na podłogę, ciekaw zachowania Lury. Monety były bezużyteczne i nie miały żadnej wartości. Kawałek dobrej, nierdzewnej stali, stanowił cenny, godny zabrania nabytek. To były tylko śmieci. Panujące wokół ciemności zaczęły go denerwować i choć próbował myśleć o różnych rzeczach, to nie mógł pozbyć się wrażenia, że czuje na sobie czyjś wzrok. Pomyślał o leżącej na półce czaszce, zawołał Lurę i skierował się ku wyjściu.

Naprawdę wciąż to pamiętałem po tylu latach, oczywiście nie wiem zupełnie dlaczego akurat ten fragment.

A tutaj kolejna graficzka z deviantart. Źródło: http://kinkostfur.deviantart.com/art/Postapo-photomanip-657169074

Nie znam również tekstu w oryginale, ale tłumaczenie Grzegorza Woźniaka z 1986 roku było tłumaczeniem robionym dla wydawnictwa fandomowego, czyli tak jakby podziemnego, a wydaje mi się tłumaczeniem dobrym stylistycznie i gramatycznie.

Teraz patrzę na “Świt 2250” jako na świetną książkę dla młodzieży, dla ludzi zaczynających przygodę z fantastyką. Chociaż książka ma już 66 lat to jednak dzięki prostocie, niezbyt przekombinowanej wizji przyszłości ma wciąż tę świeżość. A historia opowiedziana porusza uniwersalne tematy, które młodych mogą zainteresować. U mnie w latach nastoletnich taką rolę spełniła. Polecam gorąco wszystkim.

Posapo świt. Źródło: http://www.deviantart.com/art/0041-457583549

Ciekawostka, która podkreślana jest na goodreads – Norton jako jedna z pierwszych wprowadziła czarnoskórego bohatera, który był przyjacielem, towarzyszem głównego bohatera i przeżywa wraz z nim przygody na równych prawach i zasadach. To w latach pięćdziesiątych w USA był krok nowatorski i niezwykle odważny. Norton wyczuwała nastroje społeczne, budzący się ruch społeczny wśród amerykańskich Murzynów, którzy żądali równych praw i swobód obywatelskich. Norton wyczuwała rytm przemian.

A dlatego wyczuwała, bo moi drodzy Norton przez kilkanaście lat oprócz bycia pisarką, była też BIBLIOTEKARKĄ. Tak, tak. Pracowała w bibliotekach publicznych, w Bibliotece Kongresu, a w latach 90 – tych założyła nawet bibliotekę dla pisarzy science and fiction :)

5 thoughts on “Andre Norton “Świt 2250”

  1. o widzę nie tylko ja jestem niedoszłym odkryciem literatury polskiej xD pół szafy zeszytów miałem wszystko zaczęte nic nie skończone najbardziej zaawansowany projekt dotarł do połowy zeszytu :-D a ad rem bardzo fajna powieść czytałem z 15 lat temu miałem wtedy fazę Norton czytałem wszystko co było w bibliotece czyli w 80% cykl Świat Czarownic ;) i jakieś pojedyncze tytuły ta autorka ma dobrą rękę do lekkiego czytania czyta się szybko i przyjemnie taki literacki ekwiwalent podwieczorku :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook