Antologia “Legendy polskie”

Światowid ze Zbrucza. Źródło: http://pauart.pl/app/artwork?id=5838225d0cf2844219bff418

Dobry wieczór kochani. Piszę do Was żeby się przed Wami choć trochę ukorzyć, bo cóż się stało z moją obietnicą częstszego pisania? Ano nie została dotrzymana. Może zrobiłem się trochę aktywniejszy na fejsiku, ale to i tak wciąż za mało! Mało, mało i mało! Trochę to dziwne, bo przecież lubię sobie skrobać tutaj te marne słowa (które później okazują się przydatne jeśli chodzi o sięganie po wspomnienia co do przeczytanych książek).

Continue reading

Andrzej Zimniak “Randka z Homo Sapiens”

Oryginalny skan jednej z najsłynniejszych ilustracji naukowych. Tak zwany "Marsz rozwoju" to ikonograficzne przedstawienie rozwoju gatunku homo sapiens. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/March_of_Progress

Oryginalny skan jednej z najsłynniejszych ilustracji naukowych. Tak zwany “Marsz rozwoju” to ikonograficzne przedstawienie rozwoju gatunku homo sapiens. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/March_of_Progress

Hej ludzieeeee! Hej, hej! Dawno mnie tu nie było. Pajęczyny pokryły łącza, a blog wygląda praktycznie na martwy… Ja jednak jeszcze dycham i nawet coś tam czytam (nie czuję kiedy rymuję). Dzisiaj będzie bardzo króciutko o kolejnej zdobyczy z Book Rage, który odbył się chyba wieeeeeki (lubię tak przeciągać sylaby) temu.

Continue reading

Jerzy Żuławski “Na Srebrnym Globie. Rękopis z Księżyca”

FullMoon2010

Księżyc w pełni. Źródło: Wikimedia Commons.

„Wszystkie nieszczęścia, wszystkie złe namiętności i nędze ludzkie, które tam od wieków prześladują ród człowieczy, nie wyłączając i groźnej ich królowej — nieubłaganej śmierci, przyszły tu za nami, na ten glob, dotąd cichy i spokojny w swej martwocie. Wszędzie źle jest człowiekowi, bo wszędzie nosi sam w sobie zaród nieszczęścia…”

Zacząłem może mocnym akcentem, ale chciałem Wam pokazać, że przy lekturze „Na Srebrnym Globie” wciąż natykałem się na podobne i godne zaznaczenia fragmenty i cytaty.

Czytaj Dalej ->

Łukasz Radecki “Bóg. Horror. Ojczyzna. Złego początki.”

radeckiNie wiem co się dzieje, ale jadę ostatnio z darmowymi publikacjami. Taki chyba ciąg. O Łukaszu Radeckim obiło mi się co nieco na różnych portalach poświęconych horrorowi, a jego opowiadanie „Trójca. Oto słowo moje.” znalazła się była w „Zombiefilii”. A o „Bóg. Horror. Ojczyzna” ktoś ze znajomych też wspomniał, że całkiem ciekawie napisane. I niewiele myśląc ściągnąłem sobie obydwie części. Zresztą sam tytuł jest świetny.

Dodam, że nie wiedziałem zupełnie czego się spodziewać i odkrywałem zupełnie bez uprzedzeń utwór Łukasza Radeckiego.

Czytaj dalej->

Quinn Fleming “DMQZ”

17790683Się czasem do człowieka przyczepi ochota na jakąś darmochę. Zwłaszcza jeśli tę darmochę poleca się na portalu, który przeglądam w miarę regularnie, chociaż ostatnio rzadziej. Na Boing Boing pojawił się link do książki na Amazonie i sobie ściągnąłem. Niestety promocja na książkę się skończyła i książka kosztuje obecnie 6 dolarów. To i tak nie dużo (jak na amerykanckie standardy:).

Klimaty postapokalitpyczne to jeden z moich koniów  koników, ale oczywiście nie będzie mi dane w życiu poznać całej bogatej literatury na ten temat. Czasem jednak coś człowiek przeczyta i po skończeniu lektury uniesie wzrok znad czytnika ewentualnie strony w książce lub ekranu komputiera i rzeknie – dobre to było. Tak miałem z „DMQZ”. Zupełny przypadek, a książka się spodobała.

W skrócie o fabule. Przez świat przeszła pandemia straszliwej, nieuleczalnej choroby o nazwie „popielica” (w oryginalne dormouse). Państwa runęły w gruzy, miasta obróciły się w perzynę. Ludzie ciskali gromy atomowe na zarażone tereny. Nosiciele „popielicy” walczyli z tymi, którzy chcieli przetrwać i odgrodzić się od nich. Walka była bezwzględna i bezpardonowa. Po kilkunastu latach Stany Zjednoczone podzieliły się na strefy bezpieczne i te, w których pozostali „odporni” (w oryginale resisters). Zdrowi ludzie stłoczeni w miastach, gdzie przestrzeń do życia zyskuje się poprzez budowanie ogromnych wysokościowców, a ruch uliczny odbywa się na piechotę (i tutaj smaczek: jest kilka pasów, w zależności od tempa poruszania się) żyją w strachu zarówno przed chorobą jak i przed jej nosicielami, którzy wciąż nie dają o sobie zapomnieć.

Przejdźmy do głównego bohatera: Jacob Hale to oficer policji, który jest całkowicie oddany swojej służbie i nowym Stanom Zjednoczonym. To państwo ocaliło go od śmierci, dało mu wykształcenie, pracę i miejsce do życia. Nic więc dziwnego, że gdy zostaje zdegradowany za nieposłuszeństwo wobec przełożonego (a to Hale postąpił słusznie) pragnie dowiedzieć się dlaczego spotkał go taki los i chce znaleźć winnych całej sytuacji. Powoli odkrywa mroczne spiski, różnego rodzaju ruchy oporu wobec jego Państwa, które z kolei nie okazuje się bezpośrednim następcą demokratycznych Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie. Nowe USA jest państwem totalitarnym, gdzie każdy ruch jego obywateli jest monitorowany, nagrywany i każdym momencie można prześledzić krok po kroku jego życie. A  wszystko to w imię bezpieczeństwa obywateli przed „popielicą” i ochrony przed grupami terrorystów spoza stref wolnych od choroby.

Książkę czytało się bardzo dobrze, świetne opisy Manhattanu, który zaadaptowany został do nowych warunków, interesujące wykorzystanie różnych technologii. Podobało mi się to, że nie mamy do czynienia ze światem totalnie zniszczonym, który nawet nie próbuje udawać, że się podnosi z gruzów tylko z dość prężnie działającą cząstką cywilizacji w morzu chaosu (przynajmniej tak rząd nowych USA przedstawia sytuację na świecie). Tu i tam w miarę zgrabnie wplecione w fabułę fakty dotyczące epidemii, historii wojny pomiędzy „odpornymi” a rządem pozwalają na szersze zorientowanie się w sytuacji świata przedstawionego w książce. Zboża praktycznie nie ma, mięso jest szalenie drogie, a wódka zakazana (bimbrownicy pędzą ją z papierowych książek! Czy to w ogóle możliwe?).

Żeby nie było w książce jest kilka irytujących fragmentów, ale można na nie przymknąć oko. Hale jako główny bohater musi przetrwać i nie ma się co spinać, że wychodzenie ze wszelkich tarapatów wychodzi mu bardzo dobrze, aż za dobrze. Zresztą sam wątek kryminalno-spiskowy nie jest jakoś szalenie skomplikowany i raczej człowiek się zorientuje mniej więcej o co biega i po co biega po Manhattanie główny bohater.

„DMQZ” na pewno nie jest żadnym objawieniem i powalającą na kolana lekturą. Jednak w tej książce bardzo zgrabnie autor połączył motyw końca świata i cywilizacji z narastającą obawą ludzi o zakres kontroli państwa nad ich poczynaniami i coraz szerszym polem działania wszelakich organów państwowych szpiegujących własnych obywateli, a wszystko to w imię bezpieczeństwa. W świetle ostatnich wydarzeń na arenie międzynarodowej i doniesień z samych USA ten temat zajmuje obecnie bardzo wielu Amerykanów.

I zakończenie w książce jest takie, że wiadomo od razu, iż będzie druga część, co może być irytujące, bo akcja pod koniec tak przyspieszyła, że szkoda gadać. Ale nawet się tej drugiej części chce.

Jarosław Grzędowicz “Pan Lodowego Ogrodu” tom 4

PLOWszystko co dobre kiedyś się kończy, tym jakże banalnym, acz prawdziwym stwierdzeniem dotyczącym ostatniego, czwartego tomu „Pana lodowego Ogrodu” rozpocznę moją bazgraninę. Naprawdę cieszę się, że zacząłem czytać „PLO” od początku. Dwa tomy ponownie przeczytane, dwa przeczytane pierwszy raz, a wszystko to w ciągu zaledwie paru dni. Podobny cug miałem z Martinem w tamtym roku. Powiem szczerze, że gdybym przeczytał trójkę i miał czekać kilka lat na czwórkę trafiłby mnie przysłowiowy szlag i nerwica natręctw zapewne przejawiająca się przesyłaniem niecierpliwych mejli do wydawnictwa, pisarza, jego żony, psa, kota czy sąsiada z naprzeciwka. Żartuję, nie jestem takim typem czytelnika:)

„Bedem” spoilerował więc kto nie czytał książki niech nie czyta dalej, bo zdradzam szczegóły, fragmenty, a nawet zakończenie książki.

Jak wrażenia po czwartym tomie, się spytacie? Czysta przyjemność z lektury, napawanie się rozpierduchą jaką mam na kartach książki i odpoczywanie w miejscach, które niektórzy mogą uznać za nudne i typowe zapchajdziury. Czytaniu czwartego tomu towarzyszyły mi prawdziwe i szczere emocje. Byłem jak nastolatek, który z zapartym tchem i wypiekami na pryszczatej twarzy czyta książki o wyczynach herosów. Niby wiedziałem, że wszystko się dobrze skończy, że przecież Filar musi przeżyć, bo sam swoją historię opowiada, ale Grzędowicz sprawił, że chciałem wiedzieć co jest na następnej kartce, jak skończy się bitwa, czy uda się im przejść bezpiecznie przez terytorium Pramatki, jak się mają Kireneni. Po prostu natłok pytań, niecierpliwość związana z zachłannym połykaniem kolejnych liter, wyrazów, zdań, akapitów i w końcu stron. Dla mnie liczą się wrażenia po skończonej książce, a po „PLO” były jak najbardziej pozytywne.

Gdybym był malkontentem mógłbym się czepiać, że za dużo opisów przygotowań do ostatecznej rozgrywki, że po co Filarowa retrospekcja przybycia do Lodowego Ogrodu, że brak Dzwoneczka, że Vuko stał się taki trochę płaski, a jego rozterki moralne dotyczące bycia dowódcą wydawały się mało przekonujące, że złe charaktery końcem końców również nie zyskały zbytniej krwistości i trójwymiarowości, która sprawiłaby, że jeszcze bardziej cieszylibyśmy się ze zwycięstwa nad siłami ciemności, a pojedynek, który rozstrzygnął losy świata także mógł wydawać się miałki i krótki. To wszystko mógłbym napisać, gdybym był malkontentem, ale nie jestem. Dlatego tego nie napiszę, no dobra napisałem, ale tylko chciałem pokazać co narzekacze mogą wytknąć pisarzowi, a co niekoniecznie zasługuje na wytknięcie.

Dla mnie prawda objawiona jest taka, że cykl „Pana Lodowego Ogrodu” to zdecydowanie jeden z najlepszych cyklów jakie zdarzyło mi się w życiu przeczytać. I tak jak w tekstach o poprzednich tomach jeszcze raz podkreślę, że na uwagę zasługuje styl pisarski Grzędowicza, narracja, która wciąga jak bagna Alabamy i pożera niczym aligatory na owych bagnach żyjące. Opis bitwy o Lodowy Ogród to naprawdę kawał świetnego i bardzo dobrego tekstu. Jest żywo, jest brudno, jest pot, krew, są łzy i żywe trupy!

I humor! Może jest go mniej niż wcześniej, ale za to jak już się pojawił to parskałem śmiechem jak koń Vuka. Laur mistrza należy się Grzędowiczowi za nawiązanie do „Misia” Stanisława Barei. Pojawił się ten tekst znikąd, zupełnie niespodziewanie i mnie rozłożył na łopatki. Ta cecha cyklu (humor) jest zauważalna i całe szczęście, bo bez tego „PLO” straciłby wiele.

Podsumowując, albo po łacinie summa summarum „Pan Lodowego Ogrodu” to kawał świetnej POLSKIEJ literatury science-fiction i fantasy. Dostarczy wzruszeń, emocji i śmiechu, nie obędzie się oczywiście bez refleksji nad naturą „ludzkom” co to nawet po drugiej stronie kosmosu jest taka sama. Nic dziwnego w końcu my i mieszkańcy Midgaard pochodzimy z tego samego pnia. Ostrzegałem, że “bedem” zdradzał szczegóły.

P. S. 1 Dla mnie kult Pramatki to połączenie socjalizmu z matriarchatem w bardzo wynaturzonej formie. Czuć, że autor książki socjalizmu nie lubi, a i matriarchat chyba nie należy do jego ulubionych ustrojów społecznych. Ogólnie dostaje się inżynierii społecznej i poprawianiu świata na siłę. Ludzie nie są gotowi do roli bogów i zwyczajnie zwariują od nadmiaru władzy i mocy. Jak to powiedział John Acton “Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie”. Prorokini natomiast została przedstawiona, mam nadzieję, że nikogo nie urażę, ale jak typowa, stereotypowa do bólu, tak zwana “wojująca lesba”.

P. S. 2 Jeszcze jedna refleksja. Nie dane mi było poczuć jak wielką cegłą jest “PLO”. Książkę czytałem na Kindlu, nie widziałem ile mi stron zostało, i muszę przyznać, że procenty pokazujące postęp w czytaniu to jednak nie to samo co liczba przeczytanych stron, zdecydowanie nie to samo. To jedyna moja obiekcja do czytania na czytniku.

Robert A. Heinlein “Starship Troopers”, (“Żołnierze kosmosu”)

Robert A. Heinlein "Starship Troopers", ("Żołnierze kosmosu")

Robert A. Heinlein “Starship Troopers”, (“Żołnierze kosmosu”)

Oj, dawno nie pisałem o przeczytanej przez mnie książce. Płynie czas, lato już za półmetkiem, a ja dopiero się teraz ocknąłem i skończyłem czytać książkę Heinleina. Heinlein to klasyk nad klasykami, jeśli chodzi o science-  fiction lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. On, Asimov i Clarke nazywani są Wielka Trójką SF. Nie bez kozery tytuł  książki piszę po angielsku, gdyż (UWAGA, BĘBNY i FANFARY!) przeczytałem ją w języku angielskim:) Wiem, że to nic wielkiego, ludzie czytają książki w pięciu językach naraz, ale ja tak często tego nie praktykuję. I muszę przyznać, że czytanie książki po angielsku to niezłe ćwiczenie językowe, które polecam serdecznie. Ja osobiście z tym językiem, jeśli chodzi o treści znalezione w sieci nie mam problemu, ale chyba w całym swoim życiu przeczytałem jedną albo dwie książki po angielsku w całości. „Kawaleria powietrzna” (AMBER 1994) lub „Żołnierze kosmosu” (SOLARIS 2008) to trzecia książka napisana w języku Szekspira, z którą zmierzył się Charlie.

A dlaczego akurat ten klasyk wziąłem sobie na warsztat? Otóż po sieci od dłuższego czasu krąży zwiastun nowej ekranizacji „Żołnierzy kosmosu”. Ekranizacji komputerowej stworzonej za pomocą techniki CGI. Dlaczego akurat ten oto zwiastun miał stanowić siłę sprawczą do pchnięcia mnie w świat Robali, dzielnej Piechoty Zmechanizowanej i Ziemskiej Federacji? To przez sentyment do filmu „Żołnierze kosmosu” w reżyserii niejakiego Paula Verhoevena. Film ten bardzo głęboko utkwił mi w pamięci i należy do jednych z moich ulubionych filmów science-fiction. Oczywiście od dość długiego czasu wiedziałem, że jest luźno (to bardzo ważne słowo) oparty na książce. I rzeczywiście teraz podczas czytania książki cały czas konfrontowałem „dzieło” Verhoevena z książką Heinleina. Różnic jest mnóstwo. Film zdecydowanie wypada słabiej niż książka, ale powtarzam sobie, że Verhoeven raczej do wielkich myślicieli nie należy i wybrał sobie z książki fragmenty, w których krew i flaki oraz pourywane kończyny fruwają gęsto i często, jest też trochę gołych piersi. Film pana Paula miał swój urok, mimo niezbyt wyrafinowanego aktorstwa. Za to efekty specjalne jak na tamte czasy były wyjebane, nomen omen, w kosmos. Dobra, ale dość o filmie, przecież przeczytałem książkę do cholery!

Nieokreślona przyszłość, może jakiś dwudziesty drugi wiek albo dwudziesty trzeci, kto ich tam wie. W każdym bądź razie ludzie dość sprawnie sobie fruwają po galaktyce. Mają nawet takie swoje małe imperium. Federacja Ziemska się nazywa. I ta Federacja Ziemska toczy wojnę z rasą Robali. Robale owe to cywilizacja, która funkcjonuje na podobieństwo owadzich społeczeństw, choć owadami nie są. Robale mają  królowe, mają robotnice, mają tak zwane mózgi, mają też wojowników. I tak samo jak ludzie mają również swoje małe robalowe imperium. Nic więc dziwnego, że między indywidualistami, z których w głównej mierze składa się rasa ludzka, a Robalami, które czują bardzo silne więzi społeczne dochodzi do nieporozumienia, które szybko przeradza się w międzygalaktyczną wojnę. Poznajemy losy Juana „Johnniego” Rico, który zaciągnął się do Piechoty Zmechanizowanej, odbył trening w swoim super kombinezonie i walczy z Robalami ku chwale Federacji Ziemskiej. To tyle jeśli chodzi o fabułę.

Cóż takiego szczególnego jest w książce Heinleina spytacie się moi drodzy czytelnicy, którzy książki nie znacie? Przecież fabuła jest banalna i podobnych książek na kopy można znaleźć w całym znanym ludzkości Wszechświecie. Jest ich na kopy, ale Heinlein był jednym z pierwszych. To on stał się prekursorem tak zwanej military science – fiction. Dzięki niemu kosmos zaludnili dzielni Marines, odważni kapitanowie flot międzygwiezdnych i tym podobne.

Poza tym książka pokazuje społeczeństwo przyszłości, w którym panuje ustrój na kształt merytokracji, gdzie prawo głosu, prawo zajmowania państwowych posad i tworzenie rządu należy tylko i wyłącznie do weteranów wojennych. Reszta, czyli cywile może robić, co im się żywnie podoba, ale nie mogą brać udziału w rządzeniu. System karny jest surowy, nie ma więzień, a za przestępstwa i wykroczenia wymierzane są kary publicznej chłosty lub śmierci. W trakcie lektury dowiadujemy się, w jaki sposób ten ustrój został wprowadzony na Ziemi oraz dlaczego działa sprawnie już przez tak długi okres czasu. Zresztą cała książka zawiera mnóstwo elementów, które pacyfistom się raczej nie spodobają. Heinlein gloryfikuje służbę wojskową, szczegółowo opisuje musztrę, wojskowe prawo karne, hierarchię w armii. Książka było mocno krytykowana jako propagująca faszyzm i ustrój totalitarny. Nie wiem zupełnie z jakich powodów. Heinlein opisuje społeczeństwo, gdzie wszyscy są równi bez względu na płeć, wyznanie, kolor skóry i tym podobne. Z małym wyjątkiem – rządzą ci, którzy byli w wojsku. Może z tą płcią przesadziłem, bo w Piechocie Zmechanizowanej nie było kobiet. Wojska lądowe to na wskroś męska rzecz. Kobiety pojawiały się w Marynarce Gwiezdnej.

Ćwiczenia żołnierzy przyszłości nie różniły się zbytnio od ćwiczeń amerykańskiej armii z połowy dwudziestego wieku. No może poza drobnym wyjątkiem: chłopaki korzystali z mega zajebistych kombinezonów bojowych. Takie egzoszkielety tylko jeszcze lepsze z wyrzutniami rakiet atomowych, radarami i całym mnóstwem bajerów. Do szkolenia dochodzi jeszcze hipnoza, która programuje żołnierzy.

Czytanie książki w oryginale czasem sprawiało mi trudności, bo bądź, co bądź napisana została ponad pięćdziesiąt lat temu i sporo tam było mocno oldschoolowych sformułowań bądź wyrażeń, ale na szczęście słownik w Kindlu daje radę.

Heinlein nakreślił dość spójną moim zdaniem wizję przyszłości, w której nie zostawił suchej nitki na zachodnich demokracjach, jako społeczeństwach, które pogrążą się w chaosie, bo system jest zły i słaby. Sądownictwo nieudolne, a obywatele głupi. Czytałem z zainteresowaniem słowa o człowieku jako stworzeniu pozbawionym instynktu moralnego i poczucia moralności, które nabywamy dopiero w wyniku wychowania, a to jest niczym innym jak treningiem. Za te i kontrowersyjne wypowiedzi bohaterów odnoszące się do kar cielesnych, które są według Heinleina najskuteczniejszą metodą wychowywania, wielu czytelników zasypywało później autora listami nazywając go okrutnikiem i sadystą.

„Żołnierze kosmosu” to dobra książka. Interesująca i ciekawa, która wciąż się sprawdza nawet po tak wielu latach. Polecam gorąco! Niestety nie wiem jak się mają polskie tłumaczenia książek, na biblionetce czytałem narzekania, że pierwsze wydanie jest mocno okrojone, a samo tłumaczenie jest bardzo złe.

Garść multimediów moi drodzy coby ożywić wpis:)

Trailer filmu “Żołnierze kosmosu” w reżyserii Verhoevena:

Naprawdę darzę ten film ogromnym sentymentem i sympatią:)

Jedną z najlepszych rzeczy w filmie były propagandowe filmy rządu federalnego:

Teraz trailer z produkcji, która pojawi się w tym roku:

I jeszcze jedno. Ebooki na Amazonie są droższe od wydań papierowych:

 

Jakub Żulczyk “Zmorojewo”

Jakub Żulczyk "Zmorojewo"

Jakub Żulczyk "Zmorojewo"

Była taka akcja, bo już po akcji jest, że wydawnictwo Nasza Księgarnia wypuściło książkę Jakuba Żulczyka za darmo, w formie ebooka. A, że od jakiegoś czasu posiadaczem Kindle jestem postanowiłem skorzystać z okazji, bo o książce co nieco słyszałem i większość opinii była dość pochlebna.

Macie ochotę na ogromną dawkę Zła w swojskich klimatach polskiej wsi? Myślicie, że Polacy gęsi i swoich horrorów nie mają? Jeśli tak myślicie, to się mylicie. A polskich horrorów nie znacie, bo zagraniczne czytacie. Jak polski horror przeczytacie to narobicie w gacie. Nawet nie czuję, kiedy rymuję, a ja tutaj przecież książkę recenzuję. Dobra koniec pitolenia. Wracamy do książki. Żulczyk pokazuje, że horror mamy. Choć nie jest to horror – przynajmniej w moim odczuciu – dla dorosłych. „Zmorojewo” to bardziej dla młodzieży jest. Autor daje nam bohatera – typowego fajtłapę w wieku lat kilkunastu, co to całe dnie spędza przed komputerem, siedząc w Internecie i grając w gry komputerowe, ewentualnie odwiedzając strony pornograficzne – o tym autor nie pisał, ale Tytus Grójecki to piętnastolatek, niektórych rzeczy nie trzeba pisać, są oczywiste – bohater czyta też książki i ogólnie lepiej jest mu w świecie wyimaginowanym niż rzeczywistym. Tytus ów skazany został na wakacje u babci na wsi. Wiadomo, że wakacje na wsi dla dzieciaka z Warszawy to nie jest żadna frajda – ja w jego wieku każde wakacje spędzałem na wsi i to była zawsze najlepsza część roku -, ale ja to ja, a Tytus to Tytus. I tutaj możemy dojść do wysnucia dość ostrożnych wniosków, że z Tytusem może się utożsamiać całkiem spora grupa młodzieży. Ta część młodzieży, która oczywiście przeczyta „Zmorojewo”. Te wakacje na wsi jak to w takich książkach bywa zamiast okazać się nudnymi okazały się przygodą życia. Czegóż na tej polskiej wsi nie było! Twardowski i jego lustro, Kwiat Paproci, miasto widmo, dziwaczne stwory zmuszające ludzi do pożerania się nawzajem, pierwszy pocałunek i pierwsza miłość. No takich wakacji to tylko pozazdrościć.

„Zmorojewo” jest horrorem dość krwawym i całkiem, całkiem okropnym, ale jest  horrorem dla młodzieży. Nie dlatego, że jest mało krwiste i mało groźne. Niektóre sceny i opisy są naprawdę godne nazwania ich iście makabrycznymi. Po prostu ewidentnie przez cały czas czytania czułem, że jestem ciut za stary na tę książkę. Po drugie Jakub Żulczyk przypomniał mi powieści z lat młodości, głównie Nienackiego. Potrafił oddać klimat zagadki, potrafił wciągnąć czytelnika w akcję i co najlepsze prawie się z młodym bohaterem utożsamiałem. Choć od Tytusa Grójeckiego dzieli mnie nie tylko bariera lat, ale również zupełnie inny bagaż doświadczeń  jeśli chodzi o wiek szczenięcych lat. Za tę umiejętność, czyli związanie czytelnika z bohaterem ogromny plus dla autora.

Książka jest zabawna, galeria postaci interesująca i całkiem spora. Teksty ironicznie opisują naszą szarą, polską rzeczywistość, ale wiele z nich jest mocno stereotypowych. I z jednym się nie zgodzę – mianowicie sposobem zdobycia starodruków z Biblioteki Narodowej – tak łatwo cennych książek z Biblioteki się nie wynosi, no chyba, że jest się wyrodnym i niegodziwym pracownikiem Biblioteki Jagiellońskiej, albo profesorem historii na UJ.

Pod koniec  +++SPOILER+++  w momencie, gdy Tytus pokonywał ZŁO, autorowi włączyło się nadmiernie moralizatorstwo i rzucanie hasłami w stylu życie jest do przeżycia, czerp z niego pełnymi garściami, nie bój się, kochaj, płacz, śmiej się i tak dalej i tak dalej. W sumie w książce dla młodzieży można się było czegoś takiego spodziewać:)

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie miałem problemu z wciągnięciem się w akcję powieści. Interesowało mnie co będzie dalej i jak wszystko się potoczy. Z drugiej strony na chłodno z boku analizowałem większość motywów i motywików jakie zostały wykorzystane w tym horrorze.  Trochę psuło mi to lekturę, ale nie na tyle by nie mieć ochoty na następną część cyklu, bo to cykl będzie. „Zmorojewo” jest dobrą książką, to horror z elementami książki przygodowej dla młodzieży. Gdybym przeczytał to z dziesięć lat temu to piałbym z zachwytu. Dziś jestem tylko zadowolony i poczucia straconego czasu nie miałem.

I jeszcze jedno czytając książkę miałem nieodparte wrażenie, że jest to niemal gotowy materiał na świetny film. Naprawdę. Opowieść o chłopcu, który spotyka swoje przeznaczenie i walczy ze Złem. Potwory, piękna dziewczyna, świat po tamtej stronie. Tajemnicze obiekty do zdobycia. I całkiem spore ilości flaków i krwi. Gdyby tylko polscy filmowcy umieli takie filmy kręcić…

Antologia “31.10. Halloween po polsku”

"31.10. Halloween po polsku"

"31.10. Halloween po polsku"

 Ech, jak zwykle rychło w czas Charlie czyta książki. Po Halloween już śladu nie ma, wszystkie żywe trupy grzecznie wróciły do grobów lub rozłożyły się w sposób jak najbardziej elegancki. Wiedźmy porzuciły miotły i przeniosły się do dziekanatów i wszelkiego rodzaju urzędów, na swoje posadki. Co do duchów to wessane zostały do odkurzacza i miotają się teraz wśród drobin kurzu i jednogroszówek (widzieliście kiedyś zawartość worka do odkurzacza? Nie wiem naprawdę skąd się bierze tyle tych monet tam… To prawie tak jak ze skarpetkami, moje udają się do skarpetkowej Valhalli po każdym praniu). Dobra, ale ja nie o tym, nie o tym.

O książce „31.10.Halloween po polsku” czytałem już na kilku portalach, akcja spodobała mi się i sobie ściągnąłem tego ebooka. Tak moi drodzy ebooka albowiem książka nie ma swojej papierowej wersji i istnieje tylko w postaci cyfrowej. I jest jeszcze coś ważnego w tej antologii. Otóż jest ona za zupełną darmochę! Ściągnąć sobie może każdy i każdy może przeczytać!

Nie będę ukrywał, że długo zwlekałem z lekturą, gdyż zwyczajnie podchodziłem do czegoś, co jest za darmo jak pies do jeża. To znaczy obawiałem się jakiejś grafomanii, która poziomem dorównuje depresji w Żuławach Wiślanych. Takie miałem głupie wyobrażenie, że jak piszą za darmo książki to pewnie badziew. Na szczęście lektura okazała się solidnym pacnięciem w potylicę, że Charlie nie powinien oceniać książki po okładce, ani tym bardziej po cenie.

Dwudziestu pięciu autorów i trzydzieści cztery opowiadania. Opowiadania przeróżne, od typowych historii o duchach (Anna Rybkowska “Autostopowiczka“), po historie o żarłocznych lodówkach (Mariusz Zielke “Żarłoczne lodówki“). Niektóre teksty zabawne, ironiczne. Inne opowiadania z kolei śmiertelnie poważne, trochę na siłę starające się stworzyć straszny klimat. Jednak ogólnie cały zbiór czytało się dobrze. Czasem tylko zżymałem się na banalny pomysł i kiepskie wykonanie. Niestety duża ilość opowiadań sprawiła, że bardzo szybko wylatują z pamięci. Moje szare komóreczki (w liczbie dwóch ostatnich weteranów) nie radzą sobie z gromadzeniem danych i informacji tak dobrze jak dawniej. Postaram się je jednak zmusić do maratonu pamięciowego i wymienię kilka opowiadań, które na owych dwóch szarych komórkach zrobiły wrażenie. W antologii brakowało mi żywych trupów, najbliższe tej tematyce było opowiadanie “Noc żywych awatarów” Wala Sadowa – interesujący pomysł, napisane z humorem i dość ciekawie. Inne opowiadanie, które zaintrygowało dwie szare komórki (nazywam je Pinky i Mózg) było bardziej fantastyką, niż opowieścią grozy. To “Nikczemnik” Antoniny Kostrzewy, historyjka o młodym adepcie magii, co chce zostać potężnym czarnoksiężnikiem, aż prosi się o rozwinięcie jego przygód. Dwie szare komórki – dwa opowiadania.

Jakie wrażenie po lekturze? Bać się nie bałem. Jestem już dużym chłopcem i swoje widziałem, jeśli chodzi o horror. Kilka ciekawych pomysłów, kilka takich, które mnie niczym nie zaskoczyły, a nawet trochę zirytowały. Ogólnie nie jest źle, ale szału nie ma. Mogę rzec, że “31.10. Halloween po polsku” zdecydowanie nie jest na poziomie  Żuław Wiślanych – jest znacznie, znacznie wyżej:)

„31.10. Halloween po polsku” jest dobrą antologią i można się z nią zapoznać.

Tutaj strona projektu: 31.10.pl.