Przychodzi czytnik do biblioteki…

Zdjęcie Kindla w bibliotece. fot. dubh. Źródło: https://flic.kr/p/bxpMXZ

Zdjęcie Kindla w bibliotece. fot. dubh. Źródło: https://flic.kr/p/bxpMXZ

Dzień dobry! Od razu z góry przepraszam za moją długą nieobecność – wakacje miast czasem relaksu okazały się czasem wytężonej pracy. Dlatego zamilkłem. A dzisiaj chciałem Wam tylko się pochwalić:)

Continue reading

Świat w roku dwutysięcznym według “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z 1926 roku.

Dzień dobry. Dla takich perełek sprzed lat kilkudziesięciu przeglądam starą prasę. Przewidywania dotyczące przyszłości to nieodłączny element ludzkiej twórczości. Natrafiłem na ten artykuł “przepowiadający” wygląd świata w roku 2000. Takie gdybania często zaskakują zadziwiającą trafnością przewidywań lub śmieszą naiwnością oczekiwań.

Przeczytajcie sobie. Warto.

IKC1926nr7920III

Świat w roku 2000 – nym

Bez węgla i dymu – Dom elektryczny – Komunikacja podziemna – Elektryczna gazeta

Kraków, 19 marca.

Różne oznaki zdają się wskazywać na to, że w niedalekiej może przyszłości pokłady węgla, jako źródło wszelkiej energji, zostaną zupełnie wyczerpane. Człowiek przestanie w pocie czoła i w ciężkim mozole wydobywać węgiel z ziemi. Natomiast elektryczność, otrzymywana z przeróżnych źródeł poruszać będzie wszelkiego rodzaju machiny. Wiek XIX był wiekiem wynalazków. Stulecie to obdarzyło nas koleją, statkiem parowym, autem, maszyną do pisania, fotografią, maszyną do szycia, maszyną drukarską, telegrafem bez drutu, kinematografem, promieniami Roentgena. Wszystkie te wynalazki spopularyzowały się niezmiernie szybko i obecnie przedstawiają się nam, jako coś zupełnie naturalnego. Wszystko to tak zrosło się z naszem codziennem życiem, że nie umielibyśmy sobie poprostu wyobrazić naszego życia bez tych wszystkich technicznych udoskonaleń. Chwilowe uszkodzenie jednego z tych wynalazków, odrazu hamuje bieg życia powszedniego.

Ale wszystkie te rzeczy są tylko etapami na drodze rozwoju techniki. Co zatem przyniesie nam przyszłość w tej dziedzinie?

Przedewszystkiem w gospodarstwie naszem domowem wszystko się zmieni. Praca gospodyni zredukowaną będzie do minimum. Tak zwane ognisko domowe zniknie, ustępując miejsca elektrycznym piecom, kuchniom gazowym, do których gaz doprowadzany będzie na odległość. Wielkie centrale energii otrzymywanej z powietrza, będą zaopatrywać miasta obficie w elektryczność. Bogaty właściciel kamienicy będzie może posiadał własną turbinę powietrzną, dostarczającą mu energii elektrycznej w odpowiedniej ilości. Gospodyni nie będzie mleć kawy w młynku, przestanie trzepać dywany, obierać ziemniaki, czyścić obuwie, nie będzie zmuszoną do prasowania bielizny. Wszystkie te czynności spełniać będzie mała elektryczna maszyna, pociągająca za sobą minimalne koszta. Mieszkania będą o wiele hygieniczniejsze, aniżeli obecnie.

A jakże będzie wyglądał wówczas przemysł? I tutaj obraz zmieni się zasadniczo. Znikną dymne kominy i buchające żarem wielkie piece, albowiem węgiel i koks wyjdą z użycia. Metale topić się będą w wielkich piecach elektrycznych. Ludzie zamieszkają w jasnych, czystych domach. Na terenach przemysłowych. obecnie przedstawiających tak ponury obraz, rozciągać się będą zielone, wesołe parki i pola. Robotnicy w warsztatach swoich będą stać przy pracy w białych płaszczach. Elektryczne pochłaniacze pyłu oczyszczać będą nieustannie powietrze, obecnie tak zanieczyszczone dymem węglowym.

A w miastach udoskonalone machiny będą oczyszczać gładkie ulice ze wszelkiego pyłu. Cała komunikacja odbywać się będzie pod ziemią. Zapoczątkowaniem tego są kolejki podziemne. Denerwujące dzwonki tramwajów i warczenie motorów automobilowych, przestanie rozdzierać uszy. Auta pędzić będą po specjalnych na ten cel wybudowanych drogach. Cuchnąca benzyna zostanie zastąpiona innym bezwonnym preparatem. Samoloty o szybkości 600 klm. mknąć będą w powietrzu. Przejażdżka z bieguna północnego na biegun południowy, albo z Ameryki do wnętrza Afryki, będzie drobnostką, zajmująca niewiele czasu, nie pociągającą za sobą żadnego zmęczenia.

Elektryczny aparat dalekowidzący pozwoli człowiekowi podróży informować się, co dzieje się w jego domu. Radjo zostanie tak udoskonalone, że głosy można będzie słyszeć na każdem miejscu, na ziemi, na morzu i w powietrzu. Zostaną utworzone specjalne centrale aparatów do widzenia na odległość. Tak jak się dziś zamawia rozmowę telefoniczną, będzie, można zamówić sobie życie pod piramidami albo nad wodami Gangesu. Przenoszenie fotografji przy pomocy telegrafu bez drutu zostanie do tego stopnia udoskonalone, że film będzie się podziwiać z największej odległości.

Gazety nie będą jak dotychczas, drukowane na papierze. Wydawcy abonentom swoim udzielać będą wszystkich informacyj przy pomocy aparatu dalekowidzącego. Ojciec do synka zamiast powiedzieć: “Pobiegnij po gazetę — powie — nastawno aparat gazetowy”. Przyciska się odpowiedni guzik i matowa z mlecznego szkła szyba, rozbłyska światłem. Odczytuje się najnowsze telegramy artykuły wstępne, wiadomości kronikarskie, felietony. Wszystko to urozmaicone obrazami ruchowymi, rozsianymi w tekście. Biblioteki staną się zbyteczne, ponieważ można się będzie zaabonować i przy pomocy aparatu działającego na odległość, włączyć w każdej chwili interesującą książkę.

Dola ślepych i głuchoniemych ulegnie znacznej poprawie dzięki nowym technicznym wynalazkom umożliwiającym im ścisły kontakt z światem zewnętrznym.

Jak widzimy z tego, warto będzie żyć w roku 2000.

I co myślicie o pomysłach redaktora z “IKC”. Bardzo ciekawe, bardzo ciekawe Wam powiem. Pomylił się co prawda w wieszczeniu świata bez węgla, bez dymów, bez benzyny i z ruchem miejskim przeniesionym pod powierzchnię. Gładkie ulice to jednak wciąż pieść dalekiej przyszłości przynajmniej w naszym pięknym kraju. Już widzę oczyma duszy mojej Kraków bez żadnego automobila w centrum, z szerokimi alejami dla rowerzystów i pieszych.

Domy rzeczywiście stały się elektryczne i gazowe, ale gospodynie i gospodarze mają wciąż pełno pracy. Jest wiele urządzeń ułatwiających życie, lecz brak tego jednego uniwersalnego. I ta energia pobierana z powietrza. Piękna wizja.

Filmy na odległość? Mamy to. Radjo wszędzie? Też to mamy. Informacje, kroniki, wydarzenia uruchamiane za pomocą przycisku, z ruchomymi obrazkami w tekście? Też to mamy. I ta cudna fraza o matowej szybie z mlecznego szkła rozbłyskującej światłem. Też to mamy. Prasa papierowa wciąż istnieje, ale jest w dużym odwrocie.

Globalna wioska, którą można okrążyć błyskawicznie – jest.

Ale najbardziej przerażająca perspektywa, bo dotyczące mnie osobiście, to owo zdanie o zniknięciu bibliotek jako niepotrzebnych instytucji. Na szczęście bibliotekarze w całkiem sporej liczbie odnajdują się w cyfrowej rzeczywistości i starają się adaptować do zmieniających się warunków. Natomiast prawie idealnie trafioną jest wizja książki elektronicznej. Uruchamiamy aparat i “włączamy” interesującą książkę. Czytniki to nie taki znowuż rewolucyjny pomysł.

Miło mieć taką wycieczkę w wizję naszej teraźniejszości sprzed osiemdziesięciu lat. Niemiło jest wiedzieć ile zostało do zrobienia. Świat bez węgla, czysta praca robotników, gładkie ulice, brak bibliotek… tfu! się zagalopowałem. Biblioteki zostaną.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

[EDIT] Artykuł pochodzi z numeru 79 “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z 20 marca 1926. Początek artykułu czyli “Kraków 19 marca” dotyczy prawdopodobnie daty napisania artykułu.[Koniec edytowania w Wielkanocny Poniedziałek]

Libraries: We share shit…

Tytuł posta mocny. Zainspirowany tym oto zdjęciem:

Libraries. We share shit. Eli

Tłumaczenie na polski tych zdań nie ma sensu. Po angielsku brzmi to znacznie lepiej.

Nie piszę często o mej pracy w bibliotece na tym blogu. A przecież bibliotekarzem jestem i staram się, by nic co bibliotekarskie nie było mi obce. Dlatego w swoich RSS mam trochę bibliotekarskich serwisów z zagranicy i z Polski.

Fotka pochodzi z wpisu na stronie Kathryn Greenhill, która wykłada na Curtin University w Perth, to jest Zachodnia Australia. Wpis dotyczył jej doświadczeń po konferencji zorganizowanej przez organizację non-profit VALA, zajmującej się bibliotekarstwem, informacją naukową, technologią i wieloma innymi rzeczami.

A zdjęcie zrobiła podczas prezentacji Eliego Neilburgera zatytułowanej “Access, schmaccess: libraries in the Age of Information Ubiquity”. W moim wolnym tłumaczeniu “Dostęp, srostęp: biblioteki w dobie wszechobecności informacji”.

Nagranie wideło z całej prezentacji obejrzyjcie sobie TUTAJ!!!!

Polecam Wam gorąco. Niestety prezentacja po angielsku. A dotyczy zmian jakie nastąpiły w dostępie do informacji, wiedzy, dzieł sztuki, muzyki, filmów, książek, zdjęć ogólnie całego tego szajsu i wspaniałości, które jest w stanie stworzyć człowiek. Codziennie ilość informacji jaka jest umieszczana w sieci jest nie do ogarnięcia. Eli mówi o memach internetowych, mówi o prawach autorskich, mówi o dzieleniu się treścią i piractwie. Mówi również o roli jaka przypada w dwudziestym pierwszym wieku bibliotekom, które muszą zaoferować pokoleniu cyfrowemu coś zupełnie innego niż zwykłe udostępnianie zbiorów. W czasach gdy tak zwany “content” przestaje być materialny, czyli traci swój fizyczny nośnik, a istnieje w wirtualnej chmurze, która jest dostępna dla każdego, biblioteki muszą zapewnić swoim czytelnikom zupełnie nową jakość usług. Eli zwraca tutaj uwagę na unikatowość działań, nowe doświadczenia jakie mogą czytelnicy zyskać dzięki odwiedzaniu biblioteki. Eli mówi o mnóstwie interesujących rzeczy, które dzieją się na naszych oczach, na ekranach naszych “maszyn liczących” i w światłowodach sieci informatycznej. Warto sobie obejrzeć.

Polecam nie tylko bibliotekarzom.

Przyznam się, że ta prezentacja podsunęła mi pewien pomysł i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Elegie papieru…

W jednym z wcześniejszych wpisów napisałem i pokazałem Wam drodzy Czytelnicy i najdroższe Czytelniczki Co można z książkami zrobić…. Przemierzając nieprzepastne zasoby internetu natrafiłem na blog pana Nicka Georgiou (nie wiem czy powinienem odmienić nazwisko, więc lepiej zostawię tak jak jest). Otóż pan ten na swoim blogu pisze o swej sztuce tak:

My art is inspired by the death of the printed word. Books and newspapers are becoming artifacts of the 21st century. As a society we’re shifting away from print consumption and heading straight towards full digital lives.” 

Uwaga! Będę tłumaczył! “Moja sztuka jest inspirowana śmiercią słowa drukowanego. Książki i gazety stają się artefaktami w dwudziestym pierwszym wieku. Jako społeczeństwo oddalamy się  od konsumpcji słowa drukowanego i podążamy wprost w stronę cyfrowego życia.” (tłumaczenie nie jest dosłowne, ale chyba wychwyciłem sens).

Nie będę się tutaj rozwodził nad “death of printed word”, bo nie uważam, że ten świat umiera. Chciałem Wam pokazać fantastyczne rzeźby, instalacje, które ten pan tworzy z gazet i książek.

The Scholar

The Scholar

 

Page 119

Page 119

 

Day of the Dead

Day of the Dead

 

read read read

read read read

Więcej prac na jego blogu: myhumancomputer.blogspot.com. Polecam gorąco!

Ja w pierwszej kolejności miałem skojarzenia z obrazem “Bibliotekarz” niejakiego Giuseppe Arcimboldo. Na pewno jakieś inspiracje były, jednak prace pana Nicka są świetne same w sobie i niektóre powalają na kolana. Przejrzyjcie sobie jego bloga, naprawdę warto!

 

P. S. Swoją drogą ten Giuseppe był naprawdę łebskim facetem. Nazywany pre-surrealistą śmiało sobie poczynał jeśli chodzi o kompozycje w swoich obrazach.

 

 

New generation…

Od czasu do czasu Charlie ma przemożną chęć i pragnienie, aby napisać coś mądrego. Tekst, który swą przenikliwością i ostrością spojrzenia na otaczający świat powali na kolana Czytelników. Nie mówię, że tym razem tak będzie. Jednak chciałem zwrócić Wam uwagę na pewne zjawisko.

Poruszę temat interesujący i na czasie. New generation. Nie chodzi mi o Pepsi Generation Next (swoją drogą pamiętacie te reklamy?) Chodzi o generację tak zwanych cyfrowych tubylców, czyli pokolenie urodzone i wychowywane w erze cyfrowych urządzeń, komputerów, komórek, Internetu. Termin ukuł dekadę temu Marc Prensky w swoim “Digital Natives, Digital Immigrants”. Od tamtej pory określenie cyfrowego tubylca i imigranta zrobiło zawrotną karierę. Zwłaszcza wśród ludzi zajmujących się edukacją, jej przyszłością oraz zmianami, które w edukacji zachodzą. Ale ja nie o tym, nie o tym.

Po Youtube krążą ostatnio filmiki z małymi dziećmi, które bawią się Ipadami, jak my kiedyś klockami. Filmiki te stały się podstawą do kolejnej fali dyskusji o pokoleniu cyfrowym. Na początek pokażę jeden z nich:

Co sądzicie o tym filmiku? Moim zdaniem ojciec trochę przesadził z tym kodowaniem OS (Operation System) dziecka. Ipad to po prostu błyszcząca, migająca, grająca zabawka. To chyba oczywiste, że jednoroczne dziecko będzie bardziej zainteresowane czymś co się rusza i reaguje na dotyk niż czymś statycznym. Wiele dziecięcych zabawek wydaje dźwięki, gdy coś się naciśnie. Ojciec jest trochę za bardzo podekscytowany i podjarany swoim odkryciem, że Jobs mu dziecko przeprogramował. Małe podrośnie, zacznie się orientować co jest co i czar kodowania pryśnie. Pozostanie jedynie oswojenie z cyfrowymi urządzaniami.

Z ręką na sercu przyznaję, że przeczytałem dziesiątki komentarzy pod tym filmikiem. Nie było to łatwe zadanie. Oddzielanie ziarna od plew to prawdziwa mordęga. Zaprawdę powiadam Wam, moderatorzy na forach internetowych mają ciężkie zadanie i powinni dostawać dodatki za pracę w ciężkich warunkach. Osiemdziesiąt procent komentarzy nie dotyczyła absolutnie tematu filmiku, czyli podejścia dziecka do gazety, jako zepsutego Ipada. Komentarze wykpiwały umiejętność nagrywania filmu (zamiast w normalnej pozycji film jest nakręcony pod złym kątem), inne wyśmiewały Jobsa i produkty firmy Apple. Jeszcze inne broniły tych produktów. Większość to pewnie zwykły trolling, jednak czytanie bolało. Zdarzały się nawet komentarze, że Ipady uchronią środowisko naturalne przed degradacją, bo czytanie książek i czasopism na tablecie oszczędza drzewa (!). Zaledwie kilka przeczytanych przeze mnie komentarzy poruszało problem oswojenia się dziecka z cyfrowym światem. Z tych kilku większość wyrażała podobną opinię do mojej. Kilka mocno beształa młodego ojca za nadmierną ekscytację i brakiem podstawowych informacji o wychowaniu dzieci. Moim zdaniem z tego filmiku wniosków o przeprogramowaniu OS dziecka nie można wyciągnąć.

Takie wnioski mogą pojawić się po obejrzeniu następnego filmu:

Tutaj mamy dwuletniego dzieciaczka, który “bawi” się swoim Ipadem. Tak przynajmniej w opisie podał autor filmiku. Nawiążę do komentarzy, których również przejrzałem mnóstwo. Zaczynam się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne. Ludzie są straszni, gdy myślą, że są anonimowi. A przecież w Googlach już prywatności nie ma! Komentarze poruszały w kolejności: powątpiewanie w wiek dziecka, które dopiero co skończyło 2 latka, wyśmiewanie się z imienia chłopczyka, które brzmi Bridger. Mamy jeszcze falę komentarzy od wielbicieli Apple i ich przeciwników. Na szczęście pojawiają się również głosy w miarę poważnej dyskusji. Jedni użytkownicy martwią się o dzieciaka, który nie wychodzi na zewnątrz, a rodzice powinni mu kupić kredki, bo dzieciak będzie nienormalny, gdyż za dużo czasu spędza przed tabletem, a nie na zewnątrz. Inni internauci walczą z tą opinią wskazując prosty fakt, że filmik ma zaledwie kilka minut, nie wiemy jak dziecko jest wychowywane i czy Ipad jest dla Bridgera całym życiem. I żeby przestali atakować ojca, jako nerda i freaka, bo kupił młodemu (bardziej sobie) Ipada. Czytanie komentarzy to droga przez mękę:)

Co ja o tym filmiku myślę? W przeciwieństwie do tego pierwszego mamy tutaj świadome korzystanie z urządzenia zwanego Ipadem. Użytkownik jest prawdopodobnie w wieku lat dwóch. I choć ma rzeczywiście dziwne imię śmiga po Ipadzie bardzo sprawnie i bez problemów. Potrafi uruchamiać aplikacje przeznaczone do kompletnie różnych rzeczy. Rysowanie, odtwarzanie filmów video, włączenie multimedialnej bajeczki. Co o tym myśleć? Parafrazując powiedzenie Starków z “Gry o tron” powiem tyle, “FUTURE IS COMING”. Nie jestem pediatrą, nie znam się na dzieciakach, ale wydaje mi się, że  takie rzeczy będą się działy i to jest naturalna konsekwencja dorastania w cyfrowym świcie. Kto wie z jakich urządzeń będzie korzystał Bridger, gdy będzie nastolatkiem. Ja w wieku 2 lat biegałem w tetrowych pieluchach, w kraju socjalistycznej szczęśliwości i bawiłem się, tym co było pod ręką. W wieku piętnastu lat biegałem (już nie w pieluchach) do kumpli na Internet z modemu:). I też pewnie moim rodzicom nie śniło się, że po pierwsze będę dorastał w wolnej Polsce, a po drugie, że będą mogli do mnie dzwonić z każdego miejsca naszego pięknego kraju. Kolejna uwaga – dzieci lepiej łapią wszelkie nowinki technologiczne niż dorośli. Ja sam pamiętam, że w domu mym rodzinnym, byłem jedyną osobą, która potrafiła obsługiwać magnetowid (programować kanały, programować nagrywanie, czy też ustawić zegarek:), dodam, że nauczyłem się tego bez żadnej instrukcji, bo była ona w języku germańskim. Bridger należy już do nowego, czy wspaniałego, świata, tego nie jestem w stanie określić.

Jako bibliotekarz mogę tylko stwierdzić, że trzeba wyjść z podniesionym czołem i stawić czoła przyszłości tak, jak Starkowie stawiają czoła zimie. (Nie żebym nawoływał do walki z przyszłością:) Uważam, że nie należy się jej bać, trzeba ją adaptować i przyswajać. Bo ja również należę do cyfrowych tubylców, ale czuję, że między mną, a Bridgerem rośnie przepaść, której nie chciałbym pogłębiać.

To tyle od mnie:)

P. S. Przebrnąwszy przez niezliczone komentarze znalazłem wpis o tak zwanym “United States Patent 6506148″. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale sam fakt, że istnieje metoda pozwalająca na manipulację ludzkim systemem nerwowym za pomocą zmiennego pola elektromagnetycznego z monitorów i TV brzmi strasznie. Patent dotyczy wyżej wspomnianej metody manipulacji obrazem video w taki sposób, by emitować określoną częstotliwość oddziałującą na nasz mózg!, Patent dotyczy również programu komputerowego i jego różnych wersji, który pozwala na ingerencję w system nerwowy osoby znajdującej się blisko monitora. Można go sobie zakupić i stosować. Badania potwierdziły, jakąś tam skuteczność! Nie jestem panikarzem, ale nie brzmi to zbyt przyjemnie.