O Karelu Capku w przedwojennych “Wiadomościach Literackich”

Cieszą mnie takie znaleziska, które pozwalają z perspektywy osiemdziesięciu ponad lat spojrzeć na autora, którego się ceni. Na artykuł o Capku natrafiłem w numerze 27 (79) “Wiadomości Literackich” z roku 1925. Kto chce może sobie przeczytać artykuł bezpośrednio na stronie Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej (KILK).

Z współczesnej literatury czeskiej

Karol Capek

Krytyk, autor dramatyczny, powieściopisarz

capek11“W literaturze czeskiej po wojnie wypłynęły rozmaite nowe talenty. Między młodymi autorami najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem dojrzałości literatury czeskiej wobec Europy, młodym rycerzem, torującym jej drogę w świecie, jest Karol Capek.

Próby jego twórczości niczem nic zapowiadały, że zostanie nagle sławą nie tylko swej ojczyzny, lecz autorem znanym w Europie, prawie na całym świecie. Próby te były wprawdzie ciekawe, lecz o tyle, o ile ciekawa była działalność jego poprzedników, z pokolenia niepopularnych pisarzy, którzy przyszli po starych twórcach przedwojennej czeskiej literatury.

Początki twórczości Capka sięgają na parę lat przed wojną. Krytyka z lat dziewięćdziesiątych kończyła już prawie swe posłannictwo rozwojowe, miała za sobą głównie wojny zaczepne, wynikł szereg indywidualności, wojujących już nie ze swymi poprzednikami, lecz z przyjaciółmi. Na stanowiskach pozostali tylko krytycy społeczeństwa, walczący na dwa fronty: burzyli oni podupadłe życie narodowe i nieustraszenie walili w gmach władzy austrjackiej. Karol Capek, a raczej bracia Capkowie, gdyż równocześnie rozpoczynał pracę literacką Józef, postępowali śladami krytyków społeczeństwa. Nie odziedziczyli wprawdzie zapału narodowego, lecz zaczęli przejmować się gorąco życiem społeczeństwa. Chciwemi oczami ogarniali wszystko, co interesowało ich młode umysły, spragnione, subtelne i szybko się udoskonalające.

Erudycja ich miała orjentację niemiecką i francuską. Zajmowali się literaturą i sztuką (Józef został malarzem), rozwijali się w szybkiem tempie. Studjum w obu dziedzinach pomagały wielce podróże do Paryża i Hiszpanji, rozszerzające ich horyzonty. Literaturę rozpoczęli drobnemi, lekkiemi feljetonami prozą, podpisywanemi „Bracia Capkowie”, lecz następnie, otrzymawszy stałą trybunę w tygodniowym „Przeglądzie”, w którym pracowała ówczesna postępowa inteligencja, rzucili się do krytyki i popierali prądy wszelkich „izmów”, od których roiło się w artystycznej Francji. Następstwa tej intensywnej agitacji ukazały się wkrótce. Za przyczyną Capków założono „Miesięcznik Artystyczny”, organ młodych literatów i artystów, a wkrótce potem Karol Capek, zaledwie dwudziestotrzyletni młodzieniec, został na czas pewien redaktorem pierwszego artystycznego miesięcznika — „Volnych Smerów” („Wolnych Kierunków.”). Bojownicza młodzież trafiła jednak na opór, pozycje się zachwiały, trzeba było szukać współpracy ze starszem pokoleniem. Walczący bracia znaleźli poparcie w propagatorze wolnego wiersza, Otokarze Theer’ze, i w ciągle młodym burzycielu, St. Neumannie. Z nimi, a także z kilku innymi z pośród starszych i młodych, ułożyli z końcem 1913 r. manifestacyjny „Almanach na r. 1914″.

Najdzielniejszym ich pomocnikiem został St. K. Neumami, propagator t. zw. cywilizmu w sztuce. Capkowie powierzyli mu bardzo odpowiedzialną rolę: przygotowanie gruntu dla nowej sztuki wojowniczemi artykułami w robotniczych i ludowych gazetach morawskich. Znaleźli w nim rzeczywiście odpowiedniego człowieka, Neumann uznał ideały młodych za własne i przejął się niemi do tego stopnia, iż stanowi to nowy etap jego niespokojnego rozwoju.

Obaj bracia rozpoczęli twórczość  własną po ukończeniu tego teoretycznego przygotowania. Początkowo byty to tylko eksperymenty, które w druku wyszły dość późno, jako dokumenty przebytych stadjów rozwoju. Przed wojną wydali pierwszą wspólną książkę „Płonące głębie”, obejmującą próby nowel w stylu nowo-klasycznym, który przenikał czeską przedwojenną literaturę. Pod koniec wojny bracia Capkowie ostatni raz wystąpili wspólnie w „Ogrodzie Krakonosza” jest to miły utwór młodociany, pisany pod wpływem niemieckim, podobnie zresztą jak wspomniane już „Płonące głębie”.

capek10

Następnie wystąpił Karol Capek z własną książką p. t, „Boża męka”, która swem filozoficznem, pełnem samoudręki założeniem, zwięzłą formą i dekoratywnością słowa różni się wielce od książki brata Józefa, wydanej w tym samym czasie p. t. „Lelio”.

 Nadeszły lata przykre, i młody teoretyk musiał złożyć broń literacką wobec szalejącej walki narodów; podczas gdy drżał o losy ukochanej Francji, zajmował I się przekładami współczesnej liryki francuskiej, poto tylko, by paść ucho drogiemi mu dźwiękami francuskiej mowy. W tymże czasie zdobył zaszczytne stanowisko redaktora wielkiego dziennika „Narodni Listy”, który reorganizował się pod koniec wojny.

W feljetonach „Narodnich Listów” drukuje swe utwory filozoficzne, zebrane później w książkę „Pragmatyzm, czyli filozofja praktycznego życia”. Tamże otwiera przed czytelnikiem pracownię pisarza, przygotowującego się świadomie do swego zadania w tygodniowych, dowcipnych artykułach, które zebrał potem w książkę p. t. „Krytyka słów”.

Tak było do końca wojny; widoczne jest, że dotychczasowy jego rozwój był tylko przygotowaniem. Przygotowaniem nawet szkolnem, gdyż w tym czasie skończył uniwersytet, został doktorem filozofji, obok francuskiej zaczął studjować i angielską literaturę, a jako krytyk literacki, starannie badał literatury obce i pisał sprawozdania z ukazujących się drukiem przekładów. Lecz książki jego, wydane wspólnie z bratem i osobno, nie szły, nie były popularne, nie interesowała się niemi szersza publiczność, i nie było nadziei, by zainteresowanie wzrosło. Zadziwiająca „Boża męka” zajmowała tylko najmłodszych, którzy do dziś uważają tę książkę Capka za jedyne jego pozytywne dzieło, mające wartość dla młodej sztuki. Niespodzianie wystąpił Karol Capek na polu, gdzieby się go było można najmniej spodziewać — na polu dramatu. Wystawił utwór p. t. „Rozbójnik”. Sztuka miała nadzwyczajne powodzenie. Przedtem jeszcze wspólnie z bratem napisał na wzór włoskiej commedia dell’arte drobną, bibelotkową sztuczkę „Nieszczęśliwa igraszki miłości”. Lecz drobnostka ta, którą zauważyły teatry czeskie dopiero po jego powojennych powodzeniach scenicznych, nie dawały pojęcia o talencie autora „R. U. R.”

W Czechach wytworzyła się ciekawa sytuacja pod koniec wojny i w pierwszych latach powojennych: teatr stał się punktem powszechnego zainteresowania i zupełnie zgasił poprzednie zamiłowania do literatury. Capek wystąpił we właściwej chwili i twórczy wysiłek jego uwieńczyło powodzenie. ”Rozbójnik”, to pomnik postawiony młodocianym wierzeniom w chwili pożegnania się z niemi dojrzałego mężczyzny, to jeszcze utwór młodości, lecz już pełno tam poglądów Europejczyka i poważnego człowieka.

Wszystko, co napisał potem, czy w formie dramatu, czy powieści, bo i na nie się wreszcie odważył, jest niczem innem jak chwilami tęsknym, chwilami rozjaśnionym monologiem praktycznego filozofa, który przenika nawskroś przeszłe społeczeństwo. Pod różnemi maskami i przemianami, dostosowywanemi wprawnie przez tego namiętnego intelektualistę, oczarowanego prądem teoryj artystycznych, przemawia zawsze tylko on sam. Czasem wyimaginuje sobie zmechanizowanie cywilizacji z całą grozą tej ewentualności i opowie w „R. U. R.” nowoczesną bajkę o buncie sztucznych ludzi, dozwalając w końcu zwyciężyć uczuciom nad materią. Czasem wspomni sobie lata, spędzone z bratem, ich wspólne zamiłowania do przyrody, ich studia praktyczne i zbiory motyli i owadów, które dotąd zdobią jego mieszkanie — i stąd powstanie wspólna ferja „Z życia owadów”, która pod postaciami zwierząt kryje dzieje ludzkie, a jednocześnie jest spowiedzią autora, jego sceptycznej niewiary w ludzkość — niewiary nie spłoszonej uwodnem marzeniem, że przeminął groźny sen. To znów rozmyśla o urządzeniach świata, o wiecznie walczących żywiołach, i zamyśli się na temat przedłużenia istnienia człowieka. Żyjemy w czasach poważnych doświadczeń naukowych, lecz Capek wie, jak zniewolić widzów, więc chętniej wyszuka sobie u jakiegoś niegdyś bardzo czytanego autora przedziwne zdarzenie o żonie cudownego starca, i stąd wyniknie „Sprawa Makropulos”! Obok uśmiechu błyskającego z dyskusji o długości świata, pada na tę sztukę przerażający cień głównej postaci, która jakby była uosobioną minioną kulturą, zaprzepaszczoną przez mocnych panów świata, długo wyuzdanie hulających na rachunek słabych, bezbronnych członków społeczeństwa.

Dopiero po powodzeniu dramatów spróbował Capek szczęścia w powieści. Tutaj również jest to monolog autora zmieniającego maski.

Romans-feljeton ,,Fabryka absolutu” jest pełnym ducha wariantem tematów poruszanych w „R. U. R.” i „Z życia owadów”.

W „Krakatit” dotyka tematu masy wybuchowej, przez którąby można zapanować nad światem, niewiarą w cywilizację i kończy, podobnie jak w ,,R.U.R” wiarą w zwycięstwo królestwa bożego na ziemi i uczucia.

Należy podziwiać umiejętność, z jaką Capek przerzuca się z dociekań nad chaosem, wytworzonym przez wojnę, do fantastycznych a ciągle nowych zagadnień, tak jakby czeska myśl twórcza pod wpływem dążeń kulturalnych wydobyła się z kokonu poczwarki, w którą się oprzędła w czasach przedwojennych. Karol Capek jest nowym typem czeskiego pisarza przez swój nieoczekiwany rozpęd, którego nabrał po wojnie. W istocie jednak tkwią w nim wszystkie zdobycze czeskiej literatury współczesnej, które stworzyły państwo czeskie i ukazały mu nowe warunki rozwoju kulturalnego.”

Antoni Vesely

Jeśli ktoś przeczytał dotąd to bardzo mi miło. Ja sam obiecuję sobie, że przeczytam w końcu “R. U. R.”. Utwór, który zapowiada się bardzo ciekawie i smakowicie.

Ale, że pan Antoni określił “Fabrykę absolutu” romansem? Chyba, że wtenczas trochę inaczej pojmowano definicję romansu:)  Pozdrawiam Wam moi drodzy serdecznie w ten deszczowy, listopadowy, wieczór. I niech roboty się nie zbuntują!

Józef Bliziński “Barbaryzmy i dziwolągi językowe”

Józef Bliziński "Barbaryzmy i dziwolągi językowe"

Józef Bliziński "Barbaryzmy i dziwolągi językowe"

Ach! Języku mój ojczysty, wielokrotnie na tym blogu przeze mnie gwałcony, poniewierany i oszpecany. Wybacz mi polszczyzno! Czasem błędy popełniam z niewiedzy, czasem z lenistwa, często z głupoty, lecz nigdy nie popełniłem ich z nienawiści do Ciebie! Poprawę obiecuję i sięgać do słowników przyrzekam. Choć edytor tekstu podpowiada co złe, jest tylko programem komputerowym i sam w sobie inteligencji nie posiada. To ode mnie zależy czy tekst w Internet posłany nie zaroi się od barbaryzmów i dziwolągów językowych!

Czytanie starych książek pozwala chłodno spojrzeć na wiele współczesnych procesów, wydarzeń,  spraw. Na przykład na wciąż żywą i co chwilę powracającą na usta wielu językoznawców, pisarzy, dziennikarzy, publicystów dyskusję o języku polskim i jego czystości. Słowik pana Józefa Blizińskiego wpasowuje się w ten nurt idealnie. Książka Józefa Blizińskiego jest książką niezwykle interesującą i ciekawą. Słownik ów zawiera wyrazy, które autor uważa za siłą wepchnięte do naszego języka bez żadnej potrzeby. Każdy taki barbaryzm opatrzony jest krótkim komentarzem, z jakiego języka się wywodzi, co w danym języku oznacza i w jaki sposób jest używany w polszczyźnie. Autor zadał sobie trud znalezienia przykładów z literatury i prasy. I teraz jest najlepsze. Większość z przytoczonych przez Blizińskiego słów na trwałe weszła do języka polskiego. Zdarzają się owszem w tym słowniku słowa zupełnie dla mnie niezrozumiałe jak na przykład domicylowany lub pauszal. Te wyrazy nie zagościły na dłużej w polszczyźnie. Jest jednak mnóstwo innych, które mają się dziś świetnie i istnieją w najlepsze.

Ciekawe co sobie myślą dzisiejsze “elity”, że są określane takim znanym i zrozumiałym przez każdego słowem? Ha! Pan Bliziński twierdzi, że przecież po polsku można powiedzieć: wybór, kwiat czego. Nasi politycy, często przez prasę określani mianem “elit politycznych” zapewne czuliby się zaszczyceni określeniem “kwiatu polskiego społeczeństwa”, lecz co do zasadności owego stwierdzenia mam pewne wątpliwości. Lub taka “awaria”. Wyraz szalenie popularny, karierę robiący, a tu przecież można rzec: szkoda, uszkodzenie. Wyobrażacie sobie dzisiejszą polszczyznę bez “awarii”? Praktycznie zaraz za “awarią” swojskie “demolować”, jak tu pisać o kibicach bez tego słowa?

Jest oczywiście również sporo wyrazów, które na szczęście nie sprawdziły się w języku polskim i skutecznie zostały wyplenione. Chciano na dworzec kolejowy mówić wprost po niemiecku “Banhof”?  Lub taka “egzasperacja”, ki djabeł wie co ten dziwoląg znaczy…

Ktoś te wyrazy do naszego języka wprowadzać musiał. Czy można wskazać winnego? Autor bezlitośnie wskazuje na dziennikarzy, urzędników (głównie galicyjskich) jako głównych “psujów” języka. Niemal wszystkie przykłady pochodzą z prasy autorowi współczesnej. Dziennikarze często tłumacząc teksty z prasy zagranicznej starali się, aby owe teksty brzmiały poważniej, dostojniej. Dlatego wprowadzali niezrozumiałe dla ogółu słowa starając się nadać notce prasowej większej powagi. A urzędnicy to urzędnicy… Od zawsze mieli skłonności do czynienia rzeczy prostych trudnymi bądź niezrozumiałymi. Bliziński w swej książce podał mnóstwo przykładów urzędniczej nadgorliwości, głównie z Galicji.

Język żywy jest, język się zmienia wciąż. Charlie po polskiemu pisać się stara, lecz “polska język, trudna język”. Pamiętajmy o tym, że to co dziś uważamy za “oczywistą oczywistość” dawniej uchodziło za rażący błąd. Ciekawe jak polski będzie brzmiał i wyglądał za lat kilkanaście.

Jeśli znajdziecie chwilę czasu, przeczytajcie sobie tę książkę. Dostępna jest na CBN POLONA. Słownik nie jest gruby, czyta się bardzo przyjemnie i zapewniam Was, że niejednokrotnie zostaniecie zaskoczeni.