Harry Harrison “Planet of the damned” (“Planeta przeklętych”)

Czasem jest tak, że przez zupełny przypadek uda mi się odświeżyć dawno zapomnianą książkę, a przeczytaną w młodości. Tak było z „Planetą przeklętych” świętej pamięci Harry’ego Harrisona, który opuścił ludzkość w tym roku. Strata to ogromna dla science-fiction, ale być może pan Harrison pisze teraz nowe książki gdzieś nieopodal Galaktyki Andromedy sącząc drinka przyrządzonego przez przepiękną hostessę z rasy Schulgh’gghgurów, która z wdziękiem wszystkich swoich dziewięciu macek obsługuje „emerytowanych” pisarzy.

Wracając do książki. Przeczytałem ją bardzo, bardzo dawno temu. A teraz wróciłem do niej, bo na stronie feedbooks.com, była promocja i dało się ją za friko ściągnąć na Kindle. Co prawda po angielsku, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Co pewnie ucieszy mojego ojca, który od zawsze powtarzał leniwemu Charliemu, żeby się uczył języków.

Gdyby ktoś się mnie spytał przed ponownym przeczytaniem książki, o czym „Planeta przeklętych” opowiada miałbym spore trudności z przypomnieniem sobie czegokolwiek. Natomiast podczas lektury już po pierwszych stronicach, z mroków, z otchłani przetrzebionych alkoholem szarych komórek ukazywało się coraz więcej szczegółów. Zaprawdę jak powiada Piotr Bałtroczyk „Alkohol niszczy szare komórki, ale tylko te najsłabsze!”. Te które mi zostały w mózgowicy sprawują się jeszcze całkiem nieźle.

W skrócie: Brion Bradd to zwycięzca planetarnych igrzysk o wdzięcznej nazwie Twenties. Najlepszy z najlepszych, mistrz walk wręcz i szachów, w dodatku poeta i filozof. Twenties to najważniejsza rzecz w życiu każdego mieszkańca planety Anhvar. A planeta Anhvar to bardzo niegościnne miejsce dla rasy ludzkiej. Ale ludzie jak karaluchy wszędzie się wcisną i wszędzie dostosują.  Brion tuż po wygraniu igrzysk odpoczywa sobie w szpitalu rozmyślając o profitach zwycięzcy (w  wulgarny i prostacki sposób możne te profity podsumować w zdaniu: Dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy). Gdy nagle Ihjel (również zwycięzca Twenties sprzed lat paru) burzy jego spokój i opowiada o tajemniczej organizacji, która zajmuje się inżynierią społeczną na planetarną skalę. Wszystko dla dobra ludzkości. Otóż Ihjel oferuje mu misję ratowania planety DIS, której grozi zagłada. Brion jako człowiek o głębokich altruistycznych uczuciach godzi się wziąć udział w misji. Na jego decyzję wpływa fakt, że Brion okazuje się być empatą, a Ihjel obiecuje mu wytrenować nowy zmysł. Po drodze dołącza do nich pani naukowiec/naukowczyni z Ziemi.

Na Dis, która jest jeszcze bardziej niegościnną planetą niż Anhvar, Brion będzie musiał zmierzyć się z wrogością tubylców, nieprzyjaznym klimatem, niechęcią pracowników tajemniczej fundacji, kastą panów, która stoi za całym konfliktem z sąsiednią planetą i tym podobne. A Dis to bardzo nieprzyjazna planeta, powiedzieć o niej, że jest nieprzyjazna to jak powiedzieć o politykach, że nie kłamią, a zaledwie mijają się z prawdą. Dis to piekło, w którym by przetrwać ludzie musieli się mocno zasymilować z lokalnymi formami życia. I ten fakt mocno zaważy na losie całej planety.

„Planeta przeklętych” to klasyczna przygodówka science-fiction, w których pisaniu Harry Harrison był świetny. Cykl o Stalowym Szczurze, Billu bohaterze galaktyki to cykle znane w literaturze science-fiction. Czytanie „Planety przeklętych” sprawiło mi sporo frajdy, z których największą było odgrzebywanie zetlałych wspomnień dotyczących lektury.

Kosmos i wszechświat oraz ludzkość przedstawiona jest zgodnie ze standardami lat sześćdziesiątych. Wiele planet zasiedlonych przez nasz wszędobylski gatunek. Planet, które wymagają ewolucji człowieka, dlatego choć wciąż jesteśmy jednym gatunkiem różnimy się bardzo. Wspomniany jest  Upadek, który sprawił, że przez wiele stuleci wiele planet było odciętych od kontaktu z ludzkością. Mimo tylu tysięcy lat odmiennego rozwoju ludzie wciąż piją kawę, chodzą do biura a środowisko naukowe jest zdominowane przez mężczyzn, wszystko wygląda jak z dwudziestego stulecia. Ziemia natomiast to wielkie mrowisko z ogromną liczbą mieszkańców. Na szczęście latamy szybciej niż światło:)

Mimo swoich pięćdziesięciu lat na karku “Planeta…” wciąż się dobrze trzyma. To dobra rozrywka i dobra książka.

6 thoughts on “Harry Harrison “Planet of the damned” (“Planeta przeklętych”)

  1. Oj, ożywiłeś i we mnie zetlałe wspomnienia… Od Harrisona zaczynałam moją przygodę z fantastyką, choć przyznam, że to był cykl o Stalowym Szczurze, odbijany na ksero jeszcze, tłumaczony przez jakichś zapaleńców z klubów fantastyki…
    Ja na swojego Kindla jeszcze czekam, ale Mikołaj już wie, co ma przynieść w tym roku:-)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook