Karel Capek “Opowiadanie starego kryminalisty”

Dzisiaj na piątkowe popołudnie powiastka Capka z “Humoresek”. Ach, gdyby takie cele istniały w “Polszcze”:)

“OPOWIADANIE STAREGO KRYMINALISTY

— To jeszcze nic — odezwał się pan Jandera, literat.— Gonitwa za złodziejem to stara historia, ale ciekawsze jest, gdy złodziej szuka tego, kogo okradł. To się właśnie mnie zdarzyło. Napisałem kiedyś nowelę i dałem ją do druku, a gdy ją czytałem już wydrukowaną, ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Bracie, powiedziałem sobie, już gdzieś kiedyś coś podobnego czytałem. A niech to piorun trzaśnie, komu ja ten temat zwędziłem? Trzy dni chodziłem jak błędny i ani rusz nie mogłem sobie uprzytomnić, od kogo ja ten temat, jak to się mówi, wypożyczyłem. Wreszcie spotykam kolegę i mówię mu:

– Słuchaj no, bracie, tak mi się coś wydaje, że ta moja ostatnia nowela jest ściągnięta.

— Poznałem to od pierwszego rzutu oka — rzekł kolega. — Ukradłeś ją z Czechowa.

Ulżyło mi, a gdy potem rozmawiałem z pewnym krytykiem, powiedziałem mu:

– Wie pan, trudno w to nawet uwierzyć, ale człowiek czasem popełni plagiat i nawet o tym nie wie: na przykład moja ostatnia nowela…

— Tak, wiem — odpowiada ów krytyk. — Ściągnął ją pan z Maupassanta.

I tak obszedłem wszystkich moich przyjaciół. Słuchajcie, gdy człowiek raz wejdzie na pochyłą drogę przestępstwa, nie wie, jak się z niej wycofać; wyobraźcie sobie, okazało się, że tę jedną jedyną nowelę ukradłem jeszcze z Gottfrieda Kellera, Dickensa, d’Annunzia, Tysiąca i jednej nocy, Charles Louis Philippa, Hamsuna, Storma, Hardy’ego, Andrejewa, Bandinellego, Roseggera, Reymonta i wielu innych. Z tego widać, jak człowiek grzęźnie w przestępstwo coraz głębiej.

– To jeszcze nic — zaczął chrząkając pan Bobek, stary kryminalista. — Przypomina mi to jeden wypadek, kiedy schwytano mordercę, ale nie wiadomo było, jakie popełnił morderstwo. Nie, nie, to nie o mnie chodziło, ale mieszkałem przez pół roku w tym samym kryminale, gdzie przedtem siedział ten morderca. Było to w Palermo — wyjaśnił pan Bobek i dodał skromnie: — Znalazłem się tam tylko przez jakiś kuferek, który mi wlazł w ręce na statku kursującym z Neapolu.

Historię owego mordercy opowiadał mi naczelny dozorca tego domu: trzeba wam wiedzieć, że go uczyłem grać w „francefus”, krzyżowego mariasza i „boże błogosławieństwo”, zwane także „gotysek”. To był bardzo pobożny człowiek, ten dozorca.

A więc pewnego razu w nocy policjanci — we Włoszech chodzą zawsze we dwóch — ujrzeli na Via Butera, co to prowadzi do tej śmierdzącej przystani, pędzącego co sił człowieka. Więc go przyłapali i „porco dio”, on miał w ręku skrwawiony sztylet. Ma się rozumieć, wzięli go na policję i dawaj pytać, kogo zasztyletował. „Zamordowałem człowieka, ale nic więcej wam nie powiem; gdybym powiedział, unieszczęśliwiłbym jeszcze innych ludzi.”

I rzeczywiście, nic więcej z niego nie wydobyli.

Ma się rozumieć, zaczęli zaraz szukać jakiegoś trupa, ale nie znaleźli. Wobec tego nakazali zbadanie wszystkich „drogich nam zwłok”, ludzi zgłoszonych w owym czasie jako nieboszczyków, ale okazało się, że wszyscy zmarli po chrześcijańsku na malarię i podobne choroby. Wtedy na nowo zabrali się do tego młodzieńca. Zeznał, że się nazywa Marco Blago, pochodzi z Castrogiovani i jest czeladnikiem stolarskim; następnie zeznał, że dźgnął ze dwadzieścia razy sztyletem pewnego chrześcijanina i że go zabił; ale nie chciał powiedzieć, kto to był, żeby nie sprowadzić nieszczęścia na innych ludzi. I koniec. Poza tym wzywał dla siebie kary boskiej i walił głową o ziemię. „Takiego żalu — mówił dozorca — jak żyję, nie widziałem.”

Ale wiecie, że policja nie wierzy człowiekowi tylko tak na słowo. Pomyśleli sobie, że ten Marco pewno nikogo nie zabił i tylko tak łże. I posłali sztylet do uniwersytetu, a tam profesorowie orzekli, że krew na tej stali jest ludzka i że ostrze musiało przebić serce. Nie mam pojęcia, jak to tak można poznać. Dobra, ale co teraz mieli robić: mordercę mieli, ale morderstwa ani śladu. A przecież nie można postawić człowieka przed sąd, nie wiedząc — za jakie przestępstwo. Musi być „corpus delicti”. A tymczasem Marco ciągle tylko się modlił i ryczał, i błagał, żeby go już postawili przed ten sąd, żeby odpokutował swój śmiertelny grzech.

Dozorca mi opowiadał, że on, ten Marco, był taki dobry i piękny; jak żyje, nie mieli tam takiego dobrego mordercy. Czytać nie umiał, ale Biblię wciąż trzymał w ręku, chociażby do góry nogami, i płakał nad nią. Wtedy na niego nasłali takiego poczciwego księżula, żeby go umocnił na duchu i przy tym jakoś sprytnie wyspowiadał, co i jak było z tym morderstwem. Ten ksiądz, ilekroć wychodził z celi Marka, obcierał sobie oczy i mówił, że jeśli będzie trwał dalej w tym stanie duchowym, to na pewno osiągnie wielką łaskę, że jest to dusza łaknąca sprawiedliwości. Ale oprócz tych słów i łez księżulo także z niego nic nie wyciągnął.

Kiedy wreszcie zaczynało to wszystko głupio wyglądać, powiada prezydent policji: „Mordiano, kiedy ten Marco chce koniecznie wisieć, dajmy mu to morderstwo, które w trzy dni po jego zamknięciu popełnione zostało w Arenelle, gdzie znaleziono zabitą babę. Przecież to kompromitacja! Tu mamy mordercę bez morderstwa i bez trupa, a tam mamy znowu takie, piękne, niewątpliwe morderstwo bez sprawcy. Złóżcie to jakoś do kupy; kiedy Marco chce być koniecznie skazany, to mu będzie wszystko jedno za co, a my mu się odwdzięczymy, jeśli się przyzna do tej baby.”

Zaproponowali to Markowi i obiecali mu, że za to na pewno dostanie stryczek i będzie miał wreszcie spokój. Marco namyślał się przez chwilę, a potem oświadczył: „Nie, skoro już raz zgubiłem swą duszę morderstwem, nie chcę jej jeszcze obciążać takim śmiertelnym grzechem, jak kłamstwo, oszustwo i krzywoprzysięstwo.” Taki to był, panowie, sprawiedliwy człowiek.

No, ale teraz to już tego mieli dosyć, teraz w tym kryminale myśleli tylko, jak się tego zatraconego Marka pozbyć. „Wiecie co — powiedzieli dozorcy — zróbcie jakoś tak, żeby mógł uciec; na sąd go posłać nie możemy, byłaby to tylko kompromitacja, a puścić go na wolność, kiedy się przyznaje do morderstwa, też jakoś nie wypada. Zróbcie jakoś tak, żeby ten „dio cano maledetto” ulotnił się nieznacznie.” A więc, posłuchajcie tylko, panowie: od tego dnia posyłali Marka bez eskorty po pieprz i po nici; jego cela była przez cały dzień otwarta, a ten głupi Marco po całych dniach latał po kościołach i po wszystkich świętych, ale wieczorem gonił z wywieszonym ozorem, żeby mu o ósmej nie zamknęli przed nosem bramy kryminału. Raz umyślnie zamknęli wcześniej, a on narobił takiego hałasu waląc w bramę, że musieli otworzyć i wpuścić go do celi.

Pewnego wieczoru powiada dozorca do Marka: „Ty porca Madonna, dziś tu śpisz po raz ostatni; kiedy nie chcesz się przyznać, kogo zabiłeś, to my cię, bandyto jeden, stąd przepędzimy. Idź do diabła, niech on cię ukarze”. Tej nocy Marco powiesił się na oknie swej celi.

Słuchajcie, ten poczciwy księżulo twierdził wprawdzie, że jeśli ktoś popełni samobójstwo z wyrzutów sumienia, może być, mimo tego ciężkiego grzechu, zbawiony, ponieważ umarł w stanie czynnego żalu. Ale widocznie ten ksiądz nie był tego zupełnie pewien albo też jest to dotychczas nierozstrzygnięta kwestia, dość, że Marco od tej chwili w owej celi straszył. A było to tak: gdy kogoś w jego celi zamknęli, to w tym człowieku budziło się sumienie i zaczynał żałować swych grzechów, odprawiał pokutę i zupełnie się nawracał. Ma się rozumieć, nie każdy w tym samym czasie: gdy chodziło o przewinienie, trwało to noc, o przestępstwo — dwa lub trzy dni, a o zbrodnię — czasem i trzy tygodnie, zanim się więzień nawrócił. Najdłużej trzymali się kasiarze, defraudanci i w ogóle ci, co robią duże pieniądze; mówię wam, że duże pieniądze szczególnie człowieka zatwardzają czy też jakoś zatykają sumienie. Najskuteczniej działał zawsze dzień rocznicy śmierci Marka. Wreszcie zrobili tam w tym więzieniu z celi Marka coś jakby celę poprawy. Zamykali tam więźniów, żeby żałowali swych win i nawrócili się. Wiadomo, że byli wśród nich tacy, którzy mieli w policji protekcję, bo przecież niektórych łajdaków sami policjanci potrzebują, toteż nie każdego tam zamykali i niejednego zostawiali nie nawróconego. Mam wrażenie, że ci najwięksi łotrzy nawet łapówki płacili, byle tylko ich do tej cudownej celi nie wsadzano. No cóż; już i w cudach nie ma uczciwości.

— Tak mi to wszystko opowiadał dozorca w Palermo, a koledzy, którzy tam byli, potwierdzali. Siedział tam właśnie jeden angielski marynarz — za bójki I awantury; ten Briggs poszedł prosto z celi na Formozę, jako misjonarz, i jak potem słyszałem, zmarł tam śmiercią męczeńską.

 A więc, jak już wspomniałem, tego głównego dozorcę uczyłem grać w karły, w takie pobożniejsze gry. Okropnie się złościł, kiedy przegrywał. Ale kiedy pewnego razu ani trochę mu karta nie szła, wściekł się i zamknął mnie do tej Markowej celi. „Per bacco — krzyczał — ja cię nauczę.” No, a ja położyłem się i zasnąłem. Rano wzywa mnie ten dozorca d pyta: „No, jak tam, nawróciłeś się?” „O niczym nie wiem, signore commandante — powiadam — spałem jak suseł”. „No, to marsz z powrotem!” -krzyknął. Ale co tu długo gadać! Trzy tygodnie spędziłem w tej celi i ciągle nic, żadna skrucha mnie nie ogarnęła. Aż ten dozorca zaczął nade mną głową kręcić i powiada: „Wy, Czesi, musicie być okropnymi bezbożnikami albo kacerzami, że to na was zupełnie nie działa!” A potem mi strasznie nawymyślał.

 Od tej pory cela Marka przestała wywierać swój zbawienny wpływ. Kogokolwiek by tam nie wsadzili, nie nawracał się, nie poprawiał ani za grzechy nie żałował. Jednym słowem, cuda się skończyły. Trudno sobie wyobrazić, co to za heca z tego wynikła; popędzili mnie na dyrekcję, że im to tam popsułem, i Bóg wie co. A ja tylko wzruszałem ramionami, czy to moja wina, no nie? Dali mi jednak trzy dni ciemnicy, podobno za to, że im tę celę zepsułem.”

Karel Capek “Fabryka absolutu” – fragmenty

A dam Wam więcej dość ciekawych fragmentów z książki Capka “Fabryka absolutu”:

 


“[…]— Ponieważ ani ludzkość wierząca, ani niewierząca, nie może się pogodzić z prawdziwym i aktywnym Bogiem. Nie może, panowie. To jest wyłączone.

— A ja panu powiadam — wtrącił się Marek namiętnie — że Karburatory będą. Teraz ja sam staję po ich stronie. Właśnie dlatego będą, że wy ich nie chcecie! Wam na złość, wasza biskupia miłości. Na złość wszystkim zabobonom. Na złość całemu Rzymowi! I ja pierwszy zawołam — Marek nabrał w pierś tchu i zawołał z niemelodyjnym natchnieniem: — Niech żyje Perfect Carburator!

— Zobaczymy — odpowiedział z westchnieniem pan biskup Linda. — Przekonacie się panowie, że czcigodny konsystorz miał rację. Po roku sami wstrzymacie produkcję Absolutu. Ale te szkody, te szkody, jakie tymczasem powstaną! Nie myślcie sobie panowie, że kościół wprowadza Boga na świat! Kościół umiejscawia Go jedynie i reguluje. A wy, panowie bezbożnicy, rozpętacie Go niby powódź. Łódź Piotrowa wytrzyma i ten nowy potop. Niby arka Noego przepłynie przez fale Absolutu, ale wasze współczesne społeczeństwo — zawołał biskup z mocą – zapłaci za to!”

 


 

[…]„Wbrew wiadomościom pewnej miejscowej gazety, cytowanej także za granicami, komunikujemy ze źródeł jak najlepiej poinformowanych, że przy uroczystym otwarciu Centrali Karburatorowej nie zdarzyło się nic nieprzystojnego. W związku z tym starosta Wielkiej Pragi złożył swój urząd i wyjechał na kurację. Natomiast dziekan Billington jest zupełnie zdrów i krzepki. Prawdą jest jedynie to, iż wszyscy zebrani oświadczyli zgodnie, że wrażeń tak potężnych nigdy dotychczas nie doznali. Paść na ziemię i kłaniać się swemu Bogu jest prawem każdego obywatela, a czynienie cudów nie jest zakazane w państwie demokratycznym żadnemu obywatelowi, na jakimkolwiek urzędzie. W każdym razie stanowczo nie należy wciągać głowy państwa w wypadki godne pożałowana, spowodowane jedynie przez niedostateczną wentylację i nerwowe przepracowanie.”


“[…]— Wiedziałam, że pan idzie za mną — mówiło dziewczę spuściwszy oczy i przystanąwszy.

– Pani przeczuwała — mówił Bondy, uradowany. – Właśnie myślałem o pani.

— Ja czułam pańską zwierzęcą chuć — rzekła Elen cicho.

– Moją co…?

— Pańską zwierzęcą chuć. Pan mnie nie poznał. Tylko obmacywał mnie pan oczami, jakbym była na sprzedaż.

G. H. Bondy się zachmurzył.

— Panno Elen, czemu pani pragnie mnie obrażać?

Elen zakręciła głową.

— Wszyscy to robią. Wszyscy, wszyscy ą jednacy. Tak rzadko spotyka się czyste oczy.

Pan Bondy złożył usta do gwizdnięcia. Aha, już wiemy: gmina religijna starego Machata!

— Tak — odpowiedziała Elen na jego myśl. — Powinien pan zachodzić czasem między nas.

— Ależ z przyjemnością! — zawołał pan Bondy i pomyślał przy tym, że szkoda tak ładnej dziewczyny.

— Dlaczego szkoda? — zapytała Elen łagodnie.

– Hola, panno Elen — zaprotestował Bondy — pani czyta moje myśli. To nieuczciwie. Gdyby ludzie odczytywali swoje myśli, nie mogliby utrzymywać z sobą przyzwoitych stosunków. Przecież to niedelikatność, żeby wiedzieć co sobie myślę.

— Cóż ja zrobię? — mówiła Elen. — Każdy, kto pozna Boga, ma ten dar. Każda pańska myśl myśli się równocześnie we mnie. Ja jej nie czytam, ja mam ją sama. Gdyby pan wiedział, jak to człowieka oczyszcza, gdy może osądzić każdą utajoną nikczemność!

– Hm mruknął pan Bondy drżąc, aby czego nie pomyśleć.

— Naprawdę — zapewniała go Elen. — Mnie to z pomocą bożą wyleczyło z miłości do bogactwa. Strasznie byłabym rada, gdyby i panu spadło bielmo z oczu.

— O, nie daj Boże! — przeraził się Bondy. — A, proszę pani, czy pani rozumie wszystko to, co pani hm, w ludziach no… widzi?

— O, jak najdokładniej.

— No to niech pani słucha, panno Elen — rzekł Bondy — mogę pani powiedzieć wszystko; i tak by to sobie pani we mnie przeczytała. Nigdy nie mógłbym pojąć żony, która czytywałaby moje myśli. Święta mogłaby sobie być, owszem; miłosierna wobec ubogich bez ograniczeń; zarobię na to i jest to reprezentacyjne. Nawet cnotę zniósłbym ostatecznie, z miłości dla pani. Wszystko bym zniósł. Kochałem panią na swój sposób, panno Elen. Mówię to pani, bo pani sama to czyta. Ale bez skrytych myśli, panno Elen, nie ma ani handlu, ani obcowania z sobą. Głównie zaś bez skrytych myśli nie ma małżeństwa. To jest wyłączone, panno Elen. I choćby pani znalazła najświętszego człowieka, niech pani nie wychodzi za niego, dopóki może pani odczytywać jego myśli. Trochę ułudy, to jedyny nie zawodzący środek łączący ludzi. Święta Elen, nie wychodź za mąż!

– Dlaczego nie? — rzekła święta Elen słodko. — Nasz Bóg nie jest przeciwny naturze. Uświęca ją tylko. Nie żąda od nas umartwienia. Nakazuje nam życie i płodność. Chce, abyśmy…

— Hola! — przerwał jej G. H. Bandy. — Wasz Bóg tego nie rozumie. Jeśli pozbawia nas złudy, to jest zdecydowanie przeciwny naturze. Jest po prostu niemożliwy, Elen, absolutnie niemożliwy. Musi to zresztą i sam zrozumieć. Albo jest zupełnie niedoświadczony, albo też zupełnie i zbrodniczo destrukcyjny. Szkoda, panno Elen. Ja nie jestem wrogiem religii, ale ten wasz Bóg nie wie, czego żądać, a czego nie żądać. Niech pani idzie na pustynię ze swoim jasnowidztwem, święta Elen. Dla nas, ludzi, taka rzecz się nie nadaje. Żegnaj święta Elen i raczej do niewidzenia.”

 


 

“[…]Prawda, że robotnicy nie musieli stać przy maszynach i nosić żelaznych sztab, a prócz tego byli współwłaścicielami fabryki. Ale po paru dniach pokazało się, że w jakikolwiek sposób trzeba pousuwać stutonowe góry ćwieczków, które przestały być towarem. Zrazu podejmowano jakieś próby rozsyłania ćwieczków całymi wagonami pod zmyślonymi adresami, ale później nie pozostało nic innego, jak wywożenie ich za miasto na olbrzymie hałdy. To uprzątanie ćwieczków zatrudniało wszystkich robotników przez pełnych czternaście godzin dziennie. Lecz nie szemrali, jako ludzie oświeceni religijnym duchem miłości i wzajemnej posługi.

Darujcie, że tak długo zabawiłem przy ćwieczkach. Absolut nie znał przemysłowej specjalizacji. Rzucił się z taką samą gorliwością na przędzalnie, gdzie dokonał nie tylko cudu plecienia biczów z piasku, ale i przędzenia z niego nici na tkanie i pończoszarnie, i w ogóle na całą branżę włókienniczą, wytwarzając bez przerwy miliony kilometrów wszystkiego łokciowego. Opanował huty, walcownie, stalownie, fabryki maszyn rolniczych, wyrobów drewnianych, gumowych, na cukrownie, fabryki przetworów chemicznych, nawozów sztucznych, azotowych, na naftę, drukarnie, papiernie, farbiarnie, huty szklane, ceramikę, obuwie, tasiemki, kopalnie, browary, destylacje, parowe mleczarnie, młyny, mennice, fabryki automobilów i szlifiernie. Tkał, dział, prządł, kuł, zlewał, montował, szył, heblował, rżnął, kopał,palił, drukował, rafinował, gotował, filtrował, prasował przez dwadzieścia cztery a nawet dwadzieścia sześć godzin dziennie. Zaprzężony do maszyn rolniczych zamiast lokomobil orał, siał, bronował, pielił, kosił, żął i młócił. W każdej dziedzinie sam pomnażał materiał surowcowy i ustokratniał produkcję. Był niewyczerpany. Tarzał się w wydajności. Znalazł nowy wyraz dla własnej nieskończoności: obfitość.

Cudowne rozmnożenie rybek i chlebów na puszczy doczekało się monumentalnego wznowienia: cudownego rozmnażania ćwieczków, desek, azotowych nawozów, pneumatyków, papieru dla maszyn rotacyjnych i wszelakich innych wyrobów fabrycznych.

Nastała na świecie nieograniczona obfitość wszystkiego, czego ludziom potrzeba. Ale ludziom potrzeba wszystkiego, tylko nie nieograniczonej obfitości.”


“[…]— Wrzuć to do kosza, synu — rzekł pan biskup — i rozwieś swoje głupie uszy. Czytałeś dzisiejsze gazety?

— Czytałem, Wasza Mił…

– Wygląda tak, jakbyś ich nie czytał. Dzisiaj rano, paterku, ukazał się przede wszystkim komunikat związku monistów, że Absolut jest właśnie tą Jednością, którą moniści zawsze uważali za Boga, że więc kult Absolutu w pełni odpowiada nauce monistów. Czyś to czytał?

— Czytałem.

— Dalej wiadomość, że loże masońskie zalecają swoim członkom kult Absolutu. Czytałeś?

— Czytałem.

— Dalej, że na synodalnym zjeździe luteran superintendent Maartens miał pięciogodzinny wykład, w którym dowodził tożsamości Absolutu z objawionym Panen naszym. Czytałeś?

— Czytałem.

— Dalej, że na zjeździe Siódmej Międzynarodówki delegat rosyjski Paruskin – Rebenfeld zaproponował oddawanie czci Towarzyszowi Bogu, który sympatie swoje dla ludu roboczego objawił tym, że wstąpił do fabryk. Przyjęto z wdzięcznością do wiadomości, że Najwyższy Towarzysz postanowił pracować zamiast wyzyskiwanych. Uchwalono wniosek, aby na dowód solidarności zagaił generalny strajk we wszystkich swoich zakładach. Po tajnej naradzie prezydium wniosek cofnięto jako przedwczesny. Czytałeś?

— Czytałem.

— Wreszcie przyjęto rezolucję, że Absolut jest wyłącznym majątkiem warstw proletariackich i ludowych i że burżuazja nie ma prawa czcić Go lub też przyjmować od Niego cuda. Zarządzono opracowanie robotniczego kultu Absolutu oraz nakazano tajne uzbrojenie na wypadek, gdyby kapitał spróbował wyzyskiwać albo przywłaszczyć sobie Absolut! Czytałeś to?

— Czytałem.

— Dalej, manifest Wolnej Myśli, komunikat Armii Zbawienia, oświadczenie Teozoficznej Centrali Adyar, list otwarty do Absolutu, a podpisany przez Wspierające się Gminy Chałupników, manifest Związku Właścicieli Karuzel, podpisany przez prezesa Bindera, dalej Głos Jednoty Koatnickiej, numer specjalny „Głosów z Tamtego świata”, „Babtysowskiego Czytelnika” i „Abstynenta”… Człowieku, czytałeś to wszystko?

— Czytałem.

— Więc widzisz, synu miły. Wszędzie tam z wielkim hałasem przywłaszczają sobie Absolut, robią mu honory i świetne propozycje, mianują go członkiem honorowym, mecenasem, protektorem, Bogiem, i Bóg wie czym jeszcze, a tymczasem taki jaki półgłówek, pater Joszt, tak jest, Joszt, maluchny Joszcik, nadyma się i krzyczy, że wszystko jest nikczemnym oszustwem i naukowo dowiedzionym szwindlem! Jezus Maria, tyś nas urządził!

— Ależ, Wasza Miłości, miałem przecież nakazane… pisać przeciwko… przeciwko tym wszystkim zjawiskom…[…]”


“[…]Dopiero około godziny piątej (według czasu angielskiego) zebrali się dostojni dyplomaci przy obiedzie i Bill Prittom miał przy tej sposobności możność podsłuchania przedstawicieli Wysokich Umawiających się Stron na własne uszy. Po obiedzie rozmawiali o sporcie i aktorkach. Sir O’Patterney z białogrzywą głową poety i z bystrymi oczami rozmawiał żywo o połowie łososi z jego ekscelencją premierem Dudieu, którego żywe ruchy, donośny głos i pewne „je sais quoi” zdradzały dawnego adwokata. Baron Janato, odsuwając wszelki napój, słucha milcząc i uśmiecha się jakby miał usta pełne wody. Dr Wurm przerzuca karty akt, generał Buchtin przechadza się po sali z księciem Trivelino, Horatio Bumm, zupełnie sam, robi na bilardzie serie karamboli (widziałem jego piękny tripple-boussard przez rękę, który oceniłby należycie każdy znawca), podczas gdy Mr Kei, podobny do bardzo żółtej i bardzo wysuszonej staruszki, przebiera jakiś buddyjski różaniec; jest on mandarynem w swoim państwie Słońca.

Nagle wszyscy dyplomaci skupiają się dokoła pana Dudieu, który opowiada: — Tak jest, panowie, c’est ca1. Nie możemy wobec Niego pozostać obojętni. Trzeba Go albo uznać, albo odmówić Mu uznania. My Francuzi jesteśmy raczej za tym drugim.

— Dlatego, że u was działa jako antymilitarysta — rzekł nie bez pewnej złośliwości książę Trivelino.

— Nie, panowie — zawołał Dudieu — na to nie liczcie. Armia francuska jest nietknięta. Jako antymilitarysta! Wielkie rzeczy! U nas było już tylu antymilitarystów! Panowie, dobrze Go pilnujcie: jest to demagog, komunista, un bigote2), diabli wiedzą co tam jeszcze, ale zawsze — radykał. Oui, un rabouliste, c’estTrzyma się najdzikszych i popularnych haseł. Idzie z tłumami. U was, wasza książęca mości — zwrócił się nagle do księcia Trivelino — jest nacjonalistą i upaja się iluzjami imperium rzymskiego. Ale baczność, książę, takim jest tylko po miastach, podczas gdy na prowincji trzyma z klechami i wyczynia mariańskie cuda. Jedną ręką pracuje dla Watykanu, drugą dla Kwirynału. Albo jest w tym jakiś jego zamiar, albo… czy ja wiem. Moi panowie, możemy powiedzieć to sobie szczerze: wszyscy mamy z Nim kłopoty niemałe.

— U nas — rzekł w zamyśleniu Horatio Bumm, opierając się na kiju bilardowym — interesuje się także sportem. Indeed, a big sportsman. Faworyzuje wszystkie rodzaje gier sportowych. Osiągnął bajeczne rekordy w sporcie i w sektach. Jest socjalistą. Trzyma z mokrymi. Zamienia wodę w drinks. Niedawno temu na bankiecie w Białym Domu wszyscy, ech, wszyscy się strasznie podgazowali. Wiecie, pili tylko wodę, ale On im ją w żołądku przemienił w drinks.

— To dziwne — wywodził Sir O’Patterney — u nas wygląda raczej konserwatywnie. Zachowuje się jak wszechmocny clergyman. Meetings, pochody, kazania na ulicach j such things. Sądzę, że jest przeciwny nam liberałom.

Baron Janato ozwał się z uśmiechem: — U nas jest jak u siebie. Bardzo, bardzo miły Bóg. Bardzo się przystosował. Bardzo wielki Japończyk.

— Jaki tam znowu Japończyk! — zawołał warkliwe generał Buchtin. — Co wy gadacie, batiuszka! To Rosjanin, prawdziwy Rus, Słowianin. Szeroka ruska dusza, Ekscelencjo. Trzyma z nami, mużykami. Niedawno temu nasz archimandryta urządził mu procesję: dziesięć tysięcy świeczek, a ludu, gaspada, jak maku. Zjechały się dusze chrześcijańskie z całej matuszki Rusi. I cudy nam robi, Ojciec nasz – dodał generał żegnając się i kłaniając po pas.

Cesarski kanclerz niemiecki podszedł do rozmawiających i po chwili milczącego przysłuchiwania się rozmowie, rzekł:

— Tak, potrafi podobać się ludowi. Wszędzie przybiera mentalność danego kraju. Jak na swój wiek jest zdumiewająco ruchliwy. My to stwierdzamy na sąsiadach. W Czechach na przykład zachowuje się jako kolosalny indywidualista. Każdy ma tam swój Absolut na własną rękę. U nas mamy Absolut państwowy. U nas Absolut dojrzał natychmiast do wyższego państwowego, uświadomienia. W Polsce działa niby jakiś gatunek alkoholu… U nas działa… jako… jako… höhere Verordnung, verstehen sie mich4?)

— Czy także w waszych krajach katolickich? — z uśmiechem pytał książę Trivelino.

— To są takie lokalne różnice — odpowiedział dr Wurm – Niech panowie tego nie przeceniają. Niemcy są tak zjednoczone, jak nigdy dotąd. Ale dziękuję waszej książęcej mości za katolickie Karburatory, które do nas przemycacie. Na szczęście są kiepskie, jak wszystkie włoskie wyroby.

– Spokojnie, spokojnie, panowie — wtrącił się w rozmowę Sir O’Patterney. — W zagadnieniach religijnych neutralność! Co do mnie, to łososie łowię na haczyk dwoisty. Onegdaj złowiłem łososia takiej długości. Widzicie, panowie? Czternaście funtów.

— A nuncjusz papieski? — zapytał dr Wurm

— Stolica Święta prosi, abyśmy utrzymali pokój za wszelką cenę. Żąda, aby mistycyzm został policyjnie zakazany. W Anglii nie da się to zrobić i w ogóle… Mówię wam, panowie, czternaście funtów. Heaven, musiałem się dobrze trzymać, żeby nie wpaść w wodę.

Baron Janato uśmiechnął się jeszcze grzeczniej: — Ale my nie chcemy neutralności. On jest wielki Japończyk. Cały świat może przyjąć japońską wiarę. My także chcemy rozsyłać po świecie misjonarzy i nauczać wiary.

— Panie baronie — rzekł O’Patterney bardzo poważnie – wie pan, że świetne stosunki naszych państw…

— Anglia może przyjąć wiarę japońską — uśmiechał się baron Janato – i stosunki będą jeszcze świetniejsze.

— Słuchaj, batiuszka zawołał generał Buchtin — żadnych nie chcemy japońskich wiar. Jeżeli ma być wiara, to niech będzie prawosławna. Niby dlaczego? A dlatego po pierwsze, że jest prawosławna, po drugie, że jest ruska, po trzecie, że tego chce nasz Car, a po czwarte, my mamy, mości panowie, największe wojsko. Ja, moi panowie, prosto po żołniersku: po prawdzie i sprawiedliwości. Jeśli już jakaś wiara, to tylko nasza prawosławna.

– Dajcież spokój, panowie — rzekł wzburzony Sir O’Patterney. —Nie na to się tu zebraliśmy przecie!

– Całkiem słusznie — rzekł dr Wurm. — Musimy się porozumieć co do wspólnego demarche wobec Boga.

— Którego? — rzekł nagle chiński pełnomocnik Mr Kei podnosząc wreszcie pomarszczone powieki.

— Którego? — powtórzył zaskoczony dr Wurm. — Przecież jest chyba tylko jeden.

— Nasz japoński — uśmiechał się przymilnie baron Janato.

— Prawosławny, batiuszka, i żaden inny! — krzyczał generał, czerwony jak indyk.

— Budda — rzekł Mr Kei i spuścił powieki; całkiem już teraz podobny do wyschłej mumii.

Sir O’Patterney zerwał się gwałtownie:

— Gentlemani — rzekł — proszę, pójdźcie za mną.

Po czym panowie dyplomaci udali się znowu na salę obrad. O ósmej wieczorem wybiegła jego ekscelencja, generał Buchtin, z twarzą już fiołkową i z pięściami zaciśniętymi. Za nim dr Wurm układając swoje akta. Sir O’Patterney nie licząc się ze względami grzecznościowymi wychodził z kapeluszem na głowie, bardzo czerwony, za nim szedł zamilkły M. Dudieu. Książę Trivelino oddalał się blady, za nim baron Janato, stale się uśmiechając. Jako ostatni wyszedł Mr. Kei, z oczami spuszczonymi, przesuwając w palcach paciorki arcydługiego różańca.

Na tym kończy się sprawozdanie, które pan Bill Prittom ogłosił w „Heraldzie””. Urzędowego komunikatu o tej konferencji nie wydano — prócz wspomnianego już o strefach wpływów — a jeśli nawet zapadła jaka uchwała, to nie wiele była warta. Albowiem „w łonie dziejów”, jak brzmi termin ginekologiczno – historyczny, przygotowywały się wydarzenia nieoczekiwane.

1) O to chodzi.

2) Pobożniś.

3) Tak jest, krzykacz

4) Wyższe rozporządzenie, rozumiecie panowie?

 

 

 

“Fabryka absolutu” – Rozdział XXV. Największa wojna.

Przedstawiam Wam krótki fragment z książki Capka. Dotyczy on Wielkiej a właściwie tak zwanej Największej wojny jaka się rozpętała na całym świecie, który został opanowany przez Absolut.

 

ROZDZIAŁ XXV

TAK ZWANA NAJWIĘKSZA WOJNA

„Jest to ugruntowane w naszej ludzkiej naturze, że gdy nam się przytrafia coś bardzo brzydkiego, to specjalne zadowolenie znajdujemy w tym, że owo brzydkie, które nas spotkało, jest — jak świat światem — największym w swoim zakresie. Tak na przykład, gdy nas, dręczą upały; gazety pocieszają nas od razu tym, że „jest to najwyższa temperaturą jaką notowano od roku 1881″.

I nie tylko, że nas to pociesza, ale jeszcze mamy trochę złości na ów rok 1881-szy, że nam dorównał. Albo gdy sobie odmrozimy uszy tak setnie, że się po prostu łuszczą, to napełnia nas rodzajem radości to, że „tak ostrego mrozu nie było od roku 1786-go”.

Tak samo bywa też z wojnami. Dana wojna jest albo najsprawiedliwsza, albo najkrwawsza, najkorzystniejsza czy też najdłuższa od takiego a takiego czasu. Taki superlatyw daje nam pewne dumne zadośćuczynienie, że przeżywamy coś nadzwyczajnego i rekordowego.

Otóż wojna, która trwała od 12. lutego 1944 roku do jesieni roku 1953, była naprawdę i bez przesady (słowo daję!) Największą Wojną. Nie odbierajmyż, proszę was, tym, co ją pamiętają, tę jedyną sprawiedliwie zasłużoną uciechę.

Uczestniczyło w tej wojnie 198 milionów ludzi i wszyscy oni polegli, prócz trzynastu. Mógłbym wam przytaczać liczby, przy pomocy których rachmistrze i statystycy próbowali poglądowo przedstawić te masowe straty. Na przykład ile by to było tysięcy kilometrów, gdyby ułożyć trupa przy trupie albo ile godzin musiałby pędzić kurier, gdyby ci polegli byli poukładani zamiast podkładów kolejowych. Albo jeszcze, gdyby pourzynano palce wskazujące wszystkich zabitych i poukładano w pudełkach od sardynek, ile setek wagonów wypełniłby taki towar, i tam dalej. Ale nie zapamiętuję dobrze liczb i nie chciałbym was oszukać ani o jeden marny wagonik statystyczny. Dlatego powtarzam tylko sumarycznie, że była to największa wojna od stworzenia świata i co do wielkości strat i co do rozległości pobojowiska.

Jeszcze raz tłumaczy się kronikarz, że brak mu zmysłu i zdolności do opisów z wielkim rozmachem. Oczywiście powinienby opisać, jak się wojna przewalała od Renu po Eufrat, od Korei do Danii, od Lugano do Haparandy i tam dalej. Zamiast tego z większą przyjemnością nakreśliłby obraz przyjazdu Beduinów do Genewy z głowami nieprzyjaciół nanizanymi na dwumetrowych pikach. Albo miłosne przygody francuskiego poilu w Tybecie, kawalkady rosyjskich kozaków na Saharze; rycerskie harce macedońskich komitadżów z senegalskimi strzelcami na brzegach jezior Finlandii. Jak widzicie materiał jest bardzo bogaty. Zwycięskie pułki Bobineta leciały od jednego rozmachu, śladem Aleksandra Wielkiego, przez obie Indie, do Chin. Tymczasem jednak żółta fala chińska przez Syberię i Rosję dotarła do Francji i Hiszpanii, czym odcięła mahometan walczących w Szwecji od ich baz macierzystych. Pułki rosyjskie ustępując przed miażdżącą przewagą chińską, znalazły, się w północnej Afryce, gdzie Sergiej Nikołajewicz Złoczin założył swoje carstwo. Został jednak zamordowany, ponieważ jego bawarscy generałowie sprzysięgli się przeciwko jego pruskim atamanom, po czym na carski tron w Timbuktu wstąpił Sergiej Fiodorowicz Dranin.

Nasza czeska ojczyzna znajdowała się kolejno pod władzą Szwedów, Francuzów, Turków, Rosjan i Chińczyków, przy czym każdy z tych najazdów wymordował autochtonów do ostatniej duszy. W kościele św. Wita w ciągu tych lat wygłaszali kazania, względnie odprawiali mszę, pastor, adwokat, iman, archimandryta i bonza, oczywiście bez trwałego skutku. Jedyną radosną zmianą było to, że Stary Teatr był stale przepełniony: urządzano tam mianowicie magazyny wojskowe.

Gdy w roku 1951 Japończycy wyparli Chińczyków z Europy Wschodniej, powstało i istniało przez jakiś czas nowe Państwo Środka (jak Chińczycy nazywają swoją ojczyznę), przypadkiem akurat w granicach monarchii Austro-Węgierskiej. W Schönbrunn mieszkał znowu starusieńki władca, stosześcioletni mandaryn Jaja Wir Weana, „ku którego uświęconej głowie z dziecięcym szacunkiem spoglądają radujące się narody”, jak codziennie zapewniała „Wiener Mittagszeitung”. Językiem urzędowym była chińszczyzna, co od razu i na zawsze usunęło spory narodowościowe. Bogiem państwowym był Budda. Uparci katolicy Czech i Moraw wyemigrowali za granicę, ucierpiawszy wiele od chińskich dragonad i konfiskat, co w mierze nadzwyczajnej rozmnożyło liczbę narodowych męczenników.

Natomiast niektórzy roztropniejsi i rozważniejsi czescy patrioci otrzymali na mocy Najwyższego Miłościwego Reskryptu godność mandaryńską, a mianowicie To-Bol-Kaj, Gro-szi i zaiste wielu innych. Ten rząd chiński pozaprowadzał wiele postępowych nowinek, między innymi wydawanie kartek zamiast jedzenia. Ale Państwo Środka rozpadło się niedługo, albowiem zupełnie wyczerpały się zasoby ołowiu potrzebnego do wyrobu kul, skutkiem czego upadł wszelki autorytet władczy. Kilkunastu Chińczyków, którzy nie zostali zamordowani pozostało tu i w czasach pokoju, jaki po wojnie nastał. Zajmowali oni przeważnie stanowiska urzędników prezydialnych.

Tymczasem cesarz Bobinet, przebywający akurat w indyjskiej Simli; dowiedział się, że w niezbadanym dotychczas górnym dorzeczu rzek Irrawadi, Seluinu i Mekongu istnieje kobiece państwo Amazonek; wyruszył tam ze swoją starą gwardią, ale już stamtąd nie wrócił. Według jednej wersji miał się tam ożenić, według innej, królowa Amazonek Amalia urżnęła mu w walce głowę i wrzuciła ją w miech napełniony krwią, mówiąc: „Satia te sanguine, quem tantum sitisti” — nasyć się krwią, której tak pragnąłeś. Druga wersja jest stanowczo łagodniejsza.

Na ostatku stała się Europa widownią bezsensownych walk między rasą czarną, walącą się z wnętrza Afryki, a plemionami mongolskimi. Co się działo w ciągu tych dwóch lat, o tym lepiej nie mówić. Ostatnie ślady cywilizacji znikły. Na przykład na Hradczanach rozmnożyły się niedźwiedzie tak bardzo, że ostatni mieszkańcy Pragi zburzyli wszystkie mosty, nawet most Karola, dla ochronienia prawego brzegu Wełtawy przed tymi krwiożerczymi drapieżnikami. Liczba mieszkańców zmniejszyła się do nieznacznego ułamka. Wyszehradzka kapituła wyginęła po mieczu i po kądzieli. Mistrzowskiemu meczowi Sparta — Viktoria — Żyżków, przyglądało się tylko sto i dziesięć ludzi.

 Ale i na innych kontynentach nie było lepiej. Ameryka Północna straszliwie spustoszała krwawymi walkami Suchych z Mokrymi, stała się japońską kolonią. W Ameryce Południowej następowały kolejno cesarstwa Urugwajskie, Chilijskie, Peruwiańskie, Brandenburskie i Patagońskie. W Australii natychmiast po upadku Anglii założono Państwo Idealne, które tę ziemię obiecaną przemieniło w bezludną pustynię. W Afryce zjedzono przeszło dwa miliony białych; Murzyni zagłębia Kongo rzucili się na Europę reszta Afryki wiła się w zmiennych walkach stu, osiemdziesięciu i sześciu różnych cesarzów, sułtanów, królów, poglawników i prezydentów.

Oto są dzieje dziejów. Każdy z tych setek milionów człowieczków miał przedtem swoje dzieciństwo, swoje miłości, swoje plany. Czasem miewał pietra, czasem bywał bohaterem, ale na ogół był śmiertelnie sfatygowany i z ochotą byłby się ułożył na łóżku upokojonionego świata. Jeśli umierał, to na pewno nie umyślnie. I oto z tego wszystkiego mamy tylko garść danych: bitwa tam i tam, straty takie i takie, wynik taki albo owaki i co najgorsze, że ten wynik o niczym właściwie porządnie nie zadecydował. Dlatego też mówię: nie odbierajcie ówczesnym ludziom tej jedynej pychy, że to, co przeżyli, było Największą Wojną. My, oczywiście wiemy, że za parę dziesiątków lat uda się zmajstrować wojnę jeszcze większą, bo i w tym kierunku wznosi się ludzkość coraz wyżej i wyżej.”

 

Zadziwiającym prorokiem okazał się Capek, który w ostatnim zdaniu pisze o zdolności cywilizacji ludzkiej w majstrowaniu coraz większych i większych wojen. I te kartki zamiast jedzenia!

Karel Capek “Humoreski”

Karel Capek "Humoreski"

Capek podchodzi mi bardzo. Tym razem zbiór krótkich historyjek. Trochę w stylu „Księgi apokryfów”. Znów mamy humor, znów zdroworozsądkowe podejście do życia i znów mam delikatną i dobroduszną szyderę z ludzkiej natury. Capek był wnikliwym obserwatorem świata i potrafił swoje obserwacje zapisać w bardzo śmieszny i interesujący sposób.

  „Humoreski” to ciekawe, zajmujące przypowiastki o ludziach. Ich fobiach, marzeniach i „zwyczajnych” problemach. Historie poety, który swym wierszem wskazał sprawcę wypadku, namiętnego złodzieja kaktusów oraz kolekcjonera dywanów, który by zdobyć bezcenny okaz perskiego dywanu posuwa się do kradzieży lub złodzieja zostawiającego kiepskie wiersze na miejscu rabunku. Wymieniłem na razie same dotyczące przywłaszczania cudzego mienia, których jest całkiem sporo:) W sumie jakby nie patrzeć  to zdecydowana większość tych historii tematycznie oscyluje między kradzieżą, oszustwem lub zgubą.  Co nie znaczy, że są smutne, przerażające i złe. Wręcz przeciwnie. Te historyjki sprawiły, że z uśmiechem na ustach zadumałem się troszkę nad ludzkim losem, którym zarówno przypadek jak i nasza ludzka natura rządzą (nie)podzielnie. Z „Humoresek” tchnie zadziwiający optymizm i pozytywny wydźwięk dotyczący życia, które po prostu jest. I już samo to wystarczy, by podziwiać jego niezwykłość, życia znaczy się.

 Ja czytałem „Humoreski” wydane w 1950 roku, w „Bibliotece Szpilek”. W tłumaczeniu Marii Erhardtowej. Dlaczego o tym wspominam? Mam również na biurku inny zbiór krótkich tekstów Capka, który nazywa się „Bajki i przypowiastki” z roku 1983, w tłumaczeniu Anny Jolanty Bluszcz. I tam znajdują się również historie z „Humoresek”. Z tego co zdążyłem się zorientować trochę się różnią. Wiadomym jest, że żadne tłumaczenie raczej nie będzie takie samo. Ciekaw jestem, czy spodobają mi się „Humoreski” w tłumaczeniu pani Bluszcz.

 

Karel Capek “Fabryka absolutu”

Karel Capek "Fabryka absolutu"  Druga książka Capka przeczytana. Z czym kojarzy się Wam absolut? Mnie może mało finezyjnie i wyrafinowanie, ale ostatnimi czasy z wódką, która ma świetne kampanie reklamowe i jest pyszna (jeśli o wódce można mówić w takich kategoriach).

Capek pisząc swoją książkę raczej marki wódki nie miał na myśli. W powieści absolut to Absolut czyli bezosobowy lub osobowy byt doskonały. W bardzo dużym skrócie Bóg lub bóg (jak kto lubi i uważa). Co się stanie jeśli ludzie będą w stanie sprowadzić na świat Boga/boga? Działającego, sprawiającego cuda poprzez swoich wyznawców? Uzdrawianie, lewitacja, rozmnożenia chleba, metafizyczne objawienia, miłosierdzie i miłość, szczęście i mądrość, mistycyzm. To zapewne otrzymaliby ludzie gdyby mogli obcować z bytem najwyższym. Czy aby na pewno?

A gdy powstanie maszyna, która niewielkim nakładem paliwa będzie produkować praktycznie nieskończone ilości energii? Czy ludzie osiągną szczęście? Mała skrzyneczka wielkości walizki wystarczy do ogrzania całego miasteczka. Brzmi wspaniale i cudownie. Wyobraźcie sobie, że w pewnej alternatywnej rzeczywistości tak się stało. Pewien wynalazca opracował maszynę, która może zapewnić energię całym miastom niewielkim kosztem. Jest jednak pewien szkopuł. Otóż efektem ubocznym pracy maszyny jest Absolut. Bóg/bóg w najczystszej postaci, który zaczyna siać wiarę/zamęt/szczęście/nieszczęście na całym świecie. Ludzie zaczynają czynić cuda, zakładają własne sekty i kościoły. Bogacze rozdają swoje majątki, banki przestają udzielać kredytów i dają wszystko na słowo. Fabryki produkują niewyobrażalne ilości produktów, których nikt nie chce kupować, bo wszystko jest za darmo! Robotnicy nie muszą pracować, bo maszyny napędzane są Absolutem. Pieniądze nie mają żadnej wartości, bo Absolut drukuje je w ilościach przeogromnych. No, po prostu mokry sen każdego socjalisty. Jednak mimo pozornej obfitości wszystkiego ludzkość staje na skraju zagłady. Zadziwiające prawda? Rozpasany za pomocą Boga/boga konsumpcjonizm ponosi klęskę.

Okazuje się nagle, że każdy człowiek, społeczność, naród ma swój Absolut, który przybiera charakter owego narodu. I ich Absolut jest absolutnie „najabsolutniejszy” ze wszystkich. Trzeba więc uświadomić sąsiadowi, znaczenie własnego Absolutu i siłą mu narzucić wyznawanie tegoż. Wybucha wojna totalna, cały świat pogrąża się w chaosie. Brat morduje brata, siostra siostrę, matka ojca zabija przy pomocy kija, dziadek babkę widłami dźga, a po świecie hula Absolut wespół ze śmiercią. I tego Absolutu wciąż przybywa. Łatwego rozwiązania nie będzie.

Capek w ironiczny i nasycony dobrodusznym humorem sposób obśmiewa ludzi. Nie tylko ich indywidualne cechy, ale również sposób funkcjonowania społeczeństwa. „Fabryka Absolutu” to satyra o prawdzie, na prawdę i wbrew prawdzie. Bo czymże jest prawda? Istnieje jakaś jedna najprawdziwsza prawda? Czy może jest tak, że każdy człowiek widzi swój kawałek prawdy i powinien się tego trzymać nie próbując innych do tej prawdy przekonywać siłą, ani też nie powinno się go do innej prawdy przymuszać, bo gdy się okaże, że wszyscy mają rację i prawda każdego jest poparta niezbitymi dowodami, to po której stronie leży owa Prawda?  „Fabryka…” została napisana w roku 1922. Capek okazał się czarnowidzem. I pewnie piszę na wyrost, ale w przedziwny sposób II wojna światowa przypomina tę wojnę z „Fabryki…”.

Ponad 80 lat książki nie wyklucza jej aktualności. Capek zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Na „Fabryce…” na pewno się nie skończy.

 

P. S. W książce jest fragment, w którym okazuje się, że Absolut przybiera formę najbardziej odpowiednio oddającą ducha narodu. Capek pisze, że w Polsce przybrał formę jakiegoś rodzaju alkoholu… Pozostawię to bez komentarza:)

Alkohol…

Tak mnie czasem nachodzi ochota na stworzenie określonych obrazków, które powstaną z cytatów z książek. Zrobiłem ostatnio Lema żartownisia, a teraz chciałbym pokazać Wam cytat z “Laski Nebeskiej” Szczygła. Dokładniej jedną sentencję wypatrzoną  w praskiej toalecie:

alkohol

Także o co to ja miałem zapytać? A nieważne…

Teksturę wziąłem stąd: Texturez.com

Karel Capek “O pięciu chlebach”

Przytoczę jeszcze jeden fragment z “Księgi apokryfów”. Tym razem będzie o Jezusie i jego cudach z perspektywy… piekarza. Polecam:)

Pisownia oryginalna.

O PIĘCIU CHLEBACH

…Co mam przeciw niemu? Powiem wam po prostu, sąsiedzie: nie, żebym miał coś przeciw jego nauce. To nie. Kiedyś posłuchałem jego kazania i – powiem wam – mało co, a sam bym się stał jego uczniem. Wtenczas wróciłem do domu i powiadam do swego bratanka siodlarza: “Tyś to powinien był słyszeć; mówię ci, jest to swego rodzaju prorok”. Bardzo pięknie mówi, co to – to prawda; całkiem w człowieku serce mięknie; miałem-ci wtedy oczy pełne łez, byłbym najchętniej zamknął swój sklepik i szedł za nim, żeby go już nigdy nie stracić z oczu. Rozdaj wszystko, co masz, powiedział, i chodź za mną. Miłuj bliźniego swego, pomagaj biednym i odpuść tym, co ci krzywdę czynią i podobne rzeczy. Ja jestem zwykły piekarz, ale gdym go słuchał, była-ci we mnie taka dziwna radość i boleść, nie wiem, jakby to wyrazić; taki ciężar, że ukląkłbym na ziemi i płakał, a przy tym tak pięknie i lekko, jakby ze mnie wszystko spadło, wiecie, wszystkie kłopoty i złości. Więc powiadam wtenczas memu bratankowi: „ty trąbo, powinieneś się wstydzić; wyliczasz tylko zachłannie, co ci kto winien i że masz płacić tyle a tyle-dziesiątków podatków i domiarów podatkowych; raczej byś rozdał biednym wszystko, co masz, opuścił żonę i dzieci, i szedł za nim”.

I tego, że leczy chorych i opętanych, to bym mu także nie brał za złe. Prawda, jest to dziwna i nadprzyrodzona moc, ale przecież każdy widzi, że nasi chirurgowie to konowały, a i ci rzymscy wcale nie lepsi; pieniądze brać potrafią, ale gdy ich wezwiecie do umierającego, to jeno wzruszą ramionami i powiedzą, żeście powinni byli zawołać wcześniej. Wcześniej! Moja nieboszczka żona dwa lata cierpiała na krwotoki; chodziłem z nią po doktorach, nie macie pojęcia, co to kosztowało, a żaden jej nie pomógł. Gdyby on już był wtedy wędrował po miastach, byłbym przed nim padł na kolana i rzekł: ,,Panie, uzdrów tę kobietę!” A ona dotknęłaby jego szaty i zaraz byłaby zdrowa. A tak, biedaczka, miała za swoje, że to się ani powiedzieć nie da. To bym mu więc przychwalił, że uzdrawia chorych., Wiecie, felczerzy przeciw temu krzyczą, że to niby oszustwo i fuszerstwo, i chcieliby mu tego zabronić, i coś tam jakoś; ale to już takie są te wszelkie interesy. Kto chce pomagać ludziom i zbawiać świat, zawsze uderzy w czyjś interes; wszystkim nie możesz dogodzić, to niemożliwe. Powiadam, uzdrawiać może, a gdy trzeba, to niech i martwych wskrzesza; ale tego z tymi pięcioma chlebami nie powinien był robić. Jako piekarz wam powiem, że to była wielka krzywda dla piekarzy.

Wyście nie słyszeli o tej sprawie z tymi pięcioma chlebami? To się dziwię; wszyscy piekarze po prostu wyskakują ze skóry po tym zdarzeniu. Więc pono przyszła za nim wielka rzesza ludu na miejsce puste, a on uzdrawiał chorych spośród nich. A gdy się miało ku wieczorowi, przystąpili doń uczniowie jego, mówiąc: „Puste jest to miejsce, a czas już upłynął. Odpraw tłumy, niech idąc do miasteczek nakupią sobie żywności”. On zaś rzekł im: „Nie potrzebują odchodzić, wy im dajcie co jeść”. A oni mu rzekli „Nie mamy tu, tylko pięć chlebów i dwie ryby”. On zaś rzekł im: „Przynieście mi je tu”. I rozkazawszy ludowi usiąść na trawie, i wziąwszy tych pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, pobłogosławił i łamiąc dawał chleby uczniom, a uczniowie ludowi. l jedli wszyscy, i zostali nasyceni. I zebrali, co zostało, ułomków dwanaście koszów pełnych. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, oprócz kobiet i dzieci. Przyznajcie, sąsiedzie, że tego nie może ścierpieć żaden piekarz. Z jakiej racji? Gdyby się to miało stać zwyczajem, żeby gdzieś ktoś pięcioma chlebami i dwiema rybami nasycił pięć tysięcy ludzi, to by piekarze poszli na zieloną trawkę, czy nie prawda? Co się tyczy tych rybek, bierz je licho; one mnożą się w wodzie same i może ich nałowić, kto chce. Ale piekarz musi drogo kupować mąkę i drzewo, musi mieć pomocnika i opłacać go, musi trzymać sklepik, musi płacić podatki i co tan jeszcze, tak że w końcu jest zadowolony, jeśli mu zbędzie jakiś grosz na utrzymanie, żeby nie musiał żebrać. A on? On tylko spojrzy ku niebu i już ma dosyć chleba dla pięciu czy ilu tam tysięcy ludzi; mąka go nic nie kosztuje, nie musi Bóg wie skąd przywozić drzewa, bez wydatków, bez pracy – to pewnie – że te chleby może ludziom dawać za darmo, no nie? A na to nie patrzy, że przez to okolicznych piekarzy pozbawia uczciwie zasłużonego zarobku! Powiadam wam, to jest nieuczciwa konkurencja i powinno się tego zakazać. Jeżeli się chce trudnić piekarstwem – to niechże płaci podatki jak i my. Do nas już przychodzą ludzie i mówią, jak to, tyle pieniędzy chcecie za ten mizerny bochenek? Za darmoście to powinni dawać jak on, a jaki to podobno jest tamten chlebuś: biały, chrupiący i pachnący, że się go człowiek najeść nie może. Jużeśmy musieli zniżyć ceny pieczywa; słowo daję, sprzedajemy je po cenie kosztów, byleby tylko nie zamykać sklepów; ale głowa pęka nam, piekarzom, na myśl, do czego to doprowadzi. Ponoć na innym miejscu nasycił cztery tysiące mężczyzn, oprócz kobiet i dzieci, siedmioma chlebami i kilkoma rybkami, aIe tam zebrali tylko cztery kosze ułomków; więc mu już widocznie to jego przedsiębiorstwo tak dobrze nie idzie, ale nas, piekarzy, zniszczy na dobre. A ja wam tu powiadam, że robi to tylko z nienawiści do nas, piekarzy. Handlarze ryb wprawdzie także krzyczą, ale wiecie, oni sami nie wiedzą, co żądać za swoje ryby; to już od dawna nie jest taki uczciwy zawód jak stan piekarski.

Spójrzcie, sąsiedzie: jestem stary człowiek i sam na świecie; nie mam żony ani dzieci, więc co mi tam potrzeba? Nawet mówiłem już swojemu pomocnikowi, aby sobie moją piekarnię sam wziął na głowę. Mnie tu nie chodzi o mój zysk; na moją duszę, najchętniej naprawdę rozdałbym swój marny majątek i szedł za nim, i praktykował miłość bliźniego, i wszystko, co on każe. Ale gdy widzę jego wrogość względem nas, piekarzy, to sobie mówię: „co to – to nie!” Ja jako piekarz widzę, że to nie jest żadne zbawienie świata, ale gotowa klęska dla naszego zawodu. Przykro mi, ale tego mu nie daruję. Tak nie można.

Rozumie się, złożyliśmy na niego skargę do Annasza i do namiestnika o naruszenie ustawy przemysłowej i podburzanie: ale wiecie, jak to się w tych urzędach wszystko wlecze.

 Wy mnie znacie, sąsiedzie; jestem spokojny człowiek i nie szukam z nikim zwady; ale gdyby on przyszedł do Jerozolimy, stanę na ulicy i będę wołał: „Ukrzyżujcie go! Ukrzyżujcie go!”

 (1937) 

Karel Capek “Śmierć Archimedesa”

Idąc za przykładem między innymi Zbyszekspira z bloga “W zaciszu biblioteki”, który umieszcza cyklicznie bardzo interesujące fragmenty różnych książek ja chciałem przedstawić Wam fragment z “Księgi Apokryfów” Karela Capka. Opowiastka tyczy się ostatnich chwil Archimedesa.

ŚMIERĆ ARCHIMEDESA

Owa historia z Archimedesem nie zupełnie tak wyglądała, jak się to pisze: istotnie, został zabity, gdy Rzymianie zdobyli Syrakuzy, ale nie jest zgodne z prawdą, jakoby do jego domu wpadł żołnierz rzymski, aby grabić i jakoby Archimedes, pogrążony w rysowaniu jakiejś geometrycznej konstrukcji, zgryźliwie mu odburknął: „Nie ruszaj mi mych kół”. Przede wszystkim Archimedes nie był jakimś tam roztargnionym profesorem, który nie wie, co się koło niego dzieje: przeciwnie, był to z natury prawdziwy żołnierz, który obmyślał dla Syrakuz machiny wojenne do obrony miasta; po drugie zaś, ten rzymski żołnierzyna to nie był wcale pijany grabieżca, lecz wykształcony i ambitny oficer sztabowy Lucjusz, który wiedział, z kim ma zaszczyt, i nie przyszedł rabować, ale od progu zasalutował i rzekł:

– Bądź pozdrowion, Archimedesie!

 – Archimedes podniósł oczy znad woskowej deseczki, na której rzeczywiście coś rysował, i rzekł

– Co tam?

-Archimedesie – mówił Lucjusz – wiemy, że bez twoich machin wojennych Syrakuzy nie utrzymałyby się ani miesiąca; a tak, tośmy z nimi dwa lata mieli co robić. Czy myślisz, że my, żołnierze, nie potrafimy tego docenić? Wspaniałe machiny. Gratuluję.

 Archimedes machnął ręką.

– Ech, co tam, nic w tym szczególnego. Zwykłe miotające mechanizmy – ot, zabawka. Naukowo nie ma to wybitnego znaczenia.

– Ale wojskowo ma – orzekł Lucjusz. – Słuchaj, Archimedesie, przyszedłem ci zaproponować  współpracę.

– Z kim?

– Z nami, Rzymianami. Widzisz chyba, że Kartagina i tak upadnie. Po cóż im jeszcze pomagać! Zobaczysz, jak teraz pohulamy z Kartaginą! Wy wszyscy powinniście raczej iść z nami!

–  Dlaczego – mruczał Archimedes. – My, Syrakuzanie, przypadkiem jesteśmy Grekami. Dlaczegóżbyśmy mieli iść z wami?

 – Dlatego, że żyjecie na Sycylii, a my Sycylii potrzebujemy.

– Dlaczego jej potrzebujecie?

– Dlatego, że chcemy zawładnąć Morzem Śródziemnym.

– Aha – rzekł Archimedes i spoglądał w zamyśleniu na swą deseczkę. – A po cóż wam to?

– Kto jest panem Morza Śródziemnego – rzekł Lucjusz – jest panem świata. To przecież jasne.

– Czyż musicie być panami świata?

– Tak! Posłannictwem Rzymu jest, aby stał się panem świata. I powiadam ci, że nim będzie!

– Możliwe – rzekł Archimedes i wymazywał coś na woskowej tabliczce. – Ale ja bym wam tego nie radził, Lucjuszu. Posłuchaj, być panem świata – toż tego będziecie musieli kiedyś zawzięcie bronić. Szkoda pracy, jaką będziecie musieli w to włożyć.

– Wszystko jedno: ale będziemy wielkim imperium.

– Wielkie imperium – mruczał Archimedes. – Czy narysuję małe koło, czy wielkie koło – jest to wciąż tylko koło. Znowu ma granice! Nigdy nie będziecie bez granic, Lucjuszu. Czy myślisz, że wielkie koło jest doskonalsze niż małe? Myślisz może, że jesteś większym geometrą, gdy narysujesz większe koło?

– Wy, Grecy, wciąż się bawicie argumentami – zarzucił Lucjusz. – My zaś dowodzimy naszej racji inaczej.

– Czym?

– Czynem. Na przykład: zdobyliśmy Syrakuzy. Ergo: Syrakuzy należą do nas. To chyba jasne?

– Jasne – rzekł Archimedes, skrobiąc się rylcem po głowie. – Tak, zdobyliście Syrakuzy; tylko, że to już nie są i nie będą te Syrakuzy, co były dotąd. Było to wielkie i sławne miasto, mój drogi; teraz już nigdy nie będzie wielkie. Szkoda Syrakuz!

– Za to Rzym będzie wielki. Rzym musi być najsilniejszy na całej kuli ziemskiej.

–  Dlaczego?

– Aby się utrzymał. Im silniejsi jesteśmy, tym więcej mamy nieprzyjaciół. Dlatego musimy być najsilniejsi.

– Co się tyczy siły – mruczał Archimedes. – Ja jestem trochę fizyk, Lucjuszu, i coś ci powiem. Siła się wiąże.

– Co to znaczy?

– To jest takie prawo, Lucjuszu. Siła, która działa, tym samym się wiąże. lm będziecie silniejsi, tym więcej swych sił na to będziecie musieli zużyć, a kiedyś przyjdzie chwila…

– Co chciałeś powiedzieć?

– Ach, nic. Ja nie jestem prorokiem, człecze; jestem tylko fizykiem. Siła się wiąże. Więcej nic nie wiem.

– Słuchaj, Archimedesie, czy nie chciałbyś pracować z nami? Nie masz pojęcia, jakie ogromne możliwości otwarły by się dla ciebie w Rzymie. Budowałbyś najsilniejsze machiny wojenne na świecie.

– Musisz wybaczyć, Lucjuszu: ja już jestem stary człowiek, a jeszcze bym chciał opracować z jeden lub dwa ze swych pomysłów. Jak widzisz, właśnie sobie tu coś rysuję.

– Archimedesie, czy cię nie nęci zdobywanie z nami władzy nad światem? – Dlaczego milczysz?

– Przepraszam – mruknął Archimedes znad swojej deseczki. – Coś powiedział?

– Że człowiek taki, jak ty, mógłby zdobywać władzę nad światem.

– Hm, władza nad światem — rzekł Archimedes zagłębiony w swej pracy. – Nie gniewaj się, ale ja tu mam coś ważniejszego. Wiesz, coś trwałego. Coś, co tu naprawdę zostanie.

– Cóż to jest?

– Uważaj, nie zmaż mi mych kół. To jest sposób, jak można obliczyć powierzchnię wycinka koła.

* * *

Później wydano komunikat, że uczony Archimedes zginął wskutek wypadku.

 (1938)

Księga apokryfów / Karel Capek ; przeł. [z czes.] Helena Gruszczyńska-DubowaPoznań : Wydaw. Zachodnie, 1948

Karel Capek “Księga apokryfów”

Karel Capek "Księga apokryfów"

 Po przeczytaniu „Laski Nebeskiej” i uświadomieniu sobie, że z literaturą czeską jestem na bakier (to mało powiedziane) zacząłem spełniać obietnicę poprawy. Na początek wziąłem sobie coś małego i niewielkich rozmiarów coby,  się nie zniechęcić:) Nie znaczy to wcale, że niewielkie rozmiary książki świadczą o jej małej wartości.

 Szczygieł wspomina o Karelu Capku (chyba tak to się odmienia). Pisarz, który międzynarodową sławę zyskał wprowadzając do języka czeskiego, a później wszystkich chyba języków na świecie słowo „robot” (sztuka „R.U.R.” czyli „Roboty Uniwersalne Rossuma”). I tyle. Ja też tego pisarza kojarzyłem tylko w ten sposób. Nie chciałem zaczynać od jego najsłynniejszych książek. Wybrałem sobie „Księgę apokryfów”, która brzmiała poważnie, w końcu chodzi o apokryfy…

 

Kilkanaście krótkich historii związanych z postaciami mitycznymi i historycznymi. Historie podane w sposób lekko absurdalny z dużą dawką  humoru i ironii. Gdzie postacie z dawnych epok wykazują się podejściem do wielu spraw iście dwudziestowiecznym i nowoczesnym.

 Aleksander piszący do swojego nauczyciela Arystotelesa ze Stagiry, że w sumie nie chciał tak dużo podbijać. On chciał po prostu zapewnić  bezpieczeństwo Macedonii. Gdy podbił Grecję musiał podbić Trację, bo zagrażały mu hordy barbarzyńców, później musiał podbić okolice Morza Egejskiego, bo mu zagrażali Persowie, gdy już wyparł Persów z wód helleńskich musiał podbić samą Persję, bo mu zagrażała. I tak dalej i tak dalej.

Lub historię Lota, który ani myśli zostawiać swoich ziomków z Sodomy na pastwę płomieni, bo choć grzesznicy z nich straszni to przecież są jego rodakami.

Jedna z lepszych historii to narzekania starego człowieka prehistorycznego pana Janecka na dzisiejszą młodzież, która nie szanuje obyczajów i gdzieś ma stare dobre narzędzia z krzemienia. A nawet gołe baby ta bezwstydna młodzież rzeźbi w kościach mamuta, o bazgrołach na ścianach jaskini nie wspominając.

A Archimedesa znacie? No pewnie, że znacie:) A wiecie jak zginął? Ja nie wiedziałem. Powiem Wam, a więcej możecie przeczytać sobie na wikipedii czy innych stronach. Zginął przebity mieczem przez rzymskiego legionistę. Podobno podczas roztrząsania jakiegoś problemu matematycznego. Ostatnie jego słowa miały brzmieć „nie zamazuj moich kół”. Capek rozprawił się z owym mitem śmierci Archimedesa w sposób bardzo błyskotliwy i naprawdę ciekawy. Dla mnie ta historia jest perełką.

Mamy jeszcze galerię mnóstwa interesujących postaci od Piłata po Napoleona z Jezusem na czele:)

 „Księga apokryfów” to klasyka, która się nie starzeje. Do jej odczytania wymagana jest znajomość mitologii greckiej, historii i literatury oraz religii. Oczywiście nie w jakimś ogromnym stopniu, ale dobrze jest wiedzieć kto z kim i dlaczego, a po co:)

Ironia, humor i zdroworozsądkowe spojrzenie na świat sprawiły, że była to naprawdę przyjemna lektura. Polecam!

 

 

 

Mariusz Szczygieł “Laska Nebeska”

Mariusz Szczygieł "Laska Nebeska"

Mariusz Szczygieł “Laska Nebeska”

Mariusz Szczygieł i jego pisanie podoba mi się nie od dziś. Dlatego wiedziałem, że wcześniej czy później sięgnę po jego książkę „Laska Nebeska”. Nadarzyła się okazja, bo ostatnia niedziela w Krakowie była jednym z najbrzydszych, najpaskudniejszych dni tej jesieni. Ciemno, zimno, szaro, ponuro i w dodatku leje jak ze strażackiej sikawki. Co w taką niedzielę robić? Upić się? Nie za bardzo, bo po niedzieli następuje niechybnie poniedziałek, a kacowe poniedziałki w pracy mam już zdecydowanie za sobą. Obejrzeć jakiś serial? To dobry pomysł. Ale ileż można oglądać seriali? Trzeba przeczytać jakąś książkę. Najlepiej rozweselającą. Wesołą i jednocześnie mądrą. Szybki przeglądnięcie Kindelka i wyłuskujemy książkę, zakupioną na którymś z portali księgarskich, bo była akurat promocja.

O „Lasce…” coś tam słyszałem wcześniej, dlatego spodziewałem się czegoś dobrego i śmiesznego. Dostałem coś bardzo dobrego i bardzo śmiesznego. Niniejszym dołączam do piewców peanów na temat tej książki. Siedemnaście felietonów o czeskiej literaturze. Napisanych przez przybysza, przez Polaka. I choć Polaka zafascynowanego Czechami i Czechy znającego, to bądź co bądź wciąż obcego.

„Laska…” odsłania nam i przybliża czeską literaturę, sylwetki pisarzy, a także czeską codzienność i mentalność. Prześladowanie Havla przez SB (bardzo uciążliwe i męczące). Walkę innego czeskiego pisarza z tabloidami. I coś tak genialnego, niesamowitego, że nie mogłem uwierzyć  w to co przeczytałem. Czesi mają swojego bohatera narodowego! Geniusza, przy którym Edison, Tesla czy Einstein to trzecia liga nauki. Porównać go można jedynie do Leonardo Di Caprio Da Vinci. Ten geniusz i człowiek renesansu nazywa się Jára Cimrman. Wpiszcie sobie w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, poczytajcie sobie o nim. Naprawdę warto:)

Nie samym śmiechem człowiek żyje i w książce można znaleźć sporo refleksji na temat naszych południowych sąsiadów. Ich podejścia do życia, śmierci, religii i polityki. Czyli bardzo zasadnicze tematy, które u nas natychmiast ustawiają rozmowę w poważnym tonie. A Czesi potrafią  o tym rozmawiać bez zbytniego zadęcia.

Jest w książce mnóstwo fragmentów, które mnie po prostu rozbroiły i sprawiły, że ta paskudna jesienna niedziela zrobiła się znacznie bardziej znośna. Bo w końcu „DOPÓKI ŻYJESZ, JEDZ I PIJ. PO ŚMIERCI JUŻ NIE BĘDZIESZ MIEĆ ŻADNEJ RADOŚCI”. To się nazywa pozytywny cytaty na dziś, jutro i w ogóle do samego końca.

Dodatkowo w książce znajdziemy zdjęcia znanego czeskiego fotografa Frantiszka Dostala, które pokazują nam czeską codzienność z przymrużeniem oka. Na Kindlu nie wyglądały być może zbyt okazale, ale widać je było:)

 Kolejny raz muszę napisać, że bardzo chciałbym spędzić w Czechach trochę więcej czasu. Pomieszkać trochę, poznać język, wypić piwo lub wódkę (ostatnimi czasy to kiepski pomysł). Ogólnie ten kraj znajduje się coraz wyżej na mej liście „must see”. Póki co poznaję ten kraj i jego mieszkańców, jak na razie głównie dzięki książkom Szczygła.

I teraz przejdziemy do mojego największego wstydu i powodu do hańby. Otóż… nie przeczytałem żadnej z wymienionych przez Szczygła książek. Filmy, o których wspomina oglądałem wszystkie, ale książki nie przeczytałem żadnej. Uff… po tym wyznaniu pozostaje mi obiecać poprawę i zabrać się za czeską literaturę niezwłocznie i z wielką ochotą.

„Laskę…” polecam gorąco i z całego serducha!