Karel Capek “O pięciu chlebach”

Przytoczę jeszcze jeden fragment z “Księgi apokryfów”. Tym razem będzie o Jezusie i jego cudach z perspektywy… piekarza. Polecam:)

Pisownia oryginalna.

O PIĘCIU CHLEBACH

…Co mam przeciw niemu? Powiem wam po prostu, sąsiedzie: nie, żebym miał coś przeciw jego nauce. To nie. Kiedyś posłuchałem jego kazania i – powiem wam – mało co, a sam bym się stał jego uczniem. Wtenczas wróciłem do domu i powiadam do swego bratanka siodlarza: “Tyś to powinien był słyszeć; mówię ci, jest to swego rodzaju prorok”. Bardzo pięknie mówi, co to – to prawda; całkiem w człowieku serce mięknie; miałem-ci wtedy oczy pełne łez, byłbym najchętniej zamknął swój sklepik i szedł za nim, żeby go już nigdy nie stracić z oczu. Rozdaj wszystko, co masz, powiedział, i chodź za mną. Miłuj bliźniego swego, pomagaj biednym i odpuść tym, co ci krzywdę czynią i podobne rzeczy. Ja jestem zwykły piekarz, ale gdym go słuchał, była-ci we mnie taka dziwna radość i boleść, nie wiem, jakby to wyrazić; taki ciężar, że ukląkłbym na ziemi i płakał, a przy tym tak pięknie i lekko, jakby ze mnie wszystko spadło, wiecie, wszystkie kłopoty i złości. Więc powiadam wtenczas memu bratankowi: „ty trąbo, powinieneś się wstydzić; wyliczasz tylko zachłannie, co ci kto winien i że masz płacić tyle a tyle-dziesiątków podatków i domiarów podatkowych; raczej byś rozdał biednym wszystko, co masz, opuścił żonę i dzieci, i szedł za nim”.

I tego, że leczy chorych i opętanych, to bym mu także nie brał za złe. Prawda, jest to dziwna i nadprzyrodzona moc, ale przecież każdy widzi, że nasi chirurgowie to konowały, a i ci rzymscy wcale nie lepsi; pieniądze brać potrafią, ale gdy ich wezwiecie do umierającego, to jeno wzruszą ramionami i powiedzą, żeście powinni byli zawołać wcześniej. Wcześniej! Moja nieboszczka żona dwa lata cierpiała na krwotoki; chodziłem z nią po doktorach, nie macie pojęcia, co to kosztowało, a żaden jej nie pomógł. Gdyby on już był wtedy wędrował po miastach, byłbym przed nim padł na kolana i rzekł: ,,Panie, uzdrów tę kobietę!” A ona dotknęłaby jego szaty i zaraz byłaby zdrowa. A tak, biedaczka, miała za swoje, że to się ani powiedzieć nie da. To bym mu więc przychwalił, że uzdrawia chorych., Wiecie, felczerzy przeciw temu krzyczą, że to niby oszustwo i fuszerstwo, i chcieliby mu tego zabronić, i coś tam jakoś; ale to już takie są te wszelkie interesy. Kto chce pomagać ludziom i zbawiać świat, zawsze uderzy w czyjś interes; wszystkim nie możesz dogodzić, to niemożliwe. Powiadam, uzdrawiać może, a gdy trzeba, to niech i martwych wskrzesza; ale tego z tymi pięcioma chlebami nie powinien był robić. Jako piekarz wam powiem, że to była wielka krzywda dla piekarzy.

Wyście nie słyszeli o tej sprawie z tymi pięcioma chlebami? To się dziwię; wszyscy piekarze po prostu wyskakują ze skóry po tym zdarzeniu. Więc pono przyszła za nim wielka rzesza ludu na miejsce puste, a on uzdrawiał chorych spośród nich. A gdy się miało ku wieczorowi, przystąpili doń uczniowie jego, mówiąc: „Puste jest to miejsce, a czas już upłynął. Odpraw tłumy, niech idąc do miasteczek nakupią sobie żywności”. On zaś rzekł im: „Nie potrzebują odchodzić, wy im dajcie co jeść”. A oni mu rzekli „Nie mamy tu, tylko pięć chlebów i dwie ryby”. On zaś rzekł im: „Przynieście mi je tu”. I rozkazawszy ludowi usiąść na trawie, i wziąwszy tych pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, pobłogosławił i łamiąc dawał chleby uczniom, a uczniowie ludowi. l jedli wszyscy, i zostali nasyceni. I zebrali, co zostało, ułomków dwanaście koszów pełnych. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, oprócz kobiet i dzieci. Przyznajcie, sąsiedzie, że tego nie może ścierpieć żaden piekarz. Z jakiej racji? Gdyby się to miało stać zwyczajem, żeby gdzieś ktoś pięcioma chlebami i dwiema rybami nasycił pięć tysięcy ludzi, to by piekarze poszli na zieloną trawkę, czy nie prawda? Co się tyczy tych rybek, bierz je licho; one mnożą się w wodzie same i może ich nałowić, kto chce. Ale piekarz musi drogo kupować mąkę i drzewo, musi mieć pomocnika i opłacać go, musi trzymać sklepik, musi płacić podatki i co tan jeszcze, tak że w końcu jest zadowolony, jeśli mu zbędzie jakiś grosz na utrzymanie, żeby nie musiał żebrać. A on? On tylko spojrzy ku niebu i już ma dosyć chleba dla pięciu czy ilu tam tysięcy ludzi; mąka go nic nie kosztuje, nie musi Bóg wie skąd przywozić drzewa, bez wydatków, bez pracy – to pewnie – że te chleby może ludziom dawać za darmo, no nie? A na to nie patrzy, że przez to okolicznych piekarzy pozbawia uczciwie zasłużonego zarobku! Powiadam wam, to jest nieuczciwa konkurencja i powinno się tego zakazać. Jeżeli się chce trudnić piekarstwem – to niechże płaci podatki jak i my. Do nas już przychodzą ludzie i mówią, jak to, tyle pieniędzy chcecie za ten mizerny bochenek? Za darmoście to powinni dawać jak on, a jaki to podobno jest tamten chlebuś: biały, chrupiący i pachnący, że się go człowiek najeść nie może. Jużeśmy musieli zniżyć ceny pieczywa; słowo daję, sprzedajemy je po cenie kosztów, byleby tylko nie zamykać sklepów; ale głowa pęka nam, piekarzom, na myśl, do czego to doprowadzi. Ponoć na innym miejscu nasycił cztery tysiące mężczyzn, oprócz kobiet i dzieci, siedmioma chlebami i kilkoma rybkami, aIe tam zebrali tylko cztery kosze ułomków; więc mu już widocznie to jego przedsiębiorstwo tak dobrze nie idzie, ale nas, piekarzy, zniszczy na dobre. A ja wam tu powiadam, że robi to tylko z nienawiści do nas, piekarzy. Handlarze ryb wprawdzie także krzyczą, ale wiecie, oni sami nie wiedzą, co żądać za swoje ryby; to już od dawna nie jest taki uczciwy zawód jak stan piekarski.

Spójrzcie, sąsiedzie: jestem stary człowiek i sam na świecie; nie mam żony ani dzieci, więc co mi tam potrzeba? Nawet mówiłem już swojemu pomocnikowi, aby sobie moją piekarnię sam wziął na głowę. Mnie tu nie chodzi o mój zysk; na moją duszę, najchętniej naprawdę rozdałbym swój marny majątek i szedł za nim, i praktykował miłość bliźniego, i wszystko, co on każe. Ale gdy widzę jego wrogość względem nas, piekarzy, to sobie mówię: „co to – to nie!” Ja jako piekarz widzę, że to nie jest żadne zbawienie świata, ale gotowa klęska dla naszego zawodu. Przykro mi, ale tego mu nie daruję. Tak nie można.

Rozumie się, złożyliśmy na niego skargę do Annasza i do namiestnika o naruszenie ustawy przemysłowej i podburzanie: ale wiecie, jak to się w tych urzędach wszystko wlecze.

 Wy mnie znacie, sąsiedzie; jestem spokojny człowiek i nie szukam z nikim zwady; ale gdyby on przyszedł do Jerozolimy, stanę na ulicy i będę wołał: „Ukrzyżujcie go! Ukrzyżujcie go!”

 (1937) 

6 thoughts on “Karel Capek “O pięciu chlebach”

  1. No właśnie – ‘kto chce pomagać ludziom i zbawiać świat, zawsze uderzy w czyjś interes’.

    Ładne. A zahaczając o temat, czytałeś może opowiadanie ‘Judasz Iskariot’ Leonida Andrejewa..?

  2. Wspaniale, że sięgasz do Capka, cytujesz, przybliżasz. Capka w skrócie nazwałbym wybuchową syntezą czeskiego humoru, czasem absurdalnego, z powagą egzystencjalnej duszy. “Fabryka absolutu”, “Inwazja jaszczurów”, “Krakatit”, “Księga Apokryfów”…

    Polecam również “Listy z podróży”, okraszone rysunkami samego Capka (kilka z nich możecie obejrzeć w poniższym tekście):

    http://experymentt.wordpress.com/2011/06/18/karel-capek-listy-z-podrozy-recenzja/

    Serdecznie pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook