Lois Lowry “Dawca”

Lois Lowry "Dawca"

Lois Lowry “Dawca”

Nie powinienem chyba czytać książek dla młodzieży, albo dla trochę starszych dzieci. Zwłaszcza książek, które mają przedstawiać dystopijną przyszłość. Spytacie się dlaczego nie powinienem czytać takich książek dla młodzieży. Otóż powodów jest kilka:

Pierwszy i najważniejszy. Młodzieżą już dawno przestałem być.  Ot i tyle i aż tyle. I choćbym zapierał się nogami i rękami to życia nie oszukam. Jak w „Chłopaki nie płaczą”, mamusię oszukam, tatusia oszukam, ale życia nie.

Drugi powód. W porównaniu z literaturą dla dorosłych o tematyce antyutopijnej książki z tego gatunku, które są przeznaczone dla młodzieży i dzieci wypadają słabo.

Trzeci powód. Patrz powód pierwszy.

Może gdybym to przeczytał lat naście temu to mógłbym się zachwycić. I raczej na pewno bym się zachwycił. A obecnie podczas czytania wytykałem nielogiczności i prostotę fabuły. Co jest zapewne błędem wziąwszy pod uwagę fakt, że „Dawca” to książka dla młodzieży i pod takim kątem należy na nią patrzeć. Tylko taki „zgredzik” jak ja, może się do niej przyczepić, bo mu coś nie pasuje.

Nie będę więc nad tą książką się znęcał. Z uwagi na audytorium czytelnicze można książce sporo wybaczyć.

W zamian za to dam Wam przepis na antyutopijny świat dla młodzieży:

Weź nieokreśloną przyszłość, nieokreślonych naukowców, którzy potrafią cuda, teraźniejszość uzasadnij bliżej niesprecyzowanymi wydarzeniami w  przeszłości. Ulep z tego małą ludzką społeczność, hermetyczną, zamkniętą, pod stałym nadzorem. Rozbij związki krwi, ale zostaw jednostkę rodziny. Pozbaw ludzi emocji i uczuć zostawiając im namiastkę wyżej wspomnianych.  Faszeruj chemią by przestali widzieć kolory oraz przestali odczuwać pożądanie. Wszystkie działania motywuj dobrem społeczności i mądrością Starszych. Zapewnij ludziom pożywienie, pracę i wykształcenie. Daj im życie bez bólu i bez smutku. Następnie dodaj młodego bohatera, który trochę różni się od reszty, ma pewien dar i pokaż mu prawdziwe oblicze rajskiego życia. A on zrobi coś. Nawet nie wiadomo dokładnie co i po co, ale coś zrobi.

Ogólnie wizja całkiem interesująca, ale autorka bardzo płytko zajmuje się funkcjonowaniem owej społeczności. I po cóż ten dar przechowywania emocji sprzed setek lat? I skąd właściwie? Jeśli o mnie chodzi to książka stara się być czymś więcej niż prostą historią i jej się to nie udaje.

Teoretycznie mamy całkiem przerażające społeczeństwo żyjące w kłamstwie, gdzie eutanazja starych ludzi i niepotrzebnych noworodków nazywana jest przejściem do Gdzieś tam. Młode kobiety jak rozpłodowe klacze rodzące kilka lat z rzędu, a później pracujące w fabryce otwieraczy do konserw.  Brak sztuki i muzyki, brak kolorów, brak miłości i nienawiści to wszystko ma za zadanie przestraszyć młodego czytelnika i pewnie się  to udaje. Mnie nie przestraszyło, bo wizja tego społeczeństwa była mocno niespójna i nielogiczna. Bardzo niespójna i często podczas czytania, aż zgrzytało mi pod czaszką, gdy natrafiałem na taki naciągany fragment.

Charlie jednak zdaje sobie sprawę, że młodzieży i dzieciom może się  podobać. Mnie się nie podobała. I takim to logicznym i mocnym argumentem zakończę moje pisanie o książce pani Lowry. A następnych tomów nie mam zamiaru czytać.

P. S. Nie podobają mi się hasła nazywające „Dawcę” „Rokiem 1984” dla młodzieży. Tani chwyt marketingowy, a ludzie jak papugi to powtarzają. Z czym do Proli i do Partii pani Lowry. Chociaż pewnie to hasło wymyślił wydawca, a nie autorka.

Ursula K. Le Guin “Słowo “las” znaczy świat”

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Dobra wróciłem. Ależ miałem tydzień moi kochani. Konferencja w Warszawie od środy do piątku, sobota to odjazdowy w Krakowie, a w niedzielę impreza rodzinna w Łodzi. Po prostu szok! Nawet nie miałem kiedy napisać o książce, którą przeczytałem w drodze do Warszawy. Idąc za ciosem będzie to kolejna Ursula i kolejna książka zaliczana do cyklu Hain.

Opowiem Wam o fabule troszkę. Bo to ważne jest jeśli chodzi o powieści fantastyczne. Uniwersum Hain, ziemska kolonia na Nowej Tahiti. Ziemianie kolonizują planetę, która niemal w całości pokryta jest lasem. I oni sobie to drzewo wycinają i wysyłają na Ziemię, bo na Ziemi nie ma już drzewa, wielu rzeczy na Ziemi nie ma. Zwierząt też już nie ma, oprócz szczurów. Ziemia to betonowa pustynia, na której zdarzają się klęski głodu. Ale na szczęście są statki kosmiczne, które Ziemianie skwapliwie wykorzystują do kolonizacji planet „we” kosmosie. Nowa Tahiti to raj, cieplutko, zwierzątka bardzo podobne do ziemskich (i są żywe a nie sztuczne), świeże powietrze, ciężka praca i wyzwanie skolonizowania nowego świata. Czyż nie jest to marzeniem każdego mężczyzny? Przybyć, zobaczyć, wyciąć, zwyciężyć? Zrobić z pięknego świata przytulny dom bez zwierząt, bez lasów za to z betonem i skażonym środowiskiem. Na Nowej Tahiti ludziom w zrealizowaniu ich celu nie przeszkadza nic, nawet tubylcza ludność, która znacznie różni się od Ziemian, lecz wykazuje cechy humanoidalne. „Stworzątka” bo tak określają miejscowych Ziemianie wykorzystywane są bez litości do ciężkich prac, ich wioski są  palone, kobiety gwałcone (zadziwiające, że choć Ziemianie brzydzą się „stworzątek” i uważają ich za coś podobnego do małp to jednak kobiety gwałcić można). I tak sobie kolonizują tę Nową Tahiti ćpając, rąbiąc las, paląc wioski, (można powiedzieć, że robią to w klasycznym dziewiętnastowiecznym stylu). Aż do momentu, w którym pokojowi mieszkańcy Athsheanu, bo tak naprawdę nazywa się Nowa Tahiti nie przyswoili sobie od ludzi pewnej „umiejętności” czyli zabijania. Całość kończy się swego rodzaju „happy endem” choć to mocno na wyrost powiedziane. “Happy endem” dla miejscowych, ale nie dla Ziemian.

„Słowo las…” to modelowa książka opisująca cywilizację białego człowieka w natarciu. Przeniesiona w kosmos. Hiszpanie w Ameryce Południowej, Anglicy w Indiach czy Afryce, Australii i Ameryce Północnej, Rosjanie na swoich wschodnich rubieżach. Wszyscy oni postępowali tak samo w stosunku do miejscowych jak ziemscy kolonizatorzy w stosunku do humanoidalnych „stworzątek”. Jeden tylko członek ziemskiej ekipy zadał sobie trud poznania kultury i cywilizacji owłosionych krewniaków ludzi. Nie wyszło z tego nic dobrego, ale zazwyczaj tak bywa.

Czytałem sobie tę książkę i skojarzenia z konfliktem w Wietnamie były nieuniknione. Po pierwsze książka została wydana w 1976 roku, chwilę po skończeniu wojny w Wietnamie. Po drugie mamy na planecie las, który niczym dżungla jest nieprzenikniony i Ziemianie nie przyzwyczajeni do takiej ilości drzew czują  się zagubieni jak Amerykanie w wietnamskiej dżungli. Po trzecie miejscowi są mali jak Wietnamczycy. Co prawda nie żółci, ale za to różnokolorowi i pokryci futrem. A las na swej planecie znają jak mało kto. Jest taka scena w „Czasie Apokalipsy” w której do muzyki Wagnera amerykańskie helikoptery atakują Wietnamczyków. Totalna rozpierducha, ogień, wybuchy i ta muzyka… Czytając książkę miałem przed oczyma podobny widok. I tu również pojawia się szalony żołnierz, który ukrywa się w dżungli i walczy z tubylcami. Nie zakłada swojego królestwa jak bohater „Czasu apokalipsy” ale dla mnie skojarzenie było dość oczywiste.

„Słowo las znaczy świat” jest znacznie słabszą pozycją niż „Lewa…”. Jak dla mnie czuć upływ czasu, czuć mocne zaangażowanie autorki w ówczesne sprawy społeczne i polityczne. Analogie i metafory są bardzo oczywiste i proste jak amerykańska „way of life”. Nie podobało mi się to. Nie to żeby książka była kiepska, o nie:) Czytało się ją bardzo dobrze i szybko, po prostu widać sporą różnicę jeśli chodzi o jakość, między jej poprzedniczką z cyklu Hain.

Innym smaczkiem może być umiejscowienie w czasie jeśli chodzi o cały cykl Hain. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin Ligi Światów oraz wynalezienia ansibla.

I na koniec scena z “Czasu apokalipsy”:

“Czas apokalipsy”

P. S. Miałem również problem z kolejnością książek. Otóż na przykład na biblionetce „Słowo las” jest piątą książką z cyklu Hain, tak samo jak w polskiej Wikipedii. W angielskiej Wikipedii na stronie dotyczącej samego cyklu to „Wydziedziczeni” są piątą książką, a „Słowo las…” dopiero szóstą. Ale już na podstronach dotyczących poszczególnych książek to właśnie „Słowo las…” jest wymienione jako następna powieść po „Lewej…”

Zamieszanie wzięło się pewnie stąd, że powieść „Słowo las…” powstała na bazie opowiadania z 1972 roku. I teraz jestem w kropce, bo „Wydziedziczonych” to ja dopiero czytam:)

Ursula K. Le Guin “Lewa ręka ciemności”

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Kolejna książka osadzona w świecie Hain. A tak zupełnie różna od poprzednich. „Lewa ręka…” to już nie baśniowe fanasy z elementami science-fiction, to nie wędrówka po postapokaliptycznej Ziemi podbitej przez Shinga. To książka znacznie bardziej dojrzała, mądrzejsza i poruszająca zupełnie inną tematykę, to niemalże esej socjologiczny i etnograficzny.

„Lewa ręka…” to laureatka nagród Nebula i Hugo, (podobnie jak ”Równi bogom”), ale gdybym miał porównywać te dwie książki to zdecydowanie i to w przedbiegach zwyciężyłaby „Lewa ręka…” Na potrzeby tej recenzji założę, że większość, która trafiła na mojego bloga i na Fantastykon „Lewą rękę…” przeczytała. Ale zrobię również małe wprowadzenie. Gethen to świat, na którym istnieje cywilizacja istot humanoidalnych, w której nie ma podziału na płcie. Przez większą część pozostają bezpłciowi i tylko przez kilka dni w miesiącu są aktywni płciowo. Z czego mogą być albo kobietą albo mężczyzną. I na ten świat przybywa wysłannik Ekumeny czyli Ligi Światów by im zaoferować współpracę. Jego oczyma i nie tylko jego poznajemy to zadziwiające społeczeństwo.

Co napędza cywilizację, rodzi postęp technologiczny i sprawia, że ludzie wciąż pragną czegoś więcej. Chcą robić rzeczy szybciej, lepiej, z większym rozmachem? Co jest tą siłą napędową ludzkości? Odpowiedzi na to pytanie będzie tak wiele, jak wiele jest dziedzin nauki i ludzi. Sprawa jest bardzo skomplikowana i nie do opisania w jednym wpisie. Jako, że naukowcem nie jestem będę mógł sobie pozwolić na ogromne uproszczenia w moim tekście. Co sprawiło i sprawia, że ludzie wymyślają coraz to nowe wynalazki i rozwiązania technologiczne. Nie poprzestają na jednych osiągnięciach i chcą mieć więcej i więcej. Zarówno jako pojedynczy osobnicy jak i jako cały gatunek. Uwaga! Będzie pierwsze uproszczenie: popęd płciowy. Libido jako forma energii psychicznej, która pcha nas do przodu, zmusza do popełniania różnych czynów a wszystko to w celu zdobycia partnera seksualnego! Cały czas obecna, praktycznie nie uśpiona. Dwadzieścia cztery godziny na dobę zarówno kobiety jak i mężczyźni myślą o seksie (uproszczenie numer 2). I dla tego seksu, dla tej obietnicy seksu potrafią wszczynać wojny, zabijać, kraść, wreszcie czynić dobro.

Uproszczenie numer 3. Wojna. Na Gethen nie ma wojen. Są zabójstwa, bójki, rodowe waśnie, ale nie ma wojen w naszym ziemskim rozumieniu tego słowa. Jest nienawiść, jest miłość, ale dotyka ona ludzi w sposób osobisty, nie ma nienawiści do jakiegoś narodu, państwa, idei. Takie uogólnienia są Getheńczykom obce. Jeśli występuje tam patriotyzm to w jak najbardziej pierwotnej, lokalnej formie. Patriotyzm rozumiany poprzez miłość do domu rodzinnego, okolic w których się dorastało, a nie do kraju, którego granice nakreślone są na mapie. Książka Le Guin została wydana w czasie, gdy na naszej własnej planecie dwa mocarstwa w każdej chwili mogły doprowadzić do wojny totalnej, do anihilacji ludzkiej rasy. I nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym. Dwa mocarstwa i nie tylko owe dwa, wciąż mogą doprowadzić do wspomnianej już przez mnie anihilacji. Dlatego opisanie świata, w którym choć są różne organizmy państwowe, a nie ma wojen wywołało swego czasu taką sensację.

Getheńczycy są najprawdopodobniej wynikiem eksperymentów genetycznych prowadzonych przez starożytnych mieszkańców planety Hain. Nikt nie wie w jakim celu stworzono Getheńczyków, o ile ich stworzono. Genly Ai myśli, że może chodziło o wykreowanie społeczeństwa pozbawionego wojen. Ale czy rzeczywiście jedyną przyczyną braku wojen na Gethen jest brak płci? Aby to zrozumieć należy wiedzieć, że Getheńczycy mimo tego, że przez większą część miesiąca są nieaktywni i obojętni seksualnie oraz nie istnieje wśród nich podział na płeć, to przez kilka dni podczas kemmeru to jest fazy podobnej do rui u zwierząt nadrzędnym celem, absolutnie zwyciężającym wszystkie inne jest znalezienie partnera. Dlatego na Gethen są specjalne domy, w których można spędzić kilka dni kemmeru, by oddać się  miłości. Rozwiązłość seksualna jest tam w pełni akceptowana, ale tylko podczas kemmeru i zresztą występuje ona tylko podczas tej fazy. Dlatego moim zdaniem ciężko jest prowadzić wojnę z armią, w której nagle część twoich żołnierzy zamiast walczyć z przeciwnikami rzuci się na nich w miłosnym szale i zamiast orgii krwi będzie orgia miłości i to za obopólną zgodą. Gdyż na Gethen nie ma gwałtów, są one fizycznie i biologicznie niemożliwe. Ten stan kemmeru to jedna z bardzo ważnych, prozaicznych przyczyn z powodu których nie ma wojen na Gethen.

Wysłannik Ekumeny Genly Ai przebywał również w obozach pracy, założonych przez państwo Orgoryen. Tam poddawany był działaniu środków farmakologicznych i hormonalnych tak jak inni skazani. Środki owe blokowały fazę kemmeru wśród rodowitych mieszkańców Gethen. I sprawiały, że stawali się gnuśni i otępiali. „Byli wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i pożądania jak anioły. Ale to nie jest ludzkie, żeby nie znać wstydu i pożądania”. Czyli wracamy do popędu płciowego, który na Gethen jest ściśle związany z cyklem biologicznym. Ale nawet taki popęd sprawia, że Getheńczycy są ludźmi. Moje uproszczenie się sprawdza – seks rządzi wszystkim. A na Gethen rządzi wszystkim w jeszcze większym stopniu niż na Ziemi. My ludzie podzieleni na płcie może i ulegamy popędowi, ale możemy go kontrolować. Możemy nie reagować na bodźce seksualne choćby nie wiem jak silne były (ja wiem, że to bardzo trudne jest). Getheńczycy pozbawieni byli tej możliwości.

Genly Ai opisuje cywilizację Getheńczyków jako determinowaną przez okrutne warunki świata Gethen, który nazwany został przez zwiadowców Ekumeny Zimą. Choć Gehteńczycy osiągnęli dość znaczny poziom rozwoju nie było u nich żadnego skoku cywilizacyjnego. Nowoczesne wynalazki sąsiadują obok tradycyjnych urządzeń i nie ma żadnego konfliktu między tym co dawniej, a tym co teraz. Jedną z przyczyn na pewno jest świat, z którym nie wygrasz. Albo się dostosujesz, albo Zima się zmiażdży. Drugą może być z kolei ów kemmer. Skoro cały system społeczny podporządkowany jest temu cyklowi, a system funkcjonuje skutecznie od wieków to po co go zmieniać? Kemmeru nie przeskoczysz, choć i to zaczęło się na Gethen zmieniać wraz z pojawieniem się antykoncepcji i środków hormonalnych. Co do antykoncepcji i rozmnażania– wyobrażacie sobie sytuację w której to jeden osobnik może być zarówno matką jak i ojcem swoich dzieci? Jaka to gama przeżyć psychicznych i tak dalej i tak dalej. Dla mnie sytuacja zupełnie abstrakcyjna i nie do wyobrażenia.

Można jeszcze napisać o braku społecznych oczekiwań wobec osobników ze względu na płeć. Na Gethen nie oceniają Cię przez pryzmat tego kim masz być, ale patrzą na takiego jakim jesteś. Nie ma żadnych oczekiwań co do roli społecznej, jaką masz spełniać, bo możesz być zarówno matką  jak i ojcem!

„Lewa ręka…” to książka którą można interpretować na mnóstwo sposobów. Daje mnóstwo wrażeń, oprócz tych czysto literackich jak pięknie opisany świat planety Gethen po te głębsze, metafizyczne i moralne. Książka nic nie straciła od momentu wydania. Wciąż mnóstwo w niej trafnych obserwacji kulturowych i społecznych.

Książkę przeczytałem jako wyzwanie czytelnicze “Queer w fantastyce”. Tę samą recenzję  zamieściłem na Fantastykonie. LINK.

Richard Morgieve “Niewysoki mężczyzna widziany od tyłu”

Richard Morgieve "Niewysoki..."

Richard Morgieve "Niewysoki..."

 

“Niewysokiego…” przeczytałem tak jakby przy okazji. Ot, od czasu do czasu sobie ją podczytywałem. I teraz skończyłem.

Nie powiem, że zostałem powalony i padłem zachwycony. Tak nie było, ale książka Morgieve’a jest książką przyjemną, sympatyczną, zabawną. Chyba byłaby dobrą książką na letnie popołudnie w ogrodzie, gdy wietrzyk delikatnie wieje, słoneczko sobie grzeje, ptaszek sobie śpiewieje, trawka sobie rośnieje, a ty sobie siedziejesz i pragniejesz się odprężejesz. Obok stoi sobie kufel z zimnym piwkiem/kieliszek z wódką/szklanka z jakimś łyskaczem, albo drineczek. O! W takie popołudnie “Niewysoki…” wpasowałby się idealnie. Bo i książka jest dość pozytywna w odbiorze, choć jest też smutna i przejmująca.

Historia rodzinna mająca swoje korzenie w wojennych latach, przemytniczych losach Polaka/Żyda/polskiego Żyda, do końca nie wiadomo. Ów hochsztapler robi ciemne interesy z kim się da i za co się da. Poznaje dziewczynę, córkę rzeźników z małego francuskiego miasteczka i biorą ślub. A później to już się dzieje… Wielkie bogactwo i wielka nędza. Życie na krawędzi i drobnomieszczańska cisza i spokój. Wielka miłość i wielkie awantury. Opisuje nam to wszystko najmłodszy syn owej pary, która jest niemal żywcem wzięta z awanturniczych powieści.

Polubiłem styl narracji, niemalże nieskrępowany potok słów, skojarzeń, anegdotek i żartów. Lekki i przyjemny w odbiorze, taki, który z wojennej zawieruchy potrafi zrobić nic nie znaczący przyczynek do dziejów rodzinnych. Bardzo mi się ten sposób opowiadania podobał i wielokrotnie się uśmiechałem pod nosem (napisałbym, że pod wąsem, ale wąsa nie posiadam). “Niewysoki…” to książka o miłości ponad życie, dzikiej namiętności rozpalającej zmysły do czerwoności. Opisy imprez, balów, jakie wyczyniali bracia-Słowianie robią wrażenie. Książka przynosi tęsknotę za czasami, gdy ludzie mieli szeroki gest, oszuści byli prawdziwymi dżentelmenami, a picie szampana z obcasów było obowiązkowym punktem każdej hulanki. Postacie w książce są pełnokrwiste i pełne życia, czerpią z tego życia pełnymi garściami, tak jakby jutra miało nie być.

I tak bym zapamiętał tę książkę, jako przyjemną lekturę o czerpaniu radości z życia, gdyby nie wzruszający, smutny i przejmujący opis choroby i śmierci matki narratora. Po jej śmierci dawny przemytnik, oszust, bogacz, a później biedak, pies na baby, czyli ojciec ten niewysoki mężczyzna załamuje się i powoli stacza w dół…

Całkiem ciekawa książka, ale jeśli ktoś pragnie ją przeczytać teraz, niech poczeka do letniego popołudnia…